Premiera już w lipcu!

środa, 19 sierpnia 2015

Rozdział 77

Schodzimy na dół wykazując gotowość do ustrojenia drzewek. Tata i Brayan obsadzając je na stojakach w ogrodzie i wnoszą do salonu. Jedną postawimy na ganku, a druga zostanie w domu. Pomagam mamie znieść wszystkie lampki i ozdoby z góry, całe mnóstwo łańcuchów i bombek, niektóre ręcznie robione przede mnie i Kim jeszcze z dawnych lat. Rozklejam się na myśl, że za rok na święta będzie z nami mój syn. Brayan od razu to zauważa i pociera delikatnie moją dłoń. Tak bardzo bym chciała by to wszystko się ułożyło. Podtrzymuje mnie, gdy wieszam gwiazdę na czubku. Włącza lampki.
-No piękna! - klaszcze w dłonie moja mama uśmiechając się szeroko.
-A Kim już ubrała? - pytam poprawiając moją ulubioną bombkę. 
-Tak, rano z Robem i Tomem. Będę na kolacji! -  odpowiada i wraca do kuchni. Zapachy wigilijnych potraw wypełniają cały dom, a ja podjadam co chwila pyszności, które mama rozstawia na stole i tym razem nie obrywam za to. Co roku mama ganiała nas by nie podjadać przed kolacją, jednak tym razem mam taryfę ulgową, co bardzo mi odpowiada. Brayan poszedł zadzwonić do swojej mamy i Toma. Nie widziałam go niecałe 2 dni, a już za nim tęsknię. Mam nadzieję, że uda mu się przylecieć na Sylwestra. Jeszcze nie mamy konkretnych planów ale chciałabym spędzić go z rodziną i przyjaciółmi. Nic więcej mi w tym momencie nie potrzeba. Zaczynam się przyzwyczajać do myśli, że Erick naprawdę nie chce mnie znać. Nie odezwał się od tamtej pory... zastanawia mnie tylko ta zmiana miejsc w samolocie ale zapewne nigdy się nie dowiem kto naprawdę za tym stoi.

Kilka minut przed rozpoczęciem kolacji kończę się ubierać. Założyłam czerwoną dzianinową sukienkę odcinaną pod biustem, która ładnie opina się na moich biodrach jednak na brzuchu jest luźniejsza. Mama zaplotła mi  dobierany warkocz, który pasuje idealnie, a czerwone usta i lekki makijaż oczu dopełniają świątecznego wizerunku. Wyglądam dojrzale i z klasą. Brayan założył elegancje czarne spodnie i jasno-niebieską koszulę bez krawata. Prezentuje się schludnie i na luzie. Pomijam fakt, że wygląda nieziemsko seksownie. 

Prezenty leżą już pod choinką i otworzymy je zaraz po kolacji. Na dole są już wszyscy, moi rodzice, Kim, Eva, Rob, nasza i jego rodzina. Punkt piąta zasiadamy do kolacji, a tata podczas świątecznego oficjalnego przemówienia składa wszystkim życzenia. Gdy zaczyna mówić o zmianach w życiu i byciu szczęśliwym ściska mnie w gardle, bo wiem co ma na myśli. Rodzice Roberta nie wiedzą, że jestem w ciąży... no chyba, że Thomas im wygadał, jednak sądząc po ich zachowaniu nie mają o tym pojęcia. Siedzę między Brayanem, a Kimberly, która trzyma na kolanach małą Evę. Wygląda przesłodko w stroju małego Renifera. Wszyscy są podekscytowani jutrzejszym wydarzeniem więc ten temat nie schodzi nam z ust. Thomas siedzi zadziwiająco milcząco i nawet się na mnie nie patrzy, co bardzo mnie cieszy. Brayan za to rzuca tekstami jak z rękawa, że co chwila wszyscy wybuchamy śmiechem. Kim przypatruje nam się uważnie i wiem, że ma swoją teorię na nasz temat.
-No dobrze teraz czas na prezenty! - mówi tata wstając od stołu. Bierze Evę na ręce i podchodzi z nią do choinki, a mała śmieje się jak szalona patrząc na kolorowe bombki. w
Wyciąga swoje malutkie rączki i każdą chce dotknąć. Rozdając prezenty tata każe każdemu z osobna mówić wierszyk i pyta czy był grzeczny, a gdy nadchodzi moja kolej, wstaję i siadam tacie na kolano. Chce mi się śmiać ale próbuję się powstrzymać.
-Wiec jak córeczko, byłaś w tym roku grzeczna? - pyta rozbawiony.
-Nie! - krzyczy Kim i mruga do mnie żartobliwie.
-Tak, Święty Mikołaju byłam grzeczna! -  odpowiadam robiąc słodką minę, a Brayan patrzy na mnie rozbawiony. 
-No dobrze...  - tata sięga pod choinkę po kolorową kopertę -  Święty Mikołaj nie wiedział dokładnie co byś chciała więc zadecydował podarować ci to - wręcza mi ją.
-Dziękuję Święty Mikołaju! -  całuje tatę w policzki i delikatnie otwieram kopertę. Wyjmuję ze środka niewielką karteczkę i czytam na głos.

Dla naszej wspaniałej córki, żeby wszystko poukładało się po jej myśli. Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć.

Rodzice

Wyjmuję kolejną kartę na której widzę.... to co widzę sprawia, że prawie spadam z kolan taty. Patrzę z niedowierzaniem i nie wiem co zrobić. Rozdziawiam buzię ze zdziwienia.
-Kupiliście mi dom?! - wyduszam z siebie zaskoczona, Brayan spogląda na mnie równie zaszokowany jak ja.
-Tak, kochanie! - odpowiada zadowolony tata - Ale nie martw się, nie tu w okolicy -  dodaje myśląc, że moja reakcja spowodowana jest obawami właśnie przed tym.
-Na Long Island na osiedlu ekologicznych domów, skarbie! -  dodaje uśmiechnięta mama -  Możesz wprowadzić się w każdej chwili - mówi dalej.
-Ale... - robię się blada i czuję jak cała krew odpływa mi z twarzy, a serce wali jak szalone. Wszyscy patrzą na mnie dziwnie - Ale ja nie wracam do Nowego Jorku… - wyduszam z siebie. Cała atmosfera siada w jednej sekundzie. Brayanowi jest głupio, Kim patrzy na mnie karcąco, rodzice także. Cudownie!
-Jak to nie wracasz? - wypala moja siostra.
-Mówiłam już, że nie wracam! Jeśli chcecie wiedzieć kupiłam tam dom! - oznajmiam w emocjach. Jest mi  cholernie głupio, że im nie powiedziałam wcześniej, kompletnie nie spodziewałam się, że rodzice sprawią mi taki prezent. 
-Że co?! - wyrywa się mama, minę ma gniewną.
-Kupiłam dom w Londynie, po powrocie podpisuję papiery - wyjaśniam spokojnie.
-Chyba oszalałaś! - wtrąca tata.
-Nie tato, jestem całkiem normalna! - karcę go wzrokiem.
-Będziesz tam sama? Z dzieckiem?! - Wygaduje się mama, mina rodziców Roba w tym momencie jest nie do opisania.
-Nie sama! - patrzę na Brayana, który nie wie co ma powiedzieć. Widzę po jego minie, że najchętniej by uciekł - Chce mojego syna urodzić w Londynie i tam chcę go wychować!  - dodaję oburzona.
-Syna? Znasz już płeć?! - moja mama po raz kolejny jest zaskoczona. O Chryste!
-Tak, będziecie mieli wnuka mamo! - mówię i wstaję z kolan taty, który puszcza mnie nadal będąc w szoku - Przepraszam, że popsułam wam Święta. Najwidoczniej w ogóle nie powinnam była przylatywać - dodaję ze łzami w oczach i wybiegam z salonu na górę prosto do swojego pokoju. Zamykam się od środka. Rzucam się na łóżko i zaczynam płakać. Po chwili mój płacz to już lament. Dlaczego jeszcze do nich nie dotarło, że nie wrócę tutaj? Nie chcę i nie mogę! Jest mi tak cholernie przykro i głupio, że kupili mi dom. Gdybym im powiedziała o swoich planach taka sytuacja nie miała by miejsca. Chciałam zrobić im niespodziankę, a wyszło jak zawsze. Znowu wyjdzie na to, że nic im nie mówię i podejmuję złe decyzje. Z nerwów, aż rozbolał mnie brzuch. Staram się uspokoić i gładzę go dłonią. Spokojnie synku, wszystko będzie dobrze. Mówię do siebie bo wiem, że stres nie jest wskazany. Oddycham głęboko, a po chwili ból przechodzi i słyszę pukanie do drzwi.
-Mała otwórz, to ja - przejęty głos Brayana sprawia, że znowu ściska mnie w żołądku. Wstaję i otwieram mu drzwi, a on widząc mnie taką zapłakaną od razu mnie przytula. Sam jest roztrzęsiony i zażenowany całą tą sytuacją - Nie płacz - ociera dłonią moje mokre policzki.
-Znowu coś spieprzyłam, Brayan! Chciałam im zrobić niespodziankę, a wyszło jak zawsze! - łkam głośno. 
-Ja też jestem w szoku, że kupili ci dom - próbuje mnie pocieszyć.
-Oni naprawdę myślą, że ja tu wrócę i nic do nich nie dociera - znowu się zdenerwowałam.
-Martwią się o ciebie, chcą byś była blisko nich - Brayan wzdycha cicho.
-Ale dlaczego nie biorą pod uwagę tego czego ja chcę?! Nie chcę tu wracać, nie jestem na to gotowa! - dodaję, Brayan podchodzi do łóżka i siadamy na nim razem.
-Zaskoczyłaś ich, na pewno zrozumieją - przeczesuje palcami moje włosy i patrzy na mnie w łagodny sposób. 
-Gdyby nie Tom, gdyby nie ty... nie dałabym rady - spoglądam na niego. W jego oczach widzę troskę i szacunek, on także nie odrywa ode mnie wzroku. Wpatrujemy się w siebie i nagle w tym właśnie momencie zapragnęłam go pocałować. Bez namysłu pochyliłam się i dotknęłam wargami jego ust. Zaskoczyłam go tym kompletnie. Brayan wahał się dosłownie sekundę, a następnie objął mnie od razu w pasie i przesadził na siebie. Wplótł ręce w moje włosy i przechylił delikatnie moją głowę by móc kontynuować pocałunek. Zachęcająco rozchylił wargi zapraszając swoim językiem mój język.
Serce wali mi jak oszalałe ale chcę tego. Naprawdę tego chcę. Sukienka podciąga mi się do góry odsłaniając prawie całe uda. Brayan chwyta mnie za pośladki podsuwając materiał jeszcze wyżej, a ja od razu czuję przez delikatny materiał moich fig  jego erekcję. Dłonie Brayana błądzą po moich plecach, a usta całują mnie namiętnie. Jęczę, gdy muska palcami granice materiału majteczek i gołej skóry.
-Boże mała, jesteś taka słodka! - mruczy, a my opadamy na łóżko tak, że Brayan kładzie się na plecach, nogami dalej dotykając podłogi. Nachylam się i kontynuuje pocałunek, łapczywie pragnę jego ust, jego ciała. Poruszam biodrami, ocierając się o jego twarde i pulsujące krocze. Brayan zamyka oczy i obejmuje mnie mocniej. Pragnę go, tu i teraz i mam gdzieś co będzie później. Chcę go poczuć, chcę by dotykał mojego nagiego rozedrganego ciała. Chce znów poczuć się piękna i spełniona. Po prostu tego potrzebuję. Pożądanie ogarnia nasze ciała i nic nie jest w stanie nas powstrzymać. Gdy zaczyna rozsuwać suwak mojej sukienki przechodzi mnie dreszcz. Muska koniuszkami palców  skórę moich pleców aż odchylam głowę go tyłu. I w tym momencie słyszę kroki na piętrze, które są coraz bliżej drzwi. Kurwa!
-Meg!? - to głos Kimberly. Zrywam się spanikowana z łóżka i zaczynam poprawiać włosy, Barayan także wstaje zasuwając mi niezdarnie suwak sukienki, który jak na złość właśnie się zaciął. Na jego spodniach widać zgrubienie więc siada przy biurku tak, by nie było widać. Gdy Kim wchodzi do pokoju obydwoje zaczynamy się śmiać, a ona jest co najmniej zdezorientowana - Dobrze się czujesz? -pyta, nie ma pojęcia co tu się przed chwilą działo.
-Tak już lepiej, dzięki - próbuję być poważna ale nie potrafię.
-No właśnie widzę! -  mówi z dezaprobatą - Dlaczego nie powiedziałaś nikomu, że kupiłaś dom w Londynie? - przechodzi do rzeczy. Jest naprawdę zła. 
-Chciałam wam powiedzieć dzisiaj, ale wyszło jak wyszło -  wzruszam ramionami.
-Skąd miałaś pieniądze? - siada na łóżku i obserwuje nas bacznie. Mam wrażenie, że jej zmysł wyczuwania ludzi już nakierowuje ją na dobry tok myślenia. Jeśli się domyśli, że ja i Brayan... O rany! Nie chcę nawet o tym myśleć. 
-Od Ericka - odpowiadam cicho i na samo wspomnienie jego imienia robi mi się smutno.
-Wie o ciąży?! - piszczy zaskoczona.
-Nie. Nie ma o niczym pojęcia! - ganie ją wzrokiem.
-Nie rozumiem? -  unosi brew i wiem, że żąda wyjaśnień.
-Pożyczył mi je jak wróciłam z Nowego Jorku. Włożył w kopercie do samochodu, który przysłał - mówię spokojnie, Brayan się nie odzywa.
-Pożyczył? - dopytuje. 
-Chcę mu je oddać.
-Ile tego było? - poprawia się na łóżku i bierze do ręki poduszkę. Już chyba nie jest zła ale raczej zaszokowana. 
-Sporo… -  migam się od odpowiedzi. 
-Skoro stać cię na mieszkanie w Londynie, to chyba dużo, a nie sporo! Jak je niby oddasz ?
-Jakoś oddam! - warczę. Nie powiem przecież, że będę miała udziały w kawiarni, bo znowu będzie awantura. Czuję się winna, że podejmuje samodzielne decyzje ale z drugiej strony jestem dorosła i tak właśnie powinno być. Myślę o przyszłości mojej i mojego syna. Musimy przecież z czegoś żyć. 
-Przecież ty nawet nie pracujesz! - krzyknęła z oburzeniem.
-Jest na zwolnieniu, przecież jest w ciąży! - wtrąca Brayan w mojej obronie. 
-Porąbało cię do reszty, siostro! Pożyczyłaś od swojego kochasia milionera pieniądze, a on nawet nie wie, że zostanie ojcem! - krzywię się na te słowa. Kim i jej brutalna szczerość.
-To moje dziecko! Ani Erick, ani Filip nie dowiedzą się o tym! - podnoszę ton. Jestem wkurzona, że ona się wtrąca. Rozumiem to ale powinna być bardziej po mojej stronie. 
-Do końca życia będziesz się ukrywała by się nie dowiedzieli?! - ton Kim jest oskarżycielski i pretensjonalny.
-Dobra dziewczyny dajcie spokój! - interweniuje Brayan.
-Nie wtrącaj się! - gromi go Kim.
-Nie ma sensu się kłócić -  brnie dalej.
-Nie broń jej. Widzę jak na nią patrzysz, myślisz, że jestem ślepa!? Niedługo też będziesz należał do klubu złamanych serc! - wypala Kim, a mi opada szczęka. Kompletnie nie wiem co mam powiedzieć.
-Wydaje ci się! - warczy Brayan, ten tekst chyba wyprowadził go z równowagi.
-Co jak co ale akurat na tym się znam! - Kim unosi gniewnie brodę.
-Jesteśmy przyjaciółmi, nic więcej - mówi tak mało przekonująco, że Kim na pewno w to nie uwierzy. 
-Jasne przyjaciółmi, do czasu aż wylądujecie w łóżku! -  wywraca oczami i patrzy na nas podejrzliwie - Albo już jesteście po! - dodaje.
-Nie! - krzyczymy z Brayanem w tym samym momencie i zaczynamy się śmiać. Kim kompletnie nic z tego nie rozumie.
-Nie sądziłam, że moja słodka, niewinna siostra wyrośnie na taką łamaczkę serc! - stwierdza poważnie.
-Daj spokój! - mówię próbując opanować śmiech.
-Taka prawda, Meg. Odkąd poznałaś Ericka twoje życie wywróciło się do góry nogami. Ten cały doktorek Filip, Mike, Tom no i ty… -  pokazuje ręką na Brayana - Nigdy nie interesowałaś się facetami, a tu nagle cały wianuszek masz wokół ciebie! - dodaje wywracając oczami. Ach więc o to chodzi? Jest zazdrosna?! 
-Zapomniałaś dodać, że będę panną z dzieckiem - mrużę złośliwe oczy.
-Oj nie o to mi chodzi! - wstaje oburzona - Lepiej powiedz rodzicom o swoich wszystkich planach żeby nie było więcej takich sytuacji! - wychodzi i trzaska ostentacyjnie drzwiami aż podskakuję. O cholera! Obraziła się. Spoglądamy na siebie z Brayanem, a on wzrusza ramionami. 
-Ale temperament macie podobny! - stwierdza i znowu nas tym rozbawia. 
-Przejdzie jej do jutra - opadam na łóżko i nakrywam głowę poduszką - Wesołych Świąt Brayan -  dodaję z ironią. 
-Co zrobisz z tym domem na Long Island? - siada obok mnie i zabiera mi poduszkę z głowy.
-Nie wiem -  okręcam się na plecy i patrzę na niego - Wynajmę, albo coś. Może kiedyś wrócę i wtedy się przyda... -  odpowiadam, a mina Brayana wyraża wszystko. On by nie chciał bym wróciła do Nowego Jorku - Spokojnie, nie w najbliższym czasie - uspokajam go. 

Schodzimy niepewnie na dół. Wszyscy siedzą w salonie i rozmawiają. Wiem, że powinnam się odezwać i to wszystko wytłumaczyć. Stajemy w progu, a ja wzdycham i zaczynam mówić.
-Chciałam wszystkich serdecznie przeprosić za tą niezręczną i głupią sytuację -  jestem zawstydzona ale chcę to wyjaśnić - Nie chciałam by tak wyszło. Mamo, tato... - Patrzę na nich - Proszę zrozumcie w końcu, że nie chcę wracać do Nowego Jorku. Teraz mój dom jest w Londynie. Obiecuję, że będę was odwiedzać najczęściej jak tylko to będzie możliwe ale uszanujcie moją decyzję. Jestem dorosła, niedługo sama zostanę matką… -  odruchowo dotykam brzucha, a wzrok moich rodziców do razu łagodnieje.
-Oj córeczko! - wstaje mama i przytula mnie mocno -  Kochamy cię i cokolwiek zrobisz nigdy się od ciebie nie odwrócimy! - odchyla się i zakłada za ucho niesforny kosmyk włosów, który wyswobodził mi się z warkocza.
-To dajcie mi podejmować decyzje - mówię cicho.
-Martwimy się o was. Dlaczego nam nie powiedziałaś, że kupiłaś dom? - Brayan patrzy na nas niepewnie. Obchodzi pokój i siada przy stole.
-Chciałam wam powiedzieć ale mnie ubiegliście -  uśmiecham się lekko -  A płeć miała być świąteczną niespodzianką -  dodaję.
-Będziemy mieli wnuka, Gary! - zwraca się do ojca, który podchodzi i ściska nas obie.
-Można z wami zwariować kobiety! Dobrze, że będzie chłopak to będę miał sprzymierzeńca! -  mówi tata kładąc dłoń na moim brzuchu. Atmosfera się trochę oczyściła. Rodzice Roba i Thomasa nadal są lekko zaskoczeni moją ciążą. Mama na pewno z nimi porozmawia by zachowali tę informację dla siebie. Brayan knuje o czymś po cichu z Kim. Dobrze, że także przeszła jej złość. Nie chciałam być z nią pokłócona w dniu jej ślubu, a to już jutro. O tej porze będziemy już zapewne na weselu, a ja czuję się spokojna, bo Erick nie potwierdził przybycia. Jestem prawie pewna, że się nie pojawi.

Nie siedzimy długo, bo czeka nas wszystkich jutro ciężki dzień. Od rana będzie dużo spraw i obowiązków. Musimy dotrzeć na miejsce z samego rana, bo tam na miejscu będziemy się przygotowywać. Przyjaciółka Kim jest wizażystką więc uczesze nas i umaluje. Wszyscy rozchodzą się do swoich pokoi, Thomas śpi u Roba i Kim, a ich rodzice u nas. Jutro będzie jeszcze więcej rodziny na głowie. Idę do łazienki wziąć szybki prysznic. Ciepła woda pozwala mi się odprężyć, zmywam makijaż i zakładam piżamkę z której śmiał się Brayan. Lubię ją, jest wygodna. Gdy wracam Brayan swoi przy oknie w samych bokserkach i rozmawia przez telefon. Zatrzymuję się na chwilę by móc się napatrzeć. Lubię na niego patrzeć. Ma naprawdę seksowne ciało, jego biodra tak idealnie przechodzą zgrabną linią coraz niżej aż do... Kurwa! O czym ja myślę? On ma ciało jak gwiazda piłkarska ale w sumie co się dziwić, skoro grał w piłkę i teraz też czasami to robi.  Tatuaże tylko dodają zadziorności, której coraz bardziej trudno mi się oprzeć.  Nawet nie wiem o czym i z kim rozmawia. Po prostu patrzę tylko i podziwiam. On odwraca się nagle wyczuwając moją obecność i szybko kończy rozmowę.
-Z kim rozmawiałeś? - pytam udając, że dopiero weszłam. 
-Nie zgadniesz -  rzuca mi „ten” uśmiech.
-No mów! - siadam na łóżku i spoglądam na niego wyczekująco. 
-Rozmawiałem właśnie z Polą - odpowiada krótko i czeka na moją reakcję. Zaskoczona drapię się po głowie.
-Z matką Vincenta? - pytam dla pewności.
-Tak - kiwa głową -  Ma być w Londynie po nowym roku, pytała czy chcę się z nimi spotkać i złożyła mi życzenia! -  w jego głosie słychać radość chociaż widać, że sam jest naprawdę zaskoczony.
-To cudownie! - podskakuję uradowana i rzucam mu się na szyje – Mówiłam, że wszystko się w końcu ułoży! - dodaję.
-Sam nie mogę uwierzyć, że zadzwoniła. Była taka spokojna i miła. Nawet dała mi chwilę pogadać z małym ale się zawstydził, bo nie wiedział z kim rozmawia... - puszcza mnie i siada z wrażenia na łóżku.
-Musiało minąć trochę czasu by zrozumiała, że się zmieniłeś. Skoro się odezwała to bardzo dobry znak! - siadam obok niego.
-Mam taką nadzieję. Bardzo chciałbym zobaczyć Vincenta! - mówi z taką nadzieją w głosie aż ściska mi serce.
-Zobaczysz, szybciej niż myślałeś! - uśmiecham się pocieszająco - Chodźmy spać, jutro czeka nas dużo wrażeń - dodaję i ściągam koc z łóżka. 
-Myślałem, że wrażenia będę miał też dziś w nocy... początek był bardzo obiecujący... - Brayan spogląda na mnie. Oczy mu płoną i wiem co ma na myśli. Cholera! To był  tylko impuls. Jak ja mam się z tego wytłumaczyć? Jak mam wyjaśnić, że znowu mnie poniosło? Ile jeszcze takich razy się zdarzy aż w końcu naprawdę do tego dojdzie... i co wtedy? 
-Nie powinnam była, przepraszam... -  mówię cicho. Znowu mam ochotę zapaść się pod ziemie. Dobrze wiem, że nie powinnam mu okazywać takich uczuć by go nie prowokować.
-Żartuję przecież! - uśmiecha się ale nie do końca mu wierzę – Wiem, że być tego żałowała, ale to co zrobiłaś było bardzo miłe… -  obejmuje mnie i całuje w czoło -  Dobranoc, mała -  zsuwa się na swój materac, a ja czuję ukłucie rozczarowania, że nie poprosił byśmy dziś także spali razem. Kurwa! Dlaczego tak się dzieje? To hormony? 
-Dobranoc...  - odpowiadam wzdychając lekko. Gaszę lampkę i wskakuję pod kołdrę. Długo słyszałam jak Brayan kręcił się i nie mógł zasnąć tak samo jak ja. Jednak żadne z nas nic nie mówiło aż końcu ja usnęłam jako pierwsza. 

Środa,  25 Grudnia

Jedziemy z Kimberly do miejsca gdzie odbywać się będzie cała uroczystość. Rodzice, Brayan i reszta gości mają dojechać później. Czeka na nas makijażystka, fryzjerka i stylistka. Muszę przyznać, że czuję się niezwykle dopieszczona. Po naszej wczorajszej kłótni z Kim ani śladu. Przeprosiłyśmy się rano i teraz atmosfera jest naprawdę świetna. Moja siostra popija szampana by się rozluźnić, a ja jestem cała podekscytowana.
-Erick nie potwierdził, że będzie - dodaje nagle jakby wiedziała, że o tym myślę.
-Ok - odpowiadam zdawkowo wzruszając ramionami, nie chcę zaprzątać sobie nim głowy To dzień mojej siostry i nic mi go nie zepsuje -  Denerwujesz się? - pytam z uśmiechem.
-Jak cholera! - Kim uśmiecha się nerwowo i upija łyk różowego szampana.
-Będzie fajnie! -  ściskam jej dłoń.

Dojeżdżamy na miejsce kilka minut po dwunastej. Ślub ma być o szóstej więc mamy dobrych kilka godzin na przygotowania. Kim od razu idzie robić sobie włosy i makijaż, ja idę na górę do naszych pokoi. Na dzisiejszą noc mamy zapewniony nocleg w hotelu znajdującym się na piętrze dworku. Rozwieszam swoją sukienkę na drzwiach, na szczęście nie jest pognieciona. Dzwonię do Brayana, że dojechałyśmy, a mówi, że właśnie otwiera z moim tatą i chłopakami kolejną butelkę whisky. Proszę by nie upili się przed ślubem,bo  pijany pan młody, jego teść i ojciec to nie byłby najlepszy widok. Uspokaja mnie i obiecuje, że nad wszystkim zapanuje. Zobaczymy się dopiero w kościele albo chwilę przed ceremonią. 

Biorę szybki prysznic by się odświeżyć po podróży. Smaruje ciało balsamem z drobinkami by nadać mu blasku. Na szczęście w środku budynku jest ciepło więc nie będę potrzebować bolerka ani szalu. Smarując brzuch i znowu czuję ruchy małego. To jak przelewanie w  żołądku ale ja wiem że to on, pewnie też jest podekscytowany. Brzuszek mam lekko zaokrąglony, ale nadal praktycznie nic nie widać. Sukienka na pewno zatuszuje wszystko co mogłoby zasugerować komukolwiek moją ciążę. Po jakimś czasie przychodzi po mnie koleżanka Kim i zabiera się za czesanie i makijaż. Pierwotnie miało być kilka druhen, jednak to przy pierwszej wersji ślubu. Tym razem jestem tylko ja. Wszystkie koleżanki Kim oczywiście będą na ślubie i weselu ale tylko w roli gości.
-Co chcesz zrobić z włosami? - pyta mnie fryzjerka, to chyba także koleżanka Kim ale jej akurat nigdy wcześniej nie poznałam. 
-Nie mam pojęcia, można by upiąć je może jakoś wygodnie, by nie leciały mi na twarz - wzruszam ramionami, bo nie zastanawiałam się nam tym nigdy.
-A jaką masz suknię? - przeczesuje grzebieniem moje włosy i wpatruje się w moje odbicie w lustrze.
-W stylu greckim, odcinana pod biustem z ozdobnymi ramiączkami... - pokazuje jej zdjęcie w telefonie, a ona przygląda się chwile i uśmiecha.
-Mam genialny pomysł! -  puszcza mi oczko i od razu zaczyna nakręcać mi włosy na wałki. Widzę, że jest profesjonalistką więc oddaje się w pełni w jej ręce. Podczas gdy siedzę z wałkami na głowie, druga koleżanka zaczyna robić mi makijaż.
-Nie chcę sztucznych rzęs! -  mówię gdy otwiera pudełeczko ze sztucznymi kępkami. 
-No dobrze, swoje masz naturalnie długie więc myślę, że damy radę.
Nie widzę się w lustrze więc nie mam pojęcia jak mnie pomalowała. Gdy skończyła znowu wracam w ręce fryzjerki. Ona zgrabnymi ruchami zdejmuje wałki i zaczyna upinać pasmo po paśmie jakby tworzyła jakieś arcydzieło. Już nie mogę się doczekać efektu końcowego. Widzę jak wczepia mi z boku piękny żywy kwiat, podobny do tego jaki widziałam u Kim.
-No gotowe. Możesz się zobaczyć! -  mówi i odwraca mnie w stronę lustra. Wstaję i nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ja. Wyglądam po prostu niesamowicie! Włosy upięte mam jak grecka bogini z kilkoma kosmkami opuszczonymi na ramiona, są miękkie i błyszczące jednak trzymają się mocno.
-Wow! -  mówię przyglądając się jeszcze bliżej. Makijaż także jest cudowny, idealnie podkreśla moją urodę i też jest w stylu greckim. Nie mogę oderwać od siebie wzroku - Dzięki dziewczyny! - rzucam się im na szyje i obcałowuje - Jesteście najlepsze! - 

Rozmawiamy chwilę i wracam do pokoju by się przebrać. Wpadam po drodze Kim ,która wygląda po prostu oszałamiająco. Ma piękne długie loki puszczona luźno na plecy i mocny makijaż, który podkreśla wszystko co w niej najlepsze. Na mój widok również wpada w zachwyt. Idę z nią do ich nowożeńskiego apartamentu by pomóc założyć jej suknię. Jest piękna. Długa satynowa i skromna lecz seksowna. Ma cienkie ramiączka wysadzane kryształami Svarovskiego. Idealnie podkreśla jej figurę, po której nie widać ani śladu z ciąży. Wzruszam się, gdy pokazuje mi się w całej okazałości.
-Nie becz, bo zniszczysz makijaż! - gani mnie ale widzę, że sama ledwo się powstrzymuje.
-Moja młodsza siostrzyczka! - przytulam ją delikatnie by nie pobrudzić sukni. Rozczulamy się nad sobą aż dociera do nas nasza mama. Na widok Kimberly również się rozkleja ale  pomaga wpiąć jej welon. Ona jest już gotowa i musi się jedynie przebrać tak jak ja. Idzie więc ze mną do mojego pokoju.  Gdy zapina suwak mojej sukni wzdycha głęboko i wiem, że zaraz znowu się rozklei.
-Mamo tylko już nie płacz! - podaje jej chusteczkę.
-Oj córciu, jesteście takie piękne, takie mądre... jedyne czego pragnę to waszego szczęścia! -  poprawia ramiączka i podaje mi buty.
-Wiem mamuś! -  podpieram się o jej ramię i zakładam wysokie obcasy, mam nadzieję, że wytrzymam z nich całą noc.
-Cudownie wyglądasz, jak bogini! - składa ręce z zachwytu.
-Dziękuję ale mamo... to po prostu dobre geny - uśmiecham się i przeglądam w lustrze. Czuję się pewnie, seksownie ale z klasą.
-Jakby Erick cię zobaczył... - spoglądam na nią ale nie daję jej dokończyć.
-Ale nie zobaczy. Nie będzie go! - ganię ją wzrokiem, nie chcę teraz o tym myśleć.
-Przepraszam - bąka szczerze, wiem że nie chce mnie denerwować - Po prostu jak pomyślę, że byliście tacy szczęśliwi, a tu nagle.... - urywa i patrzy na mnie.
-Czasami tak bywa, mamo - wzruszam ramionami.
-Wiem kochanie. Jesteś młoda, taka śliczna i zasługujesz na dobrego mężczyznę, który pokocha cię mimo wszystko - podchodzi i całuje mnie w policzek -  Ten Brayan, on na ciebie ciągle patrzy - dodaje i uśmiecha się czule.
-To tylko przyjaciel mamo! - znowu wywracam oczami. Czy ona też to widzi, że nas do siebie ciągnie?
-Jasne! – mruga do mnie - Miły chłopak no i przystojny -  sugeruje z durnym uśmiechem.
-Mamo! - rumienie się, bo ma racje. Brayan jest bardzo przystojny, wysoki, cudownie zbudowany. Potrząsam głową, bo znowu moje myśli galopują za daleko. Mama próbuje wydobyć ze mnie jakieś informacje ale zbywam ją raz za razem, aż w końcu odpuszcza. 

Powoli zjeżdżają się goście więc schodzi na dół by ich witać. Niedługo także przyjeżdżają chłopaki i na szczęście nie są pijani. Rob idzie z Thomem do środka by się przebrać, a ja obserwuję ich przez okno. Brayan także znika w budynku i wiem, że zaraz zjawi się w pokoju. Pryskam się moimi ulubionymi perfumami i czekam aż wejdzie. Jestem ciekawa czy spodoba mu się mój wygląd?  Mam dziwne uczucie w żołądku jakbym się trochę denerwowała. Słyszę kroki na korytarzu i po chwili wchodzi Brayan, a w dłoni trzyma swój garnitur w ochronnym pokrowcu. Wychodzę z łazienki by mu się pokazać.
-O cholera! - mówi głośno nie odrywając ode mnie wzroku. Jego reakcja mi się podoba. Wiem, że trafiłam w gust.
-Ładnie? - pytam nieskromnie robiąc obrót, a sukienka zaczyna delikatnie falować.
-Wyglądasz...wyglądasz jak bogini! - duka i zamyka za sobą drzwi -  Nawet nie wiesz co się teraz dzieje w moich spodniach!- dodaje i rzuca mi ten swój uśmiech.
-Brayan! - śmieje się i klepie go w ramie - Lepiej trzymaj go ode mnie z daleka! - mówię groźnie.
-Naprawdę cudownie wyglądasz, Meg! - obejmuje mnie i całuje w policzek.
-Dziękuję! -  dygam lekko - Pomóc ci się przebrać? - pokazuje na garnitur, który trzyma w ręku.
-Jasne -  odpowiada i kładzie pokrowiec na łóżku rozsuwając go.
-Mamy sypialnie małżeńską! -  dodaję gdy, widzę jak rozgląda się po pokoju szukając wzrokiem drugiego łóżka.
-No właśnie widzę! - mówi zadowolony i puszcza mi oczko. Pomagam zapiąć mu koszulę i wiąże krawat, który odcieniem pasuje idealnie do mojej sukni. Wygładzam mu marynarkę na ramionach i poprawiam mankiety. Stajemy obok siebie patrząc w lustro.
-No cholera, para jak z żurnala! - rzuca żartobliwie obejmując mnie w pasie i śmieje się w głos.
-Naprawdę nieźle wyglądamy, panie Green! - również go obejmuje. Rozmawiamy chwilę i przychodzi po nas tata, że pora schodzić na dół. Oczywiście na mój widok także się wzrusza i ściska mnie mocno. Musimy się rozdzielić, ja idę z tatą, bo będzie prowadził Kim do ołtarza. Brayan idzie do mojej mamy i reszty rodziny zasiąść na krzesłach rozstawionych po obu stronach czerwone dywanu, prowadzącego przed ubrany w kwiaty ołtarz w sali ślubów. Ja z Thomasem i Robem idziemy do ołtarza, będziemy tam stali w oczekiwaniu na Kim. Widząc pełną salę mojej rodziny i osób które widzę pierwszy raz na oczy, czuję lekkie zdenerwowanie. Moje ciotki, kuzynki, wujowie gapią się na mnie i wiem, że komentują jak wyglądam. Dziękuje w duchu koleżankom Kim, że zrobiły mnie na bóstwo, bo dzięki nim czuję się pewnie i seksownie. Widzę także moją mamę, która siedzi w pierwszym rzędzie razem z Brayanem i małą Evą na rękach. Po drugiej stronie siedzą rodzice Roberta, jego mama ma łzy w oczach od samego patrzenia na syna. Chce mi się śmiać ale to powstrzymuje. Mam nadzieję, że nie parsknę śmiechem podczas ceremonii. Thomas nawet na mnie nie patrzy, chyba jest delikatnie wcięty ale nie mam pewności. 

Czekamy jakieś 15 minut aż w końcu rozbrzmiewa muzyka i w drzwiach stają Kim pod rękę z tatą. O cholera! Ale jest zdenerwowana. Chyba nigdy jej takiej nie widziałam. Dostrzegam to nawet przez całą długość sali. Idą powoli w naszą stronę, a wszyscy goście wstają i nagle słychać z sali szloch cioć i babć. O Chryste! Moja mama jakoś się trzyma widzę, że Brayan dzielnie podtrzymuje jej ramię. Spoglądam na niego, a on puszcza mi oczko. W odpowiedzi mrugam do niego dyskretnie i uśmiecham się. Tata podprowadza Kim pod ołtarz i odsłania jej welon do tyłu odsłaniając jej śliczną twarz, a następnie całuje ją w oba policzki i przekazuje Robowi, który cały aż drży ze szczęścia. Na ich widok robi mi się ciepło na sercu. Wchodzi pastor i wszystko idzie już bardzo szybko, a przynajmniej mi się tak wydaje. Podczas przysięgi, którą sami napisali, moja siostra jąka się i płacze więc podaje jej chusteczkę by się wytarła. Robowi pomógł szampan ale Kim, wręcz odwrotnie. Słynne „możesz pocałować pannę młodą” i wszyscy klaszczą, krzyczą i gwiżdżą. Nawet i mnie udzielił się klimat, bo biję brawo i głośno krzyczę ich imiona. Wychodzimy wszyscy razem przed salę ślubów ale nadal jesteśmy w budynku. Zaczyna się lawina życzeń, kwiatów i prezentów. Ja jako świadkowa dzielnie je odbieram i uśmiecham się do wszystkich. Zaraz po tym odbywa się chrzest Evy, a chrzestnymi jesteśmy oczywiście ja i Thomas. Trzymam ją na rękach, a ona śpi jak aniołek i nawet, gdy pastor polewa jej główkę święconą wodą, nie pisnęła.  Budzi się na sam koniec, gdy oddaje ją Kim i od razu zaczyna się śmiać. Jest taka cudowna, że roztopiłaby serce każdego. 

Sala jest pełna gości. Wszyscy siedzą w wyczekiwaniu na państwa młodych. Zespół zaczyna grać, a wokalista zapowiada naszą parę nowożeńców. 
-Panie i panowie, proszę gorąco powitać państwa Kimberly i Roberta Travis! - ponownie rozległy się oklaski i wiwatujące okrzyki. Wszyscy wstali. Ja siedzę obok Brayana przy głównym stole, obok mnie jest miejsce Kim, dalej siedzieć będzie Rob i Thomas. Przy  dźwiękach „Sameone like you” , świeżo upieczeni nowożeńcy zatańczyli swój pierwszy taniec. Wszyscy utworzyli wokół nich kółko, a ja widząc uśmiech na twarzy mojej siostry wzruszyłam się ponownie.  Trzymałam się cały czas do teraz. Po minucie pan z zespołu zaprosił do tańca wszystkich, Brayan od razu wziął mnie w ramiona, objął w tali i uśmiechnął się szelmowsko. Światła przygasły i zrobił się bardzo romantyczny nastrój. 
-Mogę prosić panią do tańca? – mruknął, a ja roześmiałam się w głos.
-Z przyjemnością! - położyłam dłoń na jego ramieniu, a drugą oddałam w jego dłoń. Nie miałam pojęcia, że Brayan potrafi ckliwe weselne kawałki. Prowadził mnie przez parkiet, zgrabnie lawirując między innymi parami. Zerkam dyskretnie na rodziców, którzy także tańczą razem, są tacy szczęśliwi. Kim oczywiście wtulona w Roba zapomniała o bożym świecie. Ja też w tej chwili jestem szczęśliwa. 

Wokalista zapowiada, że po tej piosence zaprasza na pierwsze danie. Gdy muzyka cichnie wszyscy udają się na swoje miejsca by zjeść, a jedzenie jest naprawdę pyszne. Rosół królewski oraz pieczona kaczka w jabłkach. Nałożyłam sobie niewiele żeby mieć siłę tańczyć, bo jak się napcham to zachce mi się spać. Z naszego stolika, który jest na podeście doskonale widzę całą salę i wszystkich gości. Jest chyba ze 180 osób. Naprawdę mnóstwo ludzi, a niektórych z nich nawet nie pamiętam. Widziałam ich może raz czy dwa razy w życiu, głowie w dzieciństwie. Po pierwszym daniu przyszedł czas na toasty rodziców. Dla mnie specjalnie przygotowany jest sok w kieliszkach by nikt o nic nie pytał. Gdy mój tata zaczyna opowiadać anegdoty z życia Kim wszyscy się śmieją, ja prawie się popłakałam i zadławiłam ziemniakiem. Brayan klepał mnie po plecach dobrych kilka minut bym się uspokoiła. Wiem, że koło północy jest pora na moją przemowę, a ja w ogóle jej nie przygotowałam. Stwierdziłam, że będę improwizowała ale to chyba nie był najlepszy pomysł. Nie mam czasu jednak teraz o tym myśleć. bo Brayan porywa mnie znów na parkiet ,ośmielając inne pary. Zespół zaczyna grać piosenkę Vana Morrisona.
-Naprawdę ślicznie wyglądasz. Nie mogłem oderwać od ciebie wzroku w trakcie ślubu... - szepcze mi do ucha, a mnie przechodzi mnie przyjemny dreszcz.
-Też nie prezentujesz się najgorzej! -  całuję go w policzek, a Brayan zatrzymuje się i robi nagły obrót, a ja piszczę zaskoczona. Naprawdę nieźle tańczy! Kolejna zaleta... gdybym tak je wypisała nie starczyłoby mi kartki. Czuję od niego też zapach męskich perfum, które idealnie do niego pasują. Tańczymy przez dwie kolejne piosenki aż podchodzi do mnie mój tata.
-Odbijany! - uśmiecha się i podaje mi dłoń.
-Wybacz ale ojcu nie odmawiam! -  uśmiecham się i puszczam go niechętnie, bo szczerze mówiąc mogłabym z nim tańczyć całą noc. Przy „Come fly whit me” z repertuaru Franka Sinatry, tata zaczyna wirować ze mną po całej sali. Dobrze, że trzyma mnie mocno, bo na w butach bym się  po prostu wywaliła. Widać, że jest szczęśliwy i zrelaksowany.
-Miły ten Brayan -  rzuca i przygląda mi się uważnie.
-Wiem tato -  uśmiecham się.
-On ciebie też lubi - drąży dalej i robi delikatny obrót.
-Wiem tato - powtarzam i wywracam oczami.
-Specjalnie załatwiłem wam jeden pokój w hotelu! -  dodaje nagle i puszcza mi oczko.
-Tato! - ganię go wzrokiem ale nie mogę ukryć rozbawienia. Kto by pomyślał że mój tata, który tak troszczy się o swoje córki, załatwia mi pokój małżeński w nadziei, że znajdzie zięcia? O Chryste! Nie mogę przestać się śmiać! Tata również się uśmiecha, dobrze, że Brayan tego nie słyszał. Ciekawe czy mama ma o tym pojęcie? Może lepiej nie będę jej pytała. 

Kolejne tańce należą do wujków, kuzynów i mężczyzn których nie znam. To zapewne koledzy Roberta i jego rodzina. Moje buty okazują się być cudownie wygodne, bo stopy na szczęście mnie nie bolą. W międzyczasie jest kolejny posiłek. Niestety widzę też, że nie ubłagalnie zbliża się godzina dwunasta i moje przemówienie. Idę do łazienki się  odświeżyć i przypudrować nos. Spoglądam w lustro i nadal wyglądam dobrze, poprawiam usta błyszczykiem i obmywam dłonie. Wychodząc widzę jak mama stoi w progu sali razem z Kim, obie mają dziwne miny. Spoglądam na nie pytająco ale nic nie mówią. Wracamy więc na swoje miejsca i wokalista zespołu zapowiada moją przemowę. Wstaję i dostaję mikrofon do ręki. Kim siedzi obok mnie jakby lekko zdenerwowana. No chyba nie martwi się o to co powiem? Biorę głęboki oddech i zaczynam... i całkiem nieźle mi idzie do czasu, gdy drzwi od sali nagle otwierają się i w progu  pojawia się ON - Erick. Erick Evans we własnej osobie… z piękną blondynką u boku. Na jego widok zapominam języka w gębie, wszystkie oczy zwrócone są na parę stojącą w drzwiach. On wygląda jak zawsze nieziemsko, ma na sobie czarny smoking i  białą koszulę, a kobieta u jego boku ma długą błękitną suknię. O Chryste! Zasycha mi w gardle. Nie jestem w stanie oderwać od nich oczu. Nie jestem w stanie oddychać i mam wrażenie, że przez te ułamki sekund w ogóle nie żyję.
-Meg! – Kimi łapie mnie za dłoń i sprowadza na ziemię.
-A tak! – potrząsam głową by cokolwiek powiedzieć - W każdym bądź razie… zdrowie państwa młodych! -  kończę mój toast w ogóle nie nawiązując do tego co było wcześniej i unoszę kieliszek z sokiem. Upijam łyk i przepraszam wszystkich na chwilę. Wiem, że Erick także mnie zauważył. Trudno było nie zauważyć skoro nasz stolik stoi na podeście. Schodzę schodkami na parkiet i uciekam na zaplecze, gdzie jest łazienka dla personelu. O kurwa! O kurwa mać! On tu jest! Przecież mówił, że go nie będzie...znaczy nie potwierdził obecności. Boże! Słyszę jak na sali rozbrzmiewa muzyka i że ludzie udają się na parkiet. Nie mam odwagi ani ochoty tam wychodzić. Przyprowadził ze sobą jaką dziunię! Co on sobie wyobraża? Mój szok przeradza się w złość, bo wiem, że zrobił to specjalnie. Może zasłużyłam ale czemu akurat dziś? Chce mnie upokorzyć w dniu ślubu mojej siostry? Postanawiam nie psuć sobie ani innym zabawy, wrócić i nie zwracać na niego uwagi. Przeglądam się ostatni raz w lustrzę i wychodzę udając się prosto do stolika. Kim i Rob są na parkiecie, a Brayan tańczy z moją matką. No cudownie! Siadam więc sama i upijam łyk mojego „szampana”,a w tym momencie żałuje, że nie mogę napić się czegoś mocniejszego. Obserwuje z góry pary na parkiecie, jednak akurat TEJ pary nie widzę. Urywam świeże winogrono z kiści owoców z patery na stole i wpycham je sobie do ust.
-Mogę panią prosić? - słyszę  nagle głos zza pleców. Cholera! Odwracam się niepewnie, bo doskonale znam ten głos.  Erick stoi może ze 3 metry dalej. Sam jego widok mnie poraża, ledwo panuje nad tym by nie otworzyć ust, a on wyciąga do mnie dłoń prosząc o taniec.
-Cześć Ericku - prawie szepczę, a on przysiada się obok, na miejsce Brayana.
-Witaj Megan -  bez pytania chwyta moją dłoń i całuje, a ja aż wciągam powietrze. Czuję jak to muśnięcie ust na mojej skórze rozchodzi się po całym moim ciele i dociera tam gdzie nie powinno. 
-Nie sądziłam...nie spodziewałam się... -  dukam jak głupia.

-Wiem, miało mnie nie być. Zdecydowałem się w ostatniej chwili… - odpowiada stanowczo - Ślicznie wyglądasz, Meg... - dodaje swoim wibrującym tonem, a ja znowu czuję to aż tam na  samym dole. Zaciskam uda. Kurwa mać!

8 komentarzy:

  1. Świetny rozdział :D z niecierpliwością czekam na następny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział :-D czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. w końcu się pojawił Eric czekam aż ona mu powiedzie o ciąży. <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę że jak na jedną historie to za dużo Wszytskiego. Wielka dziewica która się potem puszcza itd. A teraz jeszcze Eric który znowu bedzoe za nią latał mimo tego co zrobiła. :-/

    OdpowiedzUsuń
  4. w takim momencie zakończyć rozdział ?! no nie :D nie mogę się doczekać kolejnego!

    OdpowiedzUsuń
  5. opowiadanie jest bajeczne, na prawdę je uwielbiam,ale jest jedno małe 'ale' , które doprowadza mnie do szału. Jak dobrze zauważyła Kim zainteresowanie Meg wśród mężczyzn jest co najmniej dziwne. Co drugi rozdział zakochują się w niej faceci i to nie byle jacy faceci tylko chodzące CIACHA. Nawet Angelina Jolie nie ma takiego powodzenia. Meg powinna chyba trafić do księgi Guinnessa jako najbardziej rozchwytywana kobieta na świecie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Podobno kobieta najbardziej atrakcyjna dla innych mężczyzn jest wtedy, gdy jest zajęta albo nieosiągalna :) Taki był zamysł tej historii i jeśli kogoś to nudzi, oburza albo się nie podoba to nie musi czytać. Ja nikogo nie zmuszam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No dawaj co tam masz!!!!!! nie karz nam czekać. Ja tu umieram z ciekawości!!!!! Proszę miej litość

    OdpowiedzUsuń
  8. Ahh cudooo ;)
    Dobrze że sie spotkali i rozmawiają normalnie ;) Oby w swoim czasie powiedziała mu o ciązy , myśle że każdy ojciec powinien mieć szanse poznać swoje dziecko i na odwrót ;) , w końcu szkoda jej Brayana a chce to samo zrobić z Ericiem..
    Pozdrawiam cudowne opowiadanie ;p

    OdpowiedzUsuń