Premiera już w lipcu!

wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział 76

Podchodzimy do lądowania, jestem jednak tak zmęczona lotem, że nie mam siły się denerwować. Brayan także spał. Z lotniska odbierze nas mój tata. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy na myśl, że zaraz wszystkich zobaczę. Wychodzimy z tunelu, a ja od razu go widzę, że jest z nim Kim i Rob. Rzucam torebkę na ziemię i biegnę w ich kierunku. Wpadam w ramiona taty i zaczynam płakać.
-Moje maleństwo! - tata tuli mnie mocno i gładzi po włosach. W tej jednej chwili jestem naprawdę szczęśliwa i spokojna, bo tak bardzo za nimi tęskniłam. Brayan dochodzi do nas i sam się przedstawia. Nie ma problemów z odnalezieniem się w nowej sytuacji., Kim patrzy na niego i rzuca mi wymowne spojrzenie. Jej zapewne Brayan także przypomina Ericka. Robert jak zwykle mało mówi ale widać, że także się cieszy.
-Jak lot dzieciaki? -  pyta tata, gdy idziemy do samochodu. Brayan i Rob ciągną nasze walizki, a Kim cały czas bacznie mnie obserwuje. Wiem, że czeka mnie  z nią poważna rozmowa, a raczej wywiad. 
-Dobrze tato. Większość lotu przespaliśmy - idziemy objęci, a silne ramiona mojego taty dla dla mniej w tej chwili najlepsze schronienie. Jestem wzruszona i rozczulona, a ciążowe hormony wcale mi nie ułatwiają. 
-Ślicznie wyglądasz córeczko! -  całuje mnie w czoło i spogląda na brzuch - Nic nie widać jeszcze -  dodaje i się uśmiecha. Wsiadamy do samochodu, tata ma dużego Land Rovera więc pomieścimy się bez problemu. Z lotniska mamy jakieś 40 minut drogi. Buzie nam się nie zamykają, a Brayan od razu złapał kontakt z moim tatą, podobnie jak Tom. Kim opowiada o przygotowaniach do ślubu, chrzcin, wesela. Jest cała w skowronkach. Po cichu informuje mnie, że Erick dalej nie potwierdził przybycia więc oddycham z ulgą. Jakoś w środku czuję, że go jednak nie zobaczę i pozwala mi to się wyluzować. 

Cudownie jest być w domu. Wjeżdżając na naszą ulicę uśmiecham się szeroko. W Nowym Jorku nie jest tak zimno jak w Londynie, nie ma też śniegu, a nawet świeci słońce. Już z samochodu widzę jak na progu stoi moja mama z Evą na rękach. Wybiegam z samochodu i od razu biegnę w ich stronę. Piszczę na powitanie i znowu zaczynam płakać.
-Boże ale ona urosła! -  nie mogę się nadziwić patrząc na Evę. Teraz jeszcze bardziej się upewniam, że jest idealną kopią Roba z najlepszymi cechami Kim. Mała śmieje się na mój widok i ciągnie za włosy - Mamo poznaj proszę, to jest Brayan - przedstawiam go, gdy do nas dołącza, a on całuje moją mamę w dłoń. O cholera! Ale dżentelmen! Ledwo opanowuję śmiech, a następnie wszyscy wchodzimy do środka.
-Będziecie musieli spać razem w twoim pokoju, bo gościnne są już zajęte -  mówi tata tachając walizki na piętro. Ma przyjechać więcej rodziny, a muszą gdzieś spać. No trudno... jakoś to zniosę. W sumie teraz też często śpimy razem, w dodatku w jednym łóżku. Brayan nie wygląda na niezadowolonego. Wręcz odwrotnie. Spoglądam na niego, a on uśmiecha się szeroki i odnoszę wrażenie, że czuje się u nas jak u siebie.

W domu pachnie świątecznymi potrawami, bo mama jak zawsze szaleje w kuchni. Od razu podaje nam obiad, zastawiając jedzeniem cały stół. Jest tyle pyszności, że nie wiem na co mam się zdecydować. Brayanowi też oczy chodzą od talerza do talerza i nakłada sobie chyba wszystkiego po trochu. Cieszę się, że poczuł się swobodnie, bo to dobry znak. 
-Pokaż mi się córeczko! - mama podchodzi do mnie i ogląda z każdej strony -  No troszkę lepiej wyglądasz, ale to jeszcze nie to... -  dodaje z troską i uśmiecha się.
-Mamo to dopiero 16 tydzień, ledwo coś widać! -  rozpinam bluzę na brzuchu by dokładnie zobaczyła.
-Ale dobrze się czujesz? Wyniki masz dobre? - dopytuje.
-Wszystko wzorowo - odpowiadam i wyjmuje z torebki teczkę z dokumentami ciąży, by pokazać im USG. Mama oczywiście wzruszyła się tak samo jak Kim, a tata z dumną przygląda się zdjęciu, jakby nie wiadomo co tam widział.
-Ale ma profil! - śmieje się Kim pokazując na zarys noska mojego synka. 
-Już widać, że będzie z niego przystojniak! - mówię z dumą w głosie, a rodzice nie orientują się, że właśnie zdradziłam płeć. Są zapatrzeni w zdjęcie i nawet nas nie słuchają. 
-W tatusia… - dodaje Kim, a ja prawie krztuszę się ziemniakami. Wszyscy milkną. O Chryste! Moja siostra i jej niewyparzony język. Nawet Brayan ma minę nie od opisania.
-No cóż! – wtrąca Brayan -  Z tatusiem czy bez i tak będzie miał najśliczniejszą mamę na świecie! -  uśmiecha się do mnie próbując rozładować jakoś tą niezręczną sytuację.
-Brayan ma racje! -  dodaje tata i patrzy na niego ciepło. Ja już nic nie jestem w stanie przełknąć, a Kim zrobiło się tak głupio, że zamilkła i do końca obiadu nie odezwała się ani słowem.
-Pewnie jesteście zmęczeni, Brayan niestety będziesz spał na materacu… -  zmienia temat moja mama i zerka na Brayana przepraszająco. 
-Nic nie szkodzi pani Donell, bywało gorzej! - on posyła jej ten swój uroczy uśmiech. 

Pomagamy z Kim posprzątać mamie po obiedzie. Wieczorem musimy jechać na próbę ślubu, a ja pierwszy raz zobaczę miejsce gdzie będzie odbywała się uroczystość. Dzwonię szybko do Toma by powiedzieć, że już dolecieliśmy. Jest zajęty, bo pomaga tacie w garażu więc rozmowa trwa jedynie chwile. Przekazuje rodzicom życzenia od Hooków i idziemy z Brayanem rozpakować walizki. musimy rozwiesić nasze ubrania by się odgniotły po długim locie.
-Typowy pokój amerykańskiej nastolatki! - stwierdza Brayan wchodząc do środka.
-Miałam 19 lat jak wyprowadziłam się do akademika. Nie bądź złośliwy! - trącam go, a on podchodzi i ogląda zdjęcia na korkowej tablicy nad moim biurkiem.
-To ty?! - pyta zaskoczony wskazując brunetkę na zdjęciu. Wtedy miałam jeszcze fajne krągłe kształty.
-Tak - kiwam głową i wyjmuje z walizki suknię, a następnie wieszam ją na drzwiach.
-Ale się zmieniłaś! - odczepia zdjęcie i przygląda się uważnie -  Musiałaś dużo schudnąć! - dodaje.
-Sugerujesz, że na tym zdjęciu jestem gruba?!  - pytam oburzona, a on się śmieje.
-Jesteś śliczna w każdym wydaniu, mała. Przecież wiesz… -  podchodzi i przykłada zdjęcie do mojej twarzy -  Ale w ciemnych włosach wyglądasz lepiej.
-Ekspert się odezwał! - burczę.
-Wróć do naturalnego koloru.
-Zastanowię się! -  gdy robi tą swoją minę nie mogę się na niego gniewać, a on zawsze to wykorzystuje. Gdy wypakowuje ostatnie rzeczy, Brayan dzwoni do mamy. Rozmawia z nią chwile mówiąc, że szczęśliwie dolecieliśmy i jesteśmy już w domu. Wywraca oczami do słuchawki, gdy słyszy jak Sylvia się rozkleja i uspokaja ją mówiąc, że przecież wróci. Uśmiecham się do niego, bo cieszy mnie fakt, że ma dobry kontakt z rodziną. Odpoczywam chwile po długim locie, bo spuchły mi kostki. Brayan siedzi z moimi rodzicami na dole. Mogłam się tego spodziewać, że będzie czuł się swobodnie, jednak miałam trochę obaw. Po ostatnich wydarzeniach spodziewałam się dosłownie wszystkiego.

Jedziemy z Kim i Robem na próbę ślubu, który odbędzie się w wynajętym przez nich dworku na Staten Island. Cholernie daleko ale cóż poradzić. Kim wymyśliła sobie ślub z bajki i właśnie tak będzie. 
-Znajdziemy czas na zwiedzanie? - pyta Brayan wyglądając za okno i podziwiając widoki. Chyba dawno nie był w Nowym Jorku. 
-Jasne. Jak tylko skończy się ten cały cyrk ze ślubem -  uśmiecham się figlarnie do mojej siostry.
-Thomas wypytywał kiedy przyjedziesz… - mówi Kim. Cholera! Kompletnie o nim zapomniałam. Thomas to brat Roba i ma być jego świadkiem. Nie widziałam go bardzo długo, ostatni raz chyba zaraz na początku ciąży Kim.
-Kto to Thomas? - pyta Brayan, zbieżność imion jest całkiem przypadkowa, bo nasz Tom jest zupełnie inny niż brat Roba. 
-To mój brat, będzie świadkiem! - odpowiada Rob zerkając na nas w lusterko -  Przyleciał sam bez osoby towarzyszącej - dodaje.
-Świetnie! - mówię z ironią, bo nie przepadamy za sobą krótko mówiąc. Jest arogancki i bezczelny, a po pijaku przystawiał się do mnie, gdy byliśmy wtedy w New Jersey jak Kim i Rob się poznali. 

Droga zajmuje nam dobre dwie godziny, a ja już jestem zmęczona. Moje kostki zbuntowały się i znowu spuchły. Boże, jak to okropnie wygląda! Kim pociesza mnie i mówi, że to normalne. Dopytałam jej czy ktoś wie o ciąży ale na szczęście oprócz rodziców nikt nie wie. Na razie tak będzie lepiej, w razie czego gdyby Erick postanowił się jednak pojawić nikt niczego przypadkiem nie wygada. Nawet nie chcę myśleć co to by wtedy było.

Dworek jest naprawdę okazały. Od razu przychodzi mi na myśl miejsce w które zabrał mnie Erick po mojej operacji. Nasz ślub miał odbyć się w podobnym miejscu. Próbuję o tym nie myśleć i staram się cieszyć szczęściem mojej siostry. Na miejscu sala jeszcze nie jest ustrojona. Ozdobami mają być świeże kwiaty więc zwiędłyby do wtorku. Jest tu jednak romantyczny klimat i to naprawdę ładne miejsce. Musiało kosztować majątek ale z tego co mówiła Kim, Robert zmienił pracę i całkiem nieźle zarabia więc może faktycznie ich na to stać.
-Powinnaś założyć inne buty -  gani mnie Brayan patrząc na moje kozaki na niewysokim obcasie.
-Musiałam założyć coś wyższego by wiedzieć czy nie wywalę się na środku! - tłumaczę się głupio, choć sama klnę na siebie, bo buty są strasznie no i te kostki.
-Jeśli ci nie odpuchną, nie będziesz mogła założyć tych butów co kupiłaś do sukienki! - stwierdza trafnie.
-Wiem.
-Mogę ci wymasować tak jak ostatnio, mówiłaś, że pomogło.. - . rzuca mi ten swój uśmiech, a ja od razu się uśmiecham.
-Zobaczymy! - odpowiadam udając niewzruszoną.

W środku czeka na nas organizatorka całej imprezy. To niska i przy tuszy Afroamerykanka, bardzo sympatyczna i profesjonalna. Wita się z nami i od razu przechodzi do rzeczy. Ślub odbędzie się w oddzielnej sali, zaraz po nim chrzest. Wesele natomiast w największej, balowej sali. 
-Chodźcie Thomas właśnie przyjechał! - mówi zadowolony Rob. Na pewno stęsknił się za bratem. On na stałe chyba mieszka w Niemczech, ale nie mam pewności. Jest starszy od Roba o rok. Są, mniej więcej w tym samym wieku co Erick. Cholera! Znowu o nim myślę! Przestań! Gani mnie moje wewnętrzne „ja”. Wychodzimy przed dworek, a gdy widzę jak z taksówki wychodzi Thomas przewracam oczami. Boże jak ja go nie trawię... działa mi na nerwy. Widząc jego uśmieszek mam ochotę znowu przewrócić oczami. Gapi się na nas, Brayana objeżdża wzrokiem od butów do czubka głowy, a mnie chyba w pierwszej chwili nie poznał. Rob wita się z nim serdecznie, bratersko. Widać, że są  zżyci, Kim za to też za nim nie przepada ale tego nie okazuje.
-Moja śliczna bratowa! - wita się Thomas i całuje ją w oba policzki - A to jej siostrzyczka... -  rzuca i uśmiecha się - Witaj Megan! -  spogląda na mnie i również mnie obcałowuje.
-Cześć Thomasie. Kopę lat! - bąkam złośliwie - Poznaj proszę, to Brayan Green - przedstawiam ich sobie.
-Thomas brat Roba-  podają sobie dłonie, a Brayan także mierzy go wzrokiem. Chyba coś wyczuwa. Rozmawiamy chwilę, Thomas zaczyna swoje opowieści jak to mu się cudownie żyje, gdzie to ostatnio nie był, czego nie widział... Chryste! Co za palant! Dobrze, że będę widywała go tylko od wielkiego dzwonu. Fizycznie jest podobny do Roba, ale charakter i sposób bycia mają zupełnie inny.

Po próbie ślubu, która przebiegła dość gładko, Kim i Rob ustalają ostatnie szczegóły z organizatorką, a my czekamy we trójkę w dużym holu.
-Słyszałem, że do Londynu cię zaniosło… -  zaczyna swoje podchody Thomas.
-Tak Thomasie, mieszkam teraz w Londynie i zamierzam tam zostać... co najmniej na kilka lat - odpowiadam najmilej jak umiem, Brayan jest podirytowany ale na szczęście się nie odzywa.
-Czasami tam bywam, możemy się spotkać na drinka... pogadać. W końcu zaraz zostaniemy rodziną - Thomas zbliża się do mnie zaburzając moją osobistą przestrzeń. 
-Jasne, czemu nie? - odpowiadam z grzeczności.
-Chyba jednak raczej nie bardzo… - wtrąca Brayan. Zaskoczona patrzę na niego, Thomas także.
-A to niby dlaczego? - pyta wyniośle.
-Bo ona nie może pić - O cholera! Patrzę spanikowana, chyba mu nie powie?
-Bo? - unosi brew.
-Bo jest w ciąży - patrzy na mnie wymownie i wiem, że zrobił to specjalnie. Thomas wygląda jakby zapomniał oddychać. Pierwszy raz widzę jak zabrakło mu języka w gębie. To całkiem zabawny widok. Ganię Brayana wzrokiem, wie, że się wkurzyłam ale chyba nic sobie z tego nie robi.
-Moje gratulacje - duka w końcu Thomas ale wiem, że robi to nieszczerze.
-Dziękuję - wymuszam uśmiech.
-Rozumiem, że to poufna wiadomość? - zaskakuje mnie tym pytaniem. Jakby domyślał się, że nie chcę o tym rozpowiadać.
-Jeśli byś mógł zachować to dla siebie, to będziemy wdzięczni! -  odpowiada Brayan i obejmuje mnie ramieniem. Kurwa co on wyprawia!?
-Jasne! -  bąka Thomas i patrzy na mnie z politowaniem, po czym przeprasza nas na chwilę.
-Co ty wyprawiasz? -  zrzucam  dłoń Brayana ze swojego ramienia i robię krok by zlustrować go wzrokiem.
-Uratowałem cię od jego końskich zalotów -  odpowiada spokojnie.
-Zwariowałeś? Jakich zalotów? My się wręcz nie lubimy! - piszczę cicho.
-Ty jego... ale on ma na ciebie ochotę. Widać to jak na dłoni - stwierdza wprost.
-Pogięło cię! - oburzona robię kolejny krok w tył.
-Uwierz mi, znam ten typ - uśmiecha się, jakby miał na myśli siebie. Nie! To zupełnie inna liga... Thomas jest arogancki, wredny, a Brayan...hmmm.. w sumie jak go poznałam też taki był, jednak w nim jest coś co sprawia, że mimo wszystko mu ufam.
-Więc postanowiłeś wygadać się o mojej ciąży i dać do zrozumienia, że jesteś ojcem?! - wracam do tematu.
-Gówno mnie obchodzi co pomyśli, najważniejsze by dał ci spokój. Chyba nie chcesz by cię obłapiał cały wieczór?
-No nie chcę - przyznaje mu rację.
-To teraz już nie będzie! -  uśmiecha się tryumfalnie i ponownie obejmuje mnie ramieniem.
-To nie było mądre z twojej strony, a jeśli komuś powie?
-Nie powie, nie martw się za zapas! -  całuje mnie w czoło, a ten czuły gest sprawia, że nie mogę się na niego gniewać - Masz gorącą głowę, dobrze się czujesz? - pyta troskliwie.
-Jestem zmęczona, nic mi nie będzie - uśmiecham się. Wracamy do samochodu, bo nie mogę wystać w tych butach. Zdejmuję je od razu i rozkładam nogi na tylnym siedzeniu Robertowego mercedesa. Nawet nie wiedziałam, że kupili sobie taki samochód. Rob musi naprawdę nieźle zarabiać. Brayan delikatnie masuje mi kostki, od razu mi lepiej. Naprawdę dobrze to robi, a jego zwinne palce potrafią zdziałać cuda na moich opuchniętych kostkach oczywiście. Zamykam oczy i mruczę cicho. Dokładnie tego było mi potrzeba. 

Dwugodzinny masaż w drodze powrotnej całkowicie mnie zrelaksował. Opuchlizna zeszła jak ręką odjął. Gdy wracamy do domu jest już późno, a po kolacji wszyscy rozchodzą się do swoich pokoi. Jutro jest Wigilia i mają przyjechać rodzice Roba i Thomas więc od rana w domu będzie niezły Sajgon. Żegnamy się ze wszystkimi i idziemy do mojego pokoju.
-Masz naprawdę fajną rodzinę - mówi Brayan, gdy już leżymy. Oboje wzięliśmy szybki prysznic, oczywiście nie razem.
-Dzięki. Kocham ich ale już jestem nimi zmęczona - uśmiecham się.
-Kimberly jest całkowicie inna, aż dziw bierze, że jesteście siostrami.
-Nie ty pierwszy tak mówisz! -  kładę się na boku i opieram głowę na łokciu by patrzeć na niego. Leży obok na materacu, jest w koszulce bez rękawów i spodniach od piżamy.
-Widać, że ten Rob świata poza nią nie widzi - dodaje, a ja znowu się uśmiecham, bo chyba zebrało mu się na gadanie.
-Wpadł po uszy, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia -  zamyślam się na wspomnienie tego wieczoru, jak się poznali podczas wyjazdu do New Jersey.
-To była wpadka? - pyta nagle.
-Co? - nie zrozumiałam w pierwszej chwili.
-No Eva, nie jest planowana, prawda? - wyjaśnia.
-No nie -  uśmiecham się - Ale gdy widzę jacy są szczęśliwi dziękuję Bogu, że im ją podarował. Jest taka słodka i chyba jeszcze bardziej zbliżyła ich do siebie.
-Jest cudowna, śmieje się do każdego. Nawet do mnie mimo, że jestem obcym człowiekiem -  wzdycha z żalem, wiem, że myśli o Vincencie.
-Oboje daliśmy dupy, co? Ja będę samotną matką, a ty ojcem, który nie może widywać syna. Do kitu! - próbuję powiedzieć to żartobliwie jednak ściska mnie w żołądku.
-Wszystko bym oddał by móc go widywać, Meg. Nie jestem najlepszym człowiekiem, spieprzyłem wiele spraw ale kocham go. To mój syn! - widzę jak zaciska pięści, minę ma smutną, wręcz udręczoną.
-Wiem, Brayan! - wyciągam do niego dłoń by pociesznie pogłaskać go po ramieniu.
-Tęsknię za nim, nie widziałem go od ponad roku. Nawet nie wiem jak teraz wygląda, na pewno już chodzi i pewnie mówi. Nie było mnie w żadnym ważnym momencie! Nienawidzę siebie za to! - widzę jak do oczu napływają mu łzy. Boże, jak mi go szkoda. Zsuwam się z łóżka na jego materac by go przytulić. Czuję, że tak właśnie powinnam zrobić. 
-Nadejdzie czas, że go odzyskasz. Zobaczysz… -  wiem, że to marne słowa pocieszenia ale co mam mu powiedzieć?
-Nigdy nie zadrobię tych chwil które straciłem, ale jeśli uda mi się odzyskać prawa rodzicielskie to udowodnię, że jestem dobrym ojcem. Zapewnię mu wszystko, wszystko co najlepsze. Szkoły, zajęcia, wakacje... Wszystko czego nie dał mi mój ojciec… -  wtulam głowę w jego szyje.
-Wiem, Brayan - powtarzam cicho.
-Śpij dziś ze mną… -  szepcze, a ja zerkam na niego niepewnie – Proszę. Obiecuje, że nic się nie stanie.
-Dobrze - zgadzam się jestem jednak pełna obaw.
-Dziękuję! -  całuje mnie w czubek nosa - Nawet nie wiesz ile znaczy dla mnie to, że mnie tu zaprosiłaś. Przepraszam za ten sobotni wieczór. Nie wiem co mnie opętało?
-Na szczęście nic takiego się nie stało - próbuję by zabrzmiało to wiarygodnie, choć w środku cała drżę na samo wspomnienie tamtego wieczoru. 
-Ale mogło... Dopiero gdy zaczęłaś krzyczeć i mnie odepchnęłaś uświadomiłem sobie co ja kurwa wyprawiam? Byłem na siebie tak wściekły, że musiałem rano iść pobiegać.
-Naprawdę nic się nie stało... - powtarzam mając nadzieje, że nie będzie ciągnął dalej tego tematu.
-Zacząłem myśleć o tym co przeszłaś... - niestety mówi dalej, a ja przełykam ślinę - O gwałcie, o tym Filipie...czy jak mu tam? O tym całym gównie. Kurwa gdy pomyślę, że prawie to się stało! Ty tego nie chciałaś, a ja zachowałem się jak jakiś sukinsyn myślący jedynie fiutem!
-Proszę przestań. Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać - spuszczam wzrok. Chyba jednak nie jestem gotowa na tą rozmowę.
-Gdybym cię skrzywdził... - urywa w pół zdania, a na jego twarzy znowu maluje się udręka.
-Nie skrzywdziłeś, wszystko jest w porządku! - chwytam jego brodę - To nie jest tak, że ja nie chciałam... chciałam czy nie... Sama już nie wiem? Wiem, że pragnęłam cię, wtedy, w tamtym momencie ale nie mogłam tego zrobić. Nie chcę więcej komplikować - wyjaśniam pragnąc by mnie zrozumiał. To nie ten moment. Najbardziej nieodpowiednia chwila i mojego i jego życia. 
-Oj mała! - obejmuje mnie i przytula - Może kiedyś, w innym momencie naszego życia będzie nam dane być razem. Uwierz mi, bardzo bym tego chciał… -  to wyznanie mnie zaskakuj. Nie spodziewałam się czegoś takiego. Myślałam, że to tylko pożądanie z jego strony, a on zaczyna czuć coś więcej. 
-Nie... - przerywa mi.
-Nic już lepiej nie mów. Daj mi zasnąć ze świadomością, że to może być jednak prawda -  wzdycham głęboko i patrzę w jego oczy. Brayan również patrzy na mnie z intensywnością i nieukrywaną fascynacją. 
-Ok… -  szepczę i całuję go w usta. Pierwszy raz. Delikatnie muskam wargami jego wargi i wiem, że Brayan ma ochotę na więcej ale nie posuwa się o krok dalej. Uśmiecha się tylko.
-Dobranoc -  mruczy przekręcając się na bok i obejmuje mnie w pasie.
-Dobranoc, Brayan - układam się pod kontur jego ciała i splatam nasze dłonie na wysokości mojego brzucha. Naprawdę czuję się przy nim bezpieczna i szczęśliwa. On daje mi nadzieję na to, że wszystko się ułoży. Wtula nos w moje włosy i oboje zasypiamy.

Wtorek,  24 Grudnia

Jak zwykle jest mi za gorąco. Przebudziłam się oplątana ramionami Brayan. Wtulił się we mnie jak małe dziecko i przespał tak całą noc. Nie chcę go budzić więc staram się jeszcze zasnąć. Standardowo jednak po chwili zachciewa mi się do łazienki no i nie mam już wyjścia. Zdejmuje z siebie jego dłoń i delikatnie schodzę z materaca, przechodzę przez moje łóżko, a gdy już jestem prawie przy drzwiach zaczepiam stopą o jego walizkę, która przewraca się z impetem na podłogę. Zamykam oczy. Cholera!
-Chryste znowu to samo! - burczy nie otwierając oczu.
-Przepraszam! - składam przepraszająco dłonie, a Brayan otwiera jedno oko.
-Jeśli tak miałoby być codziennie to chyba zmienię zdanie na temat chęci budzenia się przy tobie! - rzuca żartobliwie -  Ładna piżama -  dodaje, a ja oblewam się rumieńcem. Mam na sobie piżamę jeszcze z czasów szkolnych, na koszulce jest wielka kolorowa krowa, a spodenki to mini różowe szorty.
-Spadaj! - idę pędem do łazienki, a już z korytarza słyszę, że na dole mama króluje w kuchni. Tata zapewne pojechał na lotnisko po rodziców Roberta. Mają dziś przylecieć. Jest wcześnie więc wracam do pokoju, Brayan jeszcze leży ale już nie zasnął. 
-Nie mam żadnych prezentów dla twoich rodziców! - mówi nagle, gdy wracam do pokoju. 
-I co z tego? Ja dla nich mam, możemy podarować je razem - siadam na łóżku i patrzę na niego jak leży na materacu z rękoma założonymi za głowę. 
-Głupio tak, nie pomyślałem o tym w ogóle. Ty moim rodzicom kupiłaś...
-Daj spokój, damy razem. Oni dla ciebie pewnie też nic nie mają! - próbuję go uspokoić, bo Brayan nie ma obowiązku kupowania prezentów całej mojej rodzinie.
-Ten Thomas dziś będzie? - pyta złośliwie.
-Tak, rodzice Roberta dziś przylatują.
-Łączyło cię coś z nim? - zaskakuje mnie tym pytaniem. Posyłam mu krzywe spojrzenie. 
-Co? Nie! Dlaczego miałoby łączyć?
-Nie wiem? - wzrusza ramionami -  Tak tylko pomyślałem.
-Poznałam go na tym wyjeździe majowym rok temu ale od razu mnie wkurzał. Cały czas był pijany, przez 5 dni chyba ani razu nie wytrzeźwiał. Moja siostra i Robert nie odrywali od siebie rąk, a ja byłam zmuszona siedzieć z nim. Straszny z niego palant, chwalipięta i megaloman...  - znowu się krzywię ale to czysta prawda. 
-Nic wtedy nie próbował? - zerkam na Brayana. A co mu się tak zebrało na wywiad z rana?
-Przystawiał się do mnie, ale tylko dlatego, że był pijany. No i ten ocean... - przerywam w pół zdania i gryzę się w język.
-Jaki ocean? - Brayan od razu wyłapuje moje zawahanie i wiem, że mi nie odpuści.
-Oj nic!  - próbuję go zbyć.
-Gadaj! - uśmiecha się i siada na materacu.
-Nawet Kim o tym nie wie... - dodaję cicho.
-Tym bardziej gadaj! - mówi zaciekawiony.
-Ostatniego wieczoru byłam już taka zła, że także się upiłam… -  Brayan robi wielkie oczy ale słucha dalej -  Poszłam z Thomasem nad ocean  i kąpaliśmy się na golasa. To był maj, woda była cholernie zimna i rozchorowałam się potem. Musiałam ściemniać, że nie wiem dlaczego, bo przecież nie mogłam się przyznać! -  uśmiecham się głupio.
-Niezłe z ciebie ziółko! - stwierdza sarkastycznie.
-Wcale nie! Rzadko zdarzały mi się takie sytuacje! - próbuję się wytłumaczyć.
-Ciężko uwierzyć, że byłaś tak długo dziewicą - mówi nagle i przypatruje się uważnie.
-Tak jakoś wyszło - wzruszam ramionami. Myślę od razu o Ericku, bo to jemu oddałam się po raz pierwszy i mimo tego jak to wszystko się skończyło, nie żałuję. Chwile które z nim spędziłam, wspomnienia... nigdy tego nie zapomnę.
-Chyba nigdy nie miałem dziewicy - dodaje drapiąc się po głowie.
-To teraz taka rzadkość! - śmieje się -  Zresztą sam mówiłeś, że wolisz doświadczone dziewczyny.
-Bo wolę, ale fajnie też jest mieć świadomość, że dziewczyna się szanuje i nie chodzi do łóżka z każdym  - mówi poważnie.
-Sam sobie zaprzeczasz, Brayan. Ma być doświadczona ale nie mieć dużo facetów przed tobą, tak się chyba nie da - unoszę brew.
-Szukam wrodzonego talentu - stwierdza przybierając ten swój uśmieszek.
-Głupek! - rzucam w niego poduszką, a on się śmieje w głos. Rozmawiamy prawie przez cały ranek, o głupotach. Nie poruszamy trudnych tematów. Koło dziesiątej schodzimy do kuchni na śniadanie. Kim i Rob mają być dopiero na Wigilijnej kolacji. Dziś oprócz rodziców Roba przylatuje i przyjeżdża także reszta rodziny więc będzie w domu mnóstwo osób. Ledo się pomieścimy w dwóch domach.

-Dzień dobry! -  moja mama posyła nam promienny uśmiech. Wygląda naprawdę pięknie mimo tego iż jest w fartuchu i stoi nad kuchnią pełną garów.
-Dzień dobry, pani Donell! - odpowiada Brayan swoim świdrującym tonem. Czy on flirtuje z moją matką? Spoglądam na niego niepewnie. 
-Jak się spało? Przepraszam za ten materac ale... -  ten przerywa jej w pół zdania.
-Nic nie szkodzi pani Donell, przy pani córce i tak nigdy się nie wysypiam! -  kopię go pod stołem w łydkę. Moja mama robi zaskoczoną minę ale uśmiecha się. Cholera, co ona sobie pomyśli? - Zawsze się rano głośno zachowuje - dodaje w roli wyjaśnienia i uratowania mi tyłka przed tłumaczeniem się. Chociaż mama i tak już pewnie swoje myśli. O rany! 
-No tak. Zawsze jej coś spadnie albo niechcący trzaśnie drzwiami! - uśmiecha się mama i posyła mi czułe spojrzenie - Cała Meg...
-Oj mamo! Nie zawstydzaj mnie przy gościu! Nie wszyscy muszą wiedzieć jaka ze mnie czasami niezdara! - piszczę udając oburzoną.
-Bardzo śliczna niezdara! - wtrąca Brayan - Wiadomo po kim -  wskazuje dłonią na moją mamę, która mało nie mdleje ze szczęścia. O Chryste! Czy on tak działa nawet na dojrzałe kobiety?
-Udały mam się córki, prawda? - pyta chyba tylko po to żeby Brayan dalej łechtał jej próżność.
-Oj tak -  mruczy w odpowiedzi Brayan. Boże co za ludzie!
-Dobra mamo! - przerywam ich pogadankę -  Lepiej mów w czym mam ci pomóc?
-W niczym skarbie. Oszalałaś chyba jeśli myślisz, że pozwolę ci cokolwiek robić - karci mnie wzrokiem.
-Mamo ja nie jestem chora! - mówię oburzona. Wiedziałam, że tak będzie!
-Możecie jechać po choinkę, bo tata coś nie wraca. Może lot się opóźnił?
-Świetny pomysł! -  dodaje Brayan.
-Ta cudowny! - wywracam oczami - Dobra zbierajmy się, bo wszystkie najładniejsze drzewka nam wykupią - wstaje i idę na górę by się ubrać. Zakładam leginsy i dłuższy bordowy sweterek, nie będę się stroiła na targ. Związuje włosy nawet się nie malując. Moja cera wypiękniała  i nawet bez makijażu czuję się dobrze. Brayan zarzuca szary dres i bluzę do kompletu.
-Weźcie mój samochód! - mama rzuca kluczyki Brayanowi. Zakładamy buty, kurtki i idziemy do garażu. Nawet nie wiedziałam, że mama zmieniła auto. Widząc czerwoną Hondę Civic jestem zaskoczona. Otwieram bramę, a Brayan wyjeżdża na podjazd. Potrafi prowadzić samochody i angielskie i amerykańskie. To dobrze, bo ja odzwyczaiłam się od bycia kierowcą. Przed domem spotykam sąsiadkę, która oczywiście wypytuje co u mnie. Rozmawiam z nią krótko mówiąc, że nam się śpieszy. Przygląda się uważnie Brayanowi no i mnie ale na szczęście nic nie zauważa.  Jedynie to, że schudłam więc o ciąży na pewno nie pomyśli. Jedziemy na pobliski targ, jest mnóstwo ludzi. Wielu z nich znam z widzenia, to sąsiedzi, starzy znajomi ze szkoły. Część z tych osób w ogóle mnie chyba nie poznała. Jednak gdy wybieramy choinkę, słyszę znajomy głos.
-Cześć Meggi! - odwracam się i widzę Michaela idącego w naszą stronę. O Chryste! Próbuję udać, że nie słyszałam i go nie widzę ale marnie mi to wyszło. Podchodzi i staje bezpośrednio przede mną, omijając wzrokiem Brayana.
-Cześć.. -  mówię cicho.
-Nie wiedziałem, że wracasz na święta. Miło cię widzieć! -  odpowiada spokojnie i nachyla się by się przywitać, obejmuje go z lekką z niechęcią. Brayan patrzy na nas i lustruje Michaela wzrokiem.
-Przyleciałam głównie ze względu na ślub i chrzciny -  bąkam. Brayan przysuwa się do mnie i bierze mnie pod rękę.
-Może nas sobie przestawisz -  szepcze mi do ucha i przyjmuje ten swój wredny uśmieszek.
-A tak, Mike poznaj proszę to Brayan Green, Brayan to Michael Valter! -  mężczyźni ściskają sobie dłonie. Stężenie testosteronu zdecydowanie przekroczyło już górną granicę normy. 
-Nowy nabytek? - pyta złośliwie Mike. 
-Przyjaciel! Nie nabytek! - warczę.
-Ostatnio spotykałaś się z tym milionerem, Evansem. To już nie aktualne? - mierzy mnie podejrzliwie wzrokiem.
-Nie -  odpowiadam zdawkowo i mam ochotę stamtąd uciec.
-To może dasz się namówić na spotkanie? – Boże, a temu dalej nie przeszło? Co ja mam za cholernie szczęście? - Do kiedy zostajesz? - dodaje.
-Jeszcze nie wiemy do kiedy zostajemy - wtrąca Brayan podkreślając słowo „zostajemy” - Zresztą mamy już plany - dodaje i obejmuje mnie w pasie  - To co mała, może być ta choinka? - pokazuje na tą którą oglądaliśmy przed chwilą.
-Może być - odpowiadam cicho. Czuję się niezręcznie i jest mi cholernie głupio.
-Wybacz Michaelu musimy już iść! -  dodaje zadowolony z siebie Brayan.
-Oczywiście nie zatrzymuję was! - patrząc na mnie - Zadzwoń jak będziesz chciała się spotkać, numer mam ten sam - nachyla się i chce mnie pocałować w policzek ale Brayan obejmuje mnie mocniej skutecznie mu to uniemożliwiając.
-Raczej nie zadzwoni - uśmiecha się wrednie, a Mike chyba nie bardzo wie co odpowiedzieć. Wycofuje się bez słowa i znika w tłumie ludzi -  Kto to kurwa był? - pyta lekko wkurzony Brayan.
-Znajomy z liceum - wywracam oczami.
-Znajomy? Chyba jakiś bliższy! - staje przede mną i patrzy mi prosto w oczy.
-Stare czasy, było minęło!
-Kolejny adorator. Ilu ich jeszcze masz w zanadrzu? - ton ma zimny, wręcz pretensjonalny. 
-Jaki adorator? To mój były chłopak! Byliśmy razem w liceum i na studiach! - tłumaczę się.
-Ach tak! Były chłopak... - mierzy mnie wzrokiem.
-Szkolna miłość - dodaję cicho.
-Twoja pierwsza miłość...
-Szczeniacka. On nie traktował mnie poważnie, zdradzał mnie na prawo i lewo, a ja nie chciałam w to wierzyć, aż  nakryłam go w moim pokoju w akademiku... - urywam w pół zdania, bo nie lubię o tym mówić.
-Sypiałaś z nim? - pyta. Czy on oszalał? Zadaje mi takie pytanie na środku targu?
-Domyśl się! - warczę i odwracam się od niego -  Poprosimy tą choinkę - mówię do sprzedawcy i pokazuję na drzewko, które wybraliśmy. Jestem tak wściekła, cała aż się trzęsę. Co on sobie myśli? Będzie mi urządzał sceny jakiejś durnej zazdrości? Chyba mu się coś pomieszało! Brayan bierze drzewko na plecy i idziemy do samochodu, w milczeniu. Ja nawet na niego nie patrzę. Uwiązuje je na dachu i wracamy szybko. W domu okazuje się, że nasi goście już dotarli i właśnie siedzą w kuchni.
-Tata też kupił drzewko! - woła od progu mama i  śmieje się głośno - Będziemy mieli dwie choinki w tym rok -  dodaje. Witamy się z rodzicami Roberta i Thomasa, jego na szczęście nie ma, bo chyba pomaga Robowi w ich domu. Mama widząc, że nie mam humoru o nic nie pyta i pozwala mi iść na górę. Chcę pobyć chwilę sama, jednak Brayan oczywiście po chwili przychodzi do pokoju.
-Odpowiesz mi czy nie? - pyta od progu opierając się biodrem o komodę. Nogi skrzyżował w kostkach i wpatruje się we mnie.
-Dobrze wiesz, że z nim nie sypiałam! - syczę.
-Chciałem się upewnić - uśmiecha się i jak gdyby nigdy nic siada obok mnie na łóżku.
-Czasami z ciebie taki dupek! - wstaję i nerwowo chodzę po pokoju. Nie mogę się uspokoić, strasznie mnie wkurzył.
-Długo ze sobą byliście? - pyta. Cholera, on ma bardziej zmienne humory niż ja.
-Już mówiłam od liceum do drugiego roku studiów - mamroczę w odpowiedzi.
-Jak udało ci się uniknąć seksu? - nie wiem czy ma z tego ubaw czy po prostu jest ciekawy.
-Wystarczy nie rozkładać nóg! - wywracam oczami. 
-I tak nic? Nigdy? - poprawia się na łóżku, jest ewidentnie zaciekawiony.
-Co nic? Co nigdy? O co ci kurde chodzi, Brayan?
-No wiesz - uśmiecha się.
-Tylko się całowaliśmy! Nie robiłam mu dobrze, on też nic mi nie robił... Może parę razy dotykał moich piersi! Zadowolony!? -  wyduszam z siebie jednym tchem i odwracam się do okna. Nie lubię rozpamiętywać przeszłości. Szczególnie tego okresu,bo  nie było mi łatwo, gdy wszyscy na około wiedzieli jaki on jest, a ja udawałam głupią i naiwną i o niczym nie miałam pojęcia. Mam ochotę krzyknąć ze złości ale się powstrzymuje. Zamykam oczy i kładę zaciśnięte pięści na parapecie.
-Hej mała, nie chciałem cię wkurzyć! - Brayan podchodzi do mnie od tyłu i delikatnie obejmuje ramieniem w obawie, że go odtrącę.
-Ale ci się udało! - warczę, do oczu napływają mi łzy. On jest zaskoczony moją reakcją, ja w sumie sama jestem zaskoczona. Mike to dla mnie przeszłość, nic dla mnie nie znaczy. To pewnie przez hormony tak mi odbija. 
-No już! - odwraca mnie przodem do siebie i przytula -  Przepraszam - mówi, chyba szczerze. Wtulam głowę w jego ramiona i oddycham głęboko - Mamy do ubrania dwie choinki - dodaje by mnie pocieszyć. Spoglądam na niego, a on uśmiecha się szeroko. Boże, jaki on jest seksowny!
-Wiem -  odpowiadam zdawkowo odsuwając od siebie brudne myśli.
-O której jest Wigilia? - puszcza mnie wracając na łóżko, a ja wzdycham z ulgą. Jego bliskość jest dla mnie zbyt zgubna.
-O piątej, mamy jeszcze trochę czasu - odpowiadam zerkając na okrągły zegar wiszący nad łóżkiem. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz