Premiera już w lipcu!

niedziela, 12 lipca 2015

Rozdział 55

Piątek , 1 Listopada

Wstajemy wcześnie rano by zdążyć na lotnisko, odwożą nas rodzice Toma. Wczoraj było Halloween ale siedzieliśmy w domu. Nie w głowie mi teraz zabawa i durne przebieranki, chociaż do tej pory co roku przebierałam się i bawiłam do białego rana. Dziś  jestem jednak cała zdenerwowana, bo boje się lotu i tego co się wydarzy. Hookowie ściskają nas na pożegnanie. Pani Hook uroniła kilka łez, bo Thomas to przecież jej ukochany syn. To cudowne widzieć jak bardzo się kochają. 
-Mamo wrócimy w poniedziałek, daj spokój -  Tom uspokaja ją i całuje w policzek.
-Wiem synku, wiem… -  pociąga nosem i uśmiecha się ciepło. Ona po prostu się martwi co jest zupełnie zrozumiałe. Idziemy na odprawę,  a Hookowie machają nam zza szklanej szyby. Serce wali mi jak szalone, a żołądek to już chyba zacisnął się tak mocno, że prawie go nie ma. 

-Gdyby nie ty nie zdecydowałabym się lecieć -  mówię cicho gdy siedzimy w samolocie. Miejsca mamy w klasie ekonomicznej, obok siebie. Tom siedzi od strony przejścia, a ja chyba zaraz dostanę zawału przy oknie. 
-Będzie dobrze mała! -  pociesza mnie i ściska moją lewą dłoń. Uśmiecham się lekko i głęboko oddycham. Musze się uspokoić. Kolejny oddech i chyba jest odrobinę lepiej. 
-Nienawidzę latać… -  mówię zapinając pas. Samolot zaczyna kołować i po chwili jesteśmy już w powietrzu.
-Zaraz odpadnie mi ręka... -  jęczy Tom. Łapię się na tym, że nadal kurczowo ściskam jego dłoń. Spoglądam na niego, a on zaczyna się śmiać. 
-Oj przepraszam! - puszczam go szybko, a Tom rozprostowuje palce i gładzi pocieszająco moją rękę. Doskonale wie, że się denerwuję ale jego obecność wiele dla mnie znaczy. Nie spodziewałam się, że będę miała w nim takie oparcie. 
-Spoko, też nie przepadam latać.


Przesiadka w Genewie nie jest fajną sprawą. Kolejne lądowanie i kolejny start. Do odlotu mamy jakieś dwie godziny więc idziemy coś zjeść. Wciskam w siebie kawałek słodkiej bułki i popijam go gorzką herbatą.  Od kilku dni żołądek mam zaciśnięty bardziej niż zwykle ale dziś to naprawdę szczyt. Tom patrzy na mnie zatroskany.
-Jesteś taka blada, dobrze się czujesz? - pyta wcinając swoją kanapkę na ciepło. 
-Jest ok… - uspokajam go -  Idę do łazienki -  dodaję i wstaję szybko. W łazience zwracam wszystko co zjadłam. Tak jak wczoraj i przedwczoraj po każdej próbie posiłku. Spoglądam w lustro i widzę bladą dziewczynę. Mam szczupłą jak nigdy twarz, wielkie oczy i długie jasne włosy upięte w dobierany warkocz. Pani Hook mi je zaplotła. Biorę głęboki oddech, wyjmuję gumę do żucia i wychodzę. Przed drzwiami czeka na mnie Tom.
-Znowu wymiotowałaś? – pyta wprost.
-Nie -  kłamię i spuszczam wzrok w podłogę.
-Nie ściemniaj, przecież widzę! - złości się i kręci z dezaprobatą głową.
-Nie mogę tego opanować, mój żołądek całkowicie się dziś zbuntował -  wzruszam ramionami.
-Oj Meg, Meg! -  Tom wzdycha i obejmuje mnie ramieniem. Idziemy razem do miejsca odpraw. W samolocie zajmujemy swoje fotele, a ja jestem zmęczona i chyba nie mam siły denerwować się startem. Gdy jesteśmy w powietrzu, a  pilot mówi, że można się poruszać, odpinam pas i zasypiam na ramieniu Toma.


-Meg zaraz lądujemy -  jego głos budzi mnie delikatnie. Otwieram oczy i widzę jak próbuje zapiąć mi pas.
-Już? - pytam zaskoczona.
-Tak, spałaś prawie całą drogę - uśmiecha się pocieszająco. Chyba też przebudził się chwilę wcześniej. 
-Jestem kompletnie wykończona, nie wiem czy dam radę? -  zamykam oczy i próbuję opanować drżenie rąk. Nigdy wcześniej nie stresowałam się tak jak teraz.  Nawet gdy zdecydowałam się uciec, nawet przez operacją krwiaka... W tym momencie jestem jednym kłębkiem nerwów i dosłownie wszystko w środku mam zaciśnięte. Obawiam się spotkania z rodzicami ale głównie chodzi o Ericka. On mi przecież nie pozwoli ponownie wylecieć... Jestem o tym przekonana. Nie mogę mu też powiedzieć dlaczego naprawdę uciekłam. Boże! Wiem, że to tchórzostwo ale na ten moment nie jestem na to gotowa. A może do tej pory Filip powiedział Erickowi o tym wszystkim i będę miała z głowy?  Jeśli wie to na pewno mnie nienawidzi i może tak właśnie byłoby lepiej? To samolubne i głupie ale nie jestem w stanie inaczej postąpić. Przynajmniej na razie.
-Szanowni państwo! Zaraz będziemy podchodzić do lądowania w Nowym Jorku. Proszę zapiąć pasy. Jest godzina 12.41 czasu lokalnego, temperatura na zewnątrz to 13 stopni. Dziękujemy za skorzystanie z naszych linii i życzymy miłego pobytu! - słyszymy głos pilota z głośników.
-No to zaczynamy… - Tom chwyta moją dłoń i pociera ją, próbując rozgrzać. Są lodowate.
-Chyba dostanę zawału! - próbuję żartować ale średnio mi to wychodzi.
-Spokojnie, nikogo przecież nie zabiłaś. Jesteś dorosła i nikt nie może ci niczego zabronić. Powiesz im co postanowiłaś, dlaczego i już. Twoi rodzice to zrozumieją, prędzej czy później ale zrozumieją, Meg -  jego pocieszające słowa to dla mnie teraz jedyny ratunek. Inaczej bym chyba zwariowała. 
-Akurat rodzicami przejmuje się najmniej - mówię cicho.
-Nie musisz się z nim spotykać! -  wtrąca surowo, a ja posyłam mu gniewne spojrzenie. Przecież doskonale wiem, że Erick i tak przyjedzie by mnie zobaczyć. Tom chyba nie do końca ma świadomość, że Ericka nic nie powstrzyma by się ze mną spotkać. Zastanawiam się czy już wie, że przyleciałam czy dopiero się dowie? I to lada moment. 

-Muszę do łazienki! -  mówię gdy jesteśmy w hali, czekamy na bagaż. 
-Znowu? - pyta podejrzliwie, wiem co ma na myśli.
-Tym razem akurat chcę mi się siku. Naprawdę! -podnoszę dwa palce zdrowej ręki i harcerskim gestem daję do zrozumienia, że naprawdę nie kłamię. Uśmiecham się przy tym blado. Tom pomaga mi wstać i podprowadza pod drzwi toalet. Nadal jestem obolała, a na plecach, ramionach i tułowiu mam siniaki. Staram się nie brać leków przeciwbólowych, bo fatalnie się po nich czuję i cały czas jestem śpiąca. Przed lotem wzięłam jednak sporą dawkę by nie cierpieć w razie turbulencji. Czasami najmniejszy niekontrolowany ruch sprawia mi tyle bólu, że chce mi się wyć. Opanowałam umiejętność radzenia sobie lewą ręką w podstawowych sytuacjach i całkiem nieźle mi to idzie. W łazience jest łatwo, gorzej pod prysznicem by nie zmoczyć gipsu. W tygodniu kąpać pomagał mi się Tom. Oczywiście zakładam wtedy kostium kąpielowy ale i tak na początku było mi cholernie niezręcznie. 

Czuję do Toma coś na wzór braterskiej przyjaźni ale nie wiem do końca co on czuje? Moja kobieca intuicja w tej kwestii zawsze zawodzi więc ciężko mi to określić. Nie było ani jednej sytuacji w której próbowałby się do mnie zbliżyć czy pocałować, co bardzo mnie cieszy. On chyba nadal kocha swoją była dziewczynę mimo, że się tego wypiera. Z tego co wiem ona wyjechała z rodzicami do Belgii i stwierdziła, że związek na odległość nie ma sensu. Zerwała z nim przez telefon. Tom ma swoje podejrzenia, że kogoś poznała ale nie dociekał prawdy. Chciałabym by Erick zareagował tak samo ale za dobrze go znam i wiem, że będzie inaczej.  Będzie drążył i pytał... nie da mi spokoju i tego obawiam się najbardziej. Boję się momentu gdy w końcu powiem mu prawdę, bo wiem, że złamię mu tym serce.

Odbieramy nasze walizki i wychodzimy przed budynek hali. Złapać taksówkę zaraz po przylocie samolotu to prawdziwy cud.  Szczęście nam chyba dopisuje, bo jedna młoda para widząc mój gips ustąpiła nam.
-Szkoda, że nie będzie czasu na zwiedzanie - stwierdza z żalem Tom - Chciałbym zobaczyć choć trochę Nowego Jorku - dodaje. 
-Dlaczego nie będzie czasu? Bilety powrotne mamy na poniedziałek więc jest cały weekend.
-Wątpię byś miała ochotę na takie wycieczki… -  uśmiecha się ze współczuciem.
-Daj spokój. Statuę Wolności na pewno zobaczysz - puszczam mu oczko i zapinam pas. Tom siedzi z przodu, ja z tyłu -  Do New Brighton poprosimy -  mówię do kierowcy, a on rusza powoli i kieruje się na główną trasę.  Tom jest podekscytowany. Chyba w ogóle się nie denerwuje w przeciwieństwie do mnie. Podróż zajmuje nam mniej więcej godzinę, a wjeżdżając na ulicę gdzie mieszkają moi rodzice... czuję nagłą ulgę. Nie rozumiem tego ale tak właśnie jest. Widząc znajomy widok uspokajam się, czym sama siebie zaskakuję. Tak bardzo się za nimi stęskniłam... Kim i Rob przeprowadzili się już do nowego domu. Chyba najpierw pójdziemy właśnie do nich, bo rodziców zapewne nie ma w domu o tej porze. Wysiadamy z samochodu, a miły pan taksówkarz pomaga Thomasowi z walizkami. Rozgląda się wkoło.
-Zupełnie inny świat -  mówi cicho Tom. Faktycznie przedmieścia Nowego Jorku różnią się od Londyńskich. Jest słoneczny i w miarę ciepły dzień jak na 1 listopada.  Domy przybrane są w Halloweenowe ozdoby. Wczoraj wieczorem dzieciaki latały zapewne od domu do domu, jak to mają w zwyczaju podczas tego święta. Pamiętam jak z Kim co roku przebierałyśmy się i robiłyśmy dokładnie tak samo. Spoglądam na dom rodziców ale nie widzę samochodu czyli nie ma ich tak jak myślałam. Dokładnie po drugiej stronie jest dom Roba i Kim. Dużo się zmienił odkąd widziałam go ostatnio. Skończyli remont i dom wygląda naprawdę ładnie. Wciągam powietrze i przechodzimy na druga stronę ulicy. Tom ciągnie za sobą dwie walizki na kółkach.
-Cholera chyba się denerwuje -  mówi cicho i spogląda na mnie.
-Ty? Czym? - unoszę zaskoczona brew.
-Sam nie wiem - Tom wzrusza ramionami i uśmiecha się blado.
-Spokojnie moja siostra to akurat najmniejszy problem -  pocieszam go gdy wchodzimy po schodach na werandę.
-Witaj w domu! -  rzuca szybko i łapie mnie za dłoń. Wciągam powietrze raz jeszcze i dzwonię dzwonkiem do drzwi. Słyszę głos mojej siostry, który woła do Roba by otworzył. Czekamy chwilę i drzwi się otwierają. Naszym oczom ukazuję się Robert, a jego mina gdy spogląda na mnie to coś czego nie potrafię opisać.
-Chryste Panie Meg! - prawie krzyczy. Jest zaskoczony, oczy ma wielkie. Patrzy na moją zagipsowaną rękę i zatyka dłonią usta. Chyba nigdy go takiego nie widziałam. Nawet wtedy gdy rodziła Kim nie był aż taki zaszokowany. 
-Cześć Robert -  mówię cicho, gardło mam zaciśnięte, a oczy robią mi się mokre od napływających łez. Podchodzi do mnie i przytula tak mocno, że jęczę z bólu.
-Jezu przepraszam! -  puszcza mnie, a po policzkach płyną mu łzy. Nigdy też nie widziałam jak płacze. Tom stoi i nie wie co ze sobą zrobić. Mi na szczęście wraca zdolność mowy. 
-Robert to jest Thomas Hook, Tom to Robert narzeczony Kimberly! -  przedstawiam im sobie. Chłopaki spoglądają na siebie dziwnie ale wymieniają się uściskiem dłoni. Wiem jak to wygląda: wróciła z nowym facetem z Londynu. Będę musiała się z tego wytłumaczyć.
-Rob kto to? - słychać głos Kim z kuchni.
-Nie zgadniesz! -  uśmiecha się i zaprasza nas do środka.
-Jak to nie zgadnę? Weź mnie nie drażnij... - odpowiada Kim i wychodzi zza ściany, która dzieli hol od kuchni - Boże Meg!!! - na mój widok piszczy tak głośno, że wszystkim dudni w uszach. Rzuca się w moją stronę ale Rob powstrzymuje ją w ostatniej chwili by mnie nie przytulała. 
-Uważaj ma rękę w gipsie! - tłumaczy i patrzy na mnie ciepło. 
-Boże co ty tu robisz? Co ci się stało? Kiedy przyleciałaś? Jak? Dlaczego? -  po sekundzie dostrzega Toma - Kto to?! - Wymawia te słowa z prędkością światła...oto cała moja siostra, taka sama od lat.
-Thomas Hook! -  wyciąga rękę do Kim i przedstawia się.
-A to ty! - mówi i uśmiecha się -  Kimberly, siostra Meg -  odpowiada.
-Tak to ja! -  Tom odwzajemnia uśmiech i unosi rozbawiony brew. Spogląda na mnie pytająco, a ja również się uśmiecham. Zapewne nie sądził, że opowiadałam jej o nim. 
-Wiesz kto to jest? - pyta nadal zaszokowany naszym widokiem Rob. Kim kiwa głową, a Rob posyła jej gniewne spojrzenie. Cholera! Żeby tylko nie miała przeze mnie kłopotów. W końcu mnie kryła, nawet przed swoim przyszłym mężem. 
-Cudownie was widzieć! -  mówię, a z  oczu w końcu płyną mi łzy. Podchodzę do nich i ściskam delikatnie oboje na raz. Kim także patrzy na mój gips, jednak odpuszcza pytania co się stało. Przynajmniej na razie. 

-Pewnie nie to chcesz usłyszeć ale nie wyglądasz najlepiej… -  stwierdza Kim gdy wchodzimy wszyscy do kuchni. W wysokim krzesełku dla maluchów buja się moja siostrzenica, ma dwa i pół miesiąca. Podchodzę do niej i rozpłakuję się jeszcze bardziej. Jest taka podobna do Roberta, ma dużo ciemnych włosów i słodki zadarty nosek. Dotykam jej rączki zdrową ręka, a ona śmieje się w głos.
-Wiem… - odpowiada na bystrą uwagę Kim. Doskonale wiem jak wyglądam, zwłaszcza po ostatnich dniach. 
-Czy ty w ogóle coś jesz? - pyta patrząc na moją szczupłą twarz.
-Niewiele!  -  wtrąca gniewnie Tom i siada przy stole obok Roberta.
-Dajcie spokój! - odpowiadam zła, nie chcę o tym teraz rozmawiać.
-Meg wyglądasz jak cień samej siebie, ile ważysz? - Kim krzyżuje dłonie na piersi i wpatruje się we mnie gniewnie. Och teraz będzie mi o to kazanie prawić?! 
-51 kilogramów -  odpowiada Tom czym zaskakuje ale nie tylko mnie.
-Skąd wiesz? - pytam odchylając głowę ze zdziwienia.
-Widziałem w szpitalu na twojej karcie. Lekarz też ci mówił, że za mało ważysz! - gani mnie i spogląda na Kim jakby szukał sprzymierzeńca. No wiecie co?! 
-Teraz to już pewnie mniej niż 51… -  mówię cicho, a oni wzdychają jak na zawołanie. Tyle niewypowiedzianych pytań i jeszcze więcej odpowiedzi, które mnie czekają. Wiedziałam, że łatwo nie będzie, a to przecież dopiero początek.

Kim robi wszystkim herbatę i stawia na stół ciasto babci i mimo tego iż je uwielbiam, nie jestem w stanie zjeść choćby kawałka. Wyjaśniam im na spokojnie co tu robię. Rob oczywiście nie ma pojęcia dlaczego wyjechałam. Tak jak myślałam mój plan, że wracam w poniedziałek do Londynu nie spodobał im się. Kim dzwoni do rodziców, którzy przyjeżdżają tak szybko jak się da.
-Boże córeczko! - woła od progu mama. Na mój widok zaczyna płakać. Widzi moją rękę w gipsie więc obejmuje mnie delikatnie i obie beczymy jak głupie. Nie potrafię opanować emocji. Podchodzi do nas tata i przyłącza się. Kładę głowę na jego piersi i słyszę jak wali mu serce. Zaciskam usta by nie wydać z siebie głośnego jęku. Wiem, że mają żal i zamartwiają się z dnia na dzień coraz bardziej. Co mam im powiedzieć by mnie zrozumieli? Stoimy w kuchni. Tom nie wie co ze sobą zrobić, przygląda się tylko i uśmiecha z załopotaniem. Na szczęście podchodzi do niego Robert i zabiera go do salonu razem z Kim, która trzyma na rękach małą Evę. Zostawiają nas samych. Gdy emocje troszkę opadły siadamy we trójkę przy stole. Mama kurczowo trzyma moją zdrową rękę.
-Nie będziemy o nic pytać Megan, nie musisz się tłumaczyć. Tylko proszę zostań w domu i nie wyjeżdżaj -  tata odzywa się jakby czytał mi w myślach. Postarzał się o kilka lat przez te tygodnie. I to wszystko przeze mnie, mama też nie wygląda tak świeżo jak zawsze.
-Nie mogę tu zostać tato. Przepraszam was za wszystko… -  odpowiadam cicho i ocieram łzy. Czuję ulgę ale ścisk w żołądku nadal mnie trzyma. Moje ciało ledwo wytrzymuje ten cały stres jaki mu funduję. 
-Umieraliśmy z niewiedzy co się z tobą dzieje. Kim mówiła tylko. że dzwonisz do niej co parę dni z budek telefonicznych i mówisz, że żyjesz... - wtrąca mama, ona na pewno chciałaby znać prawdę, jednak nie zadaje pytań. Ganię się w środku, że wciągnęłam w to wszystko moją siostrę. Wiem, że nieźle by jej się oberwało jakby rodzice dowiedzieli się, że wiedziała o wszystkim i nic nie powiedziała. 
-Wiem mamo, przepraszam… - powtarzam się jak z zaciętej płyty. 
-Jesteś taka chuda...  - bierze w dłonie moją twarz i przygląda się. W głosie mamy słychać udrękę - Dzwoniłaś do Ericka, że jesteś? – pyta, a ja na dźwięk jego imienia od razu bardziej się denerwuję.
-Nie -  odpowiadam surowo, bo nie chcę go spotkać. Rodzice patrzą na siebie pytająco, kompletnie nie rozumieją tej całej sytuacji. Jest mi tak wstyd, że do niej doprowadziłam... mam ochotę zapaść się pod ziemię. Chyba nikt nie przebije tego co nawyrabiałam.
-Wiesz, że cię szukał? Był w Londynie -  wtrąca smutno tata.
-Wiem ale nie chcę go widzieć - kiwam głową i zamykam oczy by powstrzymać łzy.
-Cały czas cię szuka, nikt nie wie gdzie byłaś dokładnie. Jakim cudem? Musiałaś przecież gdzieś spać i z czegoś żyć przez te tygodnie!
-Podałam inne nazwisko tato -  przyznaję. Czuje się jak mała dziewczynka, która tłumaczy się przed rodzicami, że narozrabiała. Tata minę ma nieciekawą. Wiem, że oboje są na mnie źli. Czują jednak, że jeśli zaczną robić mi wyrzuty to znowu ucieknę bez słowa. Nie wiedzą jeszcze, że i tak przecież nie zostanę.
-A to? - pyta dotykając delikatnie gipsu. Miny mają wręcz grobowe. 
-Miałam wypadek na kładzie, nic poważnego -  uśmiecham się blado, a mama wstaje z płaczem i podchodzi do okna - Mamo… -  mówię głosem pełnym skruchy.
-Przepraszam was na chwilę -  chowa twarz w dłoniach i wychodzi z kuchni. Serce mi pęka, nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić co oni czują.
-Przepraszam tato… -  powtarzam po raz kolejny - Nie czuję się na siłach wam tego wszystkiego teraz tłumaczyć. Przyjechałam byście wiedzieli, że nic mi nie jest, ale nie zostanę w Nowym Jorku. W poniedziałek mamy lot powrotny - oznajmiam. 
-Kompletnie oszalałaś! Nie ma mowy żebyś tam wróciła! - tata wali pięścią w stół, a ja aż podskakuję. O cholera! Chyba nigdy nie widziałam go tak zdenerwowanego.
-Mam już bilet - ciągnę dalej.
-Nie Megan, nie pozwolę ci znowu uciec! - wstaje wkurzony i zaczyna chodzić w tą i z powrotem po całej kuchni.
-Tym razem nie ucieknę, po prostu nie mogę tu zostać. Zostawię wam adres i namiary na siebie… -  próbuję go przekonać choć wiem, że to nic nie da.
-Nie masz pojęcia jak się zamartwialiśmy! Erick odchodzi od zmysłów. Co się stało? Przecież tak się kochaliście! - Wyraz twarzy mu łagodnieje gdy spogląda na mnie. Nie wiem co mnie nachodzi by przyznać się do tego co zrobiłam. 
-Zdradziłam go tato… -  wyduszam z siebie i zamykam oczy. Nie mam pojęcia jakim cudem zdobyłam się na odwagę by to powiedzieć? Tata siada obok mnie i milczy, a gdy otwieram oczy widzę na jego twarzy ogromny żal i udrękę.
-I dlatego uciekłaś? - pyta cicho.
-Tak… -  kiwam głową i znowu zaczynam płakać. 
-Boże córeczko! -  tuli mnie do siebie i przykłada usta do mojego czoła, składając na nim wiele pocałunków. W jego ramionach kompletnie się rozklejam i zaczynam zanosić się płaczem. Znowu jestem małą dziewczynką w ramionach ukochanego ojca. Tata sadza mnie na kolanach, a ja wtulam się w niego i zwijam w kłębek. Kołysze mną i ucisza trzymając mocno w swoich opiekuńczych ramionach.  Po chwili do kuchni wraca Tom i patrzy na nas łagodnie. Mój tata puszcza mnie i podchodzi do Thomasa. Szepczą też coś między sobą ale nie słyszę co. Tom robi  nagle zaskoczoną minę i kiwa przecząco głową na to co powiedział mu tata. Tata wyciąga do niego dłoń jakby w geście uznania. Obaj uśmiechają się szeroko. 
-Dziękuję, że sprowadziłeś ją do domu -  klepie go dodatkowo po ramieniu.
-Nie ma za co panie Donell - Tom wzrusza ramionami. Jest mu pewnie głupio przez tą całą sytuację. Po chwili wraca do nas mama. Proponują byśmy poszli do nich do domu. Kim musi nakarmić małą, a Rob chce jej towarzyszyć. Całuje mnie mocno na pożegnanie i mówi, że niedługo przyjdzie. Wyczuwam ulgę w jej głosie.

W domu rodziców mama od razu podaje obiad, a ja trochę się uspokoiłam więc udaje mi się zjeść kilka łyżek zupy. Nikt o nic nie pyta. Atmosfera jest dziwna ale cieszę się, że jestem w domu. Tom chyba też odetchnął, bo rozluźnił się i żartuje jak to zawsze ma w zwyczaju. Jest koło czwartej po południu ale jestem bardzo zmęczona. Tata zanosi moją walizkę do pokoju, a Toma do gościnnego. Gdy przekraczam próg swojej sypialni, rozklejam się ponownie. Chcę pobyć chwilę sama. Za dużo tych emocji jak na jeden dzień. 
-Będziemy na dole… -  mówi mama zamykając za sobą drzwi. Siadam na łóżku i dotykam metalowej białej ramy. Biorę kilka głębokich oddechów i uspokajam się nieco. Jestem w domu. W końcu... Czuję ogromne zmęczenie, a na dodatek boli mnie ręka i plecy. Zażywam leki by choć na chwilę nie myśleć o bólu i  kładę się na łóżku. Czekam aż leki zaczną działać. Gdy prawie zasypiam słyszę z dołu podniesione głosy...jakieś zamieszanie. Jestem zamroczona po lekach ale podnoszę głowę. 

-Gdzie ona jest?!!! - słyszę głos. To głos Ericka.

10 komentarzy:

  1. Świetne jak zawsze :) Czekać teraz na kolejny rozdział to masakra :D Nie mogę się doczekać

    OdpowiedzUsuń
  2. Jezusie! w takim momencie koniec... proszę Kasiu nie każ nam długo się męczyć z niecierpliwości;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Proszę jak najszybciej, nie śpię po nocach i czytam. Świetna Książka !! Czekam na resztę. Oby najszybciej.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Można się było spodziewać ze nas zmasakrujesz i skonczysz w takim momencie :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie no, nie wytrzymam!!! :D Mozna jeszcze dzisiaj rozdzialek? ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. No nareszcie Erick, dodaj kolejny szybko teraz już nie wytrzymam. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kolejny powinien pojawić się dziś wieczorem :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. A teraz zapewne pobawimy się w kotka i myszke....... wieczorze przybywaj ☺☺☺☺

    OdpowiedzUsuń
  9. Witam cie Kasiu na twoja powieść trafiłam pszypadkowo, bardzo mnie zainteresowala.Swietnie opisujesz ciekawa historie,i jak moje popszedniczki nie mogę się doczekać dalszego ciągu.Bardzo mi się podobal watek w Londynie jak na mój gust Erick moglby jeszcze trochę powalczyć o względy Meg.Chce tez nadmienić, ze jestem kobieta już mocno dojrzala,takze piszesz dla mlodyzh dziewczyn i dlatyzh trochę starszych. Pozdrawiam goraco czekam na dzisiejszy wieczor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za przemiły komentarz :)

      Usuń