Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Epilog

Pół roku później...

Nowy Jork

Sprawdzam po raz piąty czy na pewno dobrze nastawiłem piekarnik. Od śmierci Meg nie potrafię się skupić na najprostszych sprawach. Myślę o niej... Ciągle. Nie mogę przestać się obwiniać o jej śmierć. Dlaczego nie pojechałem do niej po tym, jak tamtego poranka wyszła ode mnie z mieszkania? Próbuję tłumaczyć się sam przed sobą, że nie mogłem zmusić jej do tego, by chciała ze mną być... Mogłem przecież poprosić, dać jej czas... Teraz już nic nie zrobię. Codziennie chodzę na jej grób. Codziennie staram się zrozumieć dlaczego spotkał ją taki los. W dodatku nie wiem kto skatował ją tak, że zapadła w śpiączkę. Nie wiem dlaczego po tym jak zostałem wyproszony z jej szpitalnej sali, nagle przestała oddychać. Nie wierzę, że się poddała. Nie znałem jej długo, ale na tyle dobrze, że widziałem w niej siłę walki. Ona chciała być szczęśliwa i walczyła o to. Dla swojego syna, swojej rodziny i Ericka, którego tak kochała. Próbuję poskładać w głowie elementy tej układanki, ale dziwne myśli napawają mnie coraz większym niepokojem. Znowu muszę jechać na cmentarz... Wyłączam piekarnik i tak właśnie robię.

"Megan Donell. Kochająca matka, córka i przyjaciółka. Zawsze będziemy za Tobą tęsknić."

Czytam po raz setny napis wyryty w nagrobku. Mimo że od jej śmierci minęło już pół roku, kwiatów nadal  jest mnóstwo. Ja codziennie przynoszę jeden bukiet, ale jak widać nie jestem w tym osamotniony. Największe to te od Evansa. Zawsze białe róże. Każda idealna, tak jak on i jego miłość do Meg. Nie rozmawiałem z nim od tamtego dnia. Nie potrafię. Nie chcę, by wiedział, że coś do niej czułem. Może to było tylko złudzenie, ale ona dawała mi szczęście. Sprawiała, że miałem ochotę być lepszy i uwierzyłem w to, że każde złamane serce da się wyleczyć. Tamtego ranka, zanim Meg mnie odtrąciła, łudziłem się, że wzajemnie możemy sobie pomóc. Może to naiwne, ale chciałem ją w sobie rozkochać. By zapomniała o Ericku i o tym co ją spotkało. Uwielbiałem ją. Jej uśmiech. Jej oczy. Usta, które czasami tak mocno zagryzała, aż do krwi. Robiła to z emocji z którymi nie potrafiła sobie poradzić. Była zagadką, a jednocześnie otwartą księgą. Wystarczyło poświęcić jej nieco uwagi, a wszystko można było z niej wyczytać. Los splótł nasze drogi na zbyt krótką chwilę. Nie miałem szansy, jej uratować mimo że nawet nie wiem czy mogłem.

Spoglądam na komórkę, która właśnie wibruje na moim biurku. Nie znam numeru, więc ignoruję połączenie. Ten ktoś jednak jest wytrwały, bo dzwoni znowu i kolejny raz. Denerwuje mnie dźwięk wibracji i w końcu odbieram.
-Ronald Binenti!
-Witaj Ronaldzie. Z tej strony Erick...
-Czego chcesz? - przerywam mu.
-Miło z twojej strony, że w ogóle odebrałeś - jego ton mnie wkurwia. Czego on ode mnie chce?
-Przejdź do rzeczy, Evans - nie silę się na uprzejmości.
-Wszystko u ciebie w porządku? Ostatnio mało udzielasz się towarzysko... - unoszę brew. Co go to, kurwa, obchodzi?
-W co ty grasz Evans?! - warczę. Znam jego zagrywki. Doskonale znam, bo sam w tym siedziałem. To czym zajmowała się Monika, to tylko czubek góry lodowej. Erick dąży do celu po trupach i nie liczy się z nikim. Zazdroszczę mu jednak, że Meg tak go kochała. Nagle nachodzi mnie jednak myśl, że może to wszystko było z jego strony udawane. Ale po co?
-W nic nie gram, o co ci chodzi? - pyta nerwowo, a ja unoszę brew.
-Za dobrze cię znam, Evans - podpuszczam go. Coś podpowiada mi, że tak właśnie powinienem zrobić - Zżerają cię wyrzuty sumienia? - pytam i chyba trafiam w sedno.
-Skąd wiesz? - jego głos jest zimny.
-Nie jesteś nieomylny - gram dalej, chociaż nie do końca wiem w co. Najgorsze jest to, że zaczynam się domyślać. Przypominam sobie, że w momencie, gdy odchodziłem z tej organizacji, planowali oni nowy rodzaj usług dla bogaczy. Dla ludzi takich jak Erick.
-Każdy czasami może się pogubić...
-Oczywiście, ale zależy ile osób skrzywdziłeś przez to "pogubienie".
-Spotkajmy się...
-Nie - mówię dosadnie - Najpierw mi powiedz czy wszedłeś w to, co wtedy planowali? Doskonale wiesz o czym mówię, prawda? - Erick milczy, a to dla mnie wystarczająca odpowiedź. Zamykam oczy na myśl, że to Meg mogła stać się jego ofiarą. Boże... To niemożliwe - Erick... - dukam.
-Nie potrafiłem przestać... To jest jak wir, który wciąga cię coraz bardziej...
-Zabiłeś ją... - wyduszam z siebie i wszystko staje się dla mnie jasne. Efekt Ericka, to projekt w którym najbogatsi tego świata mogą zabawiać się w bogów. Wybierają ofiarę, sterują jej życiem, manipulują i płacą za to wszystko ogromne pieniądze. Kupują prawo do decydowania o jednym ludzkim życiu. Dlaczego Efekt Ericka? Bo pomysłodawcą jest właśnie Erick. Tak właśnie zakończył się mój związek z kobietą, którą Erick uwiódł, a którą tak bardzo kochałem. To były pierwsze testy o tym, jak manipulować ludźmi. Nie mogę w to uwierzyć, ale to prawda.
-To zaszło za daleko... Musiałem... - głos mu drży. Doskonale wiem, że zżerają go wyrzuty sumienia, bo jest w nim jeszcze trochę dobra. Z tych dawnych czasów, za życia jego brata. Erick cały czas obwinia się o jego śmierć. Ma obsesje na temat kontroli i chciał stać się bogiem, by móc decydować o ludzkim życiu. Tak jak ktoś zadecydował o tym, że w tamtym wypadku zginął Vincent, a nie Erick.
-Co ona ci takiego zrobiła? Dlaczego ona? Przecież...
-Po prostu ją zobaczyłem. Spodobała mi się i padło na nią.
-Nie musiałeś jej zabijać... - nie wiem czemu dalej z nim rozmawiam. Powinienem rozłączyć się i czym prędzej zgłosić to na policję.
-Nie zabiłem, ona żyje... - zamieram. Nic z tego nie rozumiem - Musiałem upozorować jej śmierć, by dali jej spokój. To wszystko wymknęło się spod kontroli, Ron... Ja straciłem kontrolę nad tym wszystkim...
-Jesteś nienormalny! - krzyczę - Gdzie ona jest?! - pytam i słyszę nagle pukanie do drzwi. Spoglądam w tamtą stronę. To wszystko jakiś pierdolony koszmar. Erick rozłącza się, a ja pędzę otworzyć. Serce mi wali, bo jedyne o czym myślę to to, że ujrzę Meg całą i żywą. Rzucam telefon na podłogę i odblokowuję zamki. Drżącymi rękami chwytam klamkę i otwieram.
-Meg... - szepczę. Minę mam zapewne taką jakbym widział ducha, ale to nie duch. To Meg. Ona żyje. Podnosi  wzrok i poznaje mnie, a wtedy robię krok i chwytam ją w ramiona.
-Tak się bałam... - obejmuje mnie, drży, a ja nie mam pojęcia co ona tu w ogóle robi, ale to nie jest ważne. Teraz w końcu mogę zrobić to, czego pragnąłem i co tak bardzo  chciałem. Mogę ją chronić i sprawić, że może jeszcze kiedyś będzie szczęśliwa.



Kilka słów ode mnie:

Dziękuję Wam wszystkim za przeczytanie tej historii. Miała ona wyglądać inaczej, ale z pewnych względów pokierowałam tym wszystkim w jeszcze inną stronę. Od razu odpowiem na Wasze pytanie: nie wiem czy będzie kontynuacja. Możliwe, ale nie dziś, nie jutro, nie za tydzień... Muszę odpocząć od tej historii i dokończyć wiele innych. Przemyśleć co i jak, przeanalizować tekst, który mam, a którego nie umieściłam w rozdziałach. Pierwszy rozdział EE wrzuciłam na blog w marcu 2015 roku, to kawał czasu... Dużo się działo, zmieniało, wkurzało Was, zachwycało, odpychało, przyciągało... Takie emocje właśnie chcę wywoływać. Część z Was czuje się rozczarowana, wiem o tym, ale uwierzcie mi, że to lepsze niż obojętność. Czujecie złość, że to wszystko nie tak jak byście chciały, ale przecież żaden autor nie pisze pod dyktando swoich czytelników. Mam wiele pomysłów, oj bardzo wiele i mam nadzieję, że będziecie chciały poznawać je dalej. Czy to w postaci opowiadań na blogu, Wattpadzie, czy w formie drukowanej pachnącej książki. Kończę swój wywód, a teraz ochłońcie nieco i weźcie do ręki swoją ulubioną powieść, bo czytając książki odrywamy się od rzeczywistości... I o to w tym chodzi :)