Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rozdział 73

Wtorek,  17 Grudnia

Obudził mnie Brayan. Spało mi się tak dobrze, że nie słyszałam nawet budzika, który ustawiłam na dziewiątą. Musiałam wyłączyć go odruchowo przez sen. 
-Już się ogarniam! - mówię zaspana, włosy mam w nieładzie. Chyba nie czuję się dziś najlepiej. Wczoraj  na kolację najadłam się zielonej fasolki i to nie był najlepszy pomysł.
-Spokojnie mamy czas, będę w kuchni -  odpowiada rozbawiony moim pośpiechem i zostawia mnie samą. 

Brayan  wygląda dziś naprawdę dobrze. Założył ciemne jeansy i sportową bluzę, która podkreśla jego szerokie ramiona. Przyłapuję się na tym, że myślę o nim pod prysznicem. Decyduję się założyć coś wygodnego skoro mamy szukać mieszkania. Wybieram dres, może to nie najbardziej elegancki zestaw ale będzie mi w nim swobodnie. Mój brzuch z dnia na dzień uwypukla się coraz bardziej, jednak nadal trudno stwierdzić, że to ciąża. Związuję włosy gumką, bo nie mogę ich dziś poskromić. One żyją swoim własnym życiem.  Makijaż ograniczam do minimum, a gdy schodzę do kuchni, Brayan właśnie zajada się kanapkami, które zostały najwidoczniej ze śniadania.
-Ile bym dał by ktoś codziennie robił mi takie kanapki! -  stwierdza, gdy zauważa mnie w progu.
-Ile ja bym dała by móc robić codziennie komuś takie kanapki! - odpowiadam przekornie.
-Mogę zgłosić się na ochotnika! - puszcza mi oczko.
-Oj Brayan, Brayan - śmieje się i sięgam do lodówki po mleko - Zjem tylko i możemy jechać - dodaję.

Biuro dewelopera mieści się niedaleko domu Hooków.  Chcę kupić mieszkanie w tej okolicy. Bloki wyrastają tu jak grzyby po deszczu więc na pewno coś znajdę.
-Myślałaś już ile pokoi chcesz? - pyta Brayan parkując samochód przed jednym z biur.
-Dwa albo trzy. Chcę mieć swoją sypialnie no i Mały też musi mieć swój pokój - uśmiecham się na myśl o urządzaniu pokoju dla mojego synka. 
-No i jeden dla mnie! - rzuca żartobliwie Brayan. 
-No oczywiście, dla wujków też będzie jeden! - odpowiadam rozbawiona. 
W biurze wita nas miła kobieta po pięćdziesiątce. Prosi byśmy zaczekali chwile, bo osoba która zajmuje się sprzedażą mieszkań właśnie kończy spotkanie. Siadamy więc w korytarzu, a ja biorę do ręki broszurę różnych osiedli, które teraz są w sprzedaży. Przeliczam sobie w myślach i na spokojnie powinno mi wystarczyć na trzypokojowe mieszkanie, ale przecież muszę je jeszcze wykończyć. I o tym cholera pomyślałam dopiero teraz. 
-Witam państwa, nazywam się Andy Clars! -  z gabinetu wychodzi mężczyzna ubrany w garnitur, ma siwe włosy i a na nosie markowe okulary. Wita się z Brayanem uściskiem dłoni. Wchodzimy do środka, pomieszczenie jest spore, nowocześnie umeblowane, utrzymane w kolorach ziemi -  W czym mogę pomóc? - wskazuje na krzesła przed jego dużym czarnym biurkiem.
-Panie Clars, poszukuję mieszkania… - odpowiadam wprost  i uśmiecham się.
-Rozumiem. Widzę, że zapoznała się pani z broszurami, czy któreś z osiedl zainteresowało panią najbardziej? Poszukuje pani czegoś szczególnego?
-Chciałabym znaleźć coś w tej okolicy, najlepiej z ochroną wewnętrzną i placem zabaw dla dzieci... - moje myśli wybiegają w dal i już widzę jak wychodzę z Małym na huśtawki i do piaskownicy. 
-Spodziewają się państwo dziecka? Moje gratulacje! To odpowiedni moment na zakup mieszkania -  Brayan zasłania usta dłonią by się nie roześmiać, a ja od razu wyprowadzam mężczyznę z błędu.
-Nie panie Clark, znaczy tak, jestem w ciąży ale nie jesteśmy małżeństwem. Pan Green to mój przyjaciel.
-Proszę wybaczyć... - facet jąka się zakłopotany.
-Nic nie szkodzi. 
-Oglądała już pani któreś z mieszkań?
-Nie ale bardzo chętnie zobaczę. Najchętniej dziś… -  Brayan siedzi i się nie odzywa ale  wystarczy mi jego obecność.
-Jeśli mają państwo czas możemy obejrzeć je teraz. Mamy tu kilka pokazowych mieszkań o różnym standardzie.
-Cudownie! - wstaję zadowolona. Jestem podekscytowana i nie potrafię czekać ani chwili dłużej. 

Wychodzimy na zewnątrz i udajemy się do pierwszego z pokazowych mieszkań. Okazuje się być niestety za za małe. To kawalerka, niecałe 30 metrów. Precyzuję, że poszukuję co najmniej dwóch pokoi, a najlepiej trzech. Mężczyzna najpierw patrzy na mnie dziwnie, bo chyba nie spodziewa się, że mnie na nie stać. W sumie co się dziwić... ubrana w dres, panna w ciąży.
-Ma pani przeznaczoną jakąś konkretną kwotę? - pyta niepewnie.
-Tak panie Clark.
-Jaką?
-Nie orientuję się w cenach ale nie chcę przekroczyć 400 tysięcy  -  odpowiadam, a Brayan i pan Clark patrzą na mnie zaskoczeni. Facet od razu zmienił do mnie podejście, bo wyczuł kasę. Pokazał nam trzy mieszkania. W sumie można nazwać je apartamentami. Są duże i przestronne. Jedno z nich nawet mi się spodobało. Blok w którym znajduje się to mieszkanie mieści się bardzo blisko kawalerki Brayana. Są w nim trzy pokoje, duża kuchnia  i salon, dwie łazienki, garderoba, w zależności od piętra jest albo taras albo ogródek, w cenię wchodzi też garaż. Rozkład mieszkania jest wygodny. Blok ma być strzeżony i monitorowany całą dobę. Mieszkania będą do odbioru pod koniec lutego.

Nie chcę decydować od razu więc mówię, że chcę to przemyśleć. Facet widząc, że traci klientkę wysuwa propozycję wykończenia pod klucz... marmurowe posadzki, drewniane podłogi i te sprawy.  Nie chce jednak podejmować tej decyzji od na "już", to dopiero pierwszy dzień i pierwszy deweloper. Muszę odwiedzić jeszcze kilka miejsc, co nie zmienia faktu, że to jedno mieszkanie spodobało mi się najbardziej. Biorę od faceta wizytówkę i żegnamy się.
-Nie sądziłem, że chcesz kupić takie drogie mieszkanie - stwierdza Brayan, gdy wracamy do auta.
-Zależy mi na bezpieczeństwie, bez sensu kupować coś małego by za kilka lat musieć się przeprowadzać do większego... -  odpowiadam i zapinam pas. 
-W sumie racja ale pamiętaj, że na początku będziesz tam sama. Dopiero w maju pojawi się junior.
-Liczyłam na to, że któryś z was zamieszka ze mną... chociaż na początku? -  spoglądam na niego pytająco. 
-Thomas raczej nie wyprowadzi się od rodziców… -  odpowiada uśmiechnięty.
-No wiem, myślałam raczej o tobie.
-Chcesz zamieszkać, ze mną? - pyta zaciekawiony moim pomysłem. 
-Co w tym dziwnego? Teraz to ja pomieszkuje u ciebie... razem z Tomem.
-Co innego pomieszkiwać, a co innego mieszkać. Mam swoje przyzwyczajenia Meg.  Co jeśli będę chciał sprowadzić sobie na noc pannę? Nie będzie ci to przeszkadzało?  - rozchylam usta ze zdziwienia, o tym nie pomyślałam.
-No yyy....eeee - jąkam się.
-No właśnie! - śmieje się ironicznie -  Raczej nie będę dobrym kompanem do opieki nad  dzieckiem mała. Pomogę ci we wszystkim, w wykończeniu, meblowaniu ale nie przy dziecku. Przyjadę zawsze kiedy będziesz chciała ale pomysł bym zamieszkał z wami nie jest najlepszy. Nie gniewaj się... - mówi szczerze i ma racje w stu procentach. Cieszę się, że jest rozsądny. Może wziął sobie do serca wczorajszą sytuację? Mieszkanie razem mogłoby skończyć się nie najlepiej, dla nas obojga. I oboje doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Jedziemy jeszcze w jedno miejsce. Jest jednak jest za daleko od domu Hooków i mieszkania Brayana... przynajmniej dla mnie. Nie ma co kupować mieszkania na szybko, bo to musi być przemyślana decyzja.
-Macie tu gdzieś dobrego chińczyka? - pytam, gdy wyjeżdżamy z parkingu ostatniego mieszkania.
-Zgłodniałaś?
-Nie ja, junior zgłodniał! - uśmiecham się.
-Moja mama chciałaby cię poznać... zaprosiła nas dziś na obiad - mówi nagle.
-Ona myśli, że my? - pytam niepewnie i spoglądam na niego. 
-Wie, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, nie stresuj się! - od razu łapie mnie delikatnie za dłoń - Naprawdę przepraszam za wczoraj mała -  dodaje.
-Nie gniewam się. Zależy mi na tobie Brayan ale to nie jest odpowiedni moment... - przerywa mi.
-Wiem, nie musisz się tłumaczyć. Chcę byś wiedziała, że zawsze możesz na mnie liczyć.
-Dzięki! - całuję go w policzek i uśmiecham się nieśmiało - Ładnie pachniesz - stwierdzam bezwiednie, czując jego perfumy.
-Wszystkie mi to mówią! - włącza swój chłopięcy urok, a ja zaczynam się śmiać. Po krótkich namowach zgadzam się jechać do jego mamy. W sumie wypada ją poznać przed świętami, skoro zabieram jej syna do Stanów.

Dom jego mamy mieści się godzinę drogi od mieszkania. To typowe angielskie osiedle domów szeregowych. Dokładnie tak  wyobrażałam sobie Londyn. Czerwona cegła, białe okiennice i idealny trawnik.
Właśnie zaczęłam żałować, że jestem w dresie. Cholera! Powinnam się przebrać w coś bardziej wyjściowego.
-Co jest? - pyta Brayan zamykając samochód.
-Dres to mało odpowiedni strój na obiad u twojej mamy - odpowiadam zakłopotana i spoglądam na swoje spodnie i trampki. 
-Daj spokój! -  bierze mnie za rękę i ciągnie za sobą do drzwi, otwiera je bez pukania -  Cześć mamo! To my! - woła od progu.
-Jestem w kuchni! - słychać ciepły kobiecy głos. Zdejmujemy buty, kurtki i skręcamy w lewo. W dużej jasnej kuchni, stoi kobieta. Mniej więcej mojego wzrostu, szczupła o krótkich orzechowych włosach, odwraca się do nas i uśmiecha promiennie. Brayan podchodzi do niej i całuje ją czule w policzek.
-Mamo to jest Megan, udało mi się ją namówić! -  stwierdza żartobliwie.
-Miło cię poznać Megan, Sylvia Flowers - kobieta wyciąga do mnie dłoń.
-Wzajemnie pani Flowers -  dygam lekko i uśmiecham się.
-Mów mi po imieniu, nie jestem taka stara by mi "paniować"! - puszcza mi oczko. Wyluzowana mama, może nie będzie aż tak źle - Louisa jeszcze nie ma, a dzieciaki są w szkole, zjemy we trójkę - dodaje.
-Mam coś dla pani, znaczy mam coś dla ciebie... Sylvio! -  poprawiam się i podaje jej ozdobną torebkę.
-Dziękuję, nie trzeba było - bierze ją ode mnie i zagląda od razu. To taki drobiazg do kuchni w postaci solniczki i pieprzniczki. W Stanach jest zwyczaj, że jeśli się do kogoś przychodzi po raz pierwszy należy przynieść prezent. Nie wiedziałam co mam kupić, a takie rzeczy zawsze się przydają.
-Co dobrego ugotowałaś? - pyta Brayan i zagląda do garnka. W całej kuchni pachnie gulaszem, albo czymś takim.
-To co lubisz synu i mam nadzieje, że tobie też posmakuje, Megan. Jak się czujesz? W ogóle jeszcze nie widać tej ciąży - uśmiecha się i wyjmuje talerze z szafki nad zlewem. Ona wie? Patrzę zakłopotana na Brayana, a on posyła mi przepraszające spojrzenie. Chyba zapomniał mi o tym wspomnieć.
-Dziękuję, czuję się dobrze. To dopiero czternasty tydzień więc faktycznie ciężko się domyślić - odpowiadam najbardziej naturalnie jak potrafię w tej stresowej dla mnie sytuacji. 
-Jesteś taka drobna. Ja w pierwszej  nie miałam brzuszka do 5 miesiąca, nikt nie chciał uwierzyć, że w ogóle jestem w ciąży.
-Ostatnio poczuła ruchy dziecka -  wtrąca Brayan.
-Och, to szybko! Znasz płeć? - podekscytowana Sylvia wyjmuje z lodówki surówkę i stawia ją na stole.
-Będzie chłopak - uśmiecham się.
-Moje gratulacje. Synowie potrafią dać tyle radości! - patrzy na Brayana z taką czułością i również uśmiecha się.
-I tyle problemów! - dodaje  ironicznie Brayan i mruga do mnie.
-Nie zaczynaj, Brayan! - Sylvia gani go i trąca delikatnie dłonią po głowie.
-Żartuje mamo! - śmieje się. Fajne, że ma taki dobry kontakt z rodziną. Pewnie nie zawsze tak było. Muszę kiedyś zapytać jak doszło do tego, że się uzależnił i jak wtedy wyglądały jego relacje z matką? Dużo kobieta przeszła w życiu, mąż ją bił, syn popadł w nałogi, nie ma kontaktu z wnukiem... to dość przykre. Bije jednak od niej tyle ciepła i serdeczności.
-Megan lubisz szpinak? - pyta odlewając ziemniaki. 
-Uwielbiam -  uśmiecham się szeroko.

Sylvia bardzo dobrze gotuje, to typowo domowa kuchnia jak u mojej mamy. Rozmawiamy luźno przy stole, a ja widzę, że Brayan ma z nią naprawdę dobry kontakt. Rozmawiają ze sobą jak przyjaciele, nie czuć od niej matkowania. Zastanawiam się czy ona wie o wszystkim? Chyba nie opowiada jej o dziewczynach z którymi sypiał?
-Wylatujecie w poniedziałek? - pyta zbierając talerze ze stołu. Zjadłam zdecydowanie za dużo.
-Tak, mamo -  odpowiada Brayan i pomaga jej sprzątnąć. W domu tego nie robi i chce mi się  śmiać.
-A kiedy wracacie?
-Jeszcze nie mamy biletów ale możliwe, że nawet po Nowym Roku – dodaję -  Gdzie jest łazienka? -  pytam.
-Na końcu korytarza, po lewej stronie! - Brayan wychodzi i pokazuje drzwi na samym końcu. Idę tam pośpiesznie, bo jeśli cokolwiek wypiję, to toaletę muszę mieć zawsze w pobliżu. 
Wychodząc z łazienki słyszę nagle jak Brayan rozmawia z mamą na mój temat. Przystaję na chwilę by się przysłuchać. 
-Jest naprawdę miła… - to głos Sylvii.
-Wiem mamo, mówiłem ci, że ją polubisz. Jest wyjątkowa.
-Tylko uważaj by tego nie spieprzyć synu. Ona teraz potrzebuje przyjaciela, a nie nowego faceta!
-Oj mamo… -  słyszę irytację w jego głosie
-Chyba widzę jak na nią patrzysz! Jest bardzo ładna, ma taką ciekawą urodę.
-Jest słodka i niewinna, nigdy wcześniej nie poznałem kogoś takiego.
-Ty chyba też jej się podobasz – stwierdza.
-Myślisz? – słyszę zaciekawienie w głosie Brayana.
-Tak mi się wydaje ale Brayan… nic na siłę, ona dużo przeszła. Daj jej czas.
Nie słyszę co odpowiada Brayan, bo do domu wpada nagle jego rodzeństwo i pan Flowers. Brayan ma 11 letnią siostrę i 16 letniego brata ale w ogóle nie są do niego podobni. Patrzą na mnie zaskoczeni, gdy stoję w korytarzu tuż obok łazienki. 
-Dzień dobry  - mówię cicho, lekko zakłopotana.
-Tato to ta nowa dziewczyna Brayana! - piszczy dziewczynka, jest wysoka jak na swój wiek. Ma jasne kręcone włosy i brązowe oczy. Chłopak trąca ją by nic nie mówiła. Na szczęście z niezręcznej sytuacji ratuje mnie Sylvia, która wychodzi przywitać się z mężem. Pan Flowers to mężczyzna koło pięćdziesiątki. Ma typową angielską urodę, jest wysoki i  ma piwny brzuszek. Przedstawia mnie i razem wracamy do kuchni ale rodzeństwo Brayan obserwuje mnie z ukosa.
-Powiedz mi Megan...  - zwraca się do mnie pan Flowers   - Podobno szukasz mieszkania?
-Tak proszę pana, nawet dziś kilka oglądaliśmy - odpowiadam uprzejmie.
-Interesuje cię rynek wtórny?
-W sumie się nad tym nie zastanawiałam -  wzruszam ramionami.
-A co masz jakieś mieszkanie tato? - wtrąca Brayan. Tato? Mówi do niego tato.
-A no mam! - uśmiecha się -  Mój klient w ostatniej chwili zrezygnował, musiał wyjechać czy coś... Mam do sprzedania dwupoziomowe mieszkanie niedaleko twojej kawalerki synu -  unoszę zaskoczona brew.
-Gdzie dokładnie? - pytam.
-Dosłownie kilka minut od centrum handlowego, to segment w szeregowcu. Trzy pokoje na piętrze, na dole salon, kuchnia, dwie łazienki i ogródek.
-Brzmi ciekawie. Można je obejrzeć? - myślę intensywnie...własny ogródek. Fajna sprawa.
-Możemy jechać nawet teraz.
-Tato ale Meg nie szuka domu tylko mieszkania! - wtrąca Brayan.
-Chętnie obejrzę w sumie nie zastanawiałam się nad domem. Nie sądzę by było mnie na niego stać - dodaję cicho.
-Cena to 390 tysięcy, jest po remoncie i praktycznie gotowe do wprowadzenia - dodaje pan Flowers. 

Rozmawiamy jeszcze chwilę i decydujemy się pojechać obejrzeć ten dom. Faktycznie to dosłownie chwila od mieszkania Brayana i jakieś 15 minut do kawiarni. W cichej, uliczce. Zaraz obok park, szkoła i sklep. Wszystko pod ręką. Budynek wygląda podobnie do ich domu rodzinnego, z czerwonej cegły, segment w szeregowcu. Wchodzę i od razu się uśmiecham, bo widzę duże jasne pomieszczenia w salonie jest kominek, łazienka na dole świeżo wyremontowana, jest wanna narożna i prysznic. Piękne drewniane schody prowadzą na piętro. Są tam dwa mniejsze i jeden większy pokój oraz druga łazienka. W dużej sypialni jest balkon, który wychodzi na ogród. To niewielki kawałek trawnika ale grill i pompowany basen w lato się  zmieszczą. Ponownie się uśmiecham. Mieszkanie jest naprawdę ładne, wystarczy pomalować ściany i się wprowadzać. Chodzę i szczerze się do pustych ścian wyobrażając sobie jak chciałabym urządzić każde pomieszczenie. 
-Podoba mi się! Bardzo! - mówię podekscytowana i patrzę na Brayana, który przygląda mi się uważnie.
-Jeśli się szybko zdecydujesz mogę opuścić coś z ceny! -  pan Flowers mruga do mnie żartobliwie, a Brayan karci go wzrokiem.
-Tato! - burczy oburzony.
-Ja już się chyba zdecydowałam! - piszczę zadowolona.
-Meg nie żartuj! To nie jest decyzja do podjęcia w jeden dzień! - interweniuje i również gromi mnie wzrokiem.
-Nie żartuję, podoba mi się to mieszkanie. Chcę je kupić panie Flowers - spoglądam na ojczyma Brayana i uśmiecham się szeroko. 
-Jesteś pewna? - pyta.
-Tak! -  kiwam głową - Co mam podpisać? - podchodzę do Brayana i chwytam go za dłoń by go uspokoić.
-Mogę przygotować papiery na jutro - odpowiada pan Flowers. 

Ustalamy warunki. Brayan chyba nie jest zadowolony, że tak szybko się zdecydowałam ale mi naprawdę się tutaj podoba. Pan Flowers opuszcza mi z ceny prawie 50 tysięcy więc jestem bardzo zadowolona. Jeśli dobrze pójdzie w tym tygodniu to mieszkanie będzie już moje. Po nowym roku na spokojnie zajmę się meblowaniem i urządzaniem. Jestem podekscytowana!  Od razu dzwonię do banku żeby poinformować, że chcę jutro wypłacić sporą kwotę. Nie sądziłam, że tak szybko się zdecyduje, ale nad czym się tu zastanawiać? Jest tu wszystko czego będę potrzebowała. Blisko do chłopaków, cicho, spokojnie. Żegnamy się z ojcem Brayana i wracamy do jego mieszkania.
-Chyba hormony ci buzują! - stwierdza, gdy wychodzimy z auta.
-Dlaczego? Uważasz, że to mieszkanie nie jest dobre? - unoszę brew.
-Jest fajne ale masz jeszcze czas. Mogłaś poczekać z decyzją.
-Nie ma się nad czym zastanawiać Brayan... - wywracam oczami słysząc jego pouczający ton. 
-Jestem wściekły na ojca, że się tak zachował. Chciał szybko sprzedać to mieszkanie!
-Daj spokój, spuścił z ceny...
-Zawsze tak robi! -  wzdycha i otwiera mi drzwi do klatki schodowej. 
-Ja się cieszę, szkoda, że ty nie - mówię smutno.
-Oj mała, nie o to chodzi... oo prostu  podjęłaś tą decyzję jakby się paliło! Ciekawe co na to twoi rodzice. Mówiłaś im w ogóle, że chcesz tu kupić mieszkanie?
-Postawie ich przed faktem dokonanym! - zaczyna mnie irytować jego ton.
-Ciągle tak robisz! -  warczy na mnie gniewnie.
-Jestem dorosła!
-Oczywiście.

Idziemy w milczeniu na górę. Mój dobry humor poszedł w zapomnienie. Po co ja do niego  w ogóle przyjechałam? Powinnam wrócić do domu i nie chcę spędzać tu kolejnej nocy. Brayan chyba wziął za oczywiste, że dziś u niego nocuje. Nie rozumiem dlaczego? Dzwonię do Toma pochwalić się moją decyzją. Jest zaskoczony ale gratuluje mi serdecznie. Widzisz! To jest przyjaciel! Nie krytykuje mnie na każdym kroku! - mówię w myślach. Brayan mierzy mnie wzrokiem jak z ekscytacją opowiadam Tomowi o mieszkaniu. Dziś znów będzie w kawiarni do późna więc nie da rady się z nami spotkać. Umówiliśmy się, że weekend spędzimy razem, zrobimy sobie przyjacielską Wigilię. Muszę chłopakom kupić prezenty ale nie mam jeszcze pomysłu co konkretnie. Brayan nagle wychodzi z pokoju, bo do niego też dzwoni telefon. Tom musi wracać do pracy więc żegnam się i rozłączam. Standardowo idę do łazienki, a gdy wracam Brayan siedzi na kanapie i uśmiecha się szeroko.
-I kto tu ma wahania nastrojów! - stwierdzam uszczypliwie. 
-Nie uwierzysz co się stało... - mówi tajemniczo.
-No co?
-Dzwonili do mnie z linii lotniczych, ktoś przesunął nasze miejsca do biznes klasy.
-Że co?! - piszczę zaskoczona i siadam na kanapie obok niego - Kto?!
-A jak myślisz? - spogląda na mnie wymownie. 
-Nie! - kręcę głową, wiem o kim myśli.
-No, a kto inny? - opiera głowę na dłoni. 
-Niby jak? Po co?

-Nie wiem po co, mało mnie to interesuje! - wyciąga nogi i zakłada ręce za głowę – Ważne, że będę leciał w biznes klasie, a ładne stewardessy będą na każde moje zawołanie! -  uśmiecha się szelmowsko i oboje wybuchamy śmiechem. Cholera czy to możliwe żeby Erick to zrobił? Kobieta która dzwoniła do Brayana nie mogła powiedzieć kto przesunął nasze miejsca ale gdyby to był mój tata na pewno by mi przecież powiedział. Kompletnie tego nie rozumiem. Erick się nie odzywa, nie chce mnie znać, a przesuwa nasze miejsca do lepszej klasy?

3 komentarze:

  1. Świetne :D Tylko kiedy kolejny rozdział? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Rozdział pojawi się dziś wieczorem :)

      Usuń