Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział 68

Oszołomiona nie wiem co się dzieje. Widzę jak z klatki wybiegają Tom i Brayan. Dopadają do samochodu i otwierają drzwi. Tom widząc mnie taką zapłakaną i załamaną aż zamyka oczy, jakby współodczuwał mój ból. 
-Chodź tu mała -  mówi łagodnie Brayan i bierze mnie na ręce. Wynosi  z samochodu i szybko niesie do swojego mieszkania. Nic nie mówi tylko kładzie mnie w sypialni na łóżku i tuli mocno.
-Straciłam go… -  kwilę i ledwo mogę złapać głębszy oddech.
-Ciiii… -  ucisza mnie i przytula jeszcze bardziej. Robi mi się zimno, zaczynam mieć dreszcze i źle się czuję. Tom został w salonie, bo chyba nie może znieść mojego widoku w takim stanie. Brayan rozbiera mnie z sukni, która plącze mi się między nogami. Zakłada mi swoją koszulkę i kładzie pod kołdrę. Podaje mi leki na uspokojenie i wmusza je we mnie. Po niedługim czasie zaczynają działać i uspokajam się. Brayan o nic nie pyta. Położył się obok i tuli mnie do siebie mocno. Kładzie dłonie na moim brzuchu dając mi tym do zrozumienia, że nie chodzi tylko o mnie. Muszę być silna dla dziecka. Mojego dziecka.

Poniedziałek,  2 Grudnia

Zostałam w mieszkaniu sama. Brayan musiał iść do pracy, a Tom pojechał pomóc rodzicom w kawiarni. Tułam się z kąta w kąt, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Mój telefon milczy, Erick nie dzwonił. Nigdy już nie zadzwoni. Staram się nie płakać i pozbierać do kupy. Czego się spodziewałam? Przecież wiedziałam, że tak to się skończy. On nie mógł inaczej zareagować. To jedyna słuszna reakcja i jedyna na jaką zasłużyłam.Przynajmniej teraz może mnie znienawidzić i będzie mu łatwiej. Nie liczę na to, że to zrozumie, bo nawet nie powinien. Zdradza ze strony przyjaciela i ukochanej kobiety... To najgorsze co mogłam mu w życiu zafundować. Naprawdę nie chciałam ale czasu nie cofnę. Ogromnie żałuję, że wcześniej mu nie powiedziałam ale teraz już wszystko jest jasne. Nie muszę udawać i kłamać. Teraz dostałam sama... potrząsam głową, bo to przecież nie prawda. Po raz tysięczny dziś dotykam swojego brzucha i mówię na głos:
-Nie jestem sama. Mam przecież ciebie, moje maleństwo...

Biorę długi gorący prysznic, podczas którego daję kolejny upust  swoim emocjom i pozwalam łzom płynąć po policzkach. Kule się w rogu, a woda spływa po mnie nie dając uczucia oczekiwanej ulgi. Jestem zmęczona mimo tego, że długo spałam. „Nie jesteś teraz sama, nie chodzi już tylko o ciebie” - powtarzam sobie w myślach słowa Brayana. Nie mogę teraz całkowicie się załamać. Mam wokół siebie wiele osób, które się martwią i chcą dla mnie jak najlepiej. Przecież nie jestem pierwszą dziewczyną, która straciła miłość swojego życia. W dodatku z własnej winy. Takie rzeczy zdarzają się codziennie. Każdy to przeżywał, każdy to przetrwał. Ja też przetrwam. 

-Cześć mała! -  słyszę głos Brayana, wrócił wcześniej z pracy. Jest kilka minut po trzeciej po południu, a ja siedzę w dresie przed telewizorem i nawet nie wiem co oglądam. Gapię się ślepo w telewizor. 
-Hej… -  odpowiadam cicho, a on przechodzi do kuchni i stawia na stole torbę pełną zakupów.
-Pomyślałem, że ugotujemy coś dobrego na obiad? -  stwierdza pytająco, jakby oczekiwał mojej aprobaty.
-Ok... -  uśmiecham się lekko. To miłe, że pamięta jak mówiłam, że w kuchni się relaksuję - Co kupiłeś? - ruszam tyłek z kanapy i zaglądam do siatek z zakupami.
-Wszystko! - stwierdza i się śmieje głośno. Faktycznie kupił mnóstwo produktów: warzywa, owoce, makaron, ziemniaki , pierś z kurczaka, rybę.
-O której wraca Tom? - pytam urywając z kiści różowe winogrono, za co dostaję delikatnie po łapach.
-Nie myte! Poczekaj!
-O Boże! - wywracam oczami.
-Tom będzie dopiero wieczorem , mają dostawę w kawiarni -  odpowiada w końcu na moje pytanie.
-Cholera powinnam im pomóc. Mogę już wrócić do pracy, skoro nie mam gipsu! -  drapię się po głowie i krzywię lekko z wyrzutem sumienia - Koniec tego lenistwa! - dodaję. 
-Daj spokój Meg, jesteś w ciąży i musisz odpoczywać - Brayan wyjmuje z torebki owoce i wsadza je do zlewu.
-No właśnie... jestem w ciąży. To nie jest choroba, a ja dobrze się czuję. 
-Czyżby? - gromi mnie wzrokiem.
-Fizycznie dobrze się czuję - dodaje i uśmiecham się ironicznie.
-Co się wczoraj stało? Powiesz mi? - pyta niepewnie i wiem, że chce wiedzieć z czystej empatii, a nie wścibstwa. 
-Powiedziałam mu o wszystkim - wyznaję i zruszam ramionami, a Brayan nieruchomieje.
-I co?! - dopytuje niecierpliwie. 
-Jak widać, ja jestem tu, a on...pewnie w drodze do Nowego Jorku -  odpowiadam i siadam na stołku. Brayan podchodzi i opierając się dłońmi o blat stołu patrzy na mnie. 
-Zostawił cię? - głos mu drży.
-Dziwisz mu się? - unoszę brew. 
-No kurwa! Jesteś w ciąży! - nagle wali pięścią w stół, a ja aż podskakuję.
-Tego akurat mu nie powiedziałam - dodaję.
-Meg! Boże, jak ty mnie czasami wkurwiasz! Jesteś bardziej nieznośną babą jaką znam! - warczy na mnie kompletnie wkurzony.
-I właśnie dlatego się przyjaźnimy! - uśmiecham się złośliwie.
-Jezu naprawdę! Dlaczego mu nie powiedziałaś? - siada obok na krześle. Jest ogromnie przejęty, a mi robi się ciepło na sercu, że aż tak się martwi. Jest kochany. 
-Nie zdążyłam.
-Jak to nie zdążyłaś? - unosi brew.
-Powiedziałam o Filipie... - przełykam ślinę - Ale Erick wyszedł z samochodu trzaskając drzwiami -  dodaję i słyszę, że tym razem mi drży głos. 
-Nie dał ci nic wyjaśnić?!
-A co tu wyjaśniać? Chciałbyś słuchać jakiś wyjaśnień na jego miejscu?! - wbijam w niego zirytowane spojrzenie. 
-Nie wiem… -  wzrusza ramionami i także wzdycha. 
-No właśnie, więc nie ma się co dziwić, Brayan.
-Myślisz, że to już naprawdę koniec? Że nie odezwie się więcej? - posyła mi pełne współczucia spojrzenie. 
-Jestem tego pewna… -  odpowiadam smutno.
-Tak mi przykro mała. Naprawdę myślałem, że da się to jakoś odkręcić -  nagle przytula mnie mocno jakby doskonale wiedział, że tego mi potrzeba. 
-Mam was. We trójkę sobie poradzimy - uśmiecham się blado.
-We czwórkę! - uśmiecha się i spogląda wymownie na okolicę mojego brzucha. Siedzimy jeszcze chwile i rozmawiamy. Jest mi bardzo głupio, że zrobił takie wielkie zakupy. Chcę oddać mu za to pieniądze więc wstaję i idę do torebki po portfel. Wyjmuję z niego sto dolarów i kładę na stole w kuchni. 
-Co to jest? - pyta oburzony.
-To za zakupy.
-Weź to zabierz! - burczy.
-Proszę, nie denerwuj mnie i ty. Nie jestem na waszym utrzymaniu, mam pieniądze...
-Które on ci dał! - mówi z wyrzutem. 
-No tak… -  od razu mina mi rzednie – Myślisz, że powinnam mu je oddać?
-Nie. Myślę, że powinnaś o nim zapomnieć i dać sobie pomóc!
-Myślałam żeby w coś je zainwestować - ignoruję jego słowa. Trudno mi myśleć o tym, że Ericka nie ma już w moim życiu... i nigdy więcej go nie będzie. 
-Chcesz być biznes women? - uśmiecha się jednak. 
-A co? - mrużę oczy-  Nie nadaje się?
-Nic takiego nie powiedziałem! Ale to chyba nie odpowiednia pora, przecież... - krzywi się i znowu patrzy wymownie na mój brzuch. 
-Wiem, wiem... jestem w ciąży! Myślałam raczej o zainwestowaniu w kawiarnię Hooków. No wiesz... kupieniu nowego sprzętu i powiększeniu lokalu… -  Brayan jest tym pomysłem nieźle zaskoczony, myśli dłuższą chwilę.
-Rozmawiałaś już o tym z nimi?
-Nie, to tylko pomysł.
-Przemyśl to dobrze Meg, a teraz zabierzmy się za ten obiad, bo nam dnia nie starczy! -  rzuca szybko i bierze do jednej ręki pierś kurczaka, a do drugiej świeże filety łososia. Kiwa do mnie pytająco bym zdecydowała.
-Kurczak! -  uśmiecham się i wstaję. Nie lubię gdy ktoś wtrąca mi się w gotowanie, więc daję Brayanowi  bardzo odpowiedzialne zadanie pokrojenia warzyw. Nie jest w tym najlepszy ale widzę, że się stara. Robię sos i gotuję ryż. Pierś nadziewam farszem i wkładam do piekarnika. Po godzinie w całym mieszkaniu unosi się zapach pieczonej piersi kurczaka z pieczarkami i serem. Brayan zrobił sałatkę, a warzywa pokroił tak drobno, że ciężko rozpoznać poszczególne składniki. 
-Pierwszy raz to robiłem, nie śmiej się! - gani mnie, gdy widzi moją minę.
-Pierwszy raz robiłeś posiłek? - pytam z ironią. 
-Nie! Sałatkę! - trąca mnie bym się z niego nie nabijała. 
-Aha. To całkiem nieźle ci poszło! -  biorę trochę na widelec i próbuję - Jest pyszna, naprawdę! - chwalę go szczerze. 
-Dzięki, starałem się! - śmiejemy się i nakrywamy wspólnie do stołu. Wieczorem będę musiała jednak wrócić do domu. Nie mogę tak pomieszkiwać raz tu, a raz u Hooków. Może powinnam wynająć coś i nie zawracać nikomu głowy? Naprawdę muszę poważnie przemyśleć co zrobić z tymi pieniędzmi. Nie chcę być dla nikogo ciężarem, a powinnam przecież zapewnić sobie i dziecku schronienie. Jestem pewna, że w najbliższym czasie chcę mieszkać właśnie tutaj - w Londynie. Postanawiam też, że zadzwonię dziś do rodziców i powiem im o ciąży. Koniec z kłamstwami. Odcinam się od tego grubą kreską i zaczynam nowe życie.
-Ale pachnie! - już od progu słyszę zadowolony głos Toma. Właśnie wrócił z kawiarni, a  w ręku trzyma bukiet różnokolorowych tulipanów -  To dla ciebie Meg -  wręcza mi go i całuje w policzki.
-Dzięki. Jesteś kochany! - uśmiecham się szeroko, ku jego zaskoczeniu. Pewnie spodziewał się, że będę płakała przez wiele dni. Tak naprawdę też myślałam, że tak właśnie będzie. Nie mogę im jednak dowalać problemów i wezmę się w garść. Tom patrzy pytająco na Brayana, który się uśmiecha i pokazuje mu kciuk do góry. Wręcz czuję jak z Toma schodzi cały ten stres i napięcie. 

Przy kolacji opowiadają na przemian co działo się w sobotę. Poszli do tego klubu, podbili parkiet i rozkręcili imprezę. Wszystko na koszt Ericka ale o tym mnie wspominają. 
-Ile?! - piszczę zaskoczona.
-Sześć tancerek, wróciły z nami do hotelu… - kontynuuje Tom.
-Ta czarna była niezła, co nie?! -  wtrąca Brayan i patrzy wymownie na Toma.
-Mi ta blondyna  bardziej się podobała ale i tak zaliczyłem obie! - rzuca Tom, a ja prawie krztuszę się kawałkiem kurczaka. Brayan się śmieje i klepie mnie po plecach.
-Chyba nie chcę tego słuchać! - mówię oburzona.
-No co? Może niech Brayan się teraz wypowie! - wrabia go Tom, a ten posyła mu mordercze spojrzenie. 
-No słucham? Ile? - wywracam oczami.
-Nie będę ci opowiadał, skoro nie chcesz wiedzieć… -  odpowiada zmieszany.
-No pochwal się Brayan! - podpuszcza go Tom.
-Nie ma się czym chwalić! - gani go wzrokiem i wstaje by wstawić swój talerz do zlewu. On doskonale wie, że nie lubię słuchać takich opowieści.
-Nie no powiedz, jakoś przeżyję - uśmiecham się, w sumie chyba jestem ciekawa.
-Bzyknął  w klubie dwie laski, a w hotelu zaliczył trójkącik! - wydaje go Tom. O cholera!
-Weź się kurwa zamknij, Thomas! - Brayan reaguje zbyt nerwowo i wrzuca do zlewu szklankę, która się zbija.
-No tylko pogratulować! - staram się obrócić to w żart. Nie ukrywam jednak, że jestem zaszokowana. Nie mogę ich za to krytykować, bo są dorosłymi facetami i wiedzą co robią... Chyba? Wstaję i podchodzę do zlewu, wyjmuję mu z dłoni kawałki zbitej szklanki, którą chciał sprzątnąć - Zostaw to, bo się pokaleczysz! - trącam biodrem Brayana, by się wyluzował, a on patrzy na mnie tak, jakby wstydził się tego co zrobił. Może takie zachowanie przypomina mu jego dawne życie? Wtedy takie akcje były dla niego zapewne na porządku dziennym - Zabezpieczyliście się chociaż? - pytam poważnie.
-Ja tak - odpowiada Brayan.
-A ty? - zerkam na Toma i od razu znam odpowiedź. Kurwa mać! Był tak pijany, że na pewno o tym nie pomyślał. Idiota!
-One na pewno biorą tabletki! - Tom udaje niewzruszonego i próbuje się wytłumaczyć.
-Przecież to nie chodzi tylko o to, Tom - ganie go.
-No wiem! - wzdycha, a ja wyczuwam skruchę w jego głosie. Rozmawiamy po kolacji jeszcze dobrą godzinę. Sprzątam ze stołu i robię porządek w lodówce. Mężczyźni nie mają pojęcia co powinno leżeć obok czego. Myślę, że ryba w pojemniku z bananami to nie jest dobry pomysł. Koło dziesiątej wieczorem, Brayan odwozi nas do domu. Żegnamy się z nim w samochodzie, a ja ściskam go mocno. Chcę by wiedział jak bardzo mi pomaga. Jest dla mnie ważny, bardzo ważny.

Hookowie są jeszcze w kawiarni. Chcę jutro z nimi porozmawiać o powrocie do pracy i moim pomyśle z zainwestowaniem w kawiarnie. Jestem ciekawa jak to przyjmą? Zmęczenie dopada mnie tuż po jedenastej mimo tego, że za wiele dziś nie robiłam. Nie wytrzymuję do powrotu Hooków i idę do siebie. To chyba przez ciążę? Boli mnie także w okolicy krzyża. To bardzo dziwne uczucie. Wychodząc z łazienki odruchowo chcę przebrać się do spania w koszulkę Ericka. Wrzucam ją jednak do szafy i wybieram normalną piżamę. Nie mogę tego rozpamiętywać. Muszę wyrzucić jego rzeczy i od razu chowam je wstępnie do kolorowego kartonu. Zerkam odruchowo na telefon. Cholera! Miałam zadzwonić do rodziców. Jest po jedenastej ale w Nowym Jorku jest dopiero siódma wieczór. Wgapiam się w ekran z wybranym numerem do taty. W końcu decyduję się nacisnąć zieloną słuchawkę.
-Córeczko! -  odbiera rozradowanym głosem.
-Cześć tato. Nie przeszkadzam?
-Oczywiście, że nie maleństwo. Co słychać? Zdjęli ci już ten gips?
-Tak zdjęli, ręka ładnie się zrosła - uspokajam go -  Chciałam z tobą pogadać - biorę oddech.
-Stało się coś? - pyta cicho i wiem, że od razu się zdenerwował.
-Tak tato, ale nie denerwuj się na zapas. Jestem cała i zdrowa.
-No dobrze, mów szybciutko… -  słyszę, że oddycha głośno, a mi zasycha w gardle. Cholera! Myślałam, że to będzie łatwiejsze - Meg jesteś tam? - pyta niepewnie.
-Tak jestem. Przepraszam nie jest mi łatwo ci o tym powiedzieć.
-Po prostu powiedź, wiesz, że zniosę wszystko -  tata śmieje się cicho.
-Jestem w ciąży tato… - rzucam szybko i zamykam oczy czekając na reakcję. Słyszę jednak tylko ciszę. Tata zaniemówił. Kurczę! - Powiedź coś... -  prawie szepczę. 
-Skarbie jesteś pewna? - jego głos jest tak niepewny i drżący, że od razu wiem, że płacze. Och nie tato... nie płacz. 
-Tak tatku, byłam u lekarza. To 12 tydzień.
-Boże maleństwo! - głos  znowu mu drży.
-Będziesz podwójnym dziadkiem! - mówię przez łzy. Nie sądziłam, że będę kiedyś powiadamiać moich rodziców o ciąży przez telefon. Nie sądziłam, że będę powiadamiać ich o tym z drugiego końca świata. Nie sądziłam, że będę musiała poradzić sobie z tym wszystkim bez ojca dziecka... ktokolwiek nim jest. 
-To dziecko Ericka? - pyta niepewnie, a mnie ściska w żołądku.
-Nie wiem tato, data poczęcia pokrywa się z wyjazdem do Vegas… -  odpowiadam zawstydzona. To takie żenujące! - Powiedziałam Erickowi co się wtedy stało... -  dodaję.
-Powiedziałaś mu? Kiedy? - jest naprawdę zaskoczony. 
-Wczoraj, przyleciał do Londynu i spotkaliśmy się.
-I co? Jak zareagował?
-Wyjechał… -  zakrywam usta dłonią, by nie wybuchnąć płaczem.
-Powiedziałaś mu o ciąży? - słyszę narastające napięcie w głosie taty. 
-Nie, nie zdążyłam ale to moje dziecko!
-Dziecko ma ojca Meg i jak najprędzej powinnaś powiadomić, i Ericka i tego całego Filipa o ciąży - mówi szczerze. 
-Nie tato! Nie mogę tego zrobić, poradzę sobie sama...
-Jak sama?! - krzyczy. Cholera! On tak rzadko krzyczy - Wracaj tu szybko i wyjaśnij już wszystko do końca! Nie chodzi już tylko o ciebie Meg!
-Wszyscy mi to powtarzają! - warczę.
-Ci Hookowie wiedzą? - pyta zaskoczony. O Cholera!
-Tak, powiedziałam im - nastaje chwila ciszy. 
-Wcześniej niż mnie? - słyszę zawód w jego głosie.
-Sama musiałam się z tym oswoić tato. Przepraszam.
-Zawiodłem się na tobie Meg – mówi nagle, a mi serce pęka.
-Wiem. Przepraszam - powtarzam prawie szeptem
-Kiedy przyjeżdżasz? - pyta surowo, a ja zamykam oczy. 
-Na ślub.
-Nie Meg. Pytam kiedy wracasz? 
-Nie wracam tato, przyjeżdżam tylko na ślub - oznajmiam. 
-Wracasz i to jak najszybciej! To nie jest prośba Megan! Jeśli w ciągu trzech dni, nie będziesz w Nowym Jorku, to sam po ciebie tam polecę! Zrozumiałaś!? - warczy na mnie. Jest kompletnie zły, zawiedziony i zmartwiony. Nie taki efekt chciałam uzyskać tą rozmową. 
-Nie tato! - sprzeciwiam się.
-Bez dyskusji moja panno! Zadzwoń jak będziesz miała bilet! Dobranoc! - rzuca i rozłącza się. O kurwa! Ale się zdenerwował. Chyba nigdy go takiego nie słyszałam. Wzdrygam się. Co ze mnie za córka? Sprawiam tylko  same problemy. Z tego wszystkiego zaczynam się nerwowo śmiać, to chyba moja reakcja obronna na stres. Dobrze, że mam to już za sobą. W sumie myślałam, że będzie dużo gorzej. Tata nie wkurzył się na sam fakt tego, że jestem w ciąży, tylko na to, że Erick nic nie wie. Kładę się do łóżka i patrzę w sufit. Po chwili słyszę jednak, że dzwoni mój telefon. To Kim! Tata już im powiedział? Cholera. Odbieram:
-Halo?
-Cholera Meg! Jesteś w ciąży? - krzyczy do słuchawki aż odsuwam ją od ucha.
-Cześć Kim. Tak jestem… - odpowiadam i wywracam oczami.
-O kurwa!
-Dzięki za gratulacje -  burczę.
-A jest czego gratulować?-  odpowiada jak zwykle szczerze.
-Przyganiał kocioł garnkowi!
-Tata jest taki wkurwiony jak nigdy! Erick nic nie wie?
-Nie! I ma się nie dowiedzieć! - mówię ostrzegawczo, bo wiem, że z chęcią by wszystkim o tym rozpowiedziała. 
-On jest ojcem?
-Nie wiem - rzucam krótko.
-A co, ten Thomas? - pyta z niedowierzaniem.
-Oszalałaś! - krzyczę wkurzona! Boże co za ludzie!
-Który to tydzień?
-Dwunasty… - Kim milczy przez chwilę
-O kurwa! - wiem, że zamiera tam samo jak ja, gdy się dowiedziałam.
-Dokładnie tak Kim... - kiwam głową do słuchawki.
-I co teraz?
-Nic. Żaden z nich się nie dowie.
-Pogięło cię chyba?! Już wiem czemu tata się tak wkurzył!
-Nie dowalaj mi i ty!
-Wracaj lepiej, bo inaczej naprawdę tam po ciebie poleci!
-Nie wracam! Będę na święta, ślub i chrzest.
-Odważna jesteś.
-A co? Da mi w tyłek? Daj spokój! Jestem dorosła i wiem co robię.
-Czasami mam wrażenie, że jest kompletnie na odwrót.
-Muszę się z tobą zgodzić! -  odpowiadam i obie zaczynamy się śmiać - Weź mu wytłumacz Kim! Ja nie mam siły się z nim kłócić - dodaję.
-Pogadam z nim jak się uspokoi ale nie licz na cud, naprawdę się wkurzył.
-Dzięki - oddycham z ulgą.
-A jak ty się czujesz w ogóle?
-Jest dobrze. Wszyscy skaczą wokół mnie, biorę witaminy i ciągle sikam… -  chichoczę.
-Będzie gorzej… -  Kim także się śmieje.
-Właśnie zaczyna boleć mnie krzyż. To wkurzające.
-Piersi ci urosły?
-O matko no! -  odruchowo na nie spoglądam.
-Jak przyjedziesz to może będzie już coś widać....Tak bardzo się cieszę siostro! - mówi i rozkleja się nagle. 
-Nie płacz, bo i ja zacznę! - piszczę choć już mam mokre oczy.
-Mogę powiedzieć Robowi?  pyta. 
-Jasne. Ale nie rozgaduj nikomu więcej!
-Nie no spoko. Naprawdę się cieszę!
-Dziękuję. A jak moja chrześnica?
-Słodka i śliczna, rośnie jak na drożdżach. Jak ją zobaczysz to się zdziwisz...
-Nie mogę się doczekać. Zadzwonię niedługo.
-Dzwoń kiedy chcesz. Kocham cię siostro.
-Ja was też. Buziaki.
-Pa! -  rozłączam się i oddycham z ulgą. Skoro tata od razu im powiedział to znaczy, że nie jest tak źle. Musi to po prostu przetrawiać. Zdenerwował się i tyle. Mam nadzieję, że Kim go przekona i uspokoi by nie odstawiał szopki ze sprowadzaniem mnie na siłę do Nowego Jorku. Zerkam na zegarek, jest już prawie północ więc kładę się od razu. Cholera!  Gdy tylko się przykrywam czuję, że znowu muszę do łazienki. Idę szybko. Wracam i praktycznie od razu zasypiam.


Poniedziałek,  9 Grudnia

Budzi mnie parcie na pęcherz. To takie męczące. W nocy wstaje co najmniej kilka razy i totalnie się przez to nie wysypiam. W tygodniu rozmawiałam z Hookami na temat mojego powrotu do pracy. Oczywiście definitywnie mi tego zabronili. Powiedziałam im też o moim pomyśle by zainwestować w ich kawiarnię. Bardzo ich tym zaskoczyłam ale chociaż to mają przemyśleć. Zadzwonił też do mnie tata i przeprosił za swoją reakcję. Nie jestem na niego za to zła, ale ulżyło mi bardzo, że się nie gniewa. Kim spisała się na medal z tym, że tak szybko go ugłaskała. Moja kochana siostra manipulantka.  

Mam dziś wizytę u doktor Sims i możliwe, że dowiem się o płci dziecka. Jestem bardzo podekscytowana i strasznie się cieszę. Zawiezie mnie tam Brayan, bo Thomas ma zmianę w kawiarni. Umówiliśmy się, że podjedzie po mnie o dziewiątej. Właśnie kończę się ubierać, gdy słyszę dzwonek do drzwi. Zbiegam na dół i otwieram.
-Cześć śliczna! - w progu stoi Brayan i ściska mnie serdecznie. Nie widziałam go od kilku dni, bo był zajęty sprawami w swoim sklepie. Ma nowego pracownika i musi go dobrze szkolić.
-Cześć przystojniaku! - uśmiecham się - Wejdź do kuchni, muszę się jeszcze pomalować.
-Dobra!-  mówi i przechodzi dalej, a ja wbiegam na schody.
-W lodówce masz ciasto! - krzyczę do niego. Błyskawicznie robię make-up. Trochę kremu, pudru, tusz, róż i już. Na usta nakładam bezbarwny błyszczyk. W Londynie spadł śnieg i jest koszmarnie zimno. Trzeba nosić zimowe kurtki i kozaki. Zakładam długi ciepły kardigan i schodzę na dół, a Brayan zajada się właśnie sernikiem pani Hook.
-Zostaw trochę dla mnie! - śmieje się do niego, bo też go uwielbiam.
-Nie możesz się tak objadać! Bo będziesz gruba! – stwierdza, a ja ganię go wzrokiem.
-Dzięki.
-Żartuję przecież! - wstaje i podchodzi do mnie. Odruchowo kładzie dłoń na moim brzuchu - Jesteś najśliczniejszą ciężarówą jaką widziałem – dodaje z zalotnym uśmiechem.
-Chodźmy już, bo się spóźnimy! - przewracam oczami. Hormony mi buzują i ostatnio naprawdę łatwo mnie wkurzyć. Zakładam długie czarne kozaki na płaskim obcasie, oraz puchową granatową kurtkę. Do kliniki jedziemy moim Volvo. Brayan i Tom często z niego korzystają ale ja nie jechałam nim tutaj ani razu. Nie chcę ryzykować, a te ich przepisy i odwrotność jazdy kompletnie mnie przerażają. Do kliniki mamy jakąś godzinę drogi. W tym czasie słuchamy starej płyty Queenów. Jedyne o czym teraz myślę to to, że mam nadzieję, iż moje wyniki będą w porządku i że wszystko jest w normie. Denerwuję się nieco zanim wchodzę do środka. 

Pielęgniarka wywołuje mnie i wchodzę do gabinetu.
-Dzień dobry, pani doktor -  mówię radośnie.
-Witaj Meg. Usiądź proszę! - wskazuje na krzesełko przed biurkiem i sięga po moją kartę -  Co my tutaj mamy? - mówi i przegląda moje wyniki -  Mocz masz wzorowy, ale martwi mnie badanie krwi. Kiedy je robiłaś?
-Następnego dnia po pierwszej wizycie, pani doktor.
-Przyjmujesz suplementy, które ci przepisałam? - dopytuje. 
-Tak.
-Zakładam, że wyniki są takie, bo nie wiedziałaś wcześniej o ciąży. Prowadzisz stresujący tryb życia?
-Staram się nie, ale wie pani jak to jest -  wzruszam ramionami.
-Rozumiem. Musimy powtórzyć badanie… -  zapisuje coś w karcie - Wejdź na wagę proszę - wstaję, zdejmuję buty i robię o co mnie prosi. Podchodzi i ustawia ciężarek - Przytyłaś 4 kilogramy, to bardzo dobrze - uśmiecha się patrząc mi w oczy.
-Naprawdę o siebie dbam, pani doktor.
-Mam taką nadzieję. Połóż się na kozetce, to zrobimy USG. Może będzie już widać płeć -
kładę się, zsuwam nisko majtki i leginsy, a pani doktor smaruje mnie tym zimnym żelem. Krzywię się.
-Przepraszam… - mówi łagodnie.
-Nic nie szkodzi.
Przykłada głowicę do brzucha i zaczyna mnie badać. Od razu znajduje odpowiednie miejsce. Widzę na monitorze pulsujący punkt i wiem, że to serduszko. Serduszko mojego Maleństwa. Pani doktor przygląda się chwile  i mówi:
-No ja już wiem… -  uśmiecha się i patrzy na mnie pytająco.
-Widać? - unoszę brew.
-Oczywiście, że tak. Chcesz wiedzieć Meg?
-No pewnie! - podnoszę głowę by przyjrzeć się lepiej.
-Moje gratulacje Megan, to chłopczyk… -  pani doktor pokazuje na monitor ale ja nadal nic tam nie widzę. To zresztą nie ważne.
-Chłopczyk… -  mówię cicho i opadam na kozetkę.
-Wszystko wygląda dobrze Meg.  To wzorowy 14 tydzień, zaraz wyliczę ci termin porodu… - szybko kończy badanie, a ja ubieram się i siadam na krzesełku. To chłopczyk! Powtarzam sobie w myślach. Będę miała syna... Jezu! Jestem taka podekscytowana! Taka szczęśliwa! Jest  cały zdrowy i wzorowo się rozwija! Moje Maleństwo.
-25 maja - mówi nagle.
-Co 25 maja? - pytam.
-Termin porodu masz na 25 maja Meg - uśmiecha się i kręci głową.
-Ach tak! - rumienie się, bo ostatnio łatwo się zamyślam i rozpraszam.
-Powtórz proszę badanie krwi… -  podaje mi skierowanie -  Czy zastanawiałaś się nad szkołą rodzenia?
-Szczerze mówiąc to nie - wzruszam ramionami.
-Poczytaj o tym… - podsuwa mi broszurki. Ostatnim razem też wiele mi ich dała.
-Pani doktor, a czy mogę latać samolotem? - pytam.
-Ogólnie nie ma przeciwskazań, chyba, że będziesz źle się czuła. Wybierasz się gdzieś?
-Na święta do rodziców, mam wtedy ślub siostry i chrzest jej córeczki.
-Rozumiem - znowu się uśmiecha - Zaraz zacznie się już drugi trymestr, więc prawdopodobieństwo poronienia się oddaliło, a teoretycznie to najlepszy czas na podróże dla mamy z brzuszkiem.
-Oddaliło? A nadal jest to możliwe? - pytam zaniepokojona.
-Mówiłaś, że poroniłaś w lipcu po wypadku - przypomina mi - Jesteś więc w grupie ryzyka, ale nie myśl o tym. Wszystko wygląda naprawdę dobrze. Tylko powtórz te badania! Ustalę wizytę jeszcze przed twoim wylotem, bym miała pewność i czyste sumienie, że puszczam cię w taką podróż -  mruga do mnie życzliwie. 
-Dziękuję pani doktor.
-Kiedy wylatujesz?
-Ślub jest 25 grudnia, więc chciałabym pewnie koło 23.
-Dobrze Meg.  Ustalam wizytę na 20 grudnia, to jest piątek. Zrób do tej pory badania. Najlepiej dziś, jeśli jesteś na czczo.
-Dobrze.

Siedzę tam jeszcze chwilę. Doktor Sims jest naprawdę miła. Wszystko dokładnie mi powiedziała i odpowiedziała na moje pytania. Cieszę się, że na nią trafiłam. W sumie to Brayan mi ją polecił. Przychodził tu z Polą, gdy była w ciąży. Gdy wizyta dobiega końca wychodzimy we dwie z gabinetu.
-Panie Green, miło pana widzieć - wita Brayana pani doktor.
-Dzień dobry! - uśmiecha się i podchodzi do mnie. Doktor Sims patrzy na nas dziwnie.
-Jak Vincent? - pyta grzecznie.
-Dziękuję, dobrze pani doktor.
-Niedługo będzie miał brata -  kobieta uśmiecha się, a Brayan zaczyna się śmiać.
-Eeeee...nie… -  jąkam się -  Pan Green... znaczy Brayan nie jest ojcem - wyjaśniam i oblewam się rumieńcem.
-Oj przepraszam, pomyślałam... - także jest jej głupio.
-Nic nie szkodzi! – odpowiadam, a ona speszona odchodzi pośpiesznie w kierunku recepcji.
-Chłopak? - pyta Brayan i widzę, że się cieszy.
-Tak! -  kiwam głową, a on chwyta mnie delikatnie w pasie i unos, kręcąc się w kółko.
-Bardzo, bardzo się cieszę mała! - mówi to naprawdę szczerze.
-Ja też. Zawsze chciałam mieć syna.


Idę oddać krew do badań, a Brayan czeka na mnie w poczekalni. Nie wiem czy zadzwonić dziś do rodziców i im powiedzieć od razu czy zrobić im niespodziankę na święta, że będą mieli wnuka? Kim nie powiem, bo wiem, że zaraz rozgada. Zaczynam myśleć o tym, że przecież zobaczę już ich tak niedługo. W sumie chyba powinnam już zarezerwować bilet by potem nie mieć problemu. Przed świętami ruch jest większy, a nie chcę zostać na Boże Narodzenie tutaj. Rodzicom pękłoby wtedy serce. Wiem, że Tom nie może ze mną polecieć, bo w okresie przedświątecznym mają w kawiarni naprawdę spory ruch. Postanowiłam więc poprosić  Brayana by ze mną poleciał i towarzyszył mi także na ślubie Kim i Roba. Mam nadzieję, że się zgodzi. Wychodzimy z kliniki i idziemy w kierunku samochodu.

-Może to jakoś uczcimy? - pyta odpalając silnik.
-Możemy... - uśmiecham się szeroko.
-Zakupy?
-Nie...jedzenie, umieram z głodu!
-Ok.
-Mogę cię o coś zapytać Brayan? -  zapinam pas i wrzucam torbę na tylne siedzenie.
-Słucham? - wycofuje samochód i wyjeżdża na drogę.
-Poleciałbyś ze mną na święta do rodziców? Nie chcę lecieć sama… -  zwalnia i patrzy na mnie. Ewidentnie jest zaskoczony.
-Ja? - pyta z niedowierzaniem.
-Tak ty. Co w tym dziwnego? - unoszę brew.
-Myślałam, że weźmiesz Toma - stwierdza. 
-Tom nie będzie mógł...
-Jako kto mam tam z tobą lecieć? - unoszę brew gdy zadaje to naprawdę dziwne pytanie.
-Jako przyjaciel... zgodnie z prawdą - odpowiadam.
-Myślałem, że jako ojciec dziecka… -  Brayan uśmiecha się złośliwie.
-Palant! - trącam go ręką, a on śmieje się głośno. Teraz wiem, że tylko żartował.
-Oczywiście, że z tobą polecę mała. Będę zaszczycony! - spogląda na mnie znowu i uśmiecha się czule.
-Dziękuje! - poprawiam się na siedzeniu i oddycham z ulgą.

4 komentarze:

  1. Ciekawe co na to Erick on na pewno nie odpucil:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm będzie się działo w te święta w NY :) czekamco będzie dalej czy Erick aby na pewno dał sobie spokój z Meg?? El@

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na Erica!:) a Meg dalej glupia jak but, czy to sie zmieni?:( K.Ch

    OdpowiedzUsuń
  4. Potrafisz trzymać człowieka w napięciu! Cudowny rozdział <3 Dodaj szybko następny, bo inaczej umrę z nudów w pracy!
    Pozdrawiam^^

    OdpowiedzUsuń