Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 20 lipca 2015

Rozdział 61

-Nie pożegnałaś się z rodzicami, zadzwoń do nich… -  przypomina mi Tom. Cholera! Ale ze mnie córka... w ogóle o tym nie pomyślałam, a nawet nie wiem czy oni wiedzą, że tutaj jestem? Erick pewnie ich powiadomił ale przecież sama powinnam to wczoraj zrobić. 

Dzwonię do taty i mówię mu jaka jest sytuacja. Oczywiście o aferze z Filipem i Tomem nic nie wspominam. Tłumaczę się prasą  i zamieszaniem z tego wynikającym i o dziwo to przechodzi. Wiem, że się martwi ale podaję mu mój dokładny londyński adres oraz aktualny numer telefonu. Obiecuję, że zadbam o siebie i że przyjadę na ślub Kim i Roba oraz chrzciny Evy. Mówię, że mogą do mnie dzwonić kiedy tylko zechcą i zapraszam ich też by mnie odwiedzili, jeśli w ogóle będą chcieli. Tata prawie się rozkleja ale daje rade. Silny z niego facet ale jeśli chodzi o nas trzy, to zawsze najbardziej wszystko przeżywa mimo, że najmniej to okazuje.  Zostawiliśmy w domu moich rodziców swoje walizki ale ktoś nam je przywiezie. Zapewne ochrona.  Proszę tatę by się nie martwili. Wiem, że to trudne ale teraz już wiedzą gdzie jestem więc powinni się nieco uspokoić. Rozmawiam z tatą dość długo. Pyta mnie wprost czy powiedziałam Erickowi prawdę i nie jest zadowolony z odpowiedzi. Na szczęście on nie jest z tych co prawią kazania.
-Kocham cię tatku. Dziękuję za wszystko- żegnam się.
-My ciebie też kochamy maleństwo. Dbaj o siebie proszę i dzwoń często! - słyszę, że głos mu drży, a ja również jestem na granicy płaczu. 
-Obiecuję. Pa tato -  rzucam szybko.
-Pa skarbie! - rozłączam się i wzdycham. Tom także dzwoni do swoich rodziców. Mówi, że wracamy jutro, wcześniej niż zapowiadaliśmy. Oczywiście Hookowie bardzo się cieszą i czekają na nas. Na pewno mieli obawy , że jednak tu zostanę. Nie wiem czy Londyn to miejsce w którym chcę mieszkać do końca życia ale na razie tam będzie mój dom. Liczę na to, że tam jakoś ustabilizuje swoje pogmatwane życie i wyjdę na prostą. Emocjonalnie, finansowo i jako kobieta. Muszę odzyskać wiarę w to, że nie jestem jednak najgorsza i zła... bo teraz tak właśnie uważam. 

Po śniadaniu, na które zjadam tylko trochę płatków z mlekiem, siedzimy z Tomem w salonie. Oglądamy telewizję, bo akurat leci „Alladyn” bajka z mojego dzieciństwa, którą uwielbiam. Tom jakoś niechętnie ale zgadza się obejrzeć. Nie wiem czy to kwestia sytuacji w której się znajduję ale oglądając prawie cały film płakałam. To irracjonalne. 
-No głupia! - mówi Tom, widząc jak wycieram mokre policzki - To tylko bajka - śmieje się ze mnie.
-Wiem...-  pociągam nosem.
-Zdecydowanie za dużo płaczesz. Odkąd cię poznałem chyba nie było dnia byś tego nie robiła. To niezdrowe i wyniszczające. Od jutra zaczynamy twoje nowe życie Meg! Jesteś na mnie skazana! - Tom wstaje i próbuje mnie rozweselić. Jego słodka mina zdecydowanie się sprawdza, bo uśmiecham się lekko. 
-Dobrze że jesteś, bo bez ciebie nie dałabym rady! -  ściskam go mocno.
-Jestem jedyny w swoim rodzaju! - Tom szczerzy zęby i puszcza mi oczko. W tym momencie trzymam się tylko dzięki niemu. Jest moją bratnią duszą, tak jak kiedyś John. Nasza przyjaźń podupadła odkąd wyjechał na wymianę do Europy. W sumie teraz gdy będę w Londynie mam do niego bliżej, ale nie mam pojęcia w którym kraju jest? Ani nie mam na niego żadnych namiarów.

Resztę dnia tułam się po apartamencie bez celu. Każdy mebel przypomina mi Ericka. Nie dam rady dziś spać w sypialni na górze, więc postanowiłam spać z Tomem w pokoju gościnnym. Wiem, że przy nim nic mi nie grozi. Erick na pewno nie wróci na noc. Pojechał pewnie do New Jersey albo do Gordona, by dać nam z Tomem pełną swobodę. To kolejny powód przez który czuję się jeszcze bardziej podle. Nie wiem jak mam traktować to, że pozwolił mi wyjechać tak praktycznie bez sprzeciwu. Może się poddał? Sama nie wiem. Wszyscy mogą mnie oceniać i prawić kazania ale mam to gdzieś. Wiem, że Erick nie zasługuje na takie traktowanie, na kłamstwa ale w tym momencie nie jestem w stanie powiedzieć mu prawdy. Może los sam zadecyduje i Erick dowie się inaczej? Wtedy mnie znienawidzi i wszystko się skończy. Już się skończyło, a te kłamstwa jedynie przedłużają nasze wspólne cierpienie. Jeśli ktoś myśli, że tylko Erick cierpi, to się myli. Straciłam miłość swojego życia i nigdy sobie tego nie wybaczę. Nienawidzę siebie za to co zrobiłam, czasami myślę nawet, że nie powinno mnie w ogóle być. Śmierć to dla mnie jednak za łagodna kara i  będę ponosić konsekwencje swoich czynów i cierpieć zapewne do końca życia.   To jak rodzaj pokuty za grzechy. Tak myślę , chociaż wcale nie jestem zbytnio wierząca.

Potrzebuję pobyć trochę sama więc idę do gościnnej sypialni, w której dziś spał Tom. On zostaje w salonie i przysypia właśnie na jakimś filmie. Jestem tak zmęczona jakbym w ogóle nie spała, a przecież spałam dwanaście godzin. Chodzę po sypialni bez celu, za oknem jest deszczowo i ponuro. Pogoda idealnie odzwierciedla mój nastrój. Ale tak jak powiedział Tom, zaczynam nowe życie. Nie mogę więcej płakać i muszę być silna. Inaczej nie dam sobie rady. Muszę udowodnić rodzicom ale głównie sobie, że potrafię się podnieść, że jestem samodzielna i daje radę. Nie wiem ile czasu człowiek leczy się z miłości? Można w ogóle się z tego wyleczyć? Podobno czas leczy rany... Chociaż szczerze w to wątpię. 

Po południu Gordon przywozi nam nasze walizki, które zostawiliśmy w domu rodziców. Ericka z nim nie ma. Jestem zaskoczona gdy prosi mnie do gabinetu na rozmowę. Idę z nim niepewnie, bo nie wiem o co mu chodzi?. Wchodzimy do środka, a ja siadam na skórzanej kanapie i patrzę wyczekująco, Gordon milczy dłuższą chwilę, aż w końcu mówi:
-Szczerość. Wiesz co to jest szczerość? - pyta zimno. Wzrok ma tak przeszywający aż się wzdrygam.
-Wiem -  kiwam lekko głową, chyba nie widziałam go nigdy takiego wściekłego.
-To dlaczego nie powiedziałaś Erickowi prawdy? - ton ma oskarżycielski.
-Prawdy o czym? - udaję głupią, łudząc się, że nie myśli o tym co ja.
-O tym co stało się w Vegas, o tym dlaczego wyjechałaś.... uciekłaś! - podnoszę wzrok. Jestem przerażona, bo uświadamiam sobie, że Gordon wie. 
-Ale... - jąkam się - Skąd wiesz? - pytam prawie szeptem.
-Nie jestem głupi, domyślałem się! Wczoraj jeszcze starałem się wierzyć, że faktycznie źle się poczułaś i dlatego z nami nie zostałaś, ale ta dzisiejsza akcja... Filip nic nie mówił, kłamał nam w żywe oczy, że nie ma pojęcia co się stało! - zaciska pięści ze złości - Dziś rano rozmawialiście o tym, tak?
-Tak - kiwam głową, wzrok wbijam w dłonie.
-I co?
-Rozmowa to za dużo powiedziane, osaczył mnie i gadał jakieś dziwne rzeczy.
-Jakie rzeczy? - Gordon pyta naprawdę zaskoczony. 
-Że nie jest moim wrogiem, że ubolewa nad moim wyjazdem i pytał czy to wszystko nic dla mnie nie znaczy… -  słyszę jak bierze głęboki oddech i podchodzi bliżej mnie. 
-Znowu coś próbował?
-Nie. Znaczy nie wiem... złapał mnie i trzymał mocno i wtedy zobaczył nas Tom - kręcę głową nie chcą przypominać sobie tamtych scen. 
-I rzucił się na niego… -  kończy za mnie i drapie się po brodzie -  Tom wie?! - pyta.
-Tak wie, powiedziałam mu przed przylotem.
-Filip jest w szpitalu ma złamany nos i pozszywaną całą twarz. Nieźle mu przyładował ten  twój Tom...
-Trenował boks… -  odpowiadam, a Gordon się uśmiecha. Zaskakuje mnie tym, że nie prawi mi kazania i nie ocenia. Mam wręcz wrażenie, że nawet mi współczuje.
-Nie masz zamiaru mu powiedzieć prawdy? - siada na krześle za biurkiem i wpatruje się we mnie. 
-Nie wiem Gordon...nie dziś, nie teraz, nie jutro. Nie mam na to siły Gordonie -  odpowiadam smutno.
-Rozumiem…. -  kiwa przytakująco - Kochasz go prawda?
-Kocham? - patrzę na niego i uśmiecham się lekko, spuszczając wzrok - Erick jest dla mnie wszystkim. Kocham to za mało powiedziane.
-Unieszczęśliwiasz i siebie i jego tym, że wyjeżdżasz. Nawet najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa. Wiem coś o tym... - stwierdza szczerze. 
-Ty nie zdradziłeś Jeniffer... - mówię cicho, jest mi tak cholernie wstyd.
-Też ją okłamywałem, sponsorowałem wyjazdy ekskluzywnym prostytutkom, wyszukiwałem je. To też nie brzmi najlepiej... - przerywa mi - A jednak Jeni mi wybaczyła, dała drugą szansę... - dodaje. 
-To nie to samo. Erick został podwójnie zdradzony, Filip to jego przyjaciel...
-Filip to największy hipokryta i samolub na świecie! - oburza się Gordon - Zawsze chciał tego czego nie mógł mieć. Ok rozumiem, mógł się zakochać ale... - nagle zamyka oczy i ściska pięści - Kurwa co za skurwiel! - wali pięścią w biurko, a ja aż podskakuje.
-To nie tylko jego wina... -  szepczę zażenowana, przecież do tego trzeba dwojga.
-Wykorzystał cię, zmanipulował wszystkich i czekał na odpowiedni moment! Planował to, jestem tego pewny! - stwierdza. Jest wściekły i naprawdę oburzony. 
-Gdy wylądowaliśmy w Vegas powiedział coś takiego „co dzieje się w Vegas zostaje w Vegas” - głośno myślę.
-Tom przywalił mu i tak za lekko za to co zrobił! - wzdycha i uśmiecha się do mnie.
-Żałuję, że sama mu nie dowaliłam - stwierdzam i krzywię się. Nie sądzę żeby to cokolwiek zmieniło ale naprawdę mam ochotę mu przywalić. 
-Życie mu dowali...za wszystko. Nie jest aniołem.
-Tak czy inaczej Gordonie, ja naprawdę wyjeżdżam. Zrozum mnie proszę… -  patrzę na niego z powagą. 
-Rozumiem i szanuję twoją decyzję Meg, chociaż tego nie pochwalam. Obiecaj mi tylko, że to jeszcze przemyślisz, bo Erick zasługuje na prawdę. Kocha cię i myślę, że wszystko ci wybaczy. Mówię to jako jego przyjaciel, znam go, wiem, że jesteś dla niego wszystkim - wiem, że próbuje mnie przekonać ale nie tym razem. Uśmiecham się gorzko na jego słowa. 
-Znienawidzi mnie jak się dowie o wszystkim Złamię mu tym serce.
-Łamiesz mu serce wyjeżdżając... - ton ma surowy -  Prawie wczoraj płakał jak opowiadał o waszej kłótni, o tym jak cię zobaczył taką chudą, poobijaną no i ta ręka… -  patrzy na gips w wyczekiwaniu wyjaśnień.
-Spadłam z kładu - odpowiadam bo wiem, że właśnie miał o to zapytać.
-Erick nigdy w życiu nie pozwoliłby ci chociażby wsiąść na coś takiego - stwierdza. 
-To samo mi powiedział.
-Mniejsza z tym... Obiecaj, że to przemyślisz, daj sobie czas. Może faktycznie powinnaś wyjechać i odpocząć.
-Dzięki, że mnie rozumiesz - wzdycham i uśmiecham się w podzięce. 
-Muszę jechać Meg. Erick jest u nas w domu, Jeni się nim zajmuje. Dbaj tam o siebie w tym Londynie - Gordon wstaje i podchodzi by mnie objąć.
-Będę dbała, obiecuję. Teraz chyba może być tylko lepiej? - patrzę na niego z nadzieją. 
-Na pewno będzie, musisz w to wierzyć. Do zobaczenia Meg!-  całuje mnie w policzek i idzie w kierunku drzwi.
-Gordonie?
-Tak? - odwraca się.
-Przepraszam, że zepsułam wam wyjazd do Vegas. Nie tak to miało wyglądać… - mówię skruszona.
-Nie przejmuj się tym, Vegas jest przereklamowane… - puszcza mi oczko i macha na pożegnanie. 
-Opiekujcie się nim. Będę spokojniejsza kiedy będzie miał  przy sobie prawdziwych przyjaciół.
-Spokojnie, przez ostatnie tygodnie sobie z nim radziłem. Wytrzymam jeszcze trochę! -  odpowiada i wychodzi z gabinetu. Opadam na fotel i wzdycham. Czuję jakby mały kamień spadł mi z serca. Ta rozmowa wiele mi dała, a ja będę spokojniejsza o Ericka wiedząc, że Gordon go wspiera. To jest jego prawdziwy przyjaciel, a nie Filip... zakłamany, fałszywy, dwulicowy... Można tak wymieniać w nieskończoność. 

Resztę dnia przesiaduje przed telewizorem. Tom przegląda zdjęcia, które robił wczoraj podczas zwiedzania Nowego Jorku i stoi w salonie przy wielkim oknie napawając się panoramą Manhattanu. Na pewno jest zawiedziony, że musimy spędzić cały dzień w domu ale nie daje mi tego odczuć. Niewiele mówi jakby wiedział, że po prostu muszę sobie pomilczeć sama ze sobą. Wieczorem ochroniarz przynosi nam kolację, której o dziwo nie zamawialiśmy. To dania z mojej ulubionej chińskiej restauracji i od razu wiem, że to sprawka Ericka. Kolejny gest, który mąci mi w głowie. Zajadam się kurczakiem w curry i od razu mi nieco lepie. Lot mamy z samego rana więc musimy wcześnie wstać. Biorę więc prysznic i przebieram się w piżamę. W tajemnicy chowam do swojej torby podróżnej kilka Erickowych koszulek. To chyba nie kradzież? Chcę mieć po nim chociaż taką pamiątkę. To totalnie głupie ale uwielbiam w nich spać. Na pewno się nie zorientuje, że kilku brakuje, bo ma ich całą szufladę, a nawet dwie.

Leżymy już z Tomem w gościnnej sypialni. Nigdy nie spałam w tym pokoju. Łóżko jest równie wygodnie jak w tej na górze, tyle, że trochę mniejsze.
-Dziwnie się czuje na myśl, że będę z tobą spał w jednym łóżku… -  stwierdza Tom, gdy próbujemy zasnąć.
-Dlaczego? - pytam zdziwiona i spoglądam na niego. Zgasiliśmy już światło i widać jedynie zarys naszych postaci. 
-Nie wiem, dziwnie tak jakoś... ale spoko, nie masz się czego obawiać… -  klepie mnie po kołdrze i śmieje się cicho. 
-Nie obawiam się Tom.  Akurat tego jestem pewna - również zaczynam się śmiać. 
-Czego? - dopytuje. 
-Że cię nie pociągam -  odpowiadam, a Tom milczy przez krótką chwilę.
-No tak... -  rzuca szybko  i mam wrażenie, że lekko wzdycha, po czym odwraca się na drugi bok -  Dobranoc Meg - dodaje. 
-Dobranoc Tom -  przysuwam się do niego i przytulam mocno. Czuję, że w pierwszej chwili spina się ale po kilku oddechach łapie mnie za rękę i oboje zasypiamy. Śpię spokojnie i nie budzę się ani razu. To ostatnio bardzo rzadko się zdarza. 

1 komentarz:

  1. Ale mnie irytuje ta Meg! okropieństwo ! :)

    OdpowiedzUsuń