Premiera już w lipcu!

piątek, 31 lipca 2015

Rozdział 70

Piątek,  13 Grudnia

Umówiliśmy się dziś z Brayanem i Tomem na karaoke. Tom pracuje jednak do wieczora więc ma dołączyć do nas później. Siedzimy w mieszkaniu Brayana i czekamy aż wróci. To ostatnio jedna z naszych ulubionych rozrywek, oczywiście w zaciszu domowym. Nie ma mowy by chłopaki pozwolili gdziekolwiek wyjść mi samej. Pilnują mnie na zmianę i jest lekko wkurzające ale staram się to tolerować, bo wiem, że robią to w dobrej wierze. Zrobiłam górę pysznego jedzenia na ten wieczór. Kilka minut po jedenastej słychać, że ktoś otworzył domofonem drzwi. To na pewno Tom. Nie mylę się, jednak nie przychodzi sam. Jest z Lily. Mnie i Brajanowi opada szczęka.
-Dobry wieczór! - wita się z nami tym swoim piskliwym głosem i uśmiecha się tak słodko, że aż mnie zemdliło. Co ona tu z nim robi?
-Cześć Lil -  rzuca zimno Brayan.
-My się chyba oficjalnie nie poznałyśmy -podchodzi do mnie i wyciąga dłoń – Jestem Lily - przedstawia się.
-Megan - wymuszam uśmiech i patrzę na Toma. Muszę być dla niej miła ze względu na niego - Jeśli jesteście głodni, to jedzenie stoi na stole - dodaję jako wzorowa gospodyni domowa. Rozmawiamy chwilę o głupotach, Tom przyniósł piwo dla siebie i Lily. Nie mam pojęcia czy ona wie, że jestem w ciąży? Mam jednak nadzieję, że Tom zachował to dla siebie. Kleją się do siebie jak nastolatki, a ja pierwszy raz widzę jak Tom obłapia dziewczynę i mimo tego, że wiem ją kocha, nie ufam jej. Po tamtym wieczorze w klubie tym bardziej mam do tego podstawy.
-To co, zaczynamy? - pyta Brayan, gdy nie może już patrzeć jak Lil wpycha Tomowi język do gardła i zerka  na mnie przewracając oczami. Powstrzymuję śmiech.
-Może zagramy w kręgle albo coś innego? - proponuje Tom.
-Miało być karaoke, specjalnie ściągnąłem aktualizację. Meg cały dzień ćwiczyła swoją piosenkę! - odpowiada żartobliwie Brayan i puszcza mi oczko.
-W takim razie ona zaczyna -  wtrąca Lil.
-Mam dla was coś specjalnego! - wstaję śmiało i biorę do ręki mikrofon. Mam gdzieś co pomyśli sobie o mnie Lil, jestem ze swoimi przyjaciółmi i mogę się wygłupiać. Wybieram z listy piosenkę Rihanny „Only girl” i włączam play. Zaczynam swój występ stając naprzeciwko mojej publiczności, Brayan od razu się śmieje, a Tom przygląda się uważnie. Mina Lily wyraża wszystko i jest bardzo wymowna: „co to za idiotka?”, mam to jednak w dupie. Kiedyś należałam do szkolnego chóru więc nie śpiewam najgorzej. Odprawiam  swój taniec w rytm muzyki i udaje Rihannę. Wiem jak zabawnie to wygląda. Brayan gwizda i rzuca we mnie popkornem, Tom także się śmieje. Na koniec kłaniam się nisko i padam na dywan ze śmiechu.
-Cholera Meg, to było naprawdę dobre! - mówi z podziwem Tom.
-Dzięki! Chcesz autograf? - rzucam żartobliwie.
-Od ciebie zawsze! -  w żarcie puszcza mi oczko, a Lil gromi go wzrokiem.
-Teraz twoja kolej, Lil! - podaje jej mikrofon ale wiem, że nie ma na to ochoty -  Jak wszyscy to wszyscy!  - dodaję by nie odmawiała. 
-Ok, niech będzie! -  bierze ode mnie mikrofon i wstaje. Długo wybiera piosenkę aż w końcu decyduje się na numer Christiny Augilery „Dirty”. Śpiewa całkiem nieźle, ale tak się wygina i wdzięczy do Toma, że ledwo powstrzymuje śmiech, Brayan także. Tomowi chyba jest głupio, bo dopija piwo prawie na jeden raz. Nie podoba mi się to, że przy niej pije. Przy nas tego nie robi wie, bo że nie może. Biję brawo tylko po to by nie zrobić mu przykrości ale... co on  do cholery w niej widzi? Chyba ten wielki biust i pupę, bo Lily ma zaokrągloną figurę. Jest pulchna ale w apetyczny sposób i widać, że nie ma problemów ze swoim ciałem . Emanuje pewnością siebie i w sumie to dobrze ale ona działa mi na nerwy. Niby próbuje coś zagadywać ale nawet nie ma odwagi przeprosić za tamten wieczór, a ja pamiętam co wtedy powiedziała. Zaraz po występnie Lily chłopaki śpiewają kilka piosenek i mamy z tego naprawdę niezły ubaw. Oni są w tym naprawdę genialni mimo tego, że kompletnie nie potrafią śpiewać. Brayan odprawia także mini striptiz wymachując tyłkiem przed Lily, a wiem, że robi to złośliwie i jeszcze bardziej mnie to bawi.
-Może się już położysz, mała? - pyta Brayan widząc jak przecieram oczy.
-Nie spokojnie, posiedzę z wami jeszcze -  uśmiecham się.
-My i tak zaraz będziemy się zbierać! -  wtrąca Tom kompletnie nas tym zaskakując. Jest kilka minut po drugiej w  nocy.
-Nie zostajesz? - 
-Jedziemy do Lil -  odpowiada zdawkowo, ona milczy.
-Wróciłaś na stałe do Londynu? - wtrącam. 
-Jeszcze nie wiem, to zależy… -  odpowiada i gładzi Toma wymownie po udzie.
-Macie plany na sylwestra? - dopytuje dalej Brayan. 
-A co? - burczy Tom i wiem, że zaraz się wkurzy.
-Tak pytam! Wyluzuj stary! - uspokaja go. Tom wypił kilka piw i już nad sobą nie panuje.
-Chodźmy już - mówi Lil, i wstaje mu z kolan.
-Tak będzie najlepiej! - rzuca ostro Brayan i zaczyna zbierać resztki jedzenia ze stołu. Podchodzę do Toma i obejmuję go mocno na pożegnanie.
-Zadzwoń rano -  szepczę mu do ucha.
-Spokojnie Meg. Zrozum mnie… -  odpowiada błagalnie. 
-Rozumiem...  - całuje go w policzek i żegnam się z Lily najmilej jak umiem. Wychodzą szybko nie żegnając się z Brayanem. Zamykam za nimi drzwi i wracam do salonu.
-Co za manipulantka! Nie trawię jej! - wyrzuca z siebie Brayan.
-Daj spokój. To jego sprawa - macham ręką by wyluzował.
-Ona go nie kocha. Nie wiem co jej tym razem chodzi po głowie ale się dowiem! Nie pozwolę by znowu przez nią cierpiał.
-Mi ona też się nie podoba ale nie będę się wtrącać. Chodźmy spać, jestem padnięta -  ujmuję jego dłoń. 
-Chcesz spać ze mną? - pyta niepewnie.
-Jasne. Zawsze… -  odpowiadam zbyt zadowolona i chyba dziwnie to brzmi, bo Brayan robi znowu tą nieodgadnioną dla mnie minę. 

Przebieram się w piżamę i idę do sypialni w której Brayan już leży. Ma na sobie tylko spodnie od piżamy. Zastanawiam się czemu aż tak zdziwiła go moja propozycja wspólnego spania? Czy to takie dziwne spać z przyjacielem w jednym łóżku? Dla mnie nie. Spoglądam na niego niepewnie, bo na naprawdę ładne ciało przez to, że kiedyś grał w piłkę. Pierwszy raz dostrzegam, że ma tatuaż na obojczyku. To jakiś japoński lub chiński znak.
-Co to oznacza? - pytam wskakując pod kołdrę.
-To znak równowagi. Zrobiłem go gdy podjąłem pierwszą terapie -  odwraca się do mnie i patrzy w oczy - Mogę coś zrobić? - dodaje.
-Co zrobić? - unoszę brew, nie bardzo rozumiem.
-Mogę czy nie?
-Mam tak w ciemno zadecydować? - krzywię się. 
-Jeśli mi ufasz.
-Dobrze wiesz, że ufam.
-To dobrze - wstaje nagle i rozbiera się do naga.
-Co ty wyprawiasz?! - zakrywam oczy dłońmi i od razu robię się cała czerwona.
-Przecież pytałem czy mogę.
-Nie wiedziałam, że o to chodzi! Cholera, ubierz się! - chichoczę z tej kuriozalnej sytuacji.
-Daj spokój, przecież mnie już widziałaś! Ja ciebie zresztą też! - mówi i kładzie się pod kołdrę.
-Niby kiedy mnie widziałeś? - piorunuję go wzrokiem. Na szczęście zakrył się do pasa więc nic nie widzę. 
-Tego wieczoru co powiedziałaś Erickowi o Filipie - odwraca się w moją stronę i podpiera na łokciu. 
-Nie przypominam sobie bym się przy tobie wtedy rozbierała! -  przewracam oczami.
-Przebrałem cię z sukni w piżamę. 
-Och... -  znowu robię się czerwona.
-Jesteś piękną kobietą ale ustaliliśmy pewne zasady. Ja ich nie złamię... - uśmiecha się i nagle przyciąga do siebie.
-Musisz się przy mnie powstrzymywać? - pytam szczerze.
-Czasami... Jestem tylko facetem Meg ale cenie sobie twoją przyjaźń i nie chcę jej stracić.
-Dla mnie też jesteś ważny. Bez ciebie i Toma nie dałabym sobie rady… -  uśmiecham się.
-Myślę, że ta sprawa z Lil to próba zapomnienia o tobie -  stwierdza..
-Jego mama powiedziała mi, że się we mnie zakochał choć trudno mi w to uwierzyć -  przekręcam się na bok i także opieram na łokciu.
-To uwierz, on jest w tobie zakochany! Po uszy!
-Bez jaj! Przecież nigdy nie dałam mu do zrozumienia, że mi się podoba. Kompletnie mnie nie pociąga! Ja też nie jestem w jego typie – stwierdzam.
-Znam go, wiem co mówię - kiwa głową.
-To kompletnie bez sensu! Co ja mam z tym niby zrobić?
-Nic, to on musi to jakoś przetrawić i tyle. Chodź spać Meg, nie chcę myśleć o Tomie przed zaśnięciem... - mówi rozbawiony. 
-No dobra, dobra! Ale wrócimy do tego tematu! - uśmiecham się znowu i odwracam się do niego tyłem - Jeśli poczuje coś na plecach przyrzekam, że cię uduszę! - dodaję ostrzegawczo. 
-Nie kontroluje tego!
-To zacznij! -  śmieję się w głos. 
-Nie da się.
-Nic mnie to nie obchodzi! Dobranoc!
-Dobranoc złośnico -  Brayan obejmuje mnie w pasie i kładzie głowę obok mojej. Czuję jego ciepły oddech na włosach. Gładzi delikatnie moje ramie, a to takie przyjemne. Zasypiam powoli, czuję się przy nim naprawdę bezpiecznie.

Sobota,  14 Grudnia

Jest mi za gorąco. Czuję jak Brayan obejmuje mnie rękami tak mocno, że nie mogę się ruszyć. Ale z niego kaloryfer! W dodatku czuję, że  natychmiast muszę iść do łazienki. Jak najbardziej delikatnie próbuję wyswobodzić się z jego objęć i wstać. Niestety mi się to nie udaje, a Brayan właśnie się obudził. 
-Wiercisz się strasznie! - burczy na mnie zaspany i robi wkurzoną minę.
-Muszę do kibelka… -  wygrzebuję się z pościeli i wstaję. Brayan rzuca we mnie jaśkiem i chowa głowę po kołdrę, a ja chichoczę cicho. Mój pęcherz ostatnio dosłownie wariuje, a ja chyba muszę zacząć nosić wkładki higieniczne, bo momentami nie mogę powstrzymać potrzeby. To takie dziwne i krępujące. "Uroki" ciąży zdecydowanie mi się nie podobają. 

Jest sobota więc chłopaki mają wolne. Tom jeszcze nie dzwonił mimo, że już po jedenastej. Brayan właśnie bierze prysznic, a ja zabieram się za obiad. Rano ogarnęłam trochę mieszkanie wykorzystując moment, gdy Brayan jeszcze spał. Gdyby wstał na pewno nie pozwoliłby mi tego robić. Wytarłam tylko kurze i posprzątałam po wczorajszym wieczorze, a i tak cholernie się przy tym zmęczyłam.
Pogoda jest paskudna, jest strasznie zimno i wieje silny, mroźny wiatr. W Nowym Jorku pewnie jest podobnie. Nie lubię zimy, jestem raczej zmarzlakiem, a porządna kurtka, czapka i szalik to dla mnie podstawa. Zastanawiam się czy w trakcie wesela nie będzie mi zimno z odkrytymi ramionami? Powinnam chyba dokupić jakieś bolerko albo szal. Nawet nie wiem gdzie dokładnie odbędzie się uroczystość? I kto na niej będzie? Na myśl o zobaczeniu swojego kuzynostwa, wujostwa od razu boli mnie głowa. Moja rodzina, głównie ze strony mamy, jest bardzo wścibska i wkurzająca. Na pewno wywołam sensację tym, że się tam zjawię w dodatku z Brayanem. Muszę chyba zadzwonić do Kim i zapytać kto będzie, by przygotować na to psychicznie i siebie i mojego gościa.
-Co tak ładnie pachnie? - pyta Brayan wychodząc z łazienki, biodra owinięte ma kremowym ręcznikiem, a na skórze lśnią mu jeszcze krople wody.
-Zupa ogórkowa, mam na nią straszną ochotę! - odpowiadam oblizując łyżkę po śmietanie.
-A masz ochotę iść dziś do kina? - dopytuje wycierając mniejszym ręcznikiem swoje mokre włosy. 
-A co grają?
-Drugą część „Igrzysk śmierci”.
-Nie oglądałam pierwszej - marszczę brwi.
-Może być coś innego, ruszmy się z domu po prostu - posyła mi ten swój uśmiech i wchodzi do sypialni.
-Poczekajmy może na Toma i pójdziemy we trójkę.
-Skoro się do tej pory się nie odezwał to myślę, że zobaczysz go dopiero w poniedziałek - krzyczy do mnie z pokoju, a ja drapię się po głowie. Cholera! Lil zarzuciła na niego swoje uroki i nie chce puścić, a ja nawet nie chce myśleć co robią, gdy są kompletnie sami. Wzdrygam się i kręcę głową.
-No dobra pójdziemy sami! - zgadzam się. 

Po obiedzie muszę oczywiście odpocząć. Zmęczyłam się jakbym co najmniej harowała  8 godzin, a ja heroicznie ugotowałam zupę. Brayan krząta się i stroi, postawił włosy w artystyczny nieład i założył eleganckie flanelowe czarne spodnie, oraz koszulę i sweterek. Chyba ja też powinnam się ubrać. Mam tu raczej codzienne rzeczy jednak znajduję dzianinową morską sukienkę do kolan, wkładam czarne grube rajstopy i długie kozaki. Włosy wyprostowałam, bo od kiedy jestem w ciąży całkiem nieźle sobie z nimi radzę. Są miękkie i lśniące. Maluje się lekko i jestem gotowa.
-Twoja mam nic nie mówiła jak dowiedziała się, że lecisz do Stanów na święta? - pytam gdy schodzimy do samochodu.
-Myślała, że jadę do ojca -  Brayan śmieje się i otwiera mi drzwi - Wsiadaj szybko, bo zimno!
-A nie chcesz go odwiedzić?
-Nie - rzuca zdawkowo - Jest dla mnie obcym człowiekiem -  dodaje.
-Aha... - ściska mnie serce gdy to mówi, bo wiem, że martwi go to, że on stanie się takim samym ojcem jakim dla niego był jego ojciec. 
-A ciebie co tak na spytki wzięło? Książkę piszesz? - pyta żartobliwie.
-O Jezu no! Po prostu chciałam wiedzieć! W sumie nigdy o nim nie opowiadałeś.
-Bo nie ma o czym. Mama rozwiodła się z nim gdy miałem 10 lat, jest pijakiem, bił i mnie i ją. Jedyne co po nim mam to skłonność do uzależnień... - stwierdza cierpko.
-Popieprzone to życie… -  wzdycham głęboko i zapinam pas.

Jedziemy do największego centrum handlowego w Londynie i chyba w Europie - Westfield Stratford City. Nie przepadam za takimi miejscami, tłumy ludzi, głośno i trzeba wszędzie uważać by nikt cię nie okradł. Czekając w gigantycznej kolejne po bilety spotykamy Jamesa i Eliota, byli z nami w klubie tamtego feralnego wieczoru. Także wybierają się na film.
-A wy tak sami? - pyta Brayan rozglądając się czy nie ma z nimi Sary i Niny.
-Dziewczyny poszły na zakupy, nie chciały iść do kina… -  odpowiada James. To średniego wzrostu, rudawy blondyn, opalony w solarium. Kompletnie nie mój typ.
-Słyszałeś, że Lil i Tom znowu są razem? -  pyta ten drugi, Eliot. Wysoki, także blondyn ale nie rudawy. Chociaż na solarium pewnie mają ten sam karnet. 
-Słyszałem i nawet widziałem. Byli wczoraj u mnie - Brayan wywraca oczami.
-Dziewczyny mówiły, że zaproponowała mu by wrócił z nią do Belgii - dodaje James, a ja robię wielkie oczy. Że co?!
-Popierdoliło ją chyba! - prycha głośno Brayan i myśli dokładnie to samo co ja.
-Podobno wstępnie się zgodził - wtrąca Eliot.
-Kurwa co za idiotka! Nie no, teraz to na pewno muszę z nim pogadać! – Brayana aż trzęsie ze złości i widać, że bardzo się wkurzył. Nie należy do osób, które szybko się denerwują ale jak widać ten temat okropnie go drażni. Zresztą nie tylko jego. Eliot i James są całkiem spoko. Nie traktują mnie jakoś dziwnie i są bardzo zabawni. Kiedyś tworzyli z chłopakami fajną paczkę przyjaciół ale teraz widać, że wiele się pozmieniało. Decydujemy się iść wszyscy razem do kina na „Kac Vegas 3”. Kupuję wielki kubeł prażonej kukurydzy i naczosów z sosem serowym. Chłopaki patrzą na mnie zaskoczeni, gdy stoimy w kolejce do wejścia na salę kinową. Tylko Brayan wie o co chodzi i ma z nich niezły ubaw.
-Gdzie ty to mieścisz? - pyta Eliot w momencie jak zajmujemy swoje miejsca. Właśnie wepchałam sobie do ust kolejną porcję kukurydzy i popiłam colą. 
-Tu - pokazuje mu na swój brzuch i się śmieje.
-Nie widać.

-Ona jest w ciąży, Eliot - wtrąca Brayan, a mina chłopaków w tym momencie jest bezcenna. Nie mają jednak odwagi o nic zapytać, tylko wymieniają się spojrzeniami. Wiem, że zżera ich ciekawość. Wiem też, że powiedzą o tym dziewczynom ale mam to gdzieś. Na pewno będą słać domysły na ten temat i podejrzewam, że to z Tommiego zrobią ojca mojego syna, a Lily na pewno oszaleje wtedy ze wściekłości. Zaszłam w ciąże mniej więcej wtedy jak tu przyjechałam, a na początku znałam przecież tylko Toma, co dla nich będzie jednoznaczne. Nie będę się jednak tłumaczyć i wyprowadzać ich z błędu. To może być nawet całkiem zabawne i może w ten sposób uda nam się pozbyć tej jędzy z jego życia? Drastyczne? Może... ale czego się nie robi dla dobra przyjaciół? 

czwartek, 30 lipca 2015

Rozdział 69

Jedziemy zjeść coś do ulubionej knajpki Brayana. To niewielki bar z domowym i smacznym jedzeniem. Podobno często w nim jada, bo jako kawaler kompletnie nie ma drygu do gotowania. Jeśli ja mu czegoś nie ugotuję to w jego menu istnieją głównie pizza i fast foody. Zamawiamy klasyczne londyńskie śniadanie: fasolka, kiełbaska, jajka, bekon. Ja dodatkowo mam ochotę na słodkie naleśniki i sok pomarańczowy. Ostatnio jestem tak zmęczona, że nie chce mi się nawet za bardzo gotować. Teraz skoro wiem, że Maleństwo ma się dobrze i ja czuję się o niebo lepiej. Będę miała syna! Powtarzam te słowa jak mantrę, bo chyba naprawdę zaczynam się cieszyć. Odruchowo kładę dłoń na brzuchu i poklepuje się delikatnie gdy kończę jeść śniadanie. 
-Aż trudno uwierzyć, że coś tam jest - mówię skupiona, chcę poczuć jakikolwiek ruch. Wiem, że to jednak za wcześnie. 
-Pola poczuła ruchy już w 17 tygodniu - odpowiada Brayan i uśmiecha się do mnie.
-Tęsknisz za nimi, co? -  pytam łagodnie.
-Za Polą nie, za Vinem bardzo. Kocham go, to mój rodzony syn ale jeśli dobrze pójdzie i kuratorka wyda pozytywną opinię, będę mógł się starać o przywrócenie mi praw… -  w jego głosie słychać nadzieję. 
-Na pewno ci się uda - poklepuję go po ramieniu i popijam sok.
-Doktor Sims wzięła mnie za dziecioroba! -  wtrąca z ironią. 
-Oj daj spokój, pomyliła się i przeprosiła przecież...
-W sumie to nawet bym chciał -  opiera brodę na dłoniach i zamyśla się na chwile. 
-Czego byś chciał?
-Mieć normalną rodzinę.
-Przecież masz rodzinę: matkę, ojczyma, siostrę , braci no i Vina.
-Co to za rodzina? Matka rozwiodła się i przez nią nie mam kontaktu z ojcem, a ja powielam ten sam schemat. Mój syn mnie nie zna, nawet pewnie nie pamięta jak wyglądam i uznałby mnie za obcego człowieka… - wzdycha z żalem. 
-Jest malutki, jeszcze wszystko zdążysz nadrobić.
-Chcesz znać moje zdanie? - mówi nagle, ton ma poważny.
-Oczywiście, że tak. - odpowiadam niepewnie, bo nie mam pojęcia co chce mi powiedzieć.
-Powinnaś powiedzieć Erickowi, że zostanie ojcem - unoszę brew i otwieram oczy ze zdziwienia. On mówi poważnie?
-Przecież wiesz, że nie mam pewności... -  szepczę. 
-To mało prawdopodobne by Filip był ojcem. To był przecież tylko jeden raz, a z Erickiem kochałaś się codziennie… -  oblewam się rumieńcem, bo nadal mnie krępują takie rozmowy.
-Posłuchaj się... - mówię przez zaciśnięte zęby - Szanse są pół na pół! - dodaję. 
-To powiedz obojgu. Będziesz przecież musiała zrobić badania genetyczne by mieć pewność.
-Nie zrobię żadnych badań! To moje dziecko i nic im do tego! - warczę, od razu straciłam apetyt.
-Źle postępujesz! - Brayan gani mnie i przeszywa wzrokiem.
-Nic od nich nie chcę, poradzę sobie sama. Nie będę jedyną samotną matką! - tak mnie zdenerwował, że mam ochotę wstać i wyjść.
-Erick cię kocha, jeśli się dowie na pewno do ciebie wróci - brnie dalej. 
-Nie chcę litości Brayan. To ja wszystko spieprzyłam i teraz ponoszę konsekwencje. Nie zniosłabym myśli, że wrócił do mnie tylko ze względu na dziecko! - mówiąc to mam łzy w oczach.
-Popełniasz błąd ale jak chcesz, twoja sprawa. Wiesz, że zawsze jestem po twojej stronie -   uspokaja mnie - Nie denerwuj się już proszę.
-To nie zaczynaj więcej tego tematu! - patrzę gniewnie.
-Mówiłaś, że w Święta jest ślub Kim i chrzest Evy -  podstępnie zmienia temat - Masz już sukienkę?
-O kurczę!Nie mam - krzywię się i lekko.
-Może poszukamy czegoś? Ja też z chęcią kupię sobie nowy garnitur. Ten co mam kupiłem, na ślub z Polą, a ślub się nawet nie wydarzył -  dodaje cierpko.
-Zgoda ale ja płacę! - uśmiecham się słodko.
-Niech będzie. Ja kupię bilety na samolot… - Brayan mruży złośliwie oczy. Siedzimy w barze jeszcze jakąś godzinę i zjadamy wszystko co zamówiliśmy. Pogoda nie jest najlepsza, jest zimno i zaczyna prószyć śnieg. Jedziemy do centrum handlowego w którym Brayan ma swój sklep. Wpada do niego przy okazji by skontrolować nowego pracownika ale ten całkiem nieźle sobie radzi. Gdy widzę Brayana w roli szefa chce mi się śmiać. Próbuje być taki poważny i groźny, a ja nie mogę utrzymać powagi. Chichoczę cicho, a Brayan patrzy na mnie dziwnie. Uśmiecham się i próbuję opanować. Idą z tym nowy na chwilę na zaplecze, a ja przyglądam się aparatom, które ma w sklepie. Widzę fajną lustrzankę i wpadam na genialny pomysł więc biorę ją do ręki i podchodzę do kasy.
-Chciałabym to kupić... -  mówię do młodego chłopaka, Brayan stoi obok niego i robi zaskoczoną minę.
-Po co ci lustrzanka?
-Zobaczysz! -  uśmiecham się i podaję kartę by zapłacić.
-Nie wygłupiaj się Meg! Nie będziesz płaciła w moim sklepie! -  gromię go wzrokiem, naprawdę mam dość takich sytuacji. Powtarzają się prawie codziennie, nawet przy zakupach spożywczych.
-Nabijaj! - zwracam się z uśmiechem do chłopaka i podsuwam kartę bliżej niego. Widzę jednak jak patrzy na Barayana z wyczekiwaniem i jest mu bardzo niezręcznie. Bierze w końcu kartę i wkłada do terminala. 
-Tysiąc pięćset dziewięćdziesiąt dziewięć funtów, proszę pani - odpowiada grzecznie i podaje mi pokazuje, że mogę wprowadzić już kod pin. Brayan puka się w czoło w geście, że chyba oszalałam, a ja uśmiecham się tylko i pokazuję mu język. Po chwili dostaję zapakowany nowy aparat i odbieram kartę. 
-Dziękuję! -  mówię do chłopaka.
-Chodźmy już lepiej! -  podirytowany Brayan chwyta mnie pod rekę - Jak będą jakieś problemy Gaz, to dzwoń! -  odwraca się do niego na sekundę.
-Dobrze szefie! - kiwa głowa - Do widzenia pani - uśmiecha się nieśmiało.
-Do widzenia Gaz! -  wychodzimy razem, a Brayan nie odzywa się ani słowem. Cholera! Wkurzył się czy co? Idziemy w milczeniu aż do sklepu z garniturami i sukienkami.
-Po co ci ten aparat? - pyta w końcu.
-Zobaczysz - odpowiadam tajemniczo. 

W sklepie rozdzielamy się na dwa działy.  Ja oglądam sukienki, on garnitury. Wybór jest ogromny, a ja sama tak naprawdę nie wiem czego szukam? Na pewno coś długiego, w końcu mamy zimę, a w Nowym Jorku w grudniu potrafi być ogromny mróz. Tak, już chociaż mam wstępną wizję. Sukienka będzie długa i... luźna! Nie mam pewności jak będzie wtedy wyglądał mój brzuszek więc lepiej myśleć o tym teraz niż potem martwić, że ktoś coś zauważy. 

Widzę jak ekspedientka podchodzi do Brayana i z maślanymi oczami pyta, czy w czymś może mu pomóc. Bawi mnie to, że dziewczyny często tak na niego reagują. No dobra jest niezły, ma zadziorne spojrzenie i błysk ten w oku. W końcu to chłopak z Florydy.


Podchodzą razem do rzędu szarych eleganckich garniturów, a mi od razu przypomina się Erick. Często takie nosił i tak bosko w nich wyglądał. Ściska mnie w żołądku ale staram się nie okazywać emocji. Przebieram palcami wzdłuż szeregu pięknych sukienek. Jedna podoba mi się najbardziej. To długa ciemno-śliwkowa kreacja, odcinana pod biustem i puszczona luźno ku dołowi. Ramiączka są biżuteryjne i bardzo ozdobne. Przyglądam się jej dłuższą chwilę. Tak! Chcę ją przymierzyć. Biorę ją do ręki i podchodzę do Brayana. Słyszę jak flirtuje z ekspedientką.
-Przymierzę to… -  rzucam krótko i odwracam się w kierunku przymierzalni.
-Ok! -  Brayan odpowiada nawet na mnie nie patrząc. Przewracam oczami. To tylko facet Meg! Upomina mnie moje wewnętrzne „ja”. I tak poświęca mi dużo swojej uwagi, a ja przecież dałam mu dawno do zrozumienia, że nic między nami nie będzie. Tylko czemu teraz mam głupie uczucie....Zazdrości? Nie. A może jednak? 

Zasłaniam kotarę i zdejmuję kurtkę. Wieszam suknię na drzwiach i zaczynam się rozbierać. Stoję w samej bieliźnie i przyglądam się sobie. Widzę jak moje ciało się zmienia: lekko zaokrąglony brzuch, duże piersi, bardziej krągłe, biodra. Przypominam dawną siebie, tyle, że teraz jestem w ciąży. Włosy mi lśnią, a skóra jest jasna i nieskazitelna. To te dobre aspekty ciąży. Zdejmuję sukienkę z wieszaka i zakładam ją powoli od dołu. Ledwo przechodzi przez moje piersi ale w końcu udaje mi się przecisnąć. Jezu! Ale one są wielkie! A ten krój jeszcze dodatkowo to podkreśla. Zapinam suwak który jest z boku... No, no całkiem nieźle! Wychodzę z przymierzalni i przeglądam się w dużym lustrze. sukienka w ogóle się nie opina, jest w stylu greckim. Bardzo ładna.

Staję na palcach by mniej więcej wiedzieć jak będzie to wyglądało z butami. Uważam, że jest idealna więc wychodzę na sklep by pokazać się Brayanowi.
-I jak? - przyjmuję seksowną pozę i próbuję się nie śmiać. Brayan odwraca się razem z ekspedientką i zamiera.  Patrzy na mnie z otwartą buzią, oczy ma wielkie i błyszczące. Dziewczyna także na mnie patrzy, zazdrośnie i chyba naprawdę nieźle wyglądam.
-No mamuśka! - Brayan  w końcu coś mówi i uśmiecha się od ucha do ucha.
-Fajna co? - robię obrót, a suknia zaczyna ładnie falować.
-Idealna.
-Też tak myślę! -  zerkam na metkę, 199 funtów. I po raz kolejny upewniam się, że nie trzeba wydawać kilku tysięcy by dobrze wyglądać.
-Macie jakieś buty do tego? -  Brayan pyta ekspedientki, która nie jest pocieszona, że straciła jego zainteresowanie. Niechętnie pokazuje mi kilka modeli, przymierzam trzy i wybieram wieczorowe sandałki w bardzo podobnym kolorze co suknia. Brayan decyduje się na czarny klasyczny trzyczęściowy garnitur. Gdy wychodzi w nim z przymierzalni prawie zasycha mi w ustach. Cholera! Wygląda w nim tak podobnie. Też ma ciemne włosy, trochę dłuższe niż Erick. Widzi moją reakcję i uśmiecha się uwodzicielsko. Dobrze, że nie potrafi czytać w myślach! Zganiłby mnie za to, ale cholera... W tym garniturze naprawdę jest do niego podobny. 

Ja płacę, tak się umawialiśmy i wychodzimy. Korzystam szybko z łazienki.
-To gdzie teraz? - pyta Brayan niosąc nasze zakupy.
-Muszę chyba kupić jakieś prezenty na święta, no i coś dla małej na chrzest. Co się kupuje takiemu małemu dziecku? - spoglądam na niego.
-Nie mam pojęcia, nie mam chrześniaka! -  wzrusza ramionami.
-A Vincent, co dostał od rodziców chrzestnych?
-Nie wiem, nie byłem na jego chrzcie… -  odpowiada z takim żalem i gniewem. Cholera! Nie był na chrzcie własnego syna?
-Dlaczego? - pytam niepewnie.
-Mówiłem ci, że byłem uzależniony.
-Wiem, przepraszam… - jest mi głupio ale nie przyszło mi na myśl, że opuścił chrzest własnego syna przez narkotyki.
-Spokojnie. Pogodziłem się z tym i wiem, że jestem gównianym ojcem…-  Brayan uśmiecha się ironicznie.
-Nie mów tak! - podchodzę do niego bliżej i łapię za dłoń - Nigdy tak o sobie nie myśl! Zabraniam ci - patrzę mu w oczy by wiedział, że mówię poważnie. 
-Dobra już dobra - zbywa mnie, bo nie chce o tym rozmawiać - Lepiej powiedz po co ci tak naprawdę ten aparat? - zmienia temat.
-Będziecie robić mi zdjęcia, codziennie… -  odpowiadam uśmiechnięta.
-Kto?
-No ty i Tom. Zdjęcia brzucha, by zobaczyć jak rośnie - wyjaśniam. 
-Widziałem coś takiego w internecie. Fajny pomysł! - on również się uśmiecha i obejmuje mnie. Razem idziemy do kolejnego sklepu. Kupuję tam prezent rodzicom: komplet porcelanowych filiżanek z symbolami Londynu, dla Kim i Roba kupuję piękną satynową pościel. Na ślub dam im pieniądze, na pewno bardziej się im przydadzą niż żelazko czy czajnik elektryczny. Dla Evy wybieram złoty krzyżyk na łańcuszku na chrzest, a na święta matę do zabawy. To podobno jakiś hit dla dzieci. W sklepie z zabawkami przy okazji oglądam słodkie smoczki i malutkie ubranka. Sama za jakiś czas będę ich przecież potrzebować. Zagaduje mnie kobieta w zaawansowanej ciąży i rozmawiamy chwilę przy półce z butelkami. To takie dziwne ale bardzo miłe. Brayan zniknął mi gdzieś z oczu, pewnie poszedł do jakiegoś innego sklepu. Gdy wychodzę widzę jednak jak czeka przez wejściem.
-Proszę to dla ciebie… -  mówi i podaje mi niebieską ozdobną torebkę. Uradowana biorę ją i od razu patrzę co jest w środku.
-Ale ślicznie! -  piszczę i wyjmuje z pudełeczka najmniejsze adidasy jakie kiedykolwiek widziałam, są całe białe i mają nawet oryginalny znaczek firmowy.

-To dla juniora, na pewno będzie grał w piłkę! -  Brayan jest z siebie bardzo zadowolony.
-Nie wątpię w to kto go tego nauczy. Dziękuję -  nachylam się i całuje go delikatnie w policzek ale pierwszy raz poczułam między nami coś dziwnego. Brayan chyba też, bo spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem. W doskonałych humorach wracamy do auta. Jesteśmy obładowani zakupami, które zajmując prawie cały bagażnik. 
-Do mnie czy do was? - pyta gdy włącza się do jazdy.
-Jedźmy do nas, może te bilety zarezerwujemy.
-Dobry pomysł mała.

Centrum handlowe jest niecałe dziesięć minut samochodem od kamienicy i piętnaście minut od mieszkania Brayana. Zachodzimy do kawiarni  by przywitać się z Tomem. Zjadam swoją ulubioną muffinkę z czekoladą i piję świeży sok. Nie potrafię się im oprzeć, są naprawdę pyszne.
-Kiedy lecicie? - pyta Tom, gdy znajduje chwilę by z nami pogadać.
-Pewnie 23 grudnia. 
-Macie już bilety?
-Nie, właśnie będziemy je rezerwować - wtrąca Brayan.
-Szkoda, że nie mogę lecieć z wami.
-Jeszcze nie raz będzie okazja! -  uśmiecham się pocieszająco, bo wiem jak bardzo chciałby lecież z nami.
-Wiem, wiem. Dobra muszę wracać do pracy! -  rzuca szybko i żegna się. Idziemy z Brayanem na górę do domu. Brayan zanosi zakupy do mojego pokoju i razem siadamy na łóżku przy laptopie by poszukać najkorzystniejsze dla nas połączenie. Udaje nam się załapać na promocję przedświąteczną. Rezerwujemy dwa bilety na 23 grudnia, lot mamy o szóstej rano więc koło szóstej wieczorem będziemy w Nowym Jorku. Brayan płaci przelewem i drukuje bilety. Ma amerykańskie obywatelstwo więc nie musimy martwić się o wizę.
-Kiedy ty ostatnio byłeś w Stanach? - pytam sprawdzając pocztę.
-Nie pamiętam, na pewno dobrych kilka lat temu.
-A w Nowym Jorku byłeś kiedyś w ogóle?
-A wiesz, że nie? - drapie się po brodzie i patrzy na sukienkę, którą dziś kupiłam. Wisi ona na drzwiach mojej szafy - Naprawdę ładnie w niej wyglądasz Meg - dodaje.
-Dzięki, mnie też się podoba! - wstaję z łóżka i biorę do ręki swój nowy aparat - Zrób pierwsze! - wyciągam dłoń by wziął ode mnie aparat i uśmiecham się szeroko. 
-Teraz - pyta nieco zaskoczony. 
-Tak! - mówię entuzjastycznie i staje na tle kremowej ściany, podciągając do góry bluzkę - Sam brzuch bez twarzy -  dodaję. Brayan przygląda mi się chwile i pstryka fotkę.
-Gotowe! -  uśmiecha się i kładzie aparat na łóżku - Nie jesteś głodna? - pyta, a ja mobilizuje się i robię obiad, chińszczyznę. Brayan dzielnie pomagał mi kroić warzywa. Może jeszcze coś z niego będzie? Nieźle mu poszło jak na drugi raz w życiu. Robię większą porcję by zostało dla Hooków i Toma na kolację. Po obiedzie poczułam się zmęczona i najchętniej po prostu bym się położyła. Brayan musiał załatwić kilka spraw po południu, więc pożegnaliśmy się, a on pojechał. 

Położyłam się w salonie na fotelu przez telewizorem i oglądam  „Sex w wielkim mieście”. Z sentymentem patrzę jak akcja serialu rozgrywa się w Nowym Jorku. Znam te wszystkie miejsca. Niektóre ze scen kręcone były niedaleko Evans Tower i mojej kamienicy w której mieszkałam na studiach. Biorę całe opakowanie  owsianych ciasteczek i zajadam się nimi popijając mlekiem. W międzyczasie wymieniam się smsami z Kimberly. Napisałam jej, że kupiłam sukienkę i wysłałam jej nawet zdjęcie. Postanowiłam, że o płci dziecka powiem im dopiero na Święta, mam nadzieje, że się nie obrażą,  a ja chcę by mieli niespodziankę. Tata nie zareagował najlepiej na wiadomość, że Hookowie dowiedzieli się wcześniej niż on. Pod wieczór do domu wraca Tom, widać, że jest zmęczony. Nawet nie chciało mu się gadać i poszedł od razu do pokoju. Hookowie wracają troszkę później, a ja odgrzewam im chińszczyznę.
-Złota z ciebie dziewczyna, Meg. Naprawdę dobrze gotujesz! - chwali mnie pan Hook.
-Cieszę się, że panu smakuje! -  uśmiecham się i siadam przy stole - Znam już płeć dziecka... - dodaję, a Hookowie spoglądają na mnie zaciekawieni.
-Powiesz nam? - pyta niepewnie pani Hook.
-To chłopczyk.
-Och cudownie! Moje gratulacje skarbie! - podchodzi do mnie pani Hook i całuje mnie w policzki.
-Mój pierwszy wnuk, przyszywany ale jednak - dodaje pan Hook i również się uśmiecha -Powiedziałaś rodzicom?
-Jeszcze nie, powiem im na Święta. Mam już bilety.
-Thomas leci z tobą? - pyta niepewnie jego mama.
-Nie, wiem, że będzie miał tu dużo pracy. Brayan zgodził się mi towarzyszyć - odpowiadam. 
-Dobrze, że nie lecisz sama, a teraz idź odpocząć skarbie. Ja pozmywam po kolacji.
-Dziekuję pani Hook! Będę u siebie. 

Wstaję od stołu i kieruję się na schody. Na półpiętrze zatrzymuję się i nasłuchuję co robi Tom. Słyszę, że rozmawia z kimś przez telefon, podchodzę więc pod otwarte drzwi i pukam we framugę. Tom zrywa się z łóżka i momentalnie kończy rozmowę.
-Zadzwonię później! -  mówi nerwowo i chowa telefon pod poduszkę. Unoszę brew i wchodzę do środka.
-Hej - mówię cicho - Nie przeszkadzam?
-Nie, wejdź… -  ścisza muzykę z laptopa, akurat słucha Coldplay.
-Gadałeś z Brayanem? - pytam ciekawa, bo dziwnie się zachowuje.
-Nie - rzuca szybko - Jak było u lekarza? - podchodzę i siadam na łóżku. Czuję jak jego telefon wibruje pod poduszką. Mam ochotę sprawdzić kto dzwoni ale się powstrzymuje.
-Badania nie wyszły najlepiej ale muszę je powtórzyć. Znam już płeć… -  uśmiecham się, a on patrzy wyczekująco.
-No mów! - podsuwa się do mnie.
-Będzie chłopak! -  odpowiadam, a Tom od razu robi swój standardowy ostatnio gest, czyli zaczyna mówić do brzucha.
-Nauczymy cię z wujkiem Brayanem grać w piłkę. Będziesz drugim Messim, albo Ronaldo -obcałowuje mi brzuch, a ja śmieje się w głos, bo mam ogromne łaskotki.
-Tom przestań, bo się posikam! - próbuję oderwać jego głowę i od razu muszę do łazienki.
-Naprawdę żałuję, że nie mogę z tobą polecieć. Mam nadzieję, że Brayan stanie na wysokości zdania! - puszcza mnie w końcu, a ja spoglądam na niego pytająco.
-Co masz na myśli?
-Nie, nic… -  zbywa mnie, widzę, że nie chce za bardzo rozmawiać.
-Wiesz, że kupiłam dziś aparat i będę codziennie robić zdjęcia brzucha? - zmieniam temat, nie będę go dziś męczyć pytaniami.
-Fajny pomysł - bąka pod nosem. Cholera! Coś jest nie tak.
-Odbierz w końcu ten telefon! - mówię i wyciągam go spod poduszki, bo czuję, że ciągle wibruje. Zerkam ukradkiem widzę, że to Lil i  od razu rozumiem o co chodzi - Nie musisz przede mną ukrywać, że z nią gadasz! - piszczę podniesionym tonem i wstaję - Dobranoc Tom!
Wychodzę z pokoju zamykając za sobą drzwi. Słyszę że odbiera od razu po moim wyjściu. Nie rozumiem czemu się z tym kryje? Nie może po prostu powiedzieć, że z nią gada? Ostatnio dość dziwnie się zachowuje, znika wieczorami. Teraz wiem, że się z nią spotyka. Jego sprawa jednak mam nadzieję, że ta zołza nie skrzywdzi go po raz kolejny. Zachodzę do łazienki ulżyć potrzebie, przebieram się w piżamę i kładę do łóżka. Mam jednego ememesa od Kim ze zdjęciem Evy. Ona naprawdę jest taka śliczna. To idealnie połączenie najlepszych cech Roba i mojej siostry. Odpisuję jej żartobliwie, że robią naprawdę ładne dzieci i kiedy zamierzają zmajstrować kolejne, po czym podłączam telefon pod ładowarkę, gaszę lampkę nocną i momentalnie zasypiam.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział 68

Oszołomiona nie wiem co się dzieje. Widzę jak z klatki wybiegają Tom i Brayan. Dopadają do samochodu i otwierają drzwi. Tom widząc mnie taką zapłakaną i załamaną aż zamyka oczy, jakby współodczuwał mój ból. 
-Chodź tu mała -  mówi łagodnie Brayan i bierze mnie na ręce. Wynosi  z samochodu i szybko niesie do swojego mieszkania. Nic nie mówi tylko kładzie mnie w sypialni na łóżku i tuli mocno.
-Straciłam go… -  kwilę i ledwo mogę złapać głębszy oddech.
-Ciiii… -  ucisza mnie i przytula jeszcze bardziej. Robi mi się zimno, zaczynam mieć dreszcze i źle się czuję. Tom został w salonie, bo chyba nie może znieść mojego widoku w takim stanie. Brayan rozbiera mnie z sukni, która plącze mi się między nogami. Zakłada mi swoją koszulkę i kładzie pod kołdrę. Podaje mi leki na uspokojenie i wmusza je we mnie. Po niedługim czasie zaczynają działać i uspokajam się. Brayan o nic nie pyta. Położył się obok i tuli mnie do siebie mocno. Kładzie dłonie na moim brzuchu dając mi tym do zrozumienia, że nie chodzi tylko o mnie. Muszę być silna dla dziecka. Mojego dziecka.

Poniedziałek,  2 Grudnia

Zostałam w mieszkaniu sama. Brayan musiał iść do pracy, a Tom pojechał pomóc rodzicom w kawiarni. Tułam się z kąta w kąt, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Mój telefon milczy, Erick nie dzwonił. Nigdy już nie zadzwoni. Staram się nie płakać i pozbierać do kupy. Czego się spodziewałam? Przecież wiedziałam, że tak to się skończy. On nie mógł inaczej zareagować. To jedyna słuszna reakcja i jedyna na jaką zasłużyłam.Przynajmniej teraz może mnie znienawidzić i będzie mu łatwiej. Nie liczę na to, że to zrozumie, bo nawet nie powinien. Zdradza ze strony przyjaciela i ukochanej kobiety... To najgorsze co mogłam mu w życiu zafundować. Naprawdę nie chciałam ale czasu nie cofnę. Ogromnie żałuję, że wcześniej mu nie powiedziałam ale teraz już wszystko jest jasne. Nie muszę udawać i kłamać. Teraz dostałam sama... potrząsam głową, bo to przecież nie prawda. Po raz tysięczny dziś dotykam swojego brzucha i mówię na głos:
-Nie jestem sama. Mam przecież ciebie, moje maleństwo...

Biorę długi gorący prysznic, podczas którego daję kolejny upust  swoim emocjom i pozwalam łzom płynąć po policzkach. Kule się w rogu, a woda spływa po mnie nie dając uczucia oczekiwanej ulgi. Jestem zmęczona mimo tego, że długo spałam. „Nie jesteś teraz sama, nie chodzi już tylko o ciebie” - powtarzam sobie w myślach słowa Brayana. Nie mogę teraz całkowicie się załamać. Mam wokół siebie wiele osób, które się martwią i chcą dla mnie jak najlepiej. Przecież nie jestem pierwszą dziewczyną, która straciła miłość swojego życia. W dodatku z własnej winy. Takie rzeczy zdarzają się codziennie. Każdy to przeżywał, każdy to przetrwał. Ja też przetrwam. 

-Cześć mała! -  słyszę głos Brayana, wrócił wcześniej z pracy. Jest kilka minut po trzeciej po południu, a ja siedzę w dresie przed telewizorem i nawet nie wiem co oglądam. Gapię się ślepo w telewizor. 
-Hej… -  odpowiadam cicho, a on przechodzi do kuchni i stawia na stole torbę pełną zakupów.
-Pomyślałem, że ugotujemy coś dobrego na obiad? -  stwierdza pytająco, jakby oczekiwał mojej aprobaty.
-Ok... -  uśmiecham się lekko. To miłe, że pamięta jak mówiłam, że w kuchni się relaksuję - Co kupiłeś? - ruszam tyłek z kanapy i zaglądam do siatek z zakupami.
-Wszystko! - stwierdza i się śmieje głośno. Faktycznie kupił mnóstwo produktów: warzywa, owoce, makaron, ziemniaki , pierś z kurczaka, rybę.
-O której wraca Tom? - pytam urywając z kiści różowe winogrono, za co dostaję delikatnie po łapach.
-Nie myte! Poczekaj!
-O Boże! - wywracam oczami.
-Tom będzie dopiero wieczorem , mają dostawę w kawiarni -  odpowiada w końcu na moje pytanie.
-Cholera powinnam im pomóc. Mogę już wrócić do pracy, skoro nie mam gipsu! -  drapię się po głowie i krzywię lekko z wyrzutem sumienia - Koniec tego lenistwa! - dodaję. 
-Daj spokój Meg, jesteś w ciąży i musisz odpoczywać - Brayan wyjmuje z torebki owoce i wsadza je do zlewu.
-No właśnie... jestem w ciąży. To nie jest choroba, a ja dobrze się czuję. 
-Czyżby? - gromi mnie wzrokiem.
-Fizycznie dobrze się czuję - dodaje i uśmiecham się ironicznie.
-Co się wczoraj stało? Powiesz mi? - pyta niepewnie i wiem, że chce wiedzieć z czystej empatii, a nie wścibstwa. 
-Powiedziałam mu o wszystkim - wyznaję i zruszam ramionami, a Brayan nieruchomieje.
-I co?! - dopytuje niecierpliwie. 
-Jak widać, ja jestem tu, a on...pewnie w drodze do Nowego Jorku -  odpowiadam i siadam na stołku. Brayan podchodzi i opierając się dłońmi o blat stołu patrzy na mnie. 
-Zostawił cię? - głos mu drży.
-Dziwisz mu się? - unoszę brew. 
-No kurwa! Jesteś w ciąży! - nagle wali pięścią w stół, a ja aż podskakuję.
-Tego akurat mu nie powiedziałam - dodaję.
-Meg! Boże, jak ty mnie czasami wkurwiasz! Jesteś bardziej nieznośną babą jaką znam! - warczy na mnie kompletnie wkurzony.
-I właśnie dlatego się przyjaźnimy! - uśmiecham się złośliwie.
-Jezu naprawdę! Dlaczego mu nie powiedziałaś? - siada obok na krześle. Jest ogromnie przejęty, a mi robi się ciepło na sercu, że aż tak się martwi. Jest kochany. 
-Nie zdążyłam.
-Jak to nie zdążyłaś? - unosi brew.
-Powiedziałam o Filipie... - przełykam ślinę - Ale Erick wyszedł z samochodu trzaskając drzwiami -  dodaję i słyszę, że tym razem mi drży głos. 
-Nie dał ci nic wyjaśnić?!
-A co tu wyjaśniać? Chciałbyś słuchać jakiś wyjaśnień na jego miejscu?! - wbijam w niego zirytowane spojrzenie. 
-Nie wiem… -  wzrusza ramionami i także wzdycha. 
-No właśnie, więc nie ma się co dziwić, Brayan.
-Myślisz, że to już naprawdę koniec? Że nie odezwie się więcej? - posyła mi pełne współczucia spojrzenie. 
-Jestem tego pewna… -  odpowiadam smutno.
-Tak mi przykro mała. Naprawdę myślałem, że da się to jakoś odkręcić -  nagle przytula mnie mocno jakby doskonale wiedział, że tego mi potrzeba. 
-Mam was. We trójkę sobie poradzimy - uśmiecham się blado.
-We czwórkę! - uśmiecha się i spogląda wymownie na okolicę mojego brzucha. Siedzimy jeszcze chwile i rozmawiamy. Jest mi bardzo głupio, że zrobił takie wielkie zakupy. Chcę oddać mu za to pieniądze więc wstaję i idę do torebki po portfel. Wyjmuję z niego sto dolarów i kładę na stole w kuchni. 
-Co to jest? - pyta oburzony.
-To za zakupy.
-Weź to zabierz! - burczy.
-Proszę, nie denerwuj mnie i ty. Nie jestem na waszym utrzymaniu, mam pieniądze...
-Które on ci dał! - mówi z wyrzutem. 
-No tak… -  od razu mina mi rzednie – Myślisz, że powinnam mu je oddać?
-Nie. Myślę, że powinnaś o nim zapomnieć i dać sobie pomóc!
-Myślałam żeby w coś je zainwestować - ignoruję jego słowa. Trudno mi myśleć o tym, że Ericka nie ma już w moim życiu... i nigdy więcej go nie będzie. 
-Chcesz być biznes women? - uśmiecha się jednak. 
-A co? - mrużę oczy-  Nie nadaje się?
-Nic takiego nie powiedziałem! Ale to chyba nie odpowiednia pora, przecież... - krzywi się i znowu patrzy wymownie na mój brzuch. 
-Wiem, wiem... jestem w ciąży! Myślałam raczej o zainwestowaniu w kawiarnię Hooków. No wiesz... kupieniu nowego sprzętu i powiększeniu lokalu… -  Brayan jest tym pomysłem nieźle zaskoczony, myśli dłuższą chwilę.
-Rozmawiałaś już o tym z nimi?
-Nie, to tylko pomysł.
-Przemyśl to dobrze Meg, a teraz zabierzmy się za ten obiad, bo nam dnia nie starczy! -  rzuca szybko i bierze do jednej ręki pierś kurczaka, a do drugiej świeże filety łososia. Kiwa do mnie pytająco bym zdecydowała.
-Kurczak! -  uśmiecham się i wstaję. Nie lubię gdy ktoś wtrąca mi się w gotowanie, więc daję Brayanowi  bardzo odpowiedzialne zadanie pokrojenia warzyw. Nie jest w tym najlepszy ale widzę, że się stara. Robię sos i gotuję ryż. Pierś nadziewam farszem i wkładam do piekarnika. Po godzinie w całym mieszkaniu unosi się zapach pieczonej piersi kurczaka z pieczarkami i serem. Brayan zrobił sałatkę, a warzywa pokroił tak drobno, że ciężko rozpoznać poszczególne składniki. 
-Pierwszy raz to robiłem, nie śmiej się! - gani mnie, gdy widzi moją minę.
-Pierwszy raz robiłeś posiłek? - pytam z ironią. 
-Nie! Sałatkę! - trąca mnie bym się z niego nie nabijała. 
-Aha. To całkiem nieźle ci poszło! -  biorę trochę na widelec i próbuję - Jest pyszna, naprawdę! - chwalę go szczerze. 
-Dzięki, starałem się! - śmiejemy się i nakrywamy wspólnie do stołu. Wieczorem będę musiała jednak wrócić do domu. Nie mogę tak pomieszkiwać raz tu, a raz u Hooków. Może powinnam wynająć coś i nie zawracać nikomu głowy? Naprawdę muszę poważnie przemyśleć co zrobić z tymi pieniędzmi. Nie chcę być dla nikogo ciężarem, a powinnam przecież zapewnić sobie i dziecku schronienie. Jestem pewna, że w najbliższym czasie chcę mieszkać właśnie tutaj - w Londynie. Postanawiam też, że zadzwonię dziś do rodziców i powiem im o ciąży. Koniec z kłamstwami. Odcinam się od tego grubą kreską i zaczynam nowe życie.
-Ale pachnie! - już od progu słyszę zadowolony głos Toma. Właśnie wrócił z kawiarni, a  w ręku trzyma bukiet różnokolorowych tulipanów -  To dla ciebie Meg -  wręcza mi go i całuje w policzki.
-Dzięki. Jesteś kochany! - uśmiecham się szeroko, ku jego zaskoczeniu. Pewnie spodziewał się, że będę płakała przez wiele dni. Tak naprawdę też myślałam, że tak właśnie będzie. Nie mogę im jednak dowalać problemów i wezmę się w garść. Tom patrzy pytająco na Brayana, który się uśmiecha i pokazuje mu kciuk do góry. Wręcz czuję jak z Toma schodzi cały ten stres i napięcie. 

Przy kolacji opowiadają na przemian co działo się w sobotę. Poszli do tego klubu, podbili parkiet i rozkręcili imprezę. Wszystko na koszt Ericka ale o tym mnie wspominają. 
-Ile?! - piszczę zaskoczona.
-Sześć tancerek, wróciły z nami do hotelu… - kontynuuje Tom.
-Ta czarna była niezła, co nie?! -  wtrąca Brayan i patrzy wymownie na Toma.
-Mi ta blondyna  bardziej się podobała ale i tak zaliczyłem obie! - rzuca Tom, a ja prawie krztuszę się kawałkiem kurczaka. Brayan się śmieje i klepie mnie po plecach.
-Chyba nie chcę tego słuchać! - mówię oburzona.
-No co? Może niech Brayan się teraz wypowie! - wrabia go Tom, a ten posyła mu mordercze spojrzenie. 
-No słucham? Ile? - wywracam oczami.
-Nie będę ci opowiadał, skoro nie chcesz wiedzieć… -  odpowiada zmieszany.
-No pochwal się Brayan! - podpuszcza go Tom.
-Nie ma się czym chwalić! - gani go wzrokiem i wstaje by wstawić swój talerz do zlewu. On doskonale wie, że nie lubię słuchać takich opowieści.
-Nie no powiedz, jakoś przeżyję - uśmiecham się, w sumie chyba jestem ciekawa.
-Bzyknął  w klubie dwie laski, a w hotelu zaliczył trójkącik! - wydaje go Tom. O cholera!
-Weź się kurwa zamknij, Thomas! - Brayan reaguje zbyt nerwowo i wrzuca do zlewu szklankę, która się zbija.
-No tylko pogratulować! - staram się obrócić to w żart. Nie ukrywam jednak, że jestem zaszokowana. Nie mogę ich za to krytykować, bo są dorosłymi facetami i wiedzą co robią... Chyba? Wstaję i podchodzę do zlewu, wyjmuję mu z dłoni kawałki zbitej szklanki, którą chciał sprzątnąć - Zostaw to, bo się pokaleczysz! - trącam biodrem Brayana, by się wyluzował, a on patrzy na mnie tak, jakby wstydził się tego co zrobił. Może takie zachowanie przypomina mu jego dawne życie? Wtedy takie akcje były dla niego zapewne na porządku dziennym - Zabezpieczyliście się chociaż? - pytam poważnie.
-Ja tak - odpowiada Brayan.
-A ty? - zerkam na Toma i od razu znam odpowiedź. Kurwa mać! Był tak pijany, że na pewno o tym nie pomyślał. Idiota!
-One na pewno biorą tabletki! - Tom udaje niewzruszonego i próbuje się wytłumaczyć.
-Przecież to nie chodzi tylko o to, Tom - ganie go.
-No wiem! - wzdycha, a ja wyczuwam skruchę w jego głosie. Rozmawiamy po kolacji jeszcze dobrą godzinę. Sprzątam ze stołu i robię porządek w lodówce. Mężczyźni nie mają pojęcia co powinno leżeć obok czego. Myślę, że ryba w pojemniku z bananami to nie jest dobry pomysł. Koło dziesiątej wieczorem, Brayan odwozi nas do domu. Żegnamy się z nim w samochodzie, a ja ściskam go mocno. Chcę by wiedział jak bardzo mi pomaga. Jest dla mnie ważny, bardzo ważny.

Hookowie są jeszcze w kawiarni. Chcę jutro z nimi porozmawiać o powrocie do pracy i moim pomyśle z zainwestowaniem w kawiarnie. Jestem ciekawa jak to przyjmą? Zmęczenie dopada mnie tuż po jedenastej mimo tego, że za wiele dziś nie robiłam. Nie wytrzymuję do powrotu Hooków i idę do siebie. To chyba przez ciążę? Boli mnie także w okolicy krzyża. To bardzo dziwne uczucie. Wychodząc z łazienki odruchowo chcę przebrać się do spania w koszulkę Ericka. Wrzucam ją jednak do szafy i wybieram normalną piżamę. Nie mogę tego rozpamiętywać. Muszę wyrzucić jego rzeczy i od razu chowam je wstępnie do kolorowego kartonu. Zerkam odruchowo na telefon. Cholera! Miałam zadzwonić do rodziców. Jest po jedenastej ale w Nowym Jorku jest dopiero siódma wieczór. Wgapiam się w ekran z wybranym numerem do taty. W końcu decyduję się nacisnąć zieloną słuchawkę.
-Córeczko! -  odbiera rozradowanym głosem.
-Cześć tato. Nie przeszkadzam?
-Oczywiście, że nie maleństwo. Co słychać? Zdjęli ci już ten gips?
-Tak zdjęli, ręka ładnie się zrosła - uspokajam go -  Chciałam z tobą pogadać - biorę oddech.
-Stało się coś? - pyta cicho i wiem, że od razu się zdenerwował.
-Tak tato, ale nie denerwuj się na zapas. Jestem cała i zdrowa.
-No dobrze, mów szybciutko… -  słyszę, że oddycha głośno, a mi zasycha w gardle. Cholera! Myślałam, że to będzie łatwiejsze - Meg jesteś tam? - pyta niepewnie.
-Tak jestem. Przepraszam nie jest mi łatwo ci o tym powiedzieć.
-Po prostu powiedź, wiesz, że zniosę wszystko -  tata śmieje się cicho.
-Jestem w ciąży tato… - rzucam szybko i zamykam oczy czekając na reakcję. Słyszę jednak tylko ciszę. Tata zaniemówił. Kurczę! - Powiedź coś... -  prawie szepczę. 
-Skarbie jesteś pewna? - jego głos jest tak niepewny i drżący, że od razu wiem, że płacze. Och nie tato... nie płacz. 
-Tak tatku, byłam u lekarza. To 12 tydzień.
-Boże maleństwo! - głos  znowu mu drży.
-Będziesz podwójnym dziadkiem! - mówię przez łzy. Nie sądziłam, że będę kiedyś powiadamiać moich rodziców o ciąży przez telefon. Nie sądziłam, że będę powiadamiać ich o tym z drugiego końca świata. Nie sądziłam, że będę musiała poradzić sobie z tym wszystkim bez ojca dziecka... ktokolwiek nim jest. 
-To dziecko Ericka? - pyta niepewnie, a mnie ściska w żołądku.
-Nie wiem tato, data poczęcia pokrywa się z wyjazdem do Vegas… -  odpowiadam zawstydzona. To takie żenujące! - Powiedziałam Erickowi co się wtedy stało... -  dodaję.
-Powiedziałaś mu? Kiedy? - jest naprawdę zaskoczony. 
-Wczoraj, przyleciał do Londynu i spotkaliśmy się.
-I co? Jak zareagował?
-Wyjechał… -  zakrywam usta dłonią, by nie wybuchnąć płaczem.
-Powiedziałaś mu o ciąży? - słyszę narastające napięcie w głosie taty. 
-Nie, nie zdążyłam ale to moje dziecko!
-Dziecko ma ojca Meg i jak najprędzej powinnaś powiadomić, i Ericka i tego całego Filipa o ciąży - mówi szczerze. 
-Nie tato! Nie mogę tego zrobić, poradzę sobie sama...
-Jak sama?! - krzyczy. Cholera! On tak rzadko krzyczy - Wracaj tu szybko i wyjaśnij już wszystko do końca! Nie chodzi już tylko o ciebie Meg!
-Wszyscy mi to powtarzają! - warczę.
-Ci Hookowie wiedzą? - pyta zaskoczony. O Cholera!
-Tak, powiedziałam im - nastaje chwila ciszy. 
-Wcześniej niż mnie? - słyszę zawód w jego głosie.
-Sama musiałam się z tym oswoić tato. Przepraszam.
-Zawiodłem się na tobie Meg – mówi nagle, a mi serce pęka.
-Wiem. Przepraszam - powtarzam prawie szeptem
-Kiedy przyjeżdżasz? - pyta surowo, a ja zamykam oczy. 
-Na ślub.
-Nie Meg. Pytam kiedy wracasz? 
-Nie wracam tato, przyjeżdżam tylko na ślub - oznajmiam. 
-Wracasz i to jak najszybciej! To nie jest prośba Megan! Jeśli w ciągu trzech dni, nie będziesz w Nowym Jorku, to sam po ciebie tam polecę! Zrozumiałaś!? - warczy na mnie. Jest kompletnie zły, zawiedziony i zmartwiony. Nie taki efekt chciałam uzyskać tą rozmową. 
-Nie tato! - sprzeciwiam się.
-Bez dyskusji moja panno! Zadzwoń jak będziesz miała bilet! Dobranoc! - rzuca i rozłącza się. O kurwa! Ale się zdenerwował. Chyba nigdy go takiego nie słyszałam. Wzdrygam się. Co ze mnie za córka? Sprawiam tylko  same problemy. Z tego wszystkiego zaczynam się nerwowo śmiać, to chyba moja reakcja obronna na stres. Dobrze, że mam to już za sobą. W sumie myślałam, że będzie dużo gorzej. Tata nie wkurzył się na sam fakt tego, że jestem w ciąży, tylko na to, że Erick nic nie wie. Kładę się do łóżka i patrzę w sufit. Po chwili słyszę jednak, że dzwoni mój telefon. To Kim! Tata już im powiedział? Cholera. Odbieram:
-Halo?
-Cholera Meg! Jesteś w ciąży? - krzyczy do słuchawki aż odsuwam ją od ucha.
-Cześć Kim. Tak jestem… - odpowiadam i wywracam oczami.
-O kurwa!
-Dzięki za gratulacje -  burczę.
-A jest czego gratulować?-  odpowiada jak zwykle szczerze.
-Przyganiał kocioł garnkowi!
-Tata jest taki wkurwiony jak nigdy! Erick nic nie wie?
-Nie! I ma się nie dowiedzieć! - mówię ostrzegawczo, bo wiem, że z chęcią by wszystkim o tym rozpowiedziała. 
-On jest ojcem?
-Nie wiem - rzucam krótko.
-A co, ten Thomas? - pyta z niedowierzaniem.
-Oszalałaś! - krzyczę wkurzona! Boże co za ludzie!
-Który to tydzień?
-Dwunasty… - Kim milczy przez chwilę
-O kurwa! - wiem, że zamiera tam samo jak ja, gdy się dowiedziałam.
-Dokładnie tak Kim... - kiwam głową do słuchawki.
-I co teraz?
-Nic. Żaden z nich się nie dowie.
-Pogięło cię chyba?! Już wiem czemu tata się tak wkurzył!
-Nie dowalaj mi i ty!
-Wracaj lepiej, bo inaczej naprawdę tam po ciebie poleci!
-Nie wracam! Będę na święta, ślub i chrzest.
-Odważna jesteś.
-A co? Da mi w tyłek? Daj spokój! Jestem dorosła i wiem co robię.
-Czasami mam wrażenie, że jest kompletnie na odwrót.
-Muszę się z tobą zgodzić! -  odpowiadam i obie zaczynamy się śmiać - Weź mu wytłumacz Kim! Ja nie mam siły się z nim kłócić - dodaję.
-Pogadam z nim jak się uspokoi ale nie licz na cud, naprawdę się wkurzył.
-Dzięki - oddycham z ulgą.
-A jak ty się czujesz w ogóle?
-Jest dobrze. Wszyscy skaczą wokół mnie, biorę witaminy i ciągle sikam… -  chichoczę.
-Będzie gorzej… -  Kim także się śmieje.
-Właśnie zaczyna boleć mnie krzyż. To wkurzające.
-Piersi ci urosły?
-O matko no! -  odruchowo na nie spoglądam.
-Jak przyjedziesz to może będzie już coś widać....Tak bardzo się cieszę siostro! - mówi i rozkleja się nagle. 
-Nie płacz, bo i ja zacznę! - piszczę choć już mam mokre oczy.
-Mogę powiedzieć Robowi?  pyta. 
-Jasne. Ale nie rozgaduj nikomu więcej!
-Nie no spoko. Naprawdę się cieszę!
-Dziękuję. A jak moja chrześnica?
-Słodka i śliczna, rośnie jak na drożdżach. Jak ją zobaczysz to się zdziwisz...
-Nie mogę się doczekać. Zadzwonię niedługo.
-Dzwoń kiedy chcesz. Kocham cię siostro.
-Ja was też. Buziaki.
-Pa! -  rozłączam się i oddycham z ulgą. Skoro tata od razu im powiedział to znaczy, że nie jest tak źle. Musi to po prostu przetrawiać. Zdenerwował się i tyle. Mam nadzieję, że Kim go przekona i uspokoi by nie odstawiał szopki ze sprowadzaniem mnie na siłę do Nowego Jorku. Zerkam na zegarek, jest już prawie północ więc kładę się od razu. Cholera!  Gdy tylko się przykrywam czuję, że znowu muszę do łazienki. Idę szybko. Wracam i praktycznie od razu zasypiam.


Poniedziałek,  9 Grudnia

Budzi mnie parcie na pęcherz. To takie męczące. W nocy wstaje co najmniej kilka razy i totalnie się przez to nie wysypiam. W tygodniu rozmawiałam z Hookami na temat mojego powrotu do pracy. Oczywiście definitywnie mi tego zabronili. Powiedziałam im też o moim pomyśle by zainwestować w ich kawiarnię. Bardzo ich tym zaskoczyłam ale chociaż to mają przemyśleć. Zadzwonił też do mnie tata i przeprosił za swoją reakcję. Nie jestem na niego za to zła, ale ulżyło mi bardzo, że się nie gniewa. Kim spisała się na medal z tym, że tak szybko go ugłaskała. Moja kochana siostra manipulantka.  

Mam dziś wizytę u doktor Sims i możliwe, że dowiem się o płci dziecka. Jestem bardzo podekscytowana i strasznie się cieszę. Zawiezie mnie tam Brayan, bo Thomas ma zmianę w kawiarni. Umówiliśmy się, że podjedzie po mnie o dziewiątej. Właśnie kończę się ubierać, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Zbiegam na dół i otwieram.
-Cześć śliczna! - w progu stoi Brayan i ściska mnie serdecznie. Nie widziałam go od kilku dni, bo był zajęty sprawami w swoim sklepie. Ma nowego pracownika i musi go dobrze szkolić.
-Cześć przystojniaku! - uśmiecham się - Wejdź do kuchni, muszę się jeszcze pomalować.
-Dobra!-  mówi i przechodzi dalej, a ja wbiegam na schody.
-W lodówce masz ciasto! - krzyczę do niego. Błyskawicznie robię make-up. Trochę kremu, pudru, tusz, róż i już. Na usta nakładam bezbarwny błyszczyk. W Londynie spadł śnieg i jest koszmarnie zimno. Trzeba nosić zimowe kurtki i kozaki. Zakładam długi ciepły kardigan i schodzę na dół, a Brayan zajada się właśnie sernikiem pani Hook.
-Zostaw trochę dla mnie! - śmieje się do niego, bo też go uwielbiam.
-Nie możesz się tak objadać! Bo będziesz gruba! – stwierdza, a ja ganię go wzrokiem.
-Dzięki.
-Żartuję przecież! - wstaje i podchodzi do mnie. Odruchowo kładzie dłoń na moim brzuchu - Jesteś najśliczniejszą ciężarówą jaką widziałem – dodaje z zalotnym uśmiechem.
-Chodźmy już, bo się spóźnimy! - przewracam oczami. Hormony mi buzują i ostatnio naprawdę łatwo mnie wkurzyć. Zakładam długie czarne kozaki na płaskim obcasie, oraz puchową granatową kurtkę. Do kliniki jedziemy moim Volvo. Brayan i Tom często z niego korzystają ale ja nie jechałam nim tutaj ani razu. Nie chcę ryzykować, a te ich przepisy i odwrotność jazdy kompletnie mnie przerażają. Do kliniki mamy jakąś godzinę drogi. W tym czasie słuchamy starej płyty Queenów. Jedyne o czym teraz myślę to to, że mam nadzieję, iż moje wyniki będą w porządku i że wszystko jest w normie. Denerwuję się nieco zanim wchodzę do środka. 

Pielęgniarka wywołuje mnie i wchodzę do gabinetu.
-Dzień dobry, pani doktor -  mówię radośnie.
-Witaj Meg. Usiądź proszę! - wskazuje na krzesełko przed biurkiem i sięga po moją kartę -  Co my tutaj mamy? - mówi i przegląda moje wyniki -  Mocz masz wzorowy, ale martwi mnie badanie krwi. Kiedy je robiłaś?
-Następnego dnia po pierwszej wizycie, pani doktor.
-Przyjmujesz suplementy, które ci przepisałam? - dopytuje. 
-Tak.
-Zakładam, że wyniki są takie, bo nie wiedziałaś wcześniej o ciąży. Prowadzisz stresujący tryb życia?
-Staram się nie, ale wie pani jak to jest -  wzruszam ramionami.
-Rozumiem. Musimy powtórzyć badanie… -  zapisuje coś w karcie - Wejdź na wagę proszę - wstaję, zdejmuję buty i robię o co mnie prosi. Podchodzi i ustawia ciężarek - Przytyłaś 4 kilogramy, to bardzo dobrze - uśmiecha się patrząc mi w oczy.
-Naprawdę o siebie dbam, pani doktor.
-Mam taką nadzieję. Połóż się na kozetce, to zrobimy USG. Może będzie już widać płeć -
kładę się, zsuwam nisko majtki i leginsy, a pani doktor smaruje mnie tym zimnym żelem. Krzywię się.
-Przepraszam… - mówi łagodnie.
-Nic nie szkodzi.
Przykłada głowicę do brzucha i zaczyna mnie badać. Od razu znajduje odpowiednie miejsce. Widzę na monitorze pulsujący punkt i wiem, że to serduszko. Serduszko mojego Maleństwa. Pani doktor przygląda się chwile  i mówi:
-No ja już wiem… -  uśmiecha się i patrzy na mnie pytająco.
-Widać? - unoszę brew.
-Oczywiście, że tak. Chcesz wiedzieć Meg?
-No pewnie! - podnoszę głowę by przyjrzeć się lepiej.
-Moje gratulacje Megan, to chłopczyk… -  pani doktor pokazuje na monitor ale ja nadal nic tam nie widzę. To zresztą nie ważne.
-Chłopczyk… -  mówię cicho i opadam na kozetkę.
-Wszystko wygląda dobrze Meg.  To wzorowy 14 tydzień, zaraz wyliczę ci termin porodu… - szybko kończy badanie, a ja ubieram się i siadam na krzesełku. To chłopczyk! Powtarzam sobie w myślach. Będę miała syna... Jezu! Jestem taka podekscytowana! Taka szczęśliwa! Jest  cały zdrowy i wzorowo się rozwija! Moje Maleństwo.
-25 maja - mówi nagle.
-Co 25 maja? - pytam.
-Termin porodu masz na 25 maja Meg - uśmiecha się i kręci głową.
-Ach tak! - rumienie się, bo ostatnio łatwo się zamyślam i rozpraszam.
-Powtórz proszę badanie krwi… -  podaje mi skierowanie -  Czy zastanawiałaś się nad szkołą rodzenia?
-Szczerze mówiąc to nie - wzruszam ramionami.
-Poczytaj o tym… - podsuwa mi broszurki. Ostatnim razem też wiele mi ich dała.
-Pani doktor, a czy mogę latać samolotem? - pytam.
-Ogólnie nie ma przeciwskazań, chyba, że będziesz źle się czuła. Wybierasz się gdzieś?
-Na święta do rodziców, mam wtedy ślub siostry i chrzest jej córeczki.
-Rozumiem - znowu się uśmiecha - Zaraz zacznie się już drugi trymestr, więc prawdopodobieństwo poronienia się oddaliło, a teoretycznie to najlepszy czas na podróże dla mamy z brzuszkiem.
-Oddaliło? A nadal jest to możliwe? - pytam zaniepokojona.
-Mówiłaś, że poroniłaś w lipcu po wypadku - przypomina mi - Jesteś więc w grupie ryzyka, ale nie myśl o tym. Wszystko wygląda naprawdę dobrze. Tylko powtórz te badania! Ustalę wizytę jeszcze przed twoim wylotem, bym miała pewność i czyste sumienie, że puszczam cię w taką podróż -  mruga do mnie życzliwie. 
-Dziękuję pani doktor.
-Kiedy wylatujesz?
-Ślub jest 25 grudnia, więc chciałabym pewnie koło 23.
-Dobrze Meg.  Ustalam wizytę na 20 grudnia, to jest piątek. Zrób do tej pory badania. Najlepiej dziś, jeśli jesteś na czczo.
-Dobrze.

Siedzę tam jeszcze chwilę. Doktor Sims jest naprawdę miła. Wszystko dokładnie mi powiedziała i odpowiedziała na moje pytania. Cieszę się, że na nią trafiłam. W sumie to Brayan mi ją polecił. Przychodził tu z Polą, gdy była w ciąży. Gdy wizyta dobiega końca wychodzimy we dwie z gabinetu.
-Panie Green, miło pana widzieć - wita Brayana pani doktor.
-Dzień dobry! - uśmiecha się i podchodzi do mnie. Doktor Sims patrzy na nas dziwnie.
-Jak Vincent? - pyta grzecznie.
-Dziękuję, dobrze pani doktor.
-Niedługo będzie miał brata -  kobieta uśmiecha się, a Brayan zaczyna się śmiać.
-Eeeee...nie… -  jąkam się -  Pan Green... znaczy Brayan nie jest ojcem - wyjaśniam i oblewam się rumieńcem.
-Oj przepraszam, pomyślałam... - także jest jej głupio.
-Nic nie szkodzi! – odpowiadam, a ona speszona odchodzi pośpiesznie w kierunku recepcji.
-Chłopak? - pyta Brayan i widzę, że się cieszy.
-Tak! -  kiwam głową, a on chwyta mnie delikatnie w pasie i unos, kręcąc się w kółko.
-Bardzo, bardzo się cieszę mała! - mówi to naprawdę szczerze.
-Ja też. Zawsze chciałam mieć syna.


Idę oddać krew do badań, a Brayan czeka na mnie w poczekalni. Nie wiem czy zadzwonić dziś do rodziców i im powiedzieć od razu czy zrobić im niespodziankę na święta, że będą mieli wnuka? Kim nie powiem, bo wiem, że zaraz rozgada. Zaczynam myśleć o tym, że przecież zobaczę już ich tak niedługo. W sumie chyba powinnam już zarezerwować bilet by potem nie mieć problemu. Przed świętami ruch jest większy, a nie chcę zostać na Boże Narodzenie tutaj. Rodzicom pękłoby wtedy serce. Wiem, że Tom nie może ze mną polecieć, bo w okresie przedświątecznym mają w kawiarni naprawdę spory ruch. Postanowiłam więc poprosić  Brayana by ze mną poleciał i towarzyszył mi także na ślubie Kim i Roba. Mam nadzieję, że się zgodzi. Wychodzimy z kliniki i idziemy w kierunku samochodu.

-Może to jakoś uczcimy? - pyta odpalając silnik.
-Możemy... - uśmiecham się szeroko.
-Zakupy?
-Nie...jedzenie, umieram z głodu!
-Ok.
-Mogę cię o coś zapytać Brayan? -  zapinam pas i wrzucam torbę na tylne siedzenie.
-Słucham? - wycofuje samochód i wyjeżdża na drogę.
-Poleciałbyś ze mną na święta do rodziców? Nie chcę lecieć sama… -  zwalnia i patrzy na mnie. Ewidentnie jest zaskoczony.
-Ja? - pyta z niedowierzaniem.
-Tak ty. Co w tym dziwnego? - unoszę brew.
-Myślałam, że weźmiesz Toma - stwierdza. 
-Tom nie będzie mógł...
-Jako kto mam tam z tobą lecieć? - unoszę brew gdy zadaje to naprawdę dziwne pytanie.
-Jako przyjaciel... zgodnie z prawdą - odpowiadam.
-Myślałem, że jako ojciec dziecka… -  Brayan uśmiecha się złośliwie.
-Palant! - trącam go ręką, a on śmieje się głośno. Teraz wiem, że tylko żartował.
-Oczywiście, że z tobą polecę mała. Będę zaszczycony! - spogląda na mnie znowu i uśmiecha się czule.
-Dziękuje! - poprawiam się na siedzeniu i oddycham z ulgą.