Premiera już w lipcu!

czwartek, 23 lipca 2015

Rozdział 64

Gdy wracam do domu, Tom stoi w holu i patrzy na mnie przenikliwie.
-Ile? – pyta wprost, a ja patrzę zaskoczona.
-Co ile?
-Ile kasy ci dał? - upiera się o szafkę z butami i dalej lustruje mnie wzrokiem. Skąd wie?!
-Nie wiem, dużo... - podaje mu kopertę z gotówką, a Tom niepewnie zagląda do środka i robi wielkie oczy.
-Możesz sobie za to kupić własne mieszkanie - rzuca żartobliwie.
-Dobrze mi tutaj -  uśmiecham się złośliwie - Skąd wiedziałeś?
-Domyśliłem się! - zakłada kurtkę - Nie jestem taki głupi na jakiego wyglądam - dodaje. 
-Przerażasz mnie czasami! -  uśmiecham się i podchodzę by go przytulić. 
-Wpłać je na konto, nie powinnaś trzymać takiej gotówki w domu -  poucza mnie i całuje w czoło, zbiera kluczyki z komody w przedpokoju i wychodzi. Macham do niego i wracam do kuchni. Kładę kopertę na stole i wpatruję się w nią. Tyle pieniędzy! Muszę znowu iść do banku i odnowić konto ale to nie dziś. Nie chce mi się nigdzie wychodzić. Jestem jakaś zmęczona i śpiąca więc robię sobie kubek ciepłego kakao i wracam do łóżka. Biorę leki by móc spokojnie i bez bólu zasnąć. Włączam sobie po cichu muzykę na laptopie i odlatuje. Czuję się spokojna i zrelaksowana. Pierwszy raz od dawna.

Piątek ,  8 Listopada

To dziś spotykamy się z Brayanem i znajomymi Toma. Od rana mój żołądek znowu się zbuntował i obudziły mnie mdłości. Denerwuję się przed wieczorem, bo mam poznać jego kolegów i koleżanki, a z tego co wiem ma być sporo osób. Wczoraj byliśmy z Tomem na zakupach. Tom nie chciał pieniędzy za bilety, które nam przepadły więc kupiłam mu kilka ubrań i także coś dla siebie na dzisiejszą imprezę. Miła ekspedientka doradziła mi czarne obcisłe spodnie rozszerzane u góry, coś ala haremki, które nadają krągłości mojej płaskiej w tej chwili, pupie. Założę do tego bladoróżową obcisłą bluzeczka z lejącym dekoltem i czarną krótką marynarkę. Buty przywiozłam z domu i decyduję się  na szpilki z metalowym noskiem  oraz czarną torebkę na łańcuszku. Chcę wyglądać ładnie by czuć się dobrze i pewnie siebie. Układam włosy chyba ze dwie godziny. Prostuję je i podpinam grzywkę na bok, by mi nie przeszkadzała. Maluję się dość mocno, jak na siebie. Dużo tuszu i czarna kreska nad górną powieką. Niestarannie rozmazana nadaje zadziornego looku moim dużym oczom. Brayan ma przyjechać po nas koło ósmej. On nie pije więc będzie kierowcą. Mi i Tomowi jak najbardziej to odpowiada. Oczywiście nie mam zamiaru się upić, ale jeśli mój żołądek mi pozwoli, chętnie wleję w siebie kilka drinków.

-Synu masz uważać na Meg! -  kończy kazanie pan Hook - Ona nikogo nie zna, masz nie spuszczać jej z oczu -  dodaje poważnie.
-Tato wiem! - zirytowany Tom przewraca oczami.
-Gdzie idziecie?
-Do tego klubu co zawsze -  odpowiada sucho.
-Brayan was odwiezie?
-Tak, nie pije więc prowadzi.
-Jakby co dzwoń, to przyjadę po was! -  ostatni raz poprawiam włosy i wychodzę z łazienki przy kuchni,  a Tom patrzy na mnie dziwnie.
-No co? Źle? Nie pasuje? - robię spanikowaną minę.
-Nie, znaczy tak, znaczy... - jąka się - Super wyglądasz! - dodaje i uśmiecha się szeroko.
-Na pewno? - przeglądam się w dużym lustrze w holu. Wciągam brzuch i wypinam pupę by upewnić się, że wszystko mam na swoim miejscu. 
-Ślicznie wyglądasz Megan, naprawdę! -  wtrąca pan Hook i uśmiecha się do mnie - Ubierasz się inaczej niż dziewczyny w Londynie. Jak czasami widzę takie na ulicy, to aż strach. Gdzie są ich ojcowie? -  kręci z dezaprobatą głową.
-Tato w Europie jest inna moda i mentalność ludzi, a ty myślisz pewnie o imprezowiczach z New Castle czy Esex… - dodaje Tom.
-Mówię ogólnie syny, widziałem twoje koleżanki! -  rzuca mu ganiące spojrzenie, a ja zaczynam się śmiać. 
-Żebym nie odstawała od towarzystwa, może powinnam się przebrać w coś bardziej seksownego? - żartuje puszczając oczko do pana Hooka.
-Nie! - protestuje zdecydowanie Tom - Nie chcę cały wieczór odganiać od ciebie facetów -  dodaje i się uśmiecha - Chodźmy , Brayan już chyba czeka! 

Wychodzimy przed dom, a  Brayan faktycznie już jest. Przyjechał po nas czarnym Mini Cuperem. Schodząc ze schodów, prawie wywalam się na tych niebotycznych szpilkach. Tak dawno nie nosiłam obcasów, że muszę się przyzwyczaić. 
-Wytrzymasz w nich całą noc? - pyta z przejęciem Tom.
-Drwisz sobie ze mnie? Pewnie, że wytrzymam.
-No właśnie widzę! -  uśmiecha się i podaje mi łokieć bym się o niego podparła - Nie chcę byś złamała sobie tym razem nogę! -  prostuję się i łapię pion posyłając Tomowi słodki uśmiech. Gdy idziemy w kierunku samochodu, Brayan wychodzi by się z nami przywitać.
-Dobry wieczór państwu! -  uśmiecha się uprzejmie. Spoglądam na niego niepewnie...nieźle się wystroił. Ma na sobie elegancje jeansowe spodnie, niebieską koszulkę i czarną marynarkę. Lekki zarost i włosy w "udawanym" nieładzie. Robi się na złego chłopaka i nie wiem czy to pozory czy faktycznie powinnam się trzymać od niego z daleka? 
-Cześć Brayan! -  macham  do niego zdrową ręką.
-Co ty dziś liczysz, że kogoś wyrwiesz? Odwaliłeś się jak chyba nigdy! -  śmieje się Tom i otwiera mi tylne drzwi samochodu.
-Panie z przodu! - protestuje Brayan i zamykając drzwi, które otworzył Tom po czym otwiera mi przednie.
-Zabieramy jeszcze kogoś? - pyta Tom.
-Wszyscy mają być na miejscu, jedźmy -  uśmiecha się do mnie i podaje mi rękę bym wsiadła.
-Dzięki! -  osuwam się lekko na siedzenie i zapinam pas. Tom wsiada z tyłu i od razu otwiera piwo, drugie podaje mi-  Napiję się dopiero w klubie, wole nie mieszać – odmawiam grzecznie.
-Uważaj, tutaj alkohol jest mocniejszy niż w Stanach. Nie próbuj im dorównać, bo polegniesz po godzinie... - rada Brayan brzmi dość dziwnie ale na pewno wie co mówi. Akurat w to mu uwierzyłam.
-Nie wiem czy w ogóle coś wypije? Mój żołądek się dziś znowu zbuntował - wzdycham. 
-Ja nie piję, najwyżej popatrzymy na tych pijaków! -  mówi Brayan i wrzuca bieg  po czym rusza tak szybko, aż łapię się za uchwyt przy drzwiach. Nie lubię jeździć z obcymi, a Brayan jeździ ostro i dość agresywnie. Żołądek znowu podchodzi mi do gardła ale jakoś daję radę podczas tej zbyt długiej drogi do klubu. 

Zanim dojechaliśmy na miejsce Tom zdążył wypić dwa piwa i obawiam się, że ten wieczór może skończyć się dla niego, niezłym bólem głowy. Może musi to wszystko odreagować? On w końcu też się stresował. Parkujemy najbliżej klubu jak się da. To jedno z bardziej popularnych miejsc w centrum Londynu. Jest wpół do dziesiątej, a w klubie zaczynają gromadzić się ludzie. Nie czekamy w kolejce tak jak inni, bo chłopaki znają ochroniarzy. Tom mówił przecież, że kiedyś bywali tu kilka razy w tygodniu. Mamy stolik w dobrym miejscu.  W klubie panuje półmrok, czarno-czerwone wnętrze jest bardzo nowoczesne, mnóstwo laserów i świateł. To zupełnie inny klimat niż w Nowym Jorku czy Las Vegas. Idę za Tomem, za mną idzie Brayan. Podchodzimy do wydzielonej dla nas loży i widzę, że siedzi tu już kilka osób. Próbuję się nie denerwować ale to trudne. Zaczynają się okrzyki, piski radości i wymiana uścisków i buziaków. W towarzystwie są tylko dwie dziewczyny. Obie mają kruczoczarne natapirowane włosy, mocną opaleniznę i kuse spódniczki, odsłaniające prawie wszystko. Widać gdzie kończą się im pończochy. Cholera! Wiedziałam, że będę odstawać.
-Meg to Sara, Nina, David, Xawier, James i Eliot! - Tom przedstawia mi każdego po kolei.
-Cześć wszystkim! -  uśmiecham się niepewnie i macham ręką. Czuję się lekko skrępowana. Chociaż lekko to za mało powiedziane. Siadamy wszyscy razem przy półokrągłym stoliku. Dziewczyny gapią się na mnie niedyskretnie i od razu wiem, że nie będą moimi koleżankami. Muzyka głośno gra, jednak na parkiecie jeszcze są pustki.
-Czego się napijesz? - pyta Tom nachylając się do mnie.
-Sok pomarańczowy – odpowiada, a on posyła mi pytające spojrzenie.
-Dobrze się czujesz? - nachyla się jeszcze bliżej.
-Tak - uśmiecham się -  Może potem napiję się czegoś mocniejszego - poklepuje go po ramieniu by się wyluzował. W sumie sama pragnę się jakoś wyluzować ale nie wiem jak? Tom idzie z Davidem po napoje dla nas wszystkich, a Brayan wykorzystuje moment i przysuwa się do mnie, zajmując miejsce Toma.
-Mam nadzieję, że tańczysz? - pyta zalotnie. Stwierdzam jednak ,że nie będę zgrywała zołzy, bo to  przecież tylko żarty.
-Nie bardzo mogę -  uśmiecham się i pokazuję swój gips.
-Obiecuję, że będę delikatny -  Brayan mruga do mnie w żarcie i zaczyna się śmiać. 
-Spoko, chyba dziś będziemy jedynymi trzeźwymi osobami w towarzystwie. 
-Nie pijesz jednak? - pyta. 
-Chyba nie dam rady, wolę nie ryzykować… -  przekrzykuję muzykę by cokolwiek usłuszał. Po chwili  z baru wracają chłopaki z całą masą alkoholowych drinków, koktajli. Ja biorę swój sok i piję go przez słomkę. Towarzystwo się rozkręca. Rozmowy nie ustają, a ja doskonale to rozumiem: wszyscy wspominają dawne czasy. Sara i Nina nie odzywają się do mnie ani słowem, tylko lustrują mnie co chwila. Staram się nie zwracać na nie uwagi. Rozmawiam z Brayanem i Eliotem. Tom pochłonięty w rozmowie z kolegami chyba o mnie zapomniał. Klub wypełnia się z minuty na minutę. Co się dziwić? Jest piątek więc Londyn chce się bawić. Przysłuchuję się rozmowie o synu Brayana. Jestem naprawdę zaskoczona, bo Brayan mówi o nim z autentycznym żalem w oczach. Matka Vincenta - Pola, wyjechała do swoich rodziców i zabrała ze sobą małego. Brayan bardzo za nim tęskni i ja w to wierzę. Dzięki temu wydaje mi się być teraz bardziej normalny, a nie dziwny, jak to stwierdziłam poznając go. Nie wiem w którym momencie skończył mi się sok. Widzę, że Tom nadal rozmawia więc postanawiam iść do baru. Wstaję i przeciskam się przez Ninę i Sarę.
-Poczekaj pójdę z tobą -  woła za mną Brayan i mnie dogadania.
-Dzięki -  uśmiecham się w podzięce, a on taranuje mi drogę przez tłum ludzi. Gdy w końcu docieramy do baru, na napoje czekamy całą wieczność.
-Dziewczyny pożerają cię wzrokiem! - stwierdza Brayan stukając swoim sokiem o moją szklankę. Pijemy to samo.
-Zauważyłam - przewracam oczami i zaczynam się śmiać - Kompletnie do was nie pasuję.
-Daj spokój! To typowe londyńskie cizie: solarium, tipsy i sztuczne włosy. Nic w głowie, a wiele w ustach...  – odpowiada, a ja parskam śmiechem. Doskonale wiem co ma na myśli - To są przyjaciółki byłej Toma, Lily -  dodaje.
-No to już wiadomo w czym problem. Ona myśli, że ja i on jesteśmy razem.
-Serio was nic nie łączy? - unosi brew.
-Serio, serio - kiwam lekko - A na pewno nie to co myślisz.
-To co, mogę startować? - puszcza mi oczko ale tym razem nie mam pojęcia czy żartuje.
-Próbować zawsze można... -  wzruszam ramionami. To tylko zabawa, a Tom mówił, że Brayan podrywa wszystkie dziewczyny. Co jest złego w niewinnym flircie? Chyba nic. 
-To brzmi jak wyzwanie Meg… - Brayan mruży oczy i uśmiecha się uwodzicielsko.
-Wystroiłeś się by kogoś wyrwać. Wybrałeś mnie na swój cel? - Cholera! Czy ja naprawdę flirtuję?
-Może… -  mruczy, a ja dębieję. Nie powinnam się tak zachowywać!
-Wracajmy do reszty - peszę się.
-Mam lepszy pomysł -  wyciąga do mnie dłoń – Zatańczymy! - Mówi i bez mojej odpowiedzi bierze mnie za zdrową rękę i prowadzi na parkiet, na którym na razie panuje luz. Akurat leci remix piosenki - Shut Up.
-To chyba nie jest dobry pomysł -  zakrywam zdrową ręką gips.
-Spokojnie. Chodź! -  Brayan obejmuje mnie ramionami i przysuwa do siebie bardzo blisko. Cholera! Zaczyna poruszać się w rytm muzyki i próbuje wyczuć moją reakcję wpatrując się we mnie. Jego wzrok jest przenikliwy. No dobra, to tylko taniec! Zamykam oczy i daje się ponieść muzyce.
Brayan nieźle tańczy i stara się mnie chronić przed innymi osobami.  W pewnej chwili obraca mnie do siebie tyłem i kładzie dłonie na moich biodrach. Spinam się ale on to wyczuwa i szepcze mi do ucha.
-To tylko taniec Megan. Wyluzuj...
-Wiem… -  odpowiadam przekrzykując muzykę. Łatwo mu mówić, bo on nie ma pojęcia przez co przeszłam. Właśnie od czegoś takiego zaczął się cały ten koszmar. Nie mogę jednak porównywać go z Filipem, czy Mattem, bo to całkiem inna kategoria. Nie każdy facet chce mnie skrzywdzić czy uwieść. Muszę o tym pamiętać. Próbuję o tym nie myśleć i dobrze się bawić. Przy kolejnej piosence nieco się rozluźniam. Zataczam biodrami koła, ku uciesze Brayana. Muszę przyznać, że używa naprawdę przyjemnych dla nosa perfum. Dużo lepiej wygląda w takim wydaniu niż w firmowym uniformie w sklepie. Czuję jego ciało bardzo blisko. Jest gorący i spragniony ale na świadomość tego, że ode mnie niczego nie dostanie. Tańczymy kilka piosenek i wracamy grzecznie do stolika. Dziewczyny gdzieś zniknęły, a ja widzę, że z Tomem będzie dziś wesoło.
-Będziemy go dziś prowadzić do domu! - śmieje się Brayan.
-Moja śliczna przyjaciółka! – Tom ledwo wstaje i krzyczy do mnie. Robię zdziwioną minę, bo nie mam pojęcia jak zachowuje się po większej ilości alkoholu? Przytula mnie jednak nachylając się przez cały stolik i wylewa tym sposobem czyjeś piwo.
-Nie ma nawet północy Tom, może przystopuj trochę… -  mówię siadając obok niego.
-Spokojnie, mam wszystko pod kontrolą! -  język mu się plącze. Będzie cyrk! Nie mogę mu przecież zabronić pić. 
-Może jednak się napijesz? - pyta  mnie Brayan.
-Lepiej żebyś nie musiał nas dwoje prowadzić! -  uśmiecham się i puszczam mu oczko, a kiwa ze zrozumieniem. Towarzystwo rusza na parkiet, a dziewczyny już dłuższy czas się tam wyginają. Zostajemy z Brayanem pilnować stolika. Tom już przy pierwszej próbie stania na własnych nogach zaczyna się chwiać.
-Nigdy nie widziałam go pijanego, trochę się obawiam.. - mówię lekko zaskoczona.
-Ostatnio upił się jak Lily go zostawiła, wtedy to było...
-Co było? - pytam niepewnie.
-Wywołał taką awanturę, że policja musiała interweniować.  Kila osób nieźle od niego oberwało, a on trafił do aresztu.
-Żartujesz?! - oczy mam wielkie w przerażenia. 
-Na szczęście wszyscy byli tak pijani, że nikt za wiele nie pamiętał i nie wniósł oskarżenia. Nawet ja od niego wtedy dostałem, próbując go powstrzymać! -  Brayan śmieje się, a mi wcale nie jest do śmiechu. Znowu mu wierzę, bo  jak przypomnę sobie niedzieli poranek i to jak Tom potraktował Filipa, ściska mnie w żołądku.
-Cudownie... - wzdycham. 
-Spoko, dziś nic nie powinno się stać! - pociesza mnie ale mało przekonująco.
-Może jednak się napije. Pójdziesz ze mną? - wstaje w desperacji i ruszam do baru, Brayan zaraz idzie za mną.
-Poproszę mojito! - zamawiam i siadam na wysokim stołku, który właśnie się zwolnił.
-Kiedy ty właściwie przyjechałaś do Londynu? - pyta, opierając się o blat tuż obok mnie.
-Na początku września. A co?
-Nie nic... - spogląda na mnie - Mam  po prostu wrażenie, że gdzieś cię wcześniej widziałem...
-Jeśli widziałeś to pewnie w durnych gazetach i na portalach plotkarskich! - odpowiadam szczerze. Brayan milczy przez chwilę po czym odpowiada
-Cholera, to naprawdę ty? - drapie się po brodzie.
-Tak to ja… -  wywracam oczami.
-Zmieniłaś się bardzo! Ciężko poznać,  bo na zdjęciach wyglądałaś... - urywa w pół zdania - Wyglądałaś inaczej, ale wiedziałem, że skądś cię znam! - dodaje podekscytowany. 
-Tylko nie mówi nikomu. Moje życie i tak jest wystarczająco skomplikowane... nie chcę by nękali nas paparazzi.
-Spoko nikomu nie powiem ale... - spogląda na mnie niepewnie -  Ty i ten miliarder to prawda?
-A co? Myślisz, że taka dziewczyna jak ja nie jest w stanie wyrwać miliardera? - mówię z ironią. Wystarczyło kilka łyków drinka i już jestem odważniejsza.
-Nie to miałem na myśli Meg. Po prostu nie wyglądasz na taką która leci na kasę… -  patrzy na mnie i wiem, że jest szczery.
-Nie jesteśmy już razem. I nie chodziło mi o jego pieniądze… -  urywam w pół zdania, bo nie chcę teraz myśleć o Ericku i się dołować.
-To chyba nieodpowiednie miejsce do takich rozmów, chodź zatańczyć! -  uśmiecha się widząc moją posmutniałą minę. Dopijam drinka jednym łykiem i ruszamy na parkiet, dołączając do reszty. Widzę Toma tańczącego z jakąś dziewczyną, której nie znam. Uwiesiła się na nim, a on chyba ledwo kontaktuje. Sara i Nina upolowały jakiś facetów i także się do nich kleją. David i Eliot obserwują parkiet jakby dopiero zaczynali polowanie a, Xawier i James obracają już jakieś panienki. Chryste co za towarzystwo! Seks aż czuć w powietrzu. Brayan śmieje się widząc moją niechęć i obejmuje mnie delikatnie w tańcu. Alkohol krąży w moim ciele więc szybko się luzuję.  Zamykam oczy i zatracam się w tańcu, ocierając się bezwstydnie o Brayana. Jutro będę tego żałowała ale dziś chcę się po prostu zabawić. 
-Odbijany! -  nagle podchodzi pijany Tom i wpycha się między nas. Chwieje się i zaczyna bardzo śmiesznie tańczyć. Uśmiecham się i obejmuje przyjaciela ale po pijaku taniec nie idzie mu już tak dobrze. Brayan przejmuje partnerkę Toma, której chyba wszystko jedno i zaczyna także i jego obłapiać..
-Jesteś taka śliczna moja przyjaciółko! -  Tom bełkocze mi do ucha.
-Tak, tak Tom. Oczywiście - śmieje się w głos.
-Naprawdę, masz wszystko co powinna mieć idealna dziewczyna - dalej bredzi.
-Tom jesteś pijany, nie gadaj tylko tańcz! - zbywam go, bo zaraz powie coś czego będzie potem żałował. Patrzy na mnie zamglonymi oczami i uśmiecha się głupkowato. Rety ale on jest narąbany! Tańczymy razem trzy piosenki gdy widzę nagle, że zbliża się do nas Brayan, minę ma nie za ciekawą.
-Wychodzimy! - mówi szybko i bierze mnie pod rękę, a Toma za ramię.
-Co się stało? - rozglądam się, nie mam pojęcia co się dzieje.
-Lily tu jest! Tom nie może jej teraz zobaczyć -  odpowiada cicho bym słyszała tylko ja.  Cholera! Przedzieramy się przez tłum do wyjścia i już prawie jesteśmy na zewnątrz ale gdy odbieramy kurtki z szatni, przed nami jak zaczarowana wyrasta - Ona.  Lily. Wystroiła się, nastroszyła włosy tak jak jej koleżanki, a Tom na jej widok staje jak wryty.
-Cześć Tom! -  uśmiecha się złośliwie – Brayan - kiwa do niego głową.
-Lil! -  Tom wypowiada jej imię jakby zobaczył ducha.
-Właśnie wychodzimy! -  Brayan chce przejść ale Tom mu się stawia.
-Ja zostaję! - mówi i wgapia się w Lily jakby odjęło mu rozum. 
-Właśnie wychodzimy! - powtarza i łapie go by szedł z nami.
-Ja zostaję! - szarpie się i wyrywa Brayanowi, oczy robią mu się ciemne. O nie!
-Tom proszę, wracajmy do domu… -  mówię łagodnie by go uspokoić.
-Woli zostać ze mną! - wtrąca się Lily i łapie go za ramie.
-W tym momencie nawet nie wie gdzie dokładnie jest. Wątpię by chciał spędzić z tobą te noc Lil! - dodaje ironicznie Brayan.
-A co? Woli z nią? - pokazuje na mnie palcem w taki sposób, że chce mi się śmiać. Opanowuję się jednak by jej nie prowokować. 
-Ona ma na imię Megan, a ty Lil jesteś przeszłością. Daj mu spokój, bo robisz mętlik w głowie!-  Brayan się wkurzył. Chyba naprawdę jej nie lubi. 
-Cholerny pan idealny się odzywa! -  burczy ironicznie Lily - A właśnie, jak tam Vincent? - dodaje, a po reakcji Brayana i wiem, że przekroczyła granicę.
-Zamknij mordę! - warczy i widzę jak zaciska pieści.
-Słyszałam, że Pola już znalazła nowego tatusia, odpowiedzialnego i bogatego. W przeciwieństwie do ciebie... palancie!
-Przestańcie! - Staje między nimi, chcę  ich wszystkich uspokoić.
-Cóż za szlachetność! -  Lily śmieje się szyderczo - Milioner cię nie chce to musiałaś spierdolić aż do Londynu?
-Weź się zamknij Lily. Tom, Brayan wychodzimy! - warczę straszne wkurzona  i chwytam Toma pod ramię. Przez ułamek sekundy się opiera ale posyłam mu takie spojrzenie, że łagodnieje i idzie potulnie jak baranek. Lily krzyczy coś za nami. W odpowiedzi pokazuję jej środkowy palec i nie odwracam nawet głowy. W przypływie adrenaliny nie czuję, że boli mnie ręka, którą ciągnę za sobą Toma. Wypadamy przed klub  i odchodzimy kawałek, sadzam Toma na ławce.
-Co za....! - piszczę i mam ochotę coś rozwalić - Nie pozwolę się tak traktować. Ona kurwa mać, nic o mnie nie wie! - dodaję kompletnie wściekła. 
-Uspokój się Meg. Nie zniżaj się do jej poziomu, zawsze taka była… -  podchodzi do mnie Brayan i obejmuje. Cała drżę ze złości.
-Specjalnie to zrobiła, prawda? Specjalnie przyjechała, bo wiedziała od Sary i Niny, że tu dziś będziemy.
-Pewnie tak, jest zazdrosna. To taki pies ogrodnika: sama nie weźmie, a komuś nie da. Idiotka!
-Nie mów tak o niej… -  bełkocze Tom, ledwo siedzi i chyba będzie wymiotował.
-Siedź cicho! - gani go Brayan -  Chcesz wracać do domu? - pyta mnie.
-To chyba najlepsze wyjście - spoglądam na Toma, który właśnie prawie spada w ławki - Ale chyba musimy poczekać. Nie chcesz chyba by zarzygał ci cały samochód? - podchodzę do niego i przytrzymuję go by nic sobie nie zrobił.
-Gdyby nie ty pewnie właśnie zabierałaby nas policja, dzięki że zainterweniowałaś! -  Brayan siada po drugiej stronie ławki, obok Toma.
-Już raz widziałam go w akcji, na trzeźwo. Nie chciałam powtórki po pijaku… - wzruszam ramionami.
-Przypieprzył temu Evansowi? - unosi zaciekawiony brew.
-Nie, nie jemu. Komuś innemu, ale akurat się mu należało… -  uśmiecham się lekko.
-Wiele przeszłaś w ostatnim czasie, prawda? - posyła mi ciepłe spojrzenie. 
-To fakt, w moim życiu był spokój dopóki nie poznałam Ericka… - wzdycham cichutko. Zawsze miło będę wspominać dzień w którym się poznaliśmy. 
-Ty go kochasz… -  stwierdza Brayan, a ja spuszczam wzrok. 
-Przepraszam Brayan ale nie chcę o tym rozmawiać.
-Rozumiem, nie jestem odpowiednią osobą do rozmowy - uśmiecha się gorzko - Co może ci powiedzieć facet, który przez swoje zachowanie stracił syna…-  dodaje z żalem.
-Nie o to chodzi -  patrzę na niego - Po prostu cię nie znam, nie mam w zwyczaju zwierzać się nowo poznanym osobom. Nic do ciebie nie mam, naprawdę…
-Stwierdziłaś, że jestem dziwny i uważasz mnie za podrywacza -  mówi mi prosto w oczy. Cholera! Tom mu powiedział.
-To fakt… -  przyznaję się - Ale zmieniłam zdanie, tak troszkę… -  uśmiecham się by go nie urazić.
-Kobiety! - mówi głośno i również zaczyna się śmiać - Tom idziemy?
-Yhy... - mamrocze pod nosem i ledwo siedzi. Brayan bierze go pod ramię i prowadzi do samochodu. Mimo tego iż jest jedynie jakieś dziesięć stopni, zdejmuję buty i idę boso po chodniku. Odzwyczaiłam się od obcasów i moje stopy dłużej tego nie wytrzymają.
-Gdyby nie ten pijak to z chęcią bym cię poniósł! -  znowu zaczyna swoje podchody Brayan.
-No widzisz cholera... taka strata! -  śmieje się i otwieram samochód autopilotem. Pakujemy Toma do srodka - Jak my go położymy spać? Pan Hook wkurzy się na niego za to, że się upił - stwierdzam spoglądając jak śpi skulony na tylnym siedzeniu. 
-Nie jedziemy do was, prześpicie się u mnie. Mieszkam sam, Tom dojdzie do siebie i rano was odwiozę… -  odpowiada Brayan. Patrzę na niego zaskoczona i od razu nie podoba mi się ten pomysł - Spokojnie! Prześpię się na kanapie - wyjaśnia jakby wiedział co mam na myśli.
-Skoro nie ma innego wyjścia… -  bąkam niechętnie, nadal nie jestem przekonana. Zapinam pas Tomowi i wsiadam z przodu, buty rzucam na wycieraczkę i wyciągam nogi by rozprostować palce  - Ale ulga! - mówię zadowolona.
-To po co je założyłaś skoro są niewygodne? - pyta zaciekawiony.
-Pytasz się kobiety dlaczego założyła szpilki? - opieram głowę o zagłówek i spoglądam na niego rozbawiona.
-Nigdy was nie zrozumiem! Dobrze, że mam syna, bo z córką nigdy bym się nie dogadał! -  włącza cicho radio i rusza. Jedzie wolniej i delikatniej niż ostatnio. Włącza także ogrzewanie i wtedy i mnie dopada senność. Przed nami ponad godzina jazdy więc staram się nie zasnąć i dotrzymać mu towarzystwa.
-Urodziłaś się w Nowym Jorku?-  pyta Brayan.
-Tak, mieszkałam tam całe życie, a ty? - pytam z grzeczności. Przecież wiem to wszystko, bo Tom mi powiedział
-Pochodzę z Florydy, ale od dziesiątego roku życia mieszkamy tutaj... znaczy ja, moja matka i jej mąż.
-Masz rodzeństwo? - nagle chcę dowiedzieć się o nim więcej. Nie wiem czemu?
-Tak, mam młodszego brata i siostrę oraz starszego brata ale wszyscy to rodzeństwo ze strony ojczyma - uśmiecha się.
-Dlaczego mieszkasz sam, a nie z rodziną? - wypytuję dalej, a Brayan wzdycha zanim odpowiada. 
-Jak Pola zaszła w ciąże zamieszkaliśmy razem, a potem już nie chciałem wracać do domu. Mieszkanie samemu ma wiele zalet...
-Też tak uważam. Wynajmowałam mieszkanie na Manhattanie i od drugiego roku studiów nie mieszkałam w domu.
-Co studiowałaś? - pyta naprawdę zaciekawiony.
-Zgadnij...
-Projektowanie wnętrz? - strzela.
-Pudło. Masz jeszcze dwie szanse - Brayan zerka na mnie rozbawiony.
-Modę? - unosi  brew.
-Żartujesz sobie ze mnie?! - śmieję się - Ostatnia szansa - dodaje. 
-Cholera nie mam pojęcia? -  zwalnia i przygląda mi się chwile -  Prawo?
-Studiowałam w Instytucie Kulinarnym w Nowym Jorku.
-Żartujesz sobie ze mnie?! - powtarza za mną. 
-Nie dlaczego? - teraz to ja zaskoczona unoszę brew.
-Nie wyglądasz na kucharza, znaczy bez urazy... - jąka się.
-Spoko wiem o czym mówisz. Większość ludzi ma podobne skojarzenia… -  uśmiecham się życzliwie - Dla mnie gotowanie jest jak sztuka, można zrobić takie cuda na talerzu... Naprawdę.
-Śliczna, mądra, rozsądna i potrafi dobrze gotować... no idealny materiał na żonę - mówi Brayan, a ja się śmieje. Skąd wiem, że powiedział to naprawdę szczerze i bez podtekstów?
-Nie wiesz co mówisz!
-Mylę się? - włącza kierunkowskaz i skręca w prawo. 
-Nie znasz mnie, ale na pewno nie jestem rozsądna. Gdybym była  nigdy byśmy się nie poznali - odpowiadam wprost. 
-Dlaczego? - mówi podniesionym tonem.
-Bo nigdy nie przyleciałabym do Londynu.
-Uważasz, że zrobiłaś błąd przyjeżdżając tutaj?
-Nie - odpowiadam pewnie - Błędem było to co sprawiło, że podjęłam decyzję by tu przylecieć.
-Rozumiem ale każdy popełnia błędy Meg! - mówi jakby wiedział o czym myślę, ale na pewno nie wiem, Tom by mu nie powiedział.
-Wiem i ja właśnie ponoszę konsekwencję. Łatwo można zrujnować sobie życie, wystarczy jedna chwila...  - mówię wzdychając głośno.
-Nie musisz mi tego mówić... - uśmiecha się -  Straciłem syna przez swoją głupotę i możliwe, że nigdy już go nie zobaczę -  gdy to mówi odruchowo łapię go za dłoń.
-Przykro mi Brayan. Może się między wami jeszcze jakoś ułoży?
-Pola dawała mi już tyle szans, a ja żadnej nie wykorzystałem. Wiem, że to już koniec i że nigdy nie będziemy razem… - stwierdza spokojnie lecz w  jego głosie słychać smutek.
-Kochasz ją? - pytam cicho. 
-Nie, nigdy jej nie kochałem, chodzi mi tylko o Vincenta, to mój syn. To była typowa wpadka, a ja nie byłem pewny czy jestem ojcem... - zaskakuje mnie tym totalnie. 
-Aha… -  bąkam, bo nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.
-Nie jestem typem faceta, który zakochuje się i jest wierny jednej kobiecie. Zresztą na pewno Tom ci mówił…
-Coś wspominał… -  spuszczam wzrok, bo zrobiło się niezręcznie. 
-Nie ma co się oszukiwać Meg, nie jestem ideałem. Miałem problemy z którymi sobie nie poradziłem i teraz jest jak jest, ale cieszę się, że jestem czysty i mogę powoli składać swoje życie do kupy -  mówi to z taką nadzieją w głosie, że ściska mnie w żołądku. Brayan ma równie popieprzoną przeszłość jak ja. 
-Też bym tak chciała... ty chociaż jesteś na tyle odważny by powiedzieć wszystkim jak było naprawdę i nie uciekasz - stwierdzam cicho i nerwowo poprawiam pas. Taka prawda... nadal jestem beznadziejnym tchórzem. 
-Nikt nie wie czemu tu jesteś? - pyta zaskoczony.
-Teraz już wiedzą, ale nie znają do końca prawdy. Szczególnie ta najważniejsza osoba… -  zamykam oczy, bo wiem, że zaraz zachce mi się płakać.
-Evans, tak? - kiwam potwierdzająco głową -  Boisz się go? - Brayan zaskakuje mnie kolejnym pytaniem. 
-Nie, Erick nigdy nie zrobiłby mi krzywdy.
-Ok, nie pytam więcej, bo i tak mi nie powiesz! -  uśmiecha się ironicznie, ja milczę i wzdycham cicho. Znowu o nim myślę... Znowu mam ochotę zadzwonić i mu się wyżalić jak mi źle. Znowu mam ochotę wyznać mu prawdę ale wiem, że w ostatniej chwili stchórzę. Znowu pragnę by mnie przytulił i pocieszył, by powiedział, że wszystko będzie dobrze mimo wszystko. Niestety ja wiem, że nie będzie. 

Wjeżdżamy na osiedle niedaleko naszej kamienicy. To stare budynki w których zaaranżowane są mieszkania. Okolica jest cicha i spokojna. Wysiadamy z samochodu tuż przed niedużym blokiem.
-Tom wstawaj! - budzi go Brayan, a on ani drgnie. Kompletnie odleciał.
-Chyba nic z tego… -  śmieję się trzymając w ręku swoje buty.
-Przeziębisz się… - stwierdza patrząc na boje bose stopy - Poczekaj mam w bagażniku korki z treningu, będą za duże ale włóż je -  otwiera klapę i rzuca mi pod nogi buty w rozmiarze co najmniej 47. Patrzę rozbawiona i wsuwam w nie stopy. Są o wiele za duże ale staram się ich po drodze nie zgubić.  Muszę wyglądać naprawdę komicznie.

Brayan mieszka na 5 piętrze bez windy, więc musi się namęczyć prowadząc Toma. Tak naprawdę to on praktycznie go niesie. 
-Ile wypił? - pytam otwierając drzwi kluczem, który dał mi Brayan.
-Nie mam pojęcia ale zdecydowanie za dużo. Jeśli zarzyga mi mieszkanie to go kurwa zabiję! -   przekraczamy próg. Brayan kładzie Toma na kanapie w salonie i daje mu lekkiego kopa w tyłek. Rozglądam się po pomieszczeniu.  To nieduże mieszkanie, jeden pokój i salon połączony z kuchnią, jest też balkon i mała łazienka - Witaj w moich progach -  dodaje i podkłada Tomowi poduszkę pod głowę przykrywając go kocem.
-Ładnie tu masz, jaki porządek! - mówię szczerze. Jak na mieszkanie kawalera naprawdę jest czysto i porządnie. 
-Moja terapeutka mówi, że muszę mieć porządek w mieszkaniu by móc uporządkować swoje życie.
-Chodzisz na terapię?  - podchodzę do balkonowych drzwi z których widać parking.
-Tak, muszę. To warunek kuratora bym mógł znowu widywać syna - Brayan idzie do kuchni i otwiera lodówkę - Zjesz coś? - pyta. 
-Nie dzięki, nie jestem głodna -  odmawiam uprzejmie.
-W sumie nie mam tu za wiele! Rano będę musiał iść coś kupić skoro mam gości... - uśmiecha się i wyjmuje  sobie owocowy jogurt.
-Mogę wam zrobić coś dobrego na śniadanie -  podchodzę i zaglądam mu przez ramię do lodówki - Ale faktycznie trzeba będzie najpierw iść na zakupy - śmieje się widząc, że prawie nic w niej nie ma.
-Nie pamiętam żeby ktoś mi robił śniadanie i chyba będziesz pierwszą dziewczyną, która spędzi tutaj noc... - urywa i gryzie się w język patrząc na mnie tak jakoś dziwnie.
-No dobra, to gdzie będę spać? - zmieniam temat udając, że nie słyszałam.
-U mnie w sypialni, Tom zostanie na kanapie, a ja przekimam się na materacu.
-Ja mogę na materacu - odpowiadam i siadam przy niewielkim stoliku w kuchni.
-Nie no jesteś gościem, nie pozwolę ci się przewalać po podłodze! – Brayan uśmiecha się i podaje kubek z sokiem pomarańczowym.
-Dzięki! - Tom mamrocze coś pod nosem i przekręca się na drugi bok, chyba kompletnie odleciał. Nawet nie wie gdzie się znajduje, a rano będzie w niezłym szoku.
-Chcesz coś do spania? Jakąś koszulkę? - pyta gdy wychodzę z łazienki, zmyłam makijaż ciepłą wodą i poczułam, że naprawdę jestem zmęczona.
-Jeśli można prosić… - bąkam speszona, głupio mi ale co zrobić? Nie będę przecież spałą w ubraniu. Brayan idzie do sypialni i przynosi mi swoją czystą koszulkę.
-Proszę! Myślę, że to twój rozmiar... - śmieje się, bo koszulka jest tak duża, że będzie sięgała mi prawie do kolan. Wracam do łazienki i przebieram się. Dobrze, że założyłam szorty, a nie stringi i nie będę chociaż świeciła tyłkiem. Składam ubrania i kładę je na pralce. Wychodzę i widzę jak Brayan pompuje ustami materac.
-Zapomniałem, że popsuła mi się pompka! -  mówi przepraszająco, a ja już wiem co to oznacza. Cholera!
-Może ja spróbuję? - piszczę zakłopotana.
-Do rana tego nie napompujemy, to dwuosobowy materac ale spoko położę się na podłodze - odpowiada łagodnie.
-Nie no bez sensu, jeśli masz duże łóżko to jakoś przeżyję… -  patrzę na niego i przełykam ślinę. Od razu też spociły mi się ręce.
-Jesteś pewna? Nie chce byś czuła się niezręcznie.
-Nie róbmy ze mnie takiej cnotki już dawno nią nie jestem...  - te słowa wydobywają się z moich ust automatycznie, sama siebie nimi zaskakuję. Cholera! Co on sobie o mnie pomyśli?  Brayan widząc jednak moją minę śmieje się głośno. Chyba wie, że nie to miałam na myśli. Siedzimy jeszcze chwilę w kuchni, a Tom nadal coś mamrocze. Jest po trzeciej nad ranem. Gdy ziewam wymownie Brayan proponuje byśmy się położyli. Idę do sypialni pierwsza i kładę się po prawej stronie łóżka. To niewielkie pomieszczenia, tylko łóżko, komoda i stolik nocny. Wszystko z innej bajki.
-Ogólnie to śpię nago… -  słyszę głos Brayana zbliżającego się do sypialni i zamieram -  Ale dziś zrobię wyjątek -  wchodzi do środka w koszulce i bokserkach, a ja i tak zamykam oczy i zakrywam je dłońmi. Brayan za to znowu głośno się śmieje.
-Nie masz drugiej kołdry? - pytam przerażona.
-Jest tylko ten koc pod którym śpi Tom.
-Cudownie! - wzdycham wymownie.
-Nie dotknę cię, obiecuję - Brayan podchodzi i siada po swojej stronie łóżka. Widzi, że jestem kompletnie zawstydzona. 
-Zabiję za to Toma, przyrzekam! -  burczę zła, a Brayan się dalej śmieje.
-Może jednak położę się na podłodze? - proponuje całkiem serio.
-Nie! - odpowiadam wkurzona -  Chodźmy już spać, dobranoc! - nakrywam się skrawkiem kołdry i zsuwam na sam kraniec łóżka. Ta  pieprzona kołdra też nie jest za duża. Boże! Jeśli dotknę choćby jego stopy to ucieknę z krzykiem. Brayan gasi światło i kładzie się obok mnie. Czuję jak materac ugina się pod jego ciężarem, a on szarpie kołdrą - Nie oddam ci więcej! - piszczę i zaczynam się nerwowo śmiać.
-Nawet jednej nogi sobie nie przykryłem! - odpowiada rozbawiony. 
-Trudno! Podkręć kaloryfer i podziękuj za to swojemu przyjacielowi - mówię serio ale nadal się śmieje i trzymam kurczowo kołdrę by mi jej nie zabrał. Nagle Brayan przysuwa się bliżej mnie i czuje jego ciało bardzo, bardzo blisko. Leżymy tyłem do siebie i nasze plecy prawie się stykają.
-Dobranoc Meg - mówi po chwili. 

-Dobranoc  - odpowiadam cicho i staram się zasnąć. Mam ochotę przekręcić się na drugi bok ale nie mogę tego zrobić. Cholera ale mi niewygodnie! I gips mi przeszkadza... Brayan chyba zasypia pierwszy, a ja chwilę później. 

Sobota,  9 Listopada

-O kurwa mać! - budzi mnie głośny krzyk Toma. Otwieram oczy i widzę jak stoi w drzwiach sypialni, cały zaspany z odgniecionym na policzku śladem od poduszki. Nie wiem co się dzieje i przecieram oczy. Brayan także właśnie się budził.  
-Może trochę ciszej! Ludzie chcą spać! - gani go i ponownie wtula głowę w poduszkę.
-Nie mówicie, że wy...!? - Tom łapie się za głowę i patrzy na nas totalnie przerażony. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz