Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział 2


Gdy usłyszałam te słowa czytane z ust mojej siostry zamarłam i widziałam, że Kim i rodzice również nie wiedzą co powiedzieć.
-No Meg chyba masz wielbiciela kochanie - w końcu wydukał tata i pogłaskał mnie po dłoni.
-Tato daj spokój! To właściciel tego salonu i wysłał te kwiaty byśmy go do sądu nie pozwali za coś takiego - dodała zazdrośnie Kim, machnęła lekceważąco ręką i  prawie udało jej się ukryć, że kwiaty nie robią na niej wrażenia. 
-Oj Kimi zobacz jakie piękne! Takich kwiatów nie wysyła się od tak sobie - dodała mama widząc, że Kim aż kipi z zazdrości. Uwielbiała ją denerwować. 
- Robert Ci chyba nigdy takich kwiatów nie przysłał? Z tego co pamiętam - powiedziałam ze złośliwością i popatrzyłam na rodziców.
- Rob nigdy też nie miał okazji zbierać mnie z podłogi, bo nigdy nie wywaliłam się jak długa na środku salonu samochodowego! - odgryzła mi się siostrzyczka, po czym usiadła na krzesełku i sięgnęła po pomarańczę.
- Kimberly przecież przed chwilą zjadłaś całą porcję lasagne i szarlotkę z lodami. Nie przesadzaj, bo będziesz wyglądała jak wielka, biała beza na własnym weselu - wtrąciła mama, po czym podała mi sok marchewkowy.
-Napij się Meg. Jadłaś coś w ogóle dziś kotku? Blada jesteś jak ściana - mama zaczęła te swoje wywody na temat mojego wyglądu - Źle będziesz wyglądała na zdjęciach w tej kremowej sukience jeśli nie nabierzesz troszeczkę koloru.
-Oj mamo nie będę chodziła na solarium mówiłam Ci. Pójdziemy razem z Kim na opalanie natryskowe przez weselem i będzie dobrze! - burknęłam. Byli tu od dziesięciu minut, a ja już miałam chwilowo dość. 
-Tak Scarlett, Megan ma rację. Zresztą mamy tak piękne córki, że nie potrzeba im jakiś tych dziwacznych zabiegów - przytaknął mi tata, po czym pocałował mamę w policzek z taką czułością, że zrobiło mi się cieplej na sercu.
-Dobra starczy już tych czułości. Tato jedźmy już, bo Rob na mnie czeka w domu -
Po dłuższej chwili rodzice pożegnali się ze mną, Kim obrażona na cały świat wyszła bez słowa. Nie wiem czy ona ma taki charakter czy to wina hormonów które teraz w niej szalały? Wcześniej nie zwracałam uwagi na jej humorki ale teraz... To jest czasami nie do zniesienia. 
-Pa kruszynko. Daj znać jutro czy wychodzisz to przyjadę po ciebie.
-Pa tatku. Dam znać - odpowiedziałam i puściłam mu buziaczka w powietrzu.
Moja rodzinka jest całkiem w porządku, jednak czasami mam ich serdecznie dość, szczególnie mamy i Kim. Może dlatego, że były do siebie tak podobne? Charakter zdecydowanie odziedziczyłam po tacie.
Wypiłam sok, zjadłam ciastka od babci i chyba ze 3 pomarańcze. Dopiero po zjedzeniu uświadomiłam sobie jak głodna byłam. Ostatnie tygodnie to całkowite szaleństwo związane z organizacją ślubu i wesela Kim i Roberta. On należał do tych facetów, którzy nie lubi się udzielać w organizowaniu czegokolwiek, dlatego też wszystko spadło na mnie i Kim. Głównie na mnie, bo to ja ją wszędzie musiałam zawieść i doradzać, mama potrafiła się tylko wtrącać. Ona się przy tym mam wrażenie świetnie bawi, a dla mnie to istny koszmar.

Koło godziny 20 zapadał już zmrok i New York zaczynał świecić blaskiem, który tak kochałam. Zza okna gwar zaczął zmieniać się w miły szum pubów, restauracji i klubów. 




Powoli udało mi się wstać i iść do łazienki, która wydzielona była w kącie pokoju. Wzięłam szybki, letni prysznic co podziałało na mnie orzeźwiająco i odechciało mi się spać. Z chęcią bym poszła na spacer po Central Parku i na lody włoskie. Położyłam się jednak w końcu do łóżka. Po obchodzie dowiedziałam się, że nic mi nie dolega i jutro o 14 wypiszą mnie do domu. Mam jednak na siebie uważać i dbać bo mam słabe wyniki krwi. Dostałam pogadankę na temat zdrowego trybu życia i odżywania się. Kurde co oni mogą wiedzieć na temat odchudzania przez weselem własnej siostry, która mimo tego, że jest w ciąży wygląda jak modelka z Victoria s Secret. Nigdy nie uważałam, że jestem gruba jednak moje kobiece krągłości przeszkadzały mi bardzo, odkąd zaczęłam dojrzewać w wieku 15 lat. Rodzice zawsze nazywali mnie maleństwem, potem jak dorosłam każdy zachwycał się moją kobiecą figurą jednak mnie to zawsze krępowało. Włączyłam Iphona i zasnęłam głęboko, słuchając Adele śpiewającej o niespełnionej miłości.

Piątek, 3 maja

Obudziłam się nagle koło 3 w nocy spocona i mokra TAM na dole, między udami.. O matko, co to był za głupi sen? Dawno nie miałam erotycznego snu, w sumie pewnie nigdy nie miałam, dlatego też tak dobrze go zapamiętałam. Śnił mi się Evans z którym kochałam się podczas wesela na tylnym siedzeniu jednej z jego limuzyn, po czym nakryła nas Kimberly i rozpowiedziała wszystkim gościom co wyprawialiśmy. To było nieprawdopodobne... No może oprócz tego, że moja siostra na pewno by wszystkim powiedziała co widziała. Musiałam z tego wszystkiego napić się soku, jednak po chwili położyłam i  znowu zasnęłam. Nie miałam tej nocy więcej mokrych snów.

Koło 8 rano przebudziła mnie pielęgniarka i powiedziała, że wypiszą mnie wcześniej, bo nie ma już sensu mnie tutaj trzymać. Ucieszyłam się jakbym spędziła w szpitalu co najmniej kilka dni, a nie kilkanaście godzin. Zajrzał też do mnie lekarz by dać mi wypis i udzielić kolejnej pogadanki na ten sam temat to wieczorem. Oczywiście okłamałam go, że będzie tak jak mówi i uśmiechnęłam się najsłodziej jak tylko potrafiłam.
Zabrałam swoje rzeczy i bukiet kwiatów od Evansa. Pachniał tak samo bosko jak wczoraj. Zjechałam windą do poczekalni i czekałam na wcześniej zamówioną taksówkę. Po około 15 minutach podjechała pod same drzwi szpitala, miły starszy pan taksówkarz pomógł mi załadować torbę do bagażnika i ruszyliśmy w drogę. Wynajmowałam mieszkanie niedaleko szpitala więc droga do domu zajęła nie więcej niż 20 minut. Ben, bo tak miał na imię kierowca podwiózł mnie pod same drzwi kamienicy w której mieszkam, wniósł mi torbę na 6 piętro pod same drzwi. Winda standardowo nie działała, psuła się mniej więcej raz w miesiącu, najczęściej była wyłączona z użytku. Zaprosiłam go na herbatę jednak kulturalnie odmówił i powiedział, że ma już kolejny kurs na lotnisko. 


Był jak nasz dziadek, którego nie pamiętam ponieważ, zmarł gdy miałam niecałe 2 latka. Pracował w porcie, naprawiał statki i pewnego dnia nie wrócił z pracy. Okazało się, że miał zawał serca spadł z promenady i się utopił. Babcia zawsze dobrze o nim mówiła i powtarzała, że gdyby żył był by ze mnie i z Kim bardzo dumny.

Jak dobrze być w domu. Rzuciłam w kąt szpitalna torbę, wsadziłam kwiaty do wazonu i usiadłam przy kuchennym blacie patrząc przez okno. Była 10.30, a ja miałam dzień wolny. Jutro mamy ważny catering na jakiejś akcji dobroczynnej więc od 8 rano będę potrzebna w restauracji Państwa Smithów, moich pracodawców. Był to nieduży rodzinny interes jednak z tradycją i od lat byli bardzo doceniani na Nowojorskim rynku bankietów, wesel i rożnego rodzaju eventów.
Spojrzałam na mój telefon i przypomniało mi się, że miałam zadzwonić do taty jak będą mnie wypisywać, żeby po mnie przyjechał. O kurde, znowu zrobi mu się przykro, że nie potrzebowałam jego pomocy. On mimo tego, że już nie mieszkam z nimi od początku studiów, nadal traktuje mnie jak swoją mała córeczkę i martwi się na każdym kroku. Myślałam, że skoro Kim niespodziewanie zaciążyła to uwaga skupi się na niej, jednak to nic nie dało. Pociesza mnie tylko to, że od tego momentu o nią martwi się jeszcze bardziej. Postanowiłam, że do niego zadzwonię.
-Hej Tatku! Ja już jestem w domu cała i zdrowa - zaczęłam rozmowę jakby nic się nie stało, po chwili ciszy odpowiedział.
-Jak to w domu? O Której cię wypisali? Jak się tam dostałaś? - och wiedziałam, że będzie mu przykro. Westchnęłam więc cicho.
-Oj tato przyszedł rano lekarz i powiedział, że nie ma sensu mnie dalej tam trzymać, dał mi wypis zamówiłam taksówkę i wróciłam do domu. Mam dziś wolne więc odpocznę sobie, poczytam książkę i ugotuje coś dobrego. Wpadnijcie wieczorem z mamą.
-Oj maleństwo zawsze musisz być taka samodzielna. Mogłaś zadzwonić przecież to nie problem dla staruszka żeby po ciebie przyjechać - uśmiechnęłam się szeroko, bo lubiłam jak się o nas troszczył. Dla niego zawsze byłyśmy na pierwszym miejscu - Dziękuje za zaproszenie wpadniemy z mamą wieczorem ale nie przemęczaj się kupimy coś na wynos - dodał już bez smutnego tonu. 
-Tato nic nie kupujcie! Ja chcę coś ugotować, przecież wiesz jak to lubię. Pozwólcie mi chociaż zrobić deser - pisnęłam błagalnie. 
-Dobrze kotku zrób deser ale nic więcej. Wpadniemy z mamą o 19. Zabrać ze sobą Kimberly czy chcesz mieć spokój? - zapytał śmiejąc się, bo wiedział jaka ostatnio jest napięta atmosfera między nami.
-Ona pewnie będzie wolała spędzić wieczór z Robem, tato – odpowiedziałam, jednak w głębi duszy miałam nadzieje, że przyjedzie. Kiedyś byłyśmy nierozłączne, jednak teraz gdy ma narzeczonego, spędzamy ze sobą wiele mniej czasu.
-Zapytam ją, może będzie chciała przyjechać? A tymczasem kończę maleństwo, bo mam zaraz ważne spotkanie z klientem - Tata miał własną firmę budowlaną, ostatnio inwestował w ekologiczne osiedla domków jednorodzinnych na przedmieściach NY.
-Dobrze tatku, do zobaczenia wieczorem. Pa.
-Ciao Bella.
Nie było tak źle jak myślałam. Tata zawsze o wszystkich myśli i ma za priorytet szczęście i dobro nas trzech. Jeśli urodzi mu się wnuczka to zapewne oszaleje ze szczęścia. 
Chyba jestem głodna, dał mi znać mój ostatnio wygłodniały żołądek  więc ruszyłam tyłek w stronę lodówki. Otworzyłam i oczywiście nic w niej nie było. Ta cholerna dieta mnie wykończy, pomyślałam. Jeszcze tylko 3 tygodnie do  ślubu i będę mogła wrócić do starych nawyków. A tymczasem muszę wybrać się do marketu by kupić coś do jedzenia i na kolacje dla rodziców. Tata mówił żebym nic nie robiła ale nie po to kończyłam najlepszą szkolę kulinarną w NY by jeść jedzenie na wynos. Zrobiłam listę zakupów  wzięłam torebkę i szybkim krokiem zbiegłam z 6 piętra na ulicę. Uderzył mnie powiew świeżego majowego powietrza i od razu nabrałam więcej energii. Samochód został w salonie Evansa więc musiałam iść pieszą, do najbliższego marketu miałam jakieś 2 przecznice więc spacer zajął mi najwyżej 10 minut.
Przed sklepem spotkałam moją sąsiadkę z dziećmi. Pani Flin była z pochodzenia Włoszką, miała dwóch przesłodkich synów rocznego Ithana i 4 letniego Daniela oraz męża, Henrego który także miał włoskie korzenie. Mieszkali na tym samym piętrze co ja. Pamiętam jak pierwszego dnia pan Flin pomógł mi wnieść wszystkie pudła na górę, po czym zaprosili mnie na obiad i ugościli jak członka rodziny. Pani Flin była wtedy pod koniec drugiej ciąży. Oboje pracowali jako prawnicy i byli bardzo uprzejmymi i kulturalnymi ludźmi.
-Witaj Megan! Miło Cię widzieć. Upiekliśmy wczoraj z chłopakami babeczki i chcieliśmy cię zaprosić jednak nie było cię w domu. Daniel kazał zostawić kilka dla cioci - powiedziała trzymając małego za rączkę i uśmiechnęła się do mnie szczerze.
-Oj faktycznie mnie wczoraj nie było pani Flin. Byłam z siostra załatwiać sprawy weselne i miałam mały  wypadek.
-Co się stało kochana?  - zapytała zatroskana i poprawiła małego Ithana w wózeczku.
-Wywaliłam się na posadzkę w salonie samochodów i straciłam przytomność na chwilę. Moja siostra spanikowana, wezwała pogotowie i zrobiła się z tego wielka szopka.
-Megan to co ty robisz w domu? Powinnaś być w szpitalu kochana albo u rodziców, a nie wybrałaś się sama na zakupy.
-Pani Flin dziś mnie wypisali, zrobili wszystkie potrzebne badania i nic mi się nie stało. Czuję się dobrze, a rodzice wieczorem wpadną na kolację i chcę im coś dobrego ugotować -odpowiedziałam patrząc na małego Daniela, który bawił się spódnicą mamy i gadał do swojego wymyślonego przyjaciela.
- Dobrze, że nic ci się nie stało Meg. Wpadnij do nas jak będziesz miała jeszcze siłę po wizycie rodziców. Chłopaki się ucieszą, a my napijemy się wina. Henry wrócił w niedzielę z Włoch i przywiózł od swoich rodziców, jest pyszne.
Przytaknęłam grzecznie i się pożegnałam. Fajna z nich rodzinka. Są  dla siebie dobrzy i kochający, co w dzisiejszych czasach jest dość rzadkie. Na pewno mieli jakieś swoje problemy ale nie było to dominujące w ich życiu.
Weszłam do supermarketu, wzięłam wózek na zakupy i weszłam na halę spożywczą. Między uliczkami pełnymi produktów poczułam się w swoim żywiole. Po godzinie spędzonej w markecie wyszłam z dwiema pełnymi torbami zakupów. Zdobyłam wszystkie potrzebne mi do przygotowania kolacji produkty. Myślę, że kurczak w migdałach, piure z ziemniaków i sałatka z pomarańczy i marchewki powinny im smakować, a i ja miałam ochotę na coś co ma więcej kalorii niż chlebek ryżowy i jogurt light. Na deser zrobię im tarte z malinami i bitą śmietaną.


O godzinie 12.15 przed drzwiami do kamienicy zaczęłam w torebce szukać kluczy do mieszkania, jednak dwie torby zakupów zdecydowanie mi to utrudniły. Weszłam przez drzwi główne i zobaczyłam, że o dziwo winda została naprawiona. Co za szczęście, bo szczerze mówiąc nie chciało mi się targać zakupów na 6 piętro. Weszłam do windy i już po chwili byłam na przed drzwiami swojego mieszkania. Postawiłam torby na podłodze i znalazłam klucze po czym otworzyłam drzwi. Włączyłam wieżę i nastawiłam na swoje ulubione radio w którym leciały najnowsze hity ale i starsze kawałki. Przebrałam się w swój ulubiony szary dres z napisem na pupie „gorący tyłek”, który dostałam od siostry na urodziny. Zaczęłam krzątać się po kuchni w celu rozpakowania zakupów i przygotowania produktów na kolację. Przerwał mi jednak dźwięk mojej komórki wydobywający się z torebki. Nie znałam numeru, który dzwonił jednak pomyślałam że to może mój szef i postanowiłam odebrać.
-Megan Donell. Słucham?
-Dzień dobry panno Donell z tej strony Erick Evans - usłyszałam ten boski głos i momentalnie zrobiło mi się gorąco. Całkowicie zapomniałam, że miał zadzwonić!  Ale zaraz, zaraz... czy to nie Kim dawała mu numer? Cholerna gówniara! Napisała mu mój numer, a nie swój. Zabije ją. No kurwa mać przyrzekam, że ją kiedyś zamorduję w afekcie. 
-Dzień dobry Panie Evans. Czy to nie do mojej siostry miał pan zadzwonić?- odpowiedziałam stanowczo czym sama siebie zaskoczyłam, przez telefon nie wywierał już na mnie takiego wrażenia. Chyba? 
- Dzwonię pod numer, który zostawiły mi panie w salonie, jednak bardzo się cieszę ze to właśnie pani odebrała. Dostała pani kwiaty?
Jezu! Evans jest czarujący nawet przez telefon, dobrze, że nie widzi tych wypieków na moich policzkach. Moja pewność siebie poszła w cholerę.
-Dziękuję za kwiaty są śliczne, jednak nie trzeba było.
-Ależ nie ma za co. Żałuje że nie mogłem osobiście pani odwiedzić ale jak wspominałem miałem wieczorem spotkanie biznesowe, a po 20 nie wpuszczają już na odwiedziny.
Że co? Chciał mnie odwiedzić? A niby po co? Jaja sobie ze mnie robi? Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć.
- Chciałem tylko zapytać jak się pani czuje? - dodał po chwili przerywając ciszę, która zapadła po mojej stronie.
- A dziękuje jestem już w domu, wypisali nie dziś rano - odpowiedziałam mechanicznie nie będąc w stanie wymyślić nic innego.
- To wielka ulga dla mnie, że nic pani nie jest. W taki razie czy da się pani namówić na wspomnianą wczoraj kolację?
O mój Boże w co ona nie wpakowała! Kim zabiję Cię, przysięgam.
-To bardzo miłe z pana strony, jednak mam już plany na dzisiejszy wieczór, umówiłam się z rodzicami na kolację - chociaż nie musiałam kłamać by się wymigać, bo to była prawda. Z drugiej jednak strony po co ja się w ogóle tłumaczę?
-Wielka szkoda. Liczyłem na spotkanie z panią dzisiejszego wieczoru. Czy mogę w takim razie zaprosić panią  jutro na kolacje, lunch. Co Pani woli?
Czułam, że On nie da za wygraną, ale ja jutro mam ten bankiet, który obsługujemy.
-Panie Evans naprawdę to miło z pana strony jednak jutro pracuję i mam zajęty cały dzień.
-Czy pani próbuje mnie spławić, panno Donell? - zapytał nagle, a mnie to pytanie wprawiło w osłupienie i nie wiedziałam co mam powiedzieć. Fakt nie uśmiechało mi się z nim spotykać, bo i po co, ale naprawdę miałam już zaplanowane te dni.
-Panie Evans naprawdę mam plany na dzisiejszy wieczór i jutrzejszy cały dzień. Przykro mi, że odebrał to pan w ten sposób. Jeśli to takie ważne to możemy się umówić na niedzielny lunch -Boże co ja mówię?! Chyba oszalałam, że umawiam się z tym facetem na lunch.
-Dobrze w taki razie w niedziele o 13?
-Może być 13 - odpowiedziałam łapiąc się za głowę i karcąc się w myślach za to co wyprawiam.
-Cudownie. W taki razie przyśle po panią samochód o 12.30. Do zobaczenia!
Nie zdarzyłam nic powiedzieć i połączenie zostało zakończone. Jaki samochód? Jak do zobaczenia? Meg co ty wyprawiasz do cholery? I skąd on w ogóle wie gdzie ten samochód ma podjechać, skąd on wie gdzie ja mieszkam? Spojrzałam oszołomiona w lustro i zobaczyłam moje wielkie zielone oczy i płonące policzki. No to się wpakowałam!

4 komentarze:

  1. Super :) czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak Meg wpakowałaś się... ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. naprawdę wciąga

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaczyna się : D

    OdpowiedzUsuń