Premiera już w lipcu!

wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 3

-Meg Słonko, będziemy z Kim i Robem o 19? Pasuje ci? - powiedziała mama gdy w końcu podniosłam się by odebrać telefon.
-Tak mamo. Super, że będziecie wszyscy razem - odpowiadam będąc myślami gdzieś bardzo, bardzo daleko. 
-Kotku tylko nie przygotowuj nic i się nie przemęczaj. Tata zamówił już dla nas kolacje na wynos z Twojej ulubionej restauracji - na ziemię sprowadza mnie mama. Zamówili kolacje? Boże!
-Mamo ale ja już zrobiłam zakupy i zaczęłam przygotowywać....
-To ja już nie wiem? Zadzwoń do taty i powiedz żeby odwołał zamówienie ale wiesz, że będzie zły, że znowu robisz coś wbrew jemu - dodała poważny głosem jakby ze złością. Kiedy oni nauczą się, że jestem już dorosła? Tak cholernie mnie to wkurzało.
-Dobrze zadzwonię do niego. A Ty się nie złość, bo ci się zmarszczki zrobią przed weselem - zażartowałam i roześmiałam się do słuchawki.
-Nie rozśmieszaj mnie Meg. Dobrze wiesz jak mnie ta cała sytuacja stresuję. Przez was osiwieję jeszcze przed pięćdziesiątką - dodała ale w głosie słychać było, że się uśmiecha.
-Pa Mamo. Do zobaczenia - odpowiedziałam po czym rozłączyłam się.
Zwariuję kiedyś z tą rodziną. Nigdy nic nie może być proste. Ile głów tyle pomysłów i zdań. Nie wiem jak Kimberly to wytrzymuje, bo mama uwielbia się wtrącać we wszystkie sprawy związane ze ślubem. Muszę zadzwonić do taty i jakoś go ugłaskać by nie był zły. Mam na niego swoje sposoby ale nie zawsze one działają.
Rozmowa zajęła mi tylko kilka minut i o dziwo nie robił tak dużego problemu jak się spodziewałam. Miałam mu tylko obiecać, że w końcu wezmę swój zaległy urlop i odpocznę po weselu Kim i Roba. Urlop? Nie to mi teraz było w głowie ale obiecałam. Jak mus to mus.

Żeby zapomnieć o tych wszystkich sprawach i Evansie rzuciłam się w wir gotowania. Przygotowanie całego obiadu zajęło mi trochę czasu i zanim się obejrzałam była już godzina 17. Ogarnęłam trochę mieszkanie, sprawdziłam wiadomości na Facebooku, wystroiłam się żeby mama nie mówiła ze po domu chodzę jak lump i czekałam na przybycie moich gości. O równej 19 usłyszałam hałas na klatce i już wiedziałam, że idzie moja "kochana" rodzinka. Zaprosiłam ich do środka. Wszyscy wystroili się jak na bankiet ale wiedziałam, że tak będzie. Kimberly oczywiście nie przeoczyła kwiatów, które przywiozłam ze szpitala, jednak darowała sobie jakikolwiek komentarz. Zaproponowałam moich kochanym gościom coś do picia i zaprosiłam do stołu. Temat oczywiście był jeden: czyli wesele i ślub. Dowiedziałam się też, że Kim na szczęście nie zmieniła koloru ani fasonu mojej sukienki i odetchnęłam z ulgą. Pokazała nam też USG maleństwa. Na ten widok wszyscy się wzruszyliśmy, nawet Robert, który wydawał się być strasznie dumny.
-Mam nadzieję, że to będzie chłopak - powiedział Robert, trzymając zdjęcie w ręku.
-Ja wolę dziewczynkę, będzie miała na imię Eva, po babci  - Dodała Kimberly po czym podeszła do zdjęcia babci, które stało na mojej komodzie w salonie. Eva to mama naszej mamy, zmarła kilka lat temu we śnie.
-A co to za różnica czy chłopak czy dziewczyna? Ważne żeby było zdrowe i dobrze się chowało - dodał tata upijając łyk czerwonego wina.
-Mamo, a jak w pracy zareagowali na to, że babcią zostaniesz? - zapytałam złośliwie, bo wiem jak mama złości się na samą myśl, że będziemy do tej tak mówić.
-A w sumie jeszcze im nie powiedziałam - odpowiedziała z uśmiechem - Nikt nie musi wiedzieć to przecież nasze sprawy, prawda? - dodała znacząco.
-W sumie racja ale będziesz musiała im powiedzieć, bo kto pomoże Kim gdy się maluch urodzi? Rodzice Roba mieszkają w Waszyngtonie i wątpię żeby jego mama mogła przyjechać na parę miesięcy i zostać tu im pomoc - spojrzałam na nich wymownie. Oni chyba naprawdę nie zdawali sobie sprawy jak narodziny dziecka wywalą ich życie do góry nogami. 
-Jakoś sobie poradzimy maleństwo - dodał tata i objął mamę przez ramię.
Wieczór mijał całkiem przyjemnie. Nie było głupich docinków ze strony Kim, nawet mama wydawała się zrelaksowana i zadowolona. Tata z Robem poszli na balkon zapalić papierosa, a my z mamą krzątałyśmy się po kuchni sprzątając po kolacji. Kimberly położyła się na mojej czerwonej kanapie, z nogami do góry, bo twierdziła, że spuchły jej kostki. Po godzinie 21, Rob z Kim pojechali do domu, a rodzice zostali jeszcze chwilę żeby ze mną na spokojnie porozmawiać. Tata powiedział ,że chcą z mamą  w prezencie ślubnym kupić dom dla nowożeńców jednak nie wiedział czy to dobry pomysł i zapytali mnie o zdanie.
-Tato przecież wiesz, że moim zdaniem już dawno powinni się od was wyprowadzić. Jeśli chcecie kupić im dom, to ja nie mam nic przeciwko jeśli o to chodzi. 
Ja już dawno wyprowadziłam się z domu i uważałam, że Kim też powinna odciąć pępowinę, zwłaszcza, że niedługo sama założy własną rodzinę.
-Wiem skarbie, że Ty nie masz nic przeciwko tylko pytam, bo jeśli im kupimy dom to postanowiłem,  że tobie kupimy z mamą mieszkanie - dodał tata po czym spojrzał na mnie pytająco.
-Mi mieszkanie? Ale tato mi to w zupełności wystarcza - odpowiedziałam nie biorąc na poważnie ich słów. 
-Przy 851 Avenue znajduje się budynek Beatrice a pod nim Eventi Hotel. Znalazłem tam dla Ciebie apartament na 51 piętrze. Jest piękny i przestronny. Kuchenne blaty z granitu Caledonia i porcelanowe podłogi, myślimy z mamą, że bardzo by Ci się tam spodobało Megan. Na  pierwszym piętrze mieszczą się modne i eleganckie restauracje,  a na 25 piętrze masz klub fitness. Wszystko na miejscu bez wychodzenia.
Zamurowało mnie. Przecież taki apartament musi kosztować kilka milionów. Oni chyba kompletnie oszaleli. Ok... dom dla Kim i Roba ale ja nie potrzebuje mieszkania w centrum Manhattanu w ekskluzywnym wieżowcu. W dodatku nie sądziłam, że tacie aż tak dobrze wiedzie się w firmie, że stać ich na coś takiego. 
-Ale tato ja naprawdę...
I tu wtrąciła się mama dając mi wykład na temat tego, że zasługuje na wszystko co najlepsze i że ten apartament to mój prezent za ukończenie studiów. Chwilę jeszcze rozmawialiśmy, że w następnym tygodniu możemy podpisać umowę. Obiecałam, że zadzwonię do nich w niedziele jak odpocznę po bankiecie, a żebym dalej nie protestowała szybko zamówili taksówkę i zjechali na dół.
Moi rodzice to wariaci. Apartament przy 851 Avenue dla singielki, która pewnie nigdy nie założy rodziny. No ale co poradzić, moje koleżanki na pewno będą piały z zachwytu. Chyba za dużo tego wszystkiego jak na jeden dzień. Jutro wstaje rano, do pracy więc koło  22 wskoczyłam do łóżka i próbowałam zasnąć. W telewizji leciała właśnie powtórka jednego z sezonów Hausa i na tym udało mi się zasnąć.

Sobota, 4 maja

Znienawidzony budzik obudził mnie o 5.30. Jezu! Dawno nie miałam takich problemów ze wstaniem jak dziś, a perspektywa siedzenia w pracy do 18, zdecydowanie mi to jeszcze bardziej utrudniła. Musiałam być na 8.30 w restauracji więc żeby dostać się na Long Island musiałam wyjść odpowiednio wcześnie. Samochód nadal stoi na parkingu przy salonie Evansa więc musiałam jechać metrem czego już dawno nie robiłam. Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się w swoje ulubione wygodne jeansy i żółta bluzkę na co zarzuciłam dzianinowy sweterek, na nogi balerinki i byłam gotowa do wyjścia. Gdy dotarłam na miejsce w kuchni było wielkie zamieszanie ponieważ dostawca nie przewiózł kilku produktów na bankiet. Szef był zdenerwowany i krzyczał na bidnego kuriera, a szefowa dzwoniła z pretensjami do firmy, która dostarcza nam świeże owoce i warzywa.
-Witaj Megan - powiedziała miło gdy w końcu mnie dostrzegła - Przepraszam za to zamieszanie, idź się przebrać za 15 minut mamy zebranie całego personelu w kuchni.
-Dzień dobry Pani Smith. Już lecę się przebrać i jestem zwarta i gotowa do pracy - odpowiedziałam wesoło i poszłam do naszej pracowniczej szatni. Gdy weszłam zobaczyłam kilka nowych twarzy, to pewnie kelnerki wynajęte na dzisiejszy bankiet. Stały zestresowane pod oknem i paliły papierosy. Podeszłam do swojej szafki gdy usłyszałam, że ktoś wymówił moje imię. To Betty - moja koleżanka z roku, obie dostałyśmy się na staż do Smithów.
-Hej Megan.
-Hej Betty. Zdenerwowana? -  zapytałam, bo wiem jak to przeżywała, to dla niej pierwsza taka duża impreza.
-O lepiej nie pytaj. Rano było mi niedobrze i nie byłam w stanie nic przełknąć. Teraz już lepiej, bo Pan Smith dał mi napić się melisy i zjadłam rogalika z jagodami. Ale nogi mi się trzęsą jak galareta!
-Damy radę. Jest nas 4 kucharzy i widziałam kilka nowych kelnerek. To bankiet na 150 osób, a uwierz mi... bywało gorzej - dodałam po czym uśmiechnęłam się do niej i przytuliłam ją przyjacielsko.
-Dobrze, że chociaż ty się nie denerwujesz Meg. Bez ciebie bym kompletnie spanikowała!
Pogadałyśmy chwile w szatni po czym przebrałyśmy się w nasze pracownicze fartuchy i poszłyśmy na zebranie do kuchni. Wszyscy już tam czekali łącznie z Państwem Smith i dwoma innymi kucharzami Clarkiem i Laurą. Byli od nas dużo bardziej doświadczeni ale zawsze służyli dobrą radą i nigdy się nie wywyższali.
Narada trwała jakieś 20 minut po czym wszyscy wzięliśmy się do roboty. To event dobroczynny więc nie ma jednej dużej kolacji czy obiadu tylko raczej coś w stylu szwedzkiego stołu co ułatwiło nam pracę. Kuchnia to mój żywioł więc nawet nie zorientowałam się, że już 15 i trzeba jechać z dostawcami na miejsce. Wybrali do tego zadania mnie i Betty oczywiście, reszta miała dojechać na 17. Pojechałyśmy więc samochodem-lodówką na miejsce eventu oddalonego od restauracji jakieś 30 minut drogi. Gdy dojechałyśmy, robotnicy kończyli rozstawiać stoły dla gości oraz parkiet i czerwony dywan. Miejsce na zespół  było już gotowe i trwała właśnie próba dźwięku.



-O rany tu będzie cała śmietanka towarzyska Nowego Jorku - skwitowała Betty po czym zbladła jak ściana.
-Kochana damy radę. Zobaczysz, że twoje krewetki zrobią furorę -  pocieszyłam ją ale w środku i ja także zaczynałam się troszkę denerwować. Tylu ważnych ludzi w jednym miejscu to nie przelewki.
Chwile rozejrzałyśmy się po terenie i poszłyśmy na miejsce gdzie była rozstawiona kuchnia. Całkiem nowy sprzęt, piękne posrebrzane patery na przystawki,  kryształowe kieliszki z diamentami Svarovskiego robiły ogromne wrażenie. Po chwili na zebranie sił wzięłyśmy się z Betty do pracy, zaczęłyśmy wykładać nasze dania na tace, przybierać je i ozdabiać najlepiej jak potrafiłyśmy. Kroiłyśmy truskawki do szampana dla gości, dekorowałyśmy świeżymi kwiatami patery z ciasteczkami i przystawki.
-No ja jestem z nas dumna jak jasna cholera! - powiedziałam gdy skończyłyśmy dekorować ostatnią tacę.
-Meg ja bez ciebie bym tu zginęła - roześmiała się Betty po czym usiadła i napiła się szampana prosto z butelki.
Dochodziła 17 i reszta pracowników przyjechała busem z Państwem Smith. Bankiet rozpocząć miał się za godzinę więc zostały już takie kosmetyczne poprawki i obsługa na bieżąco gdy zjawią się goście. Gdy w końcu znalazłam chwilę by coś zjeść podszedł do mnie Pan Smith.
-Smacznego Megan. Mam do ciebie ważną sprawę - powiedział dość poważnym głosem, a mi obiad w gardle staną.
-Dziękuję. Słucham co tam się stało? - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się niepewnie.
-Jedna z kelnerek nie dojechała, a potrzeba nam dziś pełnej obstawy. Widziałem, że Betty napiła się już szampana, a Clark i Laura muszą być obowiązkowo na kuchni i chciałem cię prosić byś wystąpiła dziś w roli kelnerki. Wiem, że o 18 powinnaś skończyć jednak jak się zgodzisz dam Ci 2 dni płatnego urlopu. Błagam Megan zgódź się!
O nie! Wiedziałam, że o coś takiego chodzi. Strasznie nie chciało mi się zostawiać, bo wiedziałam, że takie bankiety czasami przedłużają się do późnych godzin nocnych.
-Panie Smith bardzo chętnie bym została ale dziś nie jestem samochodem, a nie chcę wracać po nocy metrem - powiedziałam z nadzieją, że zrozumie.
-To zamówimy ci taksówkę na koszt restauracji tylko pomóż nam dziś, proszę - dodał błagalnym tonem. Kurwa mać! Wiedziałam ,że coś wymyśli. Nie zostało mi nic innego jak się zgodzić, a w sumie perspektywa dwóch dni wolnych była całkiem obiecująca. Może w końcu znalazłabym chwilę by pouczyć się do egzaminu końcowego?
Smith dziękował mi jak szalony, wyściskał mnie i wycałował. Dał mi strój kelnerki po czym zaprowadził do miejsca gdzie mogłam się przebrać i chwilę odpocząć.
-Niech to szlag. Dali mi za małą koszulę - spojrzałam na metkę i zobaczyłam, że rozmiar jest o jeden za mały niż noszę normalnie.
-Trudno najwyżej będziesz świeciła biustem, może wyrwiesz jakiegoś bogatego snoba - dodała Betty i roześmiała się widząc moja wkurzoną minę.
-Ta kelnerka co nie przyszła była szczuplejsza ode mnie! - burknęłam ze złością patrząc w lustro i prawie mam łzy w oczach. Jak ja mam tak wyjść? Nawet nie mogę zbytnio oddychać, bo mi piersi wyskoczą z koszuli.
-Meg daj spokój. Masz ekstra cycki, super figurę. Wyglądasz bardzo seksi w tym stroju, mimo tej za małej bluzki - pocieszyła mnie Betty podchodząc do mnie do lustra - Spójrz jaką masz śliczną buzię, te zielone oczy, te włosy. Marzenie każdego faceta kochana.
Powygłupiałyśmy się chwilę po czym musiałam iść na zebranie kelnerek. Bogu dzięki, że założyłam dziś balerinki, na obcasach nie dała bym rady.
-O wow! Megan! Ale dekolt -  Skwitował menadżer naszej restauracji - Kevin. Miałam wrażenie, że próbował mnie podrywać, kilka razy zapraszał mnie za kolacje czy chociaż kawę ale nie byłam zainteresowana. Nie lubię mężczyzn, którzy myślą, że każda kobieta na nich poleci bo mają dobry samochód i gruby portfel. Nic mu nie odpowiedziałam tylko skarciłam go wzrokiem i oblałam się rumieńcem. Co za burak z tego Kevina, takiego wstydu mi narobić przy tych wszystkich ludziach i przy Smithach. Spojrzałam w kierunku szefa, który pokazał mi kciuk do góry, że wszystko jest ok.
Bankiet zaczął się o równej 19. Ja i 14 innych kelnerek szybko i sprawie rozdałyśmy gościom kieliszki z szampanem i czekałyśmy aż gospodarz - burmistrz Nowego Yorku, skończy swoje przemówienie na temat pomocy dzieciom z rodzin patologicznych. Rozglądałam się dyskretnie jednak nikogo z tych ludzi nie znałam. Wiem, że miał być tu wspólnik mojego taty jednak w tłumie ludzi ciężko było go wypatrzeć. Po około 2 godzinach sztywna atmosfera opadła i wszyscy się trochę rozluźnili, wraz ze mną. Nawet  zaczęłam się wygłupiać i żartować z gośćmi. Gdy przyszedł czas na rozniesienie kolejnych przystawek w postaci krewetek, byłam w tak dobrym humorze, że nawet nie zauważyłam jak guzik bluzki rozpiął mi się i uwydatnił mój biust jeszcze bardziej niż przed chwilą. Wyszłam pewnym krokiem na salę główna, lawirując między gośćmi z tacą  pełną jedzenia, zrobiłam rundkę po sali, gdy wszystko z tacy zniknęło, ruszyłam w kierunku zaplecza. Nagle zza pleców usłyszałam głos, który przeszył moje ciało od stóp aż po czubek głowy.
-Panno Donell!
O kurwa! Znam ten głos, znam ten powalający zapach męskich perfum. To Erick, Erick Evans we własnej osobie, wyrósł przede mną z znikąd. Bałam się jednak podnieść głowę i spojrzeć na niego. Widziałam tylko idealnie wypastowane eleganckie buty i szare spodnie od garnituru Armaniego.
-Nie spodziewałem się, że panią tu zobaczę.
Gdy w końcu podniosłam głowę, moim oczom ukazała się cała sylwetka Evansa. Potężna i męska. Jego włosy... idealnie przystrzyżone, piękne ciemne oczy i te usta. Boże co za usta, delikatna zarysowana linia zarostu, podkreślała jego kości policzkowe, które były idealne jak za czasów starożytności. Jego ciało mogło służyć za wzór boskich posągów.
-Dobry wieczór Panie Evans -  wymamrotałam cicho pod nosem i miałam ochotę stamtąd uciec. I to natychmiast!
-Co pani tutaj robi? -  zapytał po czym prześwietlił mnie wzrokiem nie lekceważąc oczywiście mojego zdecydowanie za dużego dekoltu. Zrobiłam się czerwona jak raki, które podawaliśmy kilka godzin temu, po czym wydukałam.
-Pracuję tu panie Evans. Jestem kucharzem jednak jedna z koleżanek zachorowała i musiałam ją zastąpić jako kelnerka -  skrzywiłam się lekko. Jasna cholera czy ja mu się tłumaczę?
-Muszę przyznać, że w tym stroju wygląda pani bardzo....hmmm profesjonalnie - odpowiedział po czym obszedł mnie niczym drapieżnik swoją zdobycz. Przybrał też uśmiech na którego widok miękły mi nogi.
-Przepraszam pana bardzo ale jestem w pracy muszę już iść. Miło było pana spotkać, panie Evans - dodałam szybko po czym odwróciłam się i jak najszybciej chciałam zniknąć za ścianką dla obsługi.
-Proszę mi nie uciekać panno Donell. Chciałbym zaproponować Pani drinka - wyprzedził mnie i zagrodził drogę. Zapadnę się chyba pod ziemię, gdy jeszcze raz tak na mnie spojrzy.
-Panie Evans ja naprawdę jestem w pracy, nie mogę pozwolić sobie na drinka gdy bankiet trwa w najlepsze. Szef by mnie za to zwolnił.
-A po bankiecie da się pani zamówić? - proponuje od razu.
Widzę, że nie odpuści tak samo jak podczas naszej wczorajszej rozmowy telefonicznej.
-Bankiet może trwać i do 2 w nocy panie Evans - uśmiecham się lekko i spuszczam wzrok. Cały czas jednak czuję jak on bacznie mnie obserwuje.
-Ja poczekam na panią tyle ile potrzeba - powiedział i pogładził mnie po nagim przedramieniu po czym zjechał powoli niżej i chwycił mnie za dłoń. A mi z wrażenia z rąk wypadła taca.



 Na szczęście nie było na niej jedzenia. Złapałam się za głowę i powiedziałam w pośpiechu. 
-Przepraszam pana bardzo, muszę już iść! - czułam, że moje policzki płonęły. Nie! Ja chyba cała płonę. I uciekłam na zaplecze gdzie dopadła mnie Betty.

3 komentarze: