Premiera już w lipcu!

piątek, 10 lipca 2015

Rozdział 52

-Ma pani u nas dwa konta? - pyta.
-Nie. Chcę zlikwidować swoje, a pieniądze przelać na konto, które nie należy do mnie - wyjaśniam. 
-Poproszę dowód osobisty - podaje jej go, a kobieta zaczyna wpisywać moje dane do komputera - Chce pani przelać całą tą kwotę? - dopytuje po chwili ewidentnie zaskoczona.
-Tak - kiwam głową.
-Chwileczkę zawołam kierownika - przeprasza i odchodzi zza wysokiej lasy. Po chwili podchodzi do mnie kierowniczka i prowadzi do osobnego przeszklonego pokoju, gdzie siedzi ubrany w garnitur dość młody mężczyzna.
-Dzień dobry pani Donell David Benet, dyrektor oddziału - wyciąga do mnie dłoń i wita się.
-Dzień dobry panu - siadam na wskazane przez niego miejsce i niepewnie rozglądam się po jego biurze - Jest jakiś problem? - pytam.
-Moja pracownica powiadomiła mnie, że chce pani zlikwidować u nas konto i przelać zawartość na inne, nie należące do pani. Przy tak dużych kwotach to procedura standardowa - odpowiada.
-Aha rozumiem.
-Na pani koncie jest w te chwili cztery miliony, dziewięćset dziewięćdziesiąt trzy dolary i pięćdziesiąt siedem centów - mężczyzna informuje mnie jakby dalej nie rozumiał tego co do niego powiedziałam. 
-Wiem o tym panie Benet, proszę je przesłać na konto waszego klienta, pana Ericka Evansa  - mówię wprost i widzę że jest zaszokowany. Chyba doskonale wie o kim mówię. Zresztą trudno nie wiedzieć, Erick to biznesmen znany na całym świecie. Pewnie nie raz był w i tutaj - w Londynie.
-Rozumiem -  duka i nie zadaje więcej pytań.
-Chciałabym też przelać różnicę z mojego konta oszczędnościowego, żeby było równe 5 milionów - ponownie patrzy zaskoczony jednak nic nie mówi, wpisuje coś w komputer.
-To będą dokładnie sześć tysięcy czterysta dwadzieścia siedem dolarów, na pani koncie oszczędnościowym jest w tym momencie ponad dwanaście tysięcy dolarów. 
-Cudownie. Więc proszę pokryć różnicę i zlikwidować konto.
-Tytułem przelewu za...? - pyta zaciekawiony, a ja zastanawiam się chwilę.
-A można nic nie wpisywać?
-Oczywiście - odpowiada jakby zawiedziony, że nie opowiem mu całej swojej życiowej historii. 
-Długo to potrwa?
-Zaraz przyniosę pani dokumentu do podpisania - opieram się o oparcie krzesła i czekam cierpliwie. Po kilku minutach wraca pan Benet z plikiem dokumentów. Podpisuję je szybko nawet ich nie czytając.

-To wszystko? - pytam składając ostatnio podpis.
-Tak panno Donell, ale otrzymaliśmy telefon od pana Evansa, chcę z panią rozmawiać -  informuje mnie spokojnie. Cholera znowu! Muszę szybko stąd jechać, bo mnie namierzy. Czuję się jak zbieg uciekający przed wymiarem sprawiedliwości. Dobrze, że bank mieści się dość daleko od kawiarni więc Erick raczej nie będzie mógł ustalić gdzie mieszkam.
-Niestety nie mam więcej czasu. Przepraszam muszę już iść - wstaję szybko ale w żołądku czuję ogromny ścisk.
-Pan Evans bardzo nalegał - dodaje błagalnie.
-Trudno… -  szepczę i podaje mu dłoń - Do widzenia panie Benet - ściska ją i rzuca mi dziwne spojrzenie. Gdy jestem w progu od razu przystawia słuchawkę do ucha i wiem, że rozmawia z Erickiem. Zaciskam pieści i usta by nie wybuchnąć płaczem. Wypadam przed bank i szybkim krokiem idę do samochodu.
-Wszystko w porządku? - Tom patrzy na mnie niepewnie.
-Tak - bąkam.
-Meg nie musisz mi się tłumaczyć ale jeśli masz kłopoty…
-Nie mam kłopotów Tom, jedźmy już proszę - mówię zirytowana.
-Ok jak chcesz - poddaje się i rusza. W milczeniu jedziemy do największego centrum handlowego w Londynie, jest ogromne. Nie przepadam za takimi miejscami, ale znajdę tu na pewno wszystko czego potrzebuję. Mam nadzieje, że nikt mnie nie rozpozna i nie strzeli głupiej fotki do gazet. Nie tego mi teraz potrzeba. 

W drogerii kupuję potrzebne mi kosmetyki do mycia i makijażu. W sieciówkach udaje mi się znaleźć kilka fajnych ciuchów i bielizny. Kupuję także skórzaną kurteczkę i botki na koturnie. Płacę gotówką, której już niewiele mi zostało. Tom cierpliwie chodzi za mną krok w krok i nawet potrafi doradzić w czym wyglądam lepiej. 
-Może byśmy coś zjedli, umieram z głodu!? - pyta gdy wychodzę z ostatniego sklepu.
-Kurczę przepraszam cię, nie pomyślałam o jedzeniu! -  patrzę na niego i robi mi się głupio, że tak za mną lata tyle godzin na głodniaka.
-Ty w ogóle coś jadasz? - pyta rozbawiony, a ja mierzę go wzrokiem.
-Zdarza mi się. - rzucam żartobliwie.
-To chodźmy, bo ja jestem głodny jak wilk!

Tom zaciągnął mnie do KFC. W Nowy Jorku dość rzadko tam chodziłam, bo to raczej nie moja bajka.  Ja jak to praktycznie od kilku dni nie jestem głodna, jednak zmuszam się do sałatki i jogurtu z owocami. Tom zjada  cały kubełek i jest usatysfakcjonowany. Facetom czasami naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia. Mimo tego iż praktycznie go nie znam, czuje się przy nim swobodnie. Jest trochę jak starszy brat, którego nigdy nie miałam. Przynajmniej ja go tak odbieram. Jak wiadomo co do mężczyzn kompletnie nie mam przeczucia i równie dobrze mogę się totalnie mylić. Gdy wracamy w swobodnej rozmowie dowiaduje się, że Tom jest dwa lata straszy ode mnie. W październiku zacznie ostatnim roku budownictwa z czego jest ogromnie dumny. Opowiadam mu o sobie kilka szczegółów żeby nie zdradzić za wiele. Trochę o szkole i rodzinie i o tym, że niedawno urodziła mi się chrześnica. I właśnie teraz uświadamiam sobie, że przecież będę musiała polecieć do Nowego Jorku na jej chrzciny i ślub Kim i Roba. Jasna cholera! To dopiero w grudniu więc może do tej pory Erick da sobie spokój? Łudzę się w duchu. Wątpię w to ale nadzieja zawsze umiera ostatnia, prawda?  

Koło ósmej wracamy do domu. Kawiarnia zamykana jest o jedenastej więc jest jeszcze sporo klientów. Państwo Hook są na dole więc idę do swojego pokoju rozpakować zakupy. Składam ubrania i chowam je do szafy, która stoi obok drzwi. Jest stara ale ma swój klimat. Pomalowana na biało i z ładnymi rzeźbieniami na bokach. Biorę do ręki telefon i sprawdzam. Nie mam na szczęście żadnych połączeń i dziękuję w duchu, że Kim dotrzymała obietnicy i nie powiedziała nikomu, że dzwoniłam z komórki. Zaglądam do portfela gdzie mam zdjęcie naszej czwórki,  zanim Kim zaszła w ciąże. Mama, tata, Kim i ja. Przyglądam się mu i znowu wzbiera mnie na płacz. Jestem tak daleko od domu, zupełnie sama, bez konkretnego planu na przyszłość. Mogę się tylko domyślać co oni wszyscy tam przeżywają, jak musi czuć cię Erick. Przecież nie ma pojęcia dlaczego wyjechałam, zamartwia się pewnie, a może jest już w Londynie? Kładę się na łóżku i po raz kolejny zaczynam cicho szlochać. Dziwię się, że w ogóle mam jeszcze czym płakać. Nagle przez uchylone drzwi zagląda do mnie Tom.,
-Znowu płaczesz - staje w progu i patrzy na mnie smutno.
-Najwidoczniej muszę się wypłakać -  odpowiadam cicho i uśmiecham lekko siadając po turecku na środku łóżka. Czuję w piersi ogromny ciężar jakbym nie mogła złapać głębszego oddechu. Tom wchodzi do pokoju i siada po drugiej stronie łóżka.
-Szkoda życia na jakieś rozterki. Jesteś młoda i cały świat swoi przed tobą otworem.
-Mój cały świat zawalił się w niedzielę Tom, a ja jestem za tchórzliwa by go podbijać… - pociągam nosem.
-Tchórzliwa? Ty? - uśmiecha cię ciepło - Dziewczyno przyleciałaś tu z dnia na dzień, kompletnie sama i bez planów, pracy ani mieszkania. Jesteś odważna jak rzadko kto.
-Tak myślisz? - siadam obok niego.
-Ja to wiem. Jesteś niesamowicie odważna i bardzo dzielna. Spójrz na mnie: mam 25 lat, mieszkam z rodzicami, bo mi tak wygodnie. Kończę studia ale nie wiem co chcę robić dalej?
-Macie rodzinny interes, też wiele dla niego poświęcasz, a to się chwali - klepię go pocieszająco po ramieniu.
-Czasami mam dość pracy w kawiarni ale wiem, że złamałbym tym serce mamie. To dla niej wszystko co ma.
-Mój tata też chciał bym przejęła jego firmę budowlaną ale postawiłam się i wybrałam gotowanie - uśmiecham się na tę myśl. Rozmawiamy jeszcze kilkanaście minut, a jego obecność pozwala mi się zrelaksować i nie myśleć o Ericku. Mamy podobne poczucie humoru i podobne zainteresowania. Lubimy te same filmy i podobną muzykę. On także lubi gotować i kocha psy, tak samo jak ja. Rozmowę przerywa nam pani Hook, która pyta czy będziemy jeść kolację. Oboje odmawiamy i tłumaczymy, że jedliśmy na mieście. Niezadowolona gani nas za niezdrowe jedzenie i pyta o to jak minął mi pierwszy dzień w pracy. Tom wychwala mnie aż nad to, a ja czerwienię się z zażenowania. Chociaż to bardzo miłe z jego strony. 
-Megan jeśli masz coś do prania to zostaw w łazience - mówi pani Hook wychodząc z pokoju.
-Nie będę pani fatygować, potrafię zrobić pranie - uśmiecham się w podzięce ale odmawiam. Nie będę jej wykorzystywać, bo to po prostu nie wypada. 
-Nie wątpię, że potrafisz - mówi żartobliwie - To dla mnie nie problem, naprawdę skarbie - uśmiecha się i zbiera z podłogi moje dresy - To jest do prania?  - pyta. Kiwam głową i mam ochotę zapaść się pod ziemię. Ta obca dla mnie kobieta zbiera moje brudne ciuchy z podłogi i będzie je prała - Bieliznę możesz wrzucić do kosza na białe - dodaje i puszcza mi oczko. Tom śmieje się, a ja trochę luzuję... Fajna z nich rodzinka.

Późnym wieczorem piszę smsa do Kimberly. Doładowałam sobie konto jak byliśmy w centrum handlowym. Piszę, że zaczęłam pracę i że wszystko jest ok. Nie rozpisuję się za bardzo, bo wolę napisać krótko niż dzwonić i się tłumaczyć. Kim odpisuje po chwili, że cieszy się że wszystko ok i że tęskni. Przebieram się w piżamę i kładę się spać koło północy. Zasypiam tym razem bez problemów, jestem wykończona intensywnym dniem.

Czwartek , 5 Września

Od rana jest ruch w kawiarni. Tom nauczył mnie jak obsługiwać ekspres i pokazał jak robić liście z pianki na kawie. Zawsze się zastanawiałam jak oni to robią? A to takie proste. Z dwóch dni mam ponad pięćdziesiąt funtów napiwków i Tom naśmiewa się ze mnie, że jeszcze nikt nie miał ich tak dużo. Po zmianie pomagam pani Hook w przygotowaniu obiadu.  Gotowanie zawsze mnie relaksuje i to się nie zmieniło. Przyrządzamy typowy angielski obiad czyli rybę z frytkami. Udaje mi się nawet zjeść całą porcję, ku uciesze wszystkich. Widzę po sobie, że znowu schudłam, a stając na wadzę w łazience widzę cyfrę, której nigdy do tej pory nie osiągnęłam. Kolejne 2 kilogramy mniej tylko od niedzieli. Po kolacji idę do siebie na górę, bo jestem zmęczona. Żegnam się ze wszystkimi. Biorę gorący prysznic i z turbanem na głowie i szlafroku siedzę na środku łóżka ucząc się składów kaw i procedur przygotowania każdej po kolei. Nawet nie miałam pojęcia, że jest aż tyle różnych opcji. Przed dziesiątą wieczorem słyszę pukanie do drzwi.
-Proszę!  - wołam i zaciskam pasek w szlafroku.
-Nie śpisz jeszcze? - drzwi uchyla Tom.
-Nie. Wejdź! - uśmiecham się i klepie na łóżku by usiadł obok. Wchodzi i przypatruje mi się uważnie. 
-Mama znalazła to w pralce, pewnie wypadł z kieszeni twojego dresu -  nagle wysuwa dłoń i kładzie na pościeli pierścionek zaręczynowy od Ericka. Na jego widok serce mi zamiera, a od oczu napływają łzy, które próbuje pohamować.
-Dzięki…-  biorę go i obracam między palcami. Błyszczy i rzuca migające iskierki po całym pokoju. Jest piękny, a ja mam wrażenie, że odkąd nie jestem godna go nosić to podoba mi się jeszcze bardziej. 
-Piękny! - mówi cicho Tom.
-Mi też się podoba -  uśmiecham się lekko i wzdycham wymownie. 
-To czemu go nie nosisz? Musiał kosztować majątek, to prawdziwe brylanty i białe złoto albo platyna… - stwierdza niepewnie, a ja milczę. Co mam mu powiedzieć? - Spoko nie chcesz nie mów -  poklepuje mnie po ramieniu  widząc, że się zakłopotałam i zaciska mi dłoń w której trzymam pierścionek - Ktoś kto ci go podarował musi bardzo cię kochać Megan – dodaje, a ja wybucham płaczem. Tom zastyga zaskoczony moją reakcją i od razu zaczyna przepraszać - Hej nie płacz, nie chciałem cię urazić! - przytula mnie do siebie i gładzi po włosach. Zanoszę się i nie mogę opanować. Tak cholernie mi źle... To wszystko nie tak miało być! - Ciiii.. - ucisza mnie i delikatnie kołysze. Kołysze jak małym dzieckiem. Obejmuję go mocno i powoli  się uspokajam ale Tom cały czas głaszcze moje włosy. Czuję od niego tyle ciepła i dobroci, czystej ludzkiej empatii. Gdy w końcu przestaję płakać puszcza mnie i ociera łzy z mojego policzka.
-Przepraszam…- mówię zła na siebie za ten wybuch emocji.
-Nie przepraszaj Megan, bo nie masz za co, ale widok tak ślicznej dziewczyny w takim stanie mnie dołuje. Chciałbym ci pomóc, jeśli można? - patrzy pytająco.
-Nie można…-  uśmiecham się cierpko – Chyba, że potrafisz cofnąć czas choćby o kilka dni? -  dodaję sarkastycznie i zaczynam nerwowo chichotać. 
-Tego akurat nie potrafię! -  unosi zabawnie brew i drapie się po głowie - Ale mam inny pomysł, chodź! -  wstaje i podaje mi dłoń.
-Gdzie? Przecież jest już późno! - zaskakuje mnie.
-Oj chodź. Pokaże ci Londyn nocą! Wiem, że to nie to samo co Nowy Jork ale też ma swój urok - waham się chwilę ale również wstaję.
-Muszę się ubrać, daj mi 5 minut.
-Ok będę w kuchni! – wychodzi, a ja wkładam szybko jeansy bluzeczkę i bolerko, narzucam skórzaną kurtkę i wkładam nowe buty. Kupiłam też torebkę na długim pasku żeby nie chodzić z portfelem w ręku. Schodzę na dół, Hookowie już śpią.
-Skoro w 5 minut się tak wyszykowałaś to co jak masz więcej czasu? -  mówi i uśmiecha się miło, a ja oblewam się rumieńcem -  Załóż to - podaje mi kask i specjalną kurtkę na motocykl - Nie chcę żebyś zmarzła, a noce w Londynie bywają chłodne - dodaje.
-Ale ja nigdy nie jeździłam! - mówię przerażona, chyba się tego boję.
-Spokojnie będę jechał wolniej niż zawsze! - łapie mnie za rękę i zbiegamy na dół do garażu w którym stoi motocykl, srebrno-błękitna Honda. Robi ogromne wrażenie ale jednocześnie ogromnie mnie przeraża. 
-Przecież ja spadnę! - mówię drżącym głosem.
-Musisz mnie mocno trzymać i nie spadniesz! -  oczy mu błyszczą. Wyprowadza motor z garażu i odpala silnik. Ryk jest głośny i imponujący. Cholera! Erick w życiu by mi na to nie pozwolił. Odganiam od siebie złe myśli i zakładam kurtkę którą dał mi Tom. On  również wkłada swoją  i zapina mi kask. Wsiada na motocykl i pokazuje bym zrobiła to samo za nim. Zarzucam nogę i po sekundzie siedzę na miejscu, cała drżę z nerwów -  Trzymaj mnie mocno .O tak! -  łapie moje dłonie i oplata się nimi w pasie tak, że splatam palce na jego brzuchu. Jestem tak blisko niego, że przez chwile czuje skrępowanie. Czuję też pod palcami, że on oddech także ma przyśpieszony - Gotowa? – krzyczy, a ja niepewnie kiwam głową. Chyba nigdy nie byłam i nie będę na to gotowa. Rusza powoli, a mi żołądek podchodzi do gardła. To czysta adrenalina, porównywalna z tym co czułam w samolocie podczas turbulencji. Wyjeżdżamy z uliczki na główną drogę. Tom przekręca rączkę z gazem i przyśpieszamy tak szybko, że aż odchyla mnie do tyłu. Zasikam palce mocniej i zamykam  oczy -Trzymaj się mocno! - krzyczy i przyśpiesza jeszcze bardziej. To jakieś szaleństwo! Gdy odważam się otworzyć oczy widzę jak świat rozmywa mi się po bokach, zerkam na licznik i mało nie dostaję zawału, jedziemy prawie 160 kilometrów na godzinę.
-Zwolnij! - krzyczę przerażona, serce wali mi tak szybko jak chyba nigdy.
-Co?! - zwalnia i po kilkudziesięciu metrach zatrzymuje maszyną -  Co mówiłaś? - odwraca się i podnosi szybkę kasku.
-Błagałam żebyś zwolnił! -  oddycham z ulgą i puszczam go -  Mało nie dostałam zawału! -zaczynam się śmiać.
-To nie było szybko! -  mówi, a ja mam wrażenie, że nie żartuje.
-Dla mnie było! Poproszę wolniej, dużo wolniej!
-No dobra niech będzie, może kiedyś się przyzwyczaisz - odpowiada i zakrywa szybkę kaski odpalając ponownie silnik. Łapię go mocno i ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy przez ulice Londynu, które o tej porze podobnie jak w Nowym Jorku, tętnią życiem. Jest dużo turystów, rok akademicki się jeszcze nie zaczął więc także mnóstwo studentów. Tom parkuje i chowa nasze kaski do sprytnej skrytki pod siedzeniami. Bierze mnie za rękę i prowadzi bez słowa. Dochodzimy do miejsca, które znam tylko z pocztówek i internetu. Znajdujemy się nad Tamizą. Widać oświetlony Tower Bridge, a dalej London Eye i oświetlone hale. WOW! 
Otwieram szeroko oczy i podziwiam ten niesamowity widok. To miejsce ma swój urok i magię. Tom przygląda mi się zadowolony.
-Fajnie co? - trąca mnie biodrem.
-No! -  odpowiadam pół słowem, nie jestem w stanie powiedzieć nic innego. Jestem oczarowana i na chwilę czuję się po prostu dobrze. Idziemy wzdłuż rzeki mijając innych ludzi. Tom kupił watę cukrową i zajadamy się nią jak małe dzieci. Nie mam pojęcia, która jest godzina ale zmęczenie przeszło mi całkowicie. Jutro mamy popołudniową zmianę więc zdążymy odespać. Spacerujemy bez celu do późnej nocy. Tom opowiada mi o swoich studiach i byłej dziewczynie. W sumie nie zdradza czemu się rozstali ale wyczuwam, że nadal ją kocha... W takim razie oboje jesteśmy w podobnej sytuacji, oboje kochamy kogoś z kim nie możemy być.
-Mieszkam tu od urodzenia, a ten widok zawsze na mnie działa! - siadamy na cudem znalezionej wolnej ławeczce by odpocząć. Nie mam pojęcia która jest godzina, na pewno późno w nocy. Noc jest chłodna mimo tego nadal jest dużo ludzi.
-Mam tak samo w widokiem Manhattanu -uśmiecham się.
-Zawsze chciałem tam pojechać, zobaczyć tą całą architekturę, drapacze chmur.
-Kiedyś cię zabiorę! - łapie go za dłoń i ściskam patrząc w oczy. W jego towarzystwie czuję się podobnie jak przy Johnie. To dziwne ale znam go od trzy dni, a mam wrażenie, że jest mi bliski. Nie czuję między nami żadnej chemii, jedynie czystą uprzejmość i to, że on chyba polubił mnie tak samo jak ja jego. Tom zerka na zegarek na prawym nadgarstku.
-Późno już. Wracamy?
-Tylko wolniej proszę! - śmieje się i oboje wstajemy idąc w kierunku gdzie Tom zaparkował motocykl. Zakładamy kaski i ruszamy do domu. Jedziemy na szczęście dużo wolniej, Tom chyba wyczuwa jak się boję, a do tego jestem zmęczona i nie mam siły trzymać się go tak mocno jak za pierwszym razem. Wjeżdża do garażu, a ja oddycham z ulgą.
-Chyba nigdy się nie przekonam - mówię cicho gdy wchodzimy po schodach.
-Masz w ogóle prawo jazdy?
-Na samochód. -  rzucam krótko.
-Jeśli zechcesz możemy kiedyś pojechać na pusty plac i sobie spróbujesz pojeździć sama -  mówi entuzjastycznie i całkiem serio.
-Raczej nie! - krzywię się na myśl, że miałabym prowadzić tego potwora. Tom śmieje się cicho.
-Leć spać -  stoi dwa schodki niżej i wtedy jestem prawie równa z nim.
-Właśnie taki mam zamiar. Dobranoc Tom i dziękuję… -  całuje go w policzek, a on uśmiecha się miło.
-Nie ma za co. Śpij dobrze! -  wbiegam szybko na górę, przebieram się w piżamę i wskakuję do łóżka. Jestem tak zmęczona, że zasypiam po dosłownie chwili. Pierwszy raz od niedzieli śpię naprawdę dobrze. Nie śni mi się żaden koszmar.

7 komentarzy:

  1. a teraz napiszę jak rozkapryszony dzieciak:......nie, nie, nie, nie podoba mi się, nie chcę tak ........... ja chcę Ericka!!!!!! ;) ;) ;) (stara a taka głupia ;) - to o sobie jakby co)........pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez chce juz zeby sie spotkali!! Kurcze nie mam cierpliwosci chce wiedzieć co dalej :-)

      Usuń
    2. chyba każda z nas oddałabym wszystko za spotkanie Meg i Ericka, ale podejrzewam, że jeszcze dłuuuuuuuuuuuuuuugo przyjdzie nam czekać na takie rarytasy :)

      Usuń
    3. miało być "oddałaby", ale wiadomo o co chodzi :)

      Usuń
  2. Nie.... to nie może się tak skończyć NO!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieje ze Erick ja znajdzie

    OdpowiedzUsuń
  4. kochana to już dziś praca nie pójdzie .................kiedy ERYK......................

    OdpowiedzUsuń