Premiera już w lipcu!

niedziela, 12 lipca 2015

Rozdział 54

-Co się stało? Jakbym cudem wyleciałaś z trasy? - pyta przejęty Tom. Klęczy nade mną i kompletnie nie wie co ma zrobić. 
-Sarna mi wyskoczyła na drogę  - odpowiadam i zaciskam powieki z bólu, łzy momentalnie wypełniają moje oczy. Cholera! Znowu coś! Jestem chyba najbardziej pechową osobą na całym świecie. Słyszę odgłos nadjeżdżającej karetki. Wszystko dzieje się szybko. Lekarz, albo ratownik medyczny podbiega do mnie. Zadaje podstawowe pytania, zakłada kołnierz ochrony na szyję i unieruchamia ciało na noszach. Wstępnie stwierdza złamanie prawej ręki i ją także zabezpiecza. Jestem przerażona i zdezorientowana. Nie wiem czy uderzyłam się w głowę?  Zdjęli mi kask dopiero teraz więc nawet jeśli faktycznie uderzyłam głową o ziemię to kask amortyzował upadek. Przynajmniej mam taką nadzieję. Mówię też, że niedawno miałam operację mózgu ze względu na krwiaka, lekarza mina nie jest pocieszająca. Thomas także jest przerażony. Palce wplótł we włosy, oczy ma błyszczące jakby zaraz miał się popłakać. Lekarz wypytuje go o różne rzeczy bo, chyba uznał, że to mój chłopak. Odpowiada to co wie, a przecież niewiele tego jest. 

-Nie może pan z nami jechać -mówi lekarz do Thomasa.
-Do którego szpitala ją zabieracie? – pyta, a mnie właśnie zamykają w karetce i nic więcej nie słyszę. Lekarz siada do przodu, obok mnie siedzi drugi. Jedziemy na sygnale, nie mam pojęcia jak długo. Cały czas jestem przytomna ale zamroczona. Mam też wrażenie, że boli mnie dosłownie wszystko, a najbardziej ta ręka.

W szpitalu od razu opiekę nade mną przejmuje inny lekarz. Rozcinają mi kombinezon i ubranie. Jestem unieruchomiona w specjalnym kołnierzu i jadę na tomografię komputerową i rentgen. Chce mi się płakać, że kolejny raz władowałam się w kłopoty z własnej głupoty. Nie powinnam jechać tak szybko! Co we mnie wstąpiło do cholery? Jestem tak daleko od domu, zupełnie sama. Bardzo się boję i zaczynam coraz bardziej panikować. Pielęgniarka podaje mi jakieś środku przeciwbólowe i uspokajające. Serce wali mi jak szalone. Nie wiem gdzie jest Thomas?
-Nazywa się pani Megan Williams? - pyta lekarz, który wchodzi do mojej sali. Zostałam na nią przewieziona chwilę wcześniej. 
-Tak... znaczy nie... znaczy... nie do końca - dukam, czuję, że od leków mam lekkie zawroty głowy. To nie jest fajne uczucie. Lekarz patrzy na mnie zaskoczony.
-Nie możemy ustalić numeru  pani ubezpieczenia z dowodu osobistego, który ma pani w torbie - oznajmia wprost. Cholera i co ja mam teraz zrobić?
-To nie jest moje prawdziwe nazwisko doktorze, nie mam przy sobie tamtego dowodu - tłumaczę się głupio. Mężczyzna unosi brew i chyba nie bardzo rozumie o czym mówię.
-Powiadomić kogoś z rodziny? - zmienia temat.
-Nie! - podnoszę głos i unoszę się lekko w nerwach.
-Spokojnie proszę się nie denerwować. Złamała pani prawą rękę i jest pani mocno potłuczona. Tomografia i rentgen niczego więcej nie wykazały i nie ma urazów wewnętrznych ani więcej złamań, głowa też jest cała ale musimy zatrzymać panią na obserwację – mówi, a ja patrzę na niego obojętnie. Zostać tu na obserwację? Cudownie!
-Można jakoś obejść procedurę z ubezpieczeniem? - pytam zaniepokojona, przecież Erick od razu się dowie gdy podam im swoje prawdziwe dane.
-Nie rozumiem? - odpowiada i unosi brew.
-Chciałabym by moje dane nie trafiły do bazy, można to jakoś obejść?
-Jeśli nie chce pani skorzystać z ubezpieczenia można zapłacić  ale to bardzo dużo kosztuje, miała pani tomografię, rentgen i kilka innych specjalnych badań.
-To nie ma znaczenia, chcę zapłacić - mówię z ulgą.
-Rozumiem… - Kiwa głową z politowaniem i na pewno zastanawia się co to za wariatka ale mam to gdzieś - Przyjechał za panią pani chłopak, może już wejść. Zaraz go zawołam - dodaje i wychodzi. Mój chłopak? Na tę myśl znowu się zdenerwowałam, bo pierwsze co pomyślałam to Erick . Po chwili do mojej sali wchodzi jednak Thomas. Ma na sobie to zielone wdzianko co rozdają w szpitalach, a pod tym brudny od błota kombinezon. Na mój widok oczy mu łagodnieją i od razu do mnie podchodzi.
-Jezu ale cię urządziłem! Przepraszam! - chwyta mnie za zdrową rękę, druga mam w gipsie od palców aż do ramienia.
-To nie twoja wina Tom, to moja głupota! - ganie sama siebie i zaczynam się śmiać, nerwowo i głupkowato. Thomas patrzy na mnie dziwnie ale oddycha z ulgą.
-Lekarz pytał co to za numer z twoim fałszywym dowodem, chciał wzywać policję ale go ubłagałem by tego nie robił! - dodaje.
-Jesteś wielki! Jeszcze mi tego brakuje by mnie policja za to ścigała.
-Ale jak za to wszystko zapłacisz? Przecież nie zarabiasz w kawiarni aż tyle.. - Pyta zaniepokojony.
-Mam konto oszczędnościowe, coś mi na nim zostało po spłaceniu długu wobec Ericka… -  odpowiadam smutno. Jego imię zawsze wywołuje u mnie taką reakcję.
-Mogę ci pożyczyć jeśli nie starczy -  pociesza mnie i gładzi delikatnie moją dłoń, widzę że się obwinia. 
-Damy radę - uśmiecham się.
-Boli cię coś? - pyta patrząc na moją zagipsowaną rękę.
-Teraz już nie, leki zaczęły działać.
-Doktor mówił, że jesteś potłuczona no i ta ręka, ale ogólnie chyba nie jest źle? - stwierdza z nadzieją w głosie.
-Bywało gorzej… - uśmiecham się sarkastycznie.
-Weź nie żartuj! To nie jest śmieszne! - gani mnie, jest poważny i nadal zmartwiony. To naprawdę dziwne, że obcy człowiek tak się mną przejmuje. Ta sytuacja potwierdza mi to, że Tom to świetny facet z którym naprawdę mogłabym się zaprzyjaźnić. 
-Chyba nie będę mogła wam za bardzo pomagać w kawiarni z tą ręką - uświadamiam sobie nagle i od razu smutek powraca. Co ja teraz zrobię?!
-Tym się nie przejmuj. Najważniejsze, że jesteś prawie cała i prawie zdrowa -  Tom ściska mocniej moją dłoń bym się nie martwiła, a po chwili puszcza mi oczko i oboje zaczynamy się śmiać. 
-Ale niezła jazda te kłady!  - zmieniam temat. Thomas dzwoni do swoich rodziców, którzy oczywiście przyjeżdżają najszybciej jak się da. Pani Hook daje nam burę jak małym dzieciom, najbardziej dostaje się Tomowi za to, że mnie tam w ogóle zabrał. Przywieźli mi gorącą zupę i moje ulubione ciastka czekoladowe z kawiarni. Pani Hook wie, że zawsze je zjem i często podsuwa mi je pod nos wiedząc, że nie odmówię. Gdy atmosfera się rozluźnia Tom karmi mnie łyżeczką i ma przy tym niezły ubaw. Nie potrafię jeść lewą ręką więc jestem na niego skazana. Wieczorem pan i pani Hook wracają do domu, Tom zostaje ze mną dłużej. Przychodzi także lekarz i mówi, że jutro pewnie mnie wypiszą, a cały pobyt i badania będą kosztować mnie prawie trzy tysiące funtów. Na szczęście powinnam jeszcze tyle mieć więc będę mogła uregulować rachunek bez pożyczania pieniędzy od Toma. Zostawia mi swoją komórkę bym zadzwoniła jutro rano czy mnie wypisują i wtedy on po mnie przyjedzie. Przeprasza po raz setny i żegna się ze mną. Zostaję sama. Pielęgniarka podaje mi kolejną porcję leków i dzięki nim zasypiam bez problemów.

Niedziela , 27 Październik

Moje wyniki są w porządku i mogę wyjść dziś do domu. Dzwonię zadowolona do pani Hook i informuję, że Tom może już po mnie przyjechać. Dostaję od lekarza zwolnienie na miesiąc, leki oraz kazanie, że mam o siebie dbać. Mówi także, że jestem za szczupła i powinnam się lepiej odżywiać, bo takim sposobem doprowadzę się do anemii. Co on może wiedzieć? Nie jem dlatego, że nie chcę jeść... nie jem, bo mój żołądek nadal się buntuje. 

Tom jedzie bardzo powoli, zbyt wolno jak na siebie. Wiem, że robi to by przypadkiem nic mnie nie zabolało. Jest naprawdę kochany. 
-Co ja będę robiła z tą ręką? - pytam jakby sama siebie i wzdycham. Tom spogląda na mnie niepewnie.
-Megan może to znak? -  wtrąca.
-Jaki znak? - odwracam się w jego stronę i unoszę brew.
-No wiesz... - kiwa głową.
-Nie, nie wiem Tom.
-Że powinnaś wrócić do Nowego Jorku… - odpowiada smutno jakby sam tego nie chciał.
-Nie mogę  wrócić! -  rzucam zdenerwowana.
-Myślę, że powinnaś - dodaje ale widzę, że bije się z myślami. 
-A ja myślę, że sama o tym zadecyduję! - warczę, a Tom zjeżdża na najbliższy parking i zatrzymuje samochód - Co ty wyprawiasz? - pytam zaskoczona.
-Musimy porozmawiać Meg! Tak nie może być... Jestem cierpliwy ale do cholery, musisz mi powiedzieć co takiego się stało? Co sprawiło, że uciekłaś? Powiedz mi w końcu! - ton na poważny i wiem, że tym razem nie da się zbyć i nie odpuści. Wciągam głośno powietrze.
-Naprawdę chcesz wiedzieć? - pytam cicho, dłonie od razu zaczynają mi się pocić.
-No kurwa mać! Pewnie, że chcę! - warczy i łapie mnie za lewą rękę -  Może razem coś wymyślimy? - dodaje by mnie ośmielić. 
-Co chcesz dokładnie wiedzieć? - Ulegam i poddaje się. To najwidoczniej pora by o wszystkim mu powiedzieć.
-Wszystko, zacznij od początku - mówi spokojnie -  Jak ty go w ogóle poznałaś? - uśmiecham się na to wspomnienie.
-Chciałam wynająć z siostrą limuzynę na jej ślub, trafiłyśmy na salon samochodowy, który należy do niego.
-I co zakochałaś się od pierwszego wejrzenia? - przerywa mi z uśmiechem.
-Można tak powiedzieć -  wzruszam ramionami i spoglądam na niego.
-Meg bez ściemy! - gani mnie.
-Boże no! Poślizgnęłam się na środku jego salonu i uderzyłam głową o posadzkę - dodaję zażenowana. 
-Żartujesz? - unosi brew.
-Nie, nie żartuję Tom - karcę go spojrzeniem, a on ewidentnie próbuje powstrzymać śmiech -Jeśli masz zamiar się ze mnie śmiać...
-Nie no już. Mów, mów! -  uspokaja się -  Wywaliłaś się i co? On cię uratował?  - dodaje ciekawy.
-Nie. Ocknęłam się w jego gabinecie, stał przy biurku zmartwiony i wpatrywał się we mnie. Na początku myślałam, że po prostu jest miły, bo nie chce mieć kłopotów czy coś w tym rodzaju. Bym na przykład nie wniosła oskarżenia o odszkodowanie.
-Widziałem jego zdjęcia, jest przystojny! - wtrąca, a ja kiwam twierdząco głową.
-Wezwał pogotowie i zaproponował obiad na przeprosimy. Moja siostra zgodziła się bez pytania i podała mu mój numer telefonu.
-Podobał ci się od razu? - Tom aż poprawia się na siedzeniu z podekscytowania. 
-Podobał? - zamykam oczy i uśmiecham się lekko - On mnie zahipnotyzował...Jego spojrzenie wywoływało u mnie dreszcze w miejscach o których nawet nie sądziłam, że mogę coś poczuć. Rozumiesz? Nigdy nic takiego nie czułam. Onieśmielał mnie ale z drugiej strony coś mnie do niego ciągnęło.
-Wiedziałaś, że jest taki bogaty? - pytał dalej. 
-Domyślałam się... jego nazwisko jest znane. Ale wracając do rzeczy, przysłał mi kwiaty do szpitala i zadzwonił następnego dnia by umówić się na obiad. Próbowałam go zbyć ale się nie dał i jakimś cudem umówiłam się z nim na niedzielę.
-Czułaś, że mu się podobasz?
-Nie, kompletnie nie. Myślałam, że po prostu chce być miły i mnie przeprosić. W sobotę miałam bankiet dobroczynny. Mówiłam ci, że byłam na stażu w restauracji… -  kiwa głową i pozwala mówić dalej -  Oczywiście go tam spotkałam, bo musiałam zastąpić jedną z dziewczyn jako kelnerka.
-Zaproponował ci drinka i się zgodziłaś… - przerywa.
-Tak dokładnie zrobił ale się nie zgodziłam. Byłam w pracy i nie mogłam... - dukam nieskładnie - Nie chciałam, bo tak mnie onieśmielał, że zbyłam go. Powiedziałam szefom, że źle się czuję i chciałam wrócić do domu ale złapał mnie przy samym wyjściu i zaproponował, że odwiezie. Zgodziłam się.
-Rany, a która by się nie zgodziła! - Tom wywraca oczami. 
-No właśnie... a trafiło na mnie - śmieję się cicho - Nie wiedziałam kompletnie o co mu chodzi, a tak mnie omamił, że pojechaliśmy do jego apartamentu na Manhattanie i tak się zaczęło.
-Spaliście ze sobą już pierwszej nocy? - pyta lekko zniesmaczony.
-No wiesz co! Za kogo ty mnie uważasz! - trącam go zdrową ręką, a Tom zaczyna się śmiać. 
-Pytam tylko! -  pokazuje mi język.
-Jeśli chcesz wiedzieć to byłam dziewicą gdy go poznałam! – oznajmiam, a on mało nie otwiera buzi ze zdziwienia.
-Żartujesz?!
-Nie! -  śmieje się, jego mina to mistrzostwo świata.
-Gdzieś ty się uchowała niewiasto? - Tom również zaczyna się śmiać.
-Tak jakoś wyszło... - wzruszam ramionami - Ale tamtego wieczoru tylko mnie pocałował, mimo tego iż spał obok w łóżku to nic się więcej nie wydarzyło. Bardzo mi tym zaimponował…
Stoimy na parkingu, a ja opowiadam mu dalej każdy szczegół: nasz wyjazd do New Jersey, nasz pierwszy raz z problemami, spotkanie z Moniką, moją ucieczkę po poznaniu Gordona i wszystko co wydarzyło się potem. Gwałt, śpiączkę, zaręczyny i wyjazd na Bahamy. Mówię mu także o sprawie z Moniką i o tym czym się zajmowali, o tych wszystkich kobietach, które werbowali i tym całym popieprzonym interesie z umowami, których nie można zerwać. Tom słuchał mnie naprawdę uważnie ale z kompletnym zaszokowaniem. 
-No i co się w tym Vegas stało? - pyta zaciekawiony gdy przechodzę do sedna. 
-Ten jego przyjaciel, Filip...
-Ten który cię pocałował przed operacją, a potem u was w domu, tak? - dopytuje. 
-Tak -  kiwam głową i mówię dalej - W niedzielę po imprezie mieliśmy iść na koncert Celine Dione, pokłóciłam się jednak z Erickiem przy obiedzie i wróciłam do pokoju.
-I dlatego uciekłaś? Bo miałaś dość jego kontroli? - wtrąca. 
-Nie. Powiedziałam, że nie chcę go widzieć, bo zabronił mi pić alkohol do obiadu na który nie miałam ochoty, a on poprosił właśnie Filipa by został ze mną do wieczora...
-A to on nic nie wiedział, że ten Filip się do ciebie podwala? - Tom unosi brew.
-Nie - wzdycham smutno -  Upiłam się ze złości butelką wina, a on to wykorzystał... zadzwonił do Ericka, że się źle poczułam i został ze mną w hotelu… - jego oczy robią się coraz większe, a mi serce podchodzi do gardła. Tom zapewne już domyśla się co się dalej wydarzyło.
-I?
-Zgrywał przyjaciela, w ogóle niezły z niego manipulator. Wkurzał mnie podtekstami,  a z drugiej strony dał się lubić. Przyszedł do mojego pokoju i pocieszał mnie, że Erick się po prostu martwi i dlatego się tak zachowuje, a w pewnym momencie wyznał mi miłość, że kocha mnie i zrobi dla mnie wszystko... Mówił nawet, że jest w stanie poświęcić ich przyjaźń.
-Jezu Meg przespałaś się z nim, tak? - wpatruje się we mnie w oczekiwaniu odpowiedzi, dłonią nadal trzyma mnie za rękę, a ja kiwam twierdząco głową.
-Tak… - szepczę i zaczynam płakać. Tom patrzy na mnie przez chwilę nie wiedząc co powiedzieć. Przytula mnie mocno uważając na zagipsowaną rękę .Bałam się, że wkurzy się jak mu to wszystko opowiem i nie będzie chciał mnie znać. Jego reakcja pozytywnie mnie jednak zaskakuje.
-Dlatego uciekłaś, tak? -  pyta, puszczając mnie w końcu ale dłonią nadal gładzi moją dłoń.
-Uznałam, że nie mam innego wyjścia – kwilę - Nie mogę mu spojrzeć w oczy.  Serce by mu pękło jakby się dowiedział co zrobiłam, co zrobiliśmy razem z Filipem! 
-To głupie, bez urazy - mówi szczerze.
-Jasne Tom... Kop leżącego - ocieram łzy.
-No cholera Meg, nie ty pierwsza zdradziłaś faceta. Można to było inaczej załatwić! -  drapie się po głowie i wpatruje się we mnie niepewnie. 
-Niby jak? - rzucam pytające spojrzenie.
-Nie wiem ale nie uciekać do Europy! - piszczy. 
-Wiem, że to brzmi absurdalnie - przyznaje mu rację. 
-To jest absurdalne. On cię na pewno szuka, po to ci ten fałszywy dowód, tak?
-Tak, ma ogromne znajomości i jakbym zamieszkała i pracowała pod swoim nazwiskiem to od razu by mnie znalazł. Po 5 minutach wiedział, że jestem w banku i próbował mnie zatrzymać na lotnisku w St. Louis.
-Wtedy co byłem z tobą w tym banku? Co ty tam właściwie robiłaś? - jego pytania mnożą się coraz bardziej. 
-Likwidowałam konto i przelewałam pieniądze na konto Ericka.
-Dużo? - te słowa wydobywają się z jego ust automatycznie - Oj  wybacz, to już nie moja sprawa - poprawia się.
-5 milionów dolarów... - odpowiadam jednak -  Dlatego do swojego gabinetu poprosił mnie wtedy dyrektor banku i tak namierzył mnie Erick, a raczej jego ludzie. 
-5 baniek?! O ja pierdole!  - ponownie drapie się po głowie.
-Dla niego to niewiele - wzruszam beznamiętnie ramionami.
-Naprawdę jesteś mistrzem w komplikowaniem sobie życia Meg! - stwierdza. 
-Cholera wiem o tym Thomas! Teraz skoro już wiesz o wszystkim możesz mnie znienawidzić i zostawić na środku tego parkingu! -  rzuca mi gniewne spojrzenie.
-Puknij się w łeb! Naprawdę uważasz, że zmieniłem o tobie zdanie?
-A nie? - pytam niepewnie.
-Weź, bo się na ciebie obrażę! Nadal uważam, że jesteś słodką, skromną, cudowną dziewczyną, która trafiła na nieodpowiednich ludzi. Zostałaś bardzo skrzywdzona Megan i jest mi bardzo przykro, że spotkało cię coś takiego - wiem, że mówi to szczerze i oddycham z ulgą. 
-Widzę jedną dobrą stronę tego wszystkiego - dodaję cicho.
-Tak? Niby jaką?
-No, że poznałam ciebie, znaczy was Hooków - uśmiecham się.
-Weź, bo się wzruszę głuptasie! - trąca mnie entuzjastycznie w bok.
-Ała! - krzywię się za bólu, bo nadal jestem poobijana.
-O cholera przepraszam! Zapomniałem! - zasłania usta dłonią w geście przerażenie, że zrobił mi krzywdę.
-Spokojnie mam twardy tyłek -  śmieje się.
-Twardy? Chyba chudy i kościsty! - stwierdza Tom. 
-Nie zaczynaj! Podobam się sobie taka, bo zawsze uważałam, że jestem za gruba.
-Nigdy nie zrozumiem kobiet! Co wy macie z tym z tym: za gruba, za niska, za duży tyłek, za małe cycki?!
-Tak już mamy - wzruszam ramionami.
-Skoro zakochał się w tobie przystojny miliarder to chyba akurat ty nie powinnaś mieć kompleksów!
-Każdy ma kompleksy.
-Ja nie mam! - mówi pewny siebie.
-Jasne... - śmieję się z niedowierzaniem. 
-Naprawdę! Lubię siebie takim jakim jestem. Dziewczyny nigdy na mnie nie narzekały… -  puszcza mi oczko i zaczyna się śmiać. 
-Domyślam się!  - wywracam oczami. Ehh... to męskie ego. Podziwiam jego pewność siebie, bo akurat w tym Tom przypomina mi Ericka. Naszą rozmowę przerywa dźwięk komórki Toma. Dzwoni jego mama z pytaniem gdzie się podziewamy. Powinniśmy już być od dawna w domu. Nasza rozmowa trwała dobre dwie godziny. Ruszamy by jak najszybciej dojechać na miejsce. Na szczęście droga jest prosta i bez wybojów więc nawet przy dużej prędkości prawie nic mnie nie boli. Parkujemy przed domem.
-I co zamierzasz teraz zrobić? Musisz przecież wrócić na ślub i chrzciny - pyta Tom gdy wchodzimy do środka.
-Nie mam pojęcia Tom, może ty coś wymyślisz? - uśmiecham się słodko, Tom jednak nie odpowiada, bo wita nas jego mama. Na stole czeka już pachnący, gorący obiad, przy którym ponownie słuchamy bury od pani Hook. By ją ugłaskać zjadam wszystko co mi nałożyła. Chociaż trudno nazwać to jedzeniem bo, karmi mnie Tom. Ja nie radzę sobie lewą ręką ale będę się musiała nauczyć. Hooków to naprawdę bawi, a mi jest okropnie głupio. Dobrze jednak, że czuję się u nich coraz lepiej i swobodniej, bo inaczej zapadłabym się pod ziemię. 

Cały wieczór rozmawiam z Tomem w moim pokoju. Próbujemy coś wymyślić, jednak ja w ogóle nie biorę pod uwagę powrotu do Nowego Jorku i konfrontacji z Erickiem. 
-A jeśli polecę z tobą zdecydujesz się? - pyta nagle kompletnie zaskakując mnie.
-Mówisz poważnie?
-Śmiertelnie poważnie Meg. Powinnaś porozmawiać z rodzicami. Nie namawiam cię do spotkana z Erickiem ale...
-Dobrze! Ale tylko jeśli polecisz ze mną! - zgadzam się szybko by nie zmienić zdania. To decyzja podjęta w jedną sekundę ale chyba słuszna... Jedyna słuszna decyzja od dawna. 
-Amen! - mówi i ściska mnie zbyt mocno, a ja znowu krzywię się z bólu - Przepraszam! - kuca przede mną i znowu ma ten przepraszający wzrok.
-Nic się nie stało! - uśmiecham się krzywo, bo naprawdę nieźle mnie zabolało.
-Powinnaś odpoczywać. Jutro ustalimy kiedy polecimy, dobrze?
-Dobrze! - kiwam głową i pochylam się by pocałować go w policzek -  Dzięki za wszystko! - dodaję.
-Jesteś najlepsza i nie zapominaj tego! - szepcze i uśmiecha się ciepło – Dobranoc Meg.
Tom wstaje i wychodzi z pokoju. Biorę kolejną dawkę leków przeciwbólowych by móc zasnąć. Plecy naprawdę mnie bolą i bez leków nie dam radę w najbliższych dniach by funkcjonować normalnie. Muszę dojść do siebie przed lotem do Nowego Jorku ale na pewno będę miała siniaki.  Wracam do łóżka i układam się w miarę wygodnie, a gdy leki zaczynają działać, zasypiam.

Poniedziałek , 28 Październik

Jestem na zwolnieniu więc siedzę w domu, a pani Hook poprosiła Toma by się mną opiekował i także ma wolne. Po śniadaniu siadamy do laptopa by poszukać połączeń lotniczych do Nowego Jorku.
-Chcesz lecieć jeszcze w tym tygodniu? - pyta widząc jak wgapiam się w terminy lotów, są codziennie... a ja nabieram coraz większych wątpliwości. 
-Tak - rzucam krótko by się nie zastanawiać. 
-Powinnaś chyba trochę wydobrzeć, przecież wszystko cię boli - mówi przejęty.
-Spokojnie dam radę, po lekach nie jest źle -  uspokajam go, chociaż w duchu drżę na myśl, że muszę tam polecieć. W sumie nie muszę ale tak jest rozsądnie. Nie mogę dalej uciekać przed życiem i odpowiedzialnością. 
-Jak uważasz Meg. Jak dla mnie możemy lecieć nawet jutro - uśmiecha się pocieszająco. 
-Lećmy w piątek, na weekend. Zobacz ceny biletów - pokazuję na ekran laptopa by wybrał termin i linie lotnicze. Tom robi o co proszę i po chwili oboje patrzymy na najlepsze dla nas połączenie. 
-Jest w lot z City Airport o 6.20 rano z przesiadką w Genewie, o 12.50 będziemy w Nowym Jorku na Lotnisku Kenediego - mówi spoglądając na mnie.
-Zarezerwuj dwa miejsca zanim się rozmyślę.
-Cena biletu jest strasznie wysoka! - krzywi się.
-Ja stawiam! - uśmiecham się sarkastycznie. Dobrze, że Tom na ważną wizę do Stanów inaczej nasz wyjazd opóźniłby się i do tej pory zapewne zdążyłabym się rozmyślić. 
-Nie ma mowy, przecież zapłaciłaś za pobyt w szpitalu i nie masz pieniędzy.
-Coś mi jeszcze zostało. Na bilety starczy - odpowiadam i krzywię się, bo strasznie swędzi mnie skóra pod gipsem -Weź mi daj jakąś długą łyżkę albo widelec! - dodaję.
-Jak swędzi to dobrze, znaczy że się goi - stwierdza Tom śmiejąc się. 
-Daj mi tą łyżkę! Błagam!
-No już, już! - wstaje i wyjmuje z szuflady długą drewnianą łyżkę – Proszę - podaje mi, a ja wsadzam ją pod gips i drapię się delikatnie. Co za ulga!
-Jezu ale dobrze! - jęczę, a Tom śmieje się w głos. Rezerwujemy lot na piątek. Robię przelew i od razu drukuję bilety. Są bezimienne więc Erick dowie się, że wracam zapewne dopiero jak będę w samolocie albo gdy będę już na miejscu. Wiem, że nasze spotkanie jest nieuniknione ale to już chyba najwyższa pora by stawić czoła rzeczywistości. 
Państwo Hookowie nie są zachwyceni naszym pomysłem. Nie wiem czy chodzi im o Toma, że leci ze mną czy o mnie, że dopiero co miałam wypadek na kładzie. A może i o jedno i o drugie? 
-Megan nie powinnaś jeszcze latać! - mówi pan Hook i kręci niechętnie głową.
-Tato daj spokój, musi załatwić bardzo ważną sprawę! - broni mnie Tom.
-Dobrze, że z nią lecisz, przynajmniej będzie pewność, że jest bezpieczna! - dodaje pani Hook i uśmiecha się troskliwie. Oddycham z ulgą, że nie są aż tak bardzo źli - Ale wrócisz do nas prawda? - pyta, a w oczach praktycznie ma łzy. 

-Wrócę, obiecuję! - podnoszę na nią wzrok i też wzbiera mnie na płacz. Już postanowiłam, że cokolwiek stanie się w Nowym Jorku to  wracam do Londynu. Wyjaśnię rodzicom wszystko. Wszystko!  Nie wiem czy to zrozumieją i na pewno będą przeciwni bym ponownie wyjechała ale ja już postanowiłam i nic tego nie zmieni. Muszę zacząć nowe życie... Nie w Nowym Jorku. W Londynie. 

2 komentarze:

  1. Jeszcze :) nie moge się doczekać co będzie jak pojadą do Nowego Jorku

    OdpowiedzUsuń