Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 50

Poniedziałek, 2 września.

Strasznie boli mnie głowa. Otwieram niechętnie oczy, które nie mogą przyzwyczaić się do promieni słonecznych wpadających przez okno. Jęczę i zakrywam głowę kołdrą. Gdzie ja jestem? Po chwili przypominam sobie jednak wczorajszy dzień i feralny wieczór. Och no tak...Jestem w St. Louis. Nie mam przy sobie komórki więc nie wiem czy ktoś w ogóle wie gdzie jestem? Jeśli nie to Erick na pewno mnie szuka. Na pewno wie, że wsiadłam w samolot do Nowego Jorku i że wylądowaliśmy awaryjnie właśnie tutaj. To, że zrezygnowałam z dalszego lotu do Nowego Jorku na pewno także wie. Zrywam się szybko i biorę do ręki telefon z nocnego stoliczka. Wykręcam numer do rodziców... chociaż oni muszą wiedzieć gdzie jestem i że nic mi nie jest.

Rozmowa nie trwa długo, bo tata nie jest tak dociekliwy jak mama czy Kim. Mówię by się nie martwili i że odezwę się niedługo, że jestem cała i zdrowa. Powstrzymuję łzy gdy pyta co się stało ale nie mogę mu przecież powiedzieć. Mówię tylko, że musiałam wyjechać i tyle. Tata nie dopytuj. Dobrze mnie zna i wie, że tego nie lubię. Wiem też, że będzie się teraz zamartwiał ale w głębi duszy chcę wierzyć, że ten telefon choć odrobinę go uspokoił. Gdy mówi, że dzwonił do nich Erick i pytał czy nie wiedzą gdzie jestem, znowu wzbiera mnie na płacz. Próbowali się ze mną skontaktować ale ja przecież nie wzięłam komórki. Najbardziej przekonującym tonem uspokajam tatę, że nic mi nie jest i kończę rozmowę. Biorę szybki prysznic i zjeżdżam na dół na śniadanie do hotelowej restauracji. Mój żołądek nadal jest jednak zaciśnięty więc biorę tylko kilka kęsów bagietki z dżemem i upijam  łyk, może dwa łyki herbaty. Potrzebuję świeżych ubrań, głównie bielizny. Pytam na recepcji i dowiaduje się, że kilka minut pieszo od hotelu jest centrum handlowe i że tam powinnam znaleźć to czego potrzebuję. Jest godzina dziesiąta rano więc sklepy powinny być już otwarte. I faktycznie, jakieś 15 minut drogi stąd  i dochodzę do dużego centrum handlowego. Szybko kupuję kilka kompletów bielizny, t-shirtów i dwie pary jeansów oraz małą walizkę. Płacę gotówką i wracam do hotelu by wykąpać się i przebrać w czyste ubrania. Odmeldowuję się na recepcji i proszę o taksówkę na lotnisko. W centrum handlowym wybrałam kolejne tysiąc dolarów z bankomatu, by nie płacić kartą i nie zostawiać po sobie elektronicznych śladów.

-Chce pani lecieć do Londynu? - kobieta za ladą poczekalni unosi zaskoczona brew. Dojechałam chwilę wcześniej na lotnisko i spojrzałam na tablicę najbliższych odlotów. Londyn to lot, który zobaczyłam jako pierwszy. 
-Tak ale mam przy sobie tylko dowód osobisty, nie mam paszportu.
-To nie problem, paszport nie jest wymagany by lecieć do Europy - uśmiecha się i wpisuje coś do komputera - Z St. Louis nie mamy bezpośredniego połączenia panno Donell, jest przesiadka w Nowym Jorku albo w Filadelfii.
-Który lot jest wcześniej? - pytam niecierpliwie. 
-Z przesiadką w Filadelfii proszę pani, wylot jest dziś o 15.50.
-W takim razie poproszę bilet.
-Zostały tylko miejsca w klasie ekonomicznej - kobieta dodaje przepraszająco.
-Nic nie szkodzi -  uśmiecham się lekko i po chwili trzymam w ręku bilet do Londynu. Nie mam pojęcia co tam będę robiła? To pierwsze miasto jakie zobaczyłam na tablicy odlotów i postanowiłam na ślepy los. Nic przecież teraz nie może być już gorzej. Prawda? Zawsze chciałam tam polecieć, chociaż nie w takich okolicznościach ale cóż. Tam mnie nie znajdą, przynajmniej w najbliższym czasie. Erick chyba nie ma aż takich znajomości by namierzyć mnie poza Stanami Zjednoczonymi?

Siadam w hali oczekiwań. Do lotu zostają mi jeszcze dwie godziny i nie mam innego wyjścia jak po prostu czekać. Kilka minut przed odlotem, podchodzi do mnie nagle pracownik lotniska i prosi bym poszła z nim. Zaskoczona wstaję i idę za nim do pomieszczenia na zapleczu. To chyba gabinet dyrektora lotniska. Wchodzę do środka, gdzie za biurkiem siedzi mężczyzna koło czterdziestki. Podnosi na mnie wzrok znad laptopa. 
-Proszę usiąść panno Donell - mówi ciepło i wskazuje na krzesło obok jego biurka. Robię o co mnie prosi i wyczekuję, że wyjaśni mi o co chodzi.
-Dlaczego chce pan ze mną rozmawiać? Jest jakiś problem z moim biletem? - pytam zdenerwowana. Mam złe przeczucie. 
-Pan Erick Evans dzwonił do nas i prosił by zatrzymać panią na lotnisku. Nie wiem o co chodzi ale dał nam do zrozumienia, że mamy zrobić wszystko by nie pozwolić pani wylecieć z kraju -  odpowiada wprost, a ja aż otwieram buzię ze zdziwienia - Chciałyby z panią porozmawiać… -  dodaje i wskazuje słuchawkę telefonu wstając od swojego biurka - Będę za drzwiami -  mówi cicho, a ja kompletnie zszokowana nie jestem w stanie nic zrobić. Kładzie telefon na blacie i wychodzi, a ja wpatruje się w słuchawkę. Tak bardzo bym chciała usłyszeć jego głos. Dotykam palcami telefonu i waham się chwilę aż w końcu decyduję się odezwać. W głowie mam teraz kompletną pustkę. 
-Halo? - mówię cicho, głos mi drży, a serce wali jak szalone.
-Aż tak mnie nienawidzisz, że musiałaś posunąć się do ucieczki? - dociera do mnie smutny głos Ericka. Zasłaniam dłonią usta by nie wybuchnąć płaczem, a do oczu momentalnie napływają mi łzy.
-Tak będzie lepiej, lepiej dla ciebie -  żołądek zaciska mi się jeszcze bardziej. Najwidoczniej Filip nie przyznał się do tego co się stało. 
-Kto tak uważa? - ton ma jednak zaskakująco spokojny, choć wiem, że to tylko pozory. W środku zapewne cały drży z niepewności i strachu o mnie.
-Nie mogę teraz rozmawiać Ericku - mówię stanowczo i zamykam  oczy.
-Kurwa Megan! Naprawdę jestem aż taki okropny, że postanowiłaś uciec bez słowa? Dlaczego wyjaśnij mi, dlaczego? Co takiego się stało? To przez tą głupią kłótnie przy obiedzie, że powiedziałem, że nie możesz pić póki nie zjesz? - tym razem podnosi głos. Wyczuwam w nim desperację i rozpacz. 
-Muszę kończyć -  zduszam jęk i chcę się rozłączyć.
-Zawszę będę na ciebie czekał. Kocham cię i nic tego nie zmieni! -  praktycznie krzyczy do słuchawki, a ja wybucham płaczem. Emocje biorą górę -  Czekaj tam na mnie, nie wylatuj błagam! -  mówi dalej, a ja łkam jeszcze głośniej - Będę po ciebie za kilka godzin, tylko błagam nie wylatuj! -  powtarza desperacko. Ton jego głosu jest tak smutny, że rozdziera mi serce. Nie mogę więcej tego słuchać.
-Żegnaj Ericku… -  szepczę do słuchawki i rozłączam się. Wybiegam szybko z gabinetu, a dyrektora  ogląda się za mną nic nie mówiąc. Wie, że nie może mnie zatrzymać. Jestem wolnym człowiekiem i polecę do Londynu, nikt mnie nie powstrzyma. Taki mam plan na najbliższe godziny, a co potem? Nie wiem... Mam wrażenie, że potem nie będzie już nic. Totalna pustka. 

Siedzę w fotelu i wyglądam za okno. W klasie ekonomicznej jest spory tłok. Siedzę obok rozbrykanej rodzinki z dziećmi. Śmieją się i żartują, jednak nie zwracam na nich uwagi. Obmyślam plan co dalej z moim życiem. Spieprzyłam je na własne życzenie ale nic już tego nie zmieni. Wykończona zasypiam.

Wtorek , 3 Września

Budzi mnie stewardessa prosząca o zapięcie pasów, bo zaraz będziemy podchodzić do lądowania. Zaskoczona, że tak długo spałam wyglądam przez okno i widzę, że to Londyn. Cholera naprawdę tu jestem!
Zapinam pas i poprawiam się w fotelu. Po około 15 minutach jesteśmy już na ziemi, a ja idąc z tłumem kieruje się do taśm z bagażem. Chwytam swoją walizeczkę i wychodzę na postój taksówek. Dziwny mają akcent ci Anglicy... Ciężko ich czasami zrozumieć ale jestem tu dopiero od jakiejś godziny więc myślę, że się przyzwyczaję. W kiosku kupuję gazetę z ogłoszeniami i siadam na ławeczce obok postoju. Powinnam wymienić dolary na funty?. Stwierdzam, że tak więc idę do kantoru. który znajduję się w budynku lotniska. Wymieniam wszystko co mam i wracam na ławeczkę. Potrzebuję wynająć coś by mieć gdzie spać i potrzebuję pracy. To jakieś szaleństwo! Uciekłam jak tchórz! Zaciskam usta i wstrzymuję kolejny wybuch płaczu. Weź się w garść Donell! - gani mnie moje wewnętrzne „ja”. Wertując strony gazety zaznaczam ogłoszenia o mieszkanie i o pracę. Obdzwonię wszystkich jeśli będzie trzeba ale muszę coś znaleźć. Cokolwiek...

Mój egzamin w szkole kulinarnej szlag trafił ale może zatrudnią mnie w jakiejś restauracji bez tego pieprzonego dyplomu? Mogę zacząć nawet od zmywaka chociaż nie tak wyobrażałam sobie swoją kucharską karierę.  Dobrze, że na lotniskach są wszystkie potrzebne turystom sklepy. Kupuję w komisie jakiś starszy model Noki i starter na kartę by móc zadzwonić pod znalezione ogłoszenia. W życiu bym nie pomyślała, że kiedyś odważę się na taki krok jak wyjazd do innego kraju, na inny kontynent ale teraz nie wiem czy będę kiedyś tego żałowała? W tym momencie wydawało mi się to jedynym wyjściem. Uciec daleko i starać się zapomnieć.

Dzwoniąc pod kolejny numer usłyszałam, że ogłoszenie już nie jest aktualne. Cholera jasna! Nie mogę się przecież zameldować w hotelu, bo Erick będzie wiedział gdzie mnie szukać. Jestem pewna, że tu przyleci... zapewne jeszcze dziś. Zerkam na zegarek i zastanawiam się, która godzina jest teraz w Nowym Jorku? Albo W Vegas i nie mam kurde pojęcia.  Czuję się jak w kiepskim filmie akcji w którym zawsze ktoś przed kimś ucieka. Tyle, że ja uciekam przed własnym życiem, przed odpowiedzialnością. To co zrobiłam jest głupie i impulsywne i mam tego pełną świadomość. Na tą chwilę po prostu nie potrafię inaczej. 

Zniechęcona kolejnym nieaktualnym ogłoszeniem wchodzę do kawiarni oddalonej  od lotniska naprawdę kawał drogi. Mam ochotę napić się czegoś ciepłego.  Dojechałam tu autobusem ale wysiadłam sekundę wcześniej, widząc właśnie tą kawiarnię.  W Londynie o tej porze roku nie jest za ciepło i trochę zmarzłam, bo nie mam nawet kurtki. Wchodząc do środka zauważam na szybie karteczkę z napisem: „szukamy kelnerki”. Czyżby zrządzenie losu? Siadam przy wysokim barze i zamawiam gorące kakao i mufinkę z czekoladą. To mój pierwszy posiłek od wczorajszego śniadania w hotelu. Starsza pani przygląda mi się dłuższą chwilę i dolewa mi kako, a ja uśmiecham się do niej w podzięce. 
-Dopiero pani przyjechała? - pyta ciepło z brytyjskim akcentem.
-Tak - kiwam głową i urywam kawałek ciastka, jest pyszne. Domowe,a czekolada rozpływa się w ustach. 
-Długo tu pani zostanie?
-Jeszcze nie wiem - wzruszam ramionami - Mam na imię Megan - wyciągam do niej dłoń by się przywitać. Zaskoczona unosi zabawnie brew ale odwzajemnia uścisk.
-Clara Hook. Amerykanka? - dopytuje ciekawa.
-Tak - kiwam głową - Aż tak widać? - śmieję się cierpko. 
-Słychać po akcencie - odpowiada i również się uśmiecha - Co cię tu sprowadza Megan?
-Życie - odpowiadam smutno, a ona chwyta mnie delikatnie za dłoń. Nie chcę jej się żalić ani opowiadać o tym co nawyrabiałam ale jej reakcja kompletnie mnie zaskakuje. 
-Masz gdzie mieszkać? - patrzę na nią i nie wiem co powiedzieć.
-Dzwoniłam już po wszystkich ogłoszeniach z gazety i wszystkie nieaktualne. Chyba będę musiała skorzystać z hotelu - Clara uśmiecha się i odpowiada.
-Mam pokój do wynajęcia.
-Naprawdę? - piszczę zaszokowana. Myślałam, że takie sytuacje zdarzają się tylko w filmach.
-Tak naprawdę. Dziewczyna która u nas pracowała, musiała wrócić do rodzinnego miasta i zwolnił się nam pokój. Pewnie widziałaś też ogłoszenie, że poszukujemy kelnerki – pokazuję na kartkę zawieszoną na drzwiach.
-Tak widziałam i nawet mam doświadczenie w tym kierunku - odpowiadam z nutką nadziei w głosie. 
-Tak? - pyta zaciekawiona.
-W Nowym Jorku ukończyłam Instytut Kulinarny... znaczy prawie, bo nie podeszłam do egzaminu końcowego ale na praktykach dorabiałam w prywatnej restauracji. Czasami też zastępowałam dziewczyny jako kelnerka… - nie wiem dlaczego jej to mówi? Przyleciałam tu  przecież trzy godziny temu, kompletnie jej nie znam ale ona... Spoglądam na kobietę raz jeszcze. Wzbudza zaufanie, wygląda jak ciocia lub babcia, no i ten śmieszny akcent.
-Chciałabyś u nas spróbować? Pieniądze nie są wielkie ale wtedy pokój jest za darmo -  mówi poważnie, a ja uśmiecham się szeroko.
-Jezu mówi pani serio? - podskakuję na stołku jak małe dziecko.
-Tak Megan mówię poważnie. Było kilka kandydatek ale głównie studentki, które nie są za bardzo zdyscyplinowane i punktualne. Potrzebujemy kogoś rzetelnego i sumiennego, a ty się taka wydajesz. Wiem co mówię, bo znam się na ludziach – uśmiecha się szczerze i serdecznie. 
-Mogę zacząć od zaraz! - wstaję i prostuje się pokazując gotowość do pracy. Przydadzą mi się pieniądze skoro chcę oddać Erickowi wszystko co wydałam. Tutaj zapewne będę musiała pracować wieczność by go spłacić ale prędzej czy później oddam mu to co jestem mu winna. Co do centa. 
-Jesteś zmęczona po locie. Chodź zaprowadzę cię do pokoju  i odpoczniesz. Możesz zacząć od jutra rana - otwiera blat baru i zaprasza mnie serdecznym gestem by weszła za ladę, a po chwili idziemy razem na zaplecze. No cóż! Może jednak nie będzie tak źle jak myślałam?

8 komentarzy:

  1. co za dupek z tego Filipa, nic tylko mu przywalić, biedny Erick :( a Megan chyba wygrała los na loterii, teraz czekamy co będzie dalej :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe jak długo teraz będą osobno. ;-(

    OdpowiedzUsuń
  3. prosze, prosze, prosze szybciej te rozdziały chodzą za mną cały dzień :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja biedna Megan,za każdym razem gdy dzieje,się jej krzywda płaczę razem z nią.😥😓😢

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana zadziwiasz :-) choc jedno mnie nie zszokowalo postawa Filipa :-(

    OdpowiedzUsuń
  6. Proszę kolejny rozdział, cudownie piszesz, aż nie mogę się doczekać kolejnego :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nareszcie zaczyna się cos dziac,czekam z niecierpliwoscia na dalszy ciag.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zaczyna mnie już trochę wkurza ćwiczenia Megan. Jak można nie panować nad sobą? Ale ksiazka super wciągająca, lecę dalej.😉

    OdpowiedzUsuń