Premiera już w lipcu!

wtorek, 29 września 2015

Rozdział 96



Niedziela,  26 stycznia

Budzę się. Panuje półmrok. Nic tak naprawdę nie czuję. Obok głowy pika mi jakaś maszyna. Na twarzy mam maskę tlenową, a do ciała poprzyklejane różnego rodzaju plastry, które trzymają liczne rurki i kilka kroplówek. Odwracam delikatnie głowę i widzę Toma, śpi na fotelu. Chcę coś powiedzieć, ale mam strasznie suche i obolałe gardło. Jestem tak słaba, że nie mam siły dobrze otworzyć oczu.
-Obudziła się -   słyszę głos pielęgniarki zaglądając do sali. Tom zrywa się z fotela i podbiega do mnie.
-Hej.. - mówi cichutko. Uśmiecha się jednak widzę w jego oczach smutek. Boże, nie! Tylko nie to. Nie mogę nic powiedzieć tylko delikatnie mrugam powiekami. Po chwili przychodzi dwóch lekarzy i pielęgniarka. Zaczynają mnie badać, sprawdzają wykres ma monitorze i podłączają nową kroplówkę z jakimś płynem.
-Wiesz gdzie się znajdujesz, Meg? - pyta jeden z lekarzy, a ja kiwam twierdząco głową.
-Straciłaś bardzo dużo krwi, miałaś krwotok. Ledwo cię odratowaliśmy -  dodaje ten drugi.
-Co..co z dzieckiem? - ledwo wypowiadam te słowa. To dla mnie ogromny wysiłek. Lekarze spoglądają na siebie, a potem na mnie. Miny mają poważne.
-Żyje, jednak jest bardzo małe i słabe. Nie wiemy czy da się je uratować, Meg. Teraz wszystko w rękach Boga -  odpowiada ten pierwszy. Zerkam na Toma, który ma tak cholernie smutny wyraz twarzy, że trudno mi myśleć, że cokolwiek będzie dobrze. Zamykam oczy, a przez głowę przelatują mi miliardy myśli.
-Chcę go zobaczyć - szepczę.
-Musisz leżeć Meg. Z tobą też nie jest najlepiej - pielęgniarka wstrzykuje mi coś do kroplówki i po chwili znowu zasypiam.

Tak mijają kolejne dni. Lekarze nie chce mi nic powiedzieć, nie wpuszczają też do mnie nikogo oprócz lekarzy i personelu szpitala. Przewieźli mnie do prywatnej kliniki,  Adama także. To na pewno sprawka Ericka. Nawet nie wiem co się z nimi teraz dzieje? Najważniejsze jest jednak, by Adamowi nic nie było, by przeżył. Tak bardzo się boje, że moja nadzieja jest złudna. Muszę jednak wierzyć, ze będzie dobrze. Całymi dniami płaczę, ale jestem tak słaba, że nawet nie wstaję z łóżka.

Środa,  29 stycznia

Dopiero dziś pozwolili mi wstać i zobaczyć syna. Pielęgniarka wiezie mnie właśnie na odział intensywnej terapii neonatologicznej. Sama nazwa oddziału przyprawia mnie o ścisk w sercu. Wyjeżdżam na korytarz i widzę chłopaków. Nie ma wśród nich tylko Filip. Na szczęście. Dostrzegają mnie i od razu podbiegają. Widzę ich pierwszy raz od tamtego dnia, od tamtej chwili.
-Boże, Meg. Jak się czujesz? - Brayan kuca przed moimi kolanami i obejmuje mnie lekko, ma łzy w oczach.
-Co z Adamem? - pytam cicho ignorując jego pytanie.
-Żyje. Jest słaby, ale żyje - odpowiada przełykając ślinę. Widzę jaki jest zmartwiony i przerażony. Na pewno nie mniej niż ja.. Wiem, że kocha Adama mimo, że to nie jego syn.
-Widziałeś go? - spoglądam na Ericka. Czuję, że chce mnie dotknąć, waha się. Wyciągam więc do niego dłoń, by także przykucnął. Jest zaskoczony, ale chwyta ją i klęka obok Brayana.
-Boże… maleńka – z jego ust wydobywa się jęk rozpaczy. Obejmuję ich obu i nachylam się na tyle ile mogę, by nie sprawić sobie dużego bólu. Nadal nie zagoiłam się po cesarskim cięciu i wszystko mnie ciągnie. Wiem jednak, że o bólu szybko zapomnę.
-Jeśli wszystko skończy się dobrzy - mówię i spoglądam na nich -  Przyrzekam. Przyrzekam na własne życie, że nie utrudnię nikomu kontaktu z małym. Pogodzimy to wszystko jakoś... -  po tych słowach zaczynam płakać. Jedyne czego teraz pragnę to by Adam przeżył.
-Cichutko już… - Brayan przytula mnie i gładzi moje plecy bym się uspokoiła. Docieramy pod salę gdzie leży mój synek. Nie możemy tam jednak wszyscy wejść.
-Chcę sama… -  próbuję wstać z wózka, ale to wcale nie takie proste. Nadal jestem słaba po porodzie i komplikacjach.
-Tylko powoli, panno Donell – upomina mnie lekarz który akurat przechodzi. Chłopaki nie chcą prawić mi kazań by mnie nie denerwować. Ponawiam próbę samodzielnego stania i tym razem udaje mi się. Wchodzę powoli do sali i widzę moje maleństwo. Leży w inkubatorze cały pozaklejany w rurkach. Boże! Jest taki maleńki. Rurki ma nawet w buzi i w nosku. Ma taką cieniutką skórę, prawie przeźroczystą, przez którą widać naczynia krwionośne. Cały pokryty jest meszkiem, ma zamknięte powieki i czapeczkę na główce. Jego klatka piersiowa unosi się miarowo, wiem jednak, że nie oddycha samodzielnie. Podchodzę bliżej i dotykam szyby inkubatora.
-Mój aniołku, bądź silny, proszę -  patrzę na niego jak zaczarowana. Jest taki nieproporcjonalny. Główka większa, a reszta ciałka taka malutka. Nie mam pojęcia ile waży? Pewnie niecałe pół kilograma. Odwracam się widząc sylwetkę lekarza, która odbija się w szybie inkubatora - Jakie ma szanse? - pytam cicho.
-Urodził się w dwudziestym piątym tygodniu, nie w trzecim jak wynikało z badań. To zwiększa jego szanse, ratowaliśmy i mniejsze dzieci. Musisz być dobrej myśli, Meg - uśmiecha się i podchodzi do mnie - Ma ogromną wolę życia - dodaje, ale ja nic nie odpowiadam, tylko patrzę na Adama. Skoro dwudziesty piąty tydzień, to teraz jestem prawie pewna, że ojcem jest Erick. Wiem, że to mało prawdopodobne ale dostrzegam, że mały jest do niego podobny. Dotykam szyby inkubatora i kucam by przystawić do niej policzek.
-Kocham cię synku - mówię szeptem i zamykam oczy. Chce mi się płakać ,ale wiem, że muszę być silna. Silna dla niego. Przysuwam sobie krzesełko i siadam. Nie wiem ile czasu tu spędzam? Patrzę i liczę każdy jego oddech, każdy delikatny ruch malutkiej rączki czy nóżki.
-Musisz odpoczywać, Meg -  nagle zza pleców słyszę głos, odwracam się i widzę Ericka.
-Jest taki malutki -  mówię cicho nie zwracając uwagi na to właśnie co powiedział.
-Jest pod najlepszą opieką. Trzeba wierzyć, że będzie dobrze - podchodzi i przyklęka obok mnie.
-To twój syn - spoglądam na Ericka.
-Wiem, wiedziałem gdy tylko go zobaczyłem -  obejmuje mnie delikatnie - Kocham was oboje - dodaje i całuje mnie w policzek. Zastygam i odsuwam się odruchowo.
-On jest teraz najważniejszy - karcę go, a wzrok przenoszę na Adama.
-Przepraszam - Erick wzdycha i wstaje - Chodź, musisz odpoczywać - podaje mi dłoń, a ja ujmuję ją lekko  i wychodzimy. Odwracam się, by raz jeszcze spojrzeć na Adama. Wiem, że każdego dnia będę patrzyła na niego z obawą, że widzę go po raz ostatni. Siadam na wózek i wracam do swojej sali. 

Klinika jest naprawdę ekskluzywna. Erick płaci za wszystko. Również za to, by mógł tu spać razem z Brayanem i Tomem. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna mimo, że tego nie okazuję. Silny stres wywołał nagłe skurcze  i odklejenie się łożyska. Dostałam krwotoku, a życie i moje i Adama było zagrożone Lekarze musieli więc wykonać cesarskie cięcie. Straciłam bardzo dużo krwi i naprawdę ledwo mnie odratowali. Mój tata ma  przylecieć do nas w tym tygodniu. Erick wysłał po niego swój samolot, jednak ma jakąś niewielką usterkę i muszą to naprawić zanim wylecą.
-A co z Filipem? - pytam cicho. Chłopaki wymieniają się spojrzeniami. Dopiero teraz dostrzegam, że i Erick i Brayan mają poobijane twarze.
-Ma zakaz wstępu do szpitala, będzie też miał zakaz zbliżania się do ciebie - odpowiada Erick. Ton ma zimny i widzę, że momentalnie się zdenerwował.
-Dziękuję.
-Ten gnój już nic nie nawywija, nikogo więcej nie skrzywdzi - zaciska usta w surową linię.
-Chciałbym porozmawiać z Meg. Zostawicie nas? - pyta nagle Brayan, a następnie zerka na mnie. 
-Oczywiście - Erick i Tom jednocześnie i wychodzą na korytarz. Brayan siada obok mnie na łóżku i wtula się w moje ramiona.
-Tak bardzo cię kocham, mała. Myślałem, że umrę, gdy dowiedziałem się co się dzieje… - dotyka dłonią mojej twarzy. Gładzi ją jakby sprawdzał, że naprawdę tu jestem.
-Nic mi nie jest, Brayan. Najważniejsze, by Adam przeżył - odpowiadam cicho i przełykam ślinę. W gardle mam wielką gulę na myśl, że w każdej chwili mogę dostać tą najgorszą informację.
-Erick podał siebie jako ojca - dodaje nagle, ale ja nie jestem zaskoczona.
-Wiem, bo nim jest. Jestem tego pewna -  odpowiadam patrząc na niego badawczo.
-Chcesz do niego wrócić? - w jego głosie słychać smutek, a w oczach dostrzegam panikę. 
-Brayan - mówię cicho - Chcę być z tobą i nic tego nie zmieni. Wiem, że ci ciężko ale uwierz mi, że nie wrócę do Ericka - nachylam się i całuję go delikatnie w usta.
-Myślałem... -  dotykam palcem jego usta, by nie kończył.
-Źle myślałeś - uśmiecham się delikatnie.
-Jakbym cię teraz znowu poprosił o rękę, to zgodziłabyś się? - pyta uśmiechając się zadziornie.
-Nie przesadzaj… - ganię go i oboje zaczynamy się śmiać. Ja jednak od razu tego żałuje, bo ciągną mnie szwy. O cholera! Krzywię się z bólu.
-Oj uważaj, nieźle cię pokroili -  całuje mnie w dłoń. Podciągam sobie koszulkę i widzę bandaż na całą szerokość brzucha.
-Ale będzie blizna -  stwierdzam.
-Wcale nie, to tylko tak wygląda. Nacięcie na pewno jest nieduże.
-Znawca się znalazł - drwię z niego.
-Pola nie ma dużej blizny, a Vina też urodził się przez cesarkę - tłumaczy swoją wiedzę, a ja patrze na niego.
-Aha - jestem zaskoczona. Niby skąd o tym wie? Widział jej bliznę? Widział jej brzuch po porodzie?
-Pokazywała mi już dawno. Jeszcze jak próbowaliśmy być razem -  dodaje jakby czytał w moich myślach.
-Wcale o tym nie myślałam -  udaję głupa.
-Jasne - Brayan uśmiecha się i obejmuje mnie delikatnie. W jego ramionach czuję się spokojniejsza. Wraca Erick. Tom pojechał do Alex, ale możliwe, że niedługo mnie odwiedzą we dwoje. Moja sala sąsiaduje z pokojem w którym śpią chłopaki. Erick spędza całe dnie na zamianę przy mnie i przy Adamie. Wiem, że wyrodna ze mnie matka, bo nie mogę być przy nim cały czas, ale jestem jeszcze zbyt słaba. Lekarza zabraniają mi chodzić do niego na dłużej niż kilka minut dziennie.  Mówią też, że najgorsze są pierwsze doby po porodzie więc skoro Adam nadal żyje, to znaczy, że walczy, że jest coraz silniejszy. Wypytałam lekarza o wszystko. Jeśli Adam przeżyje, to i tak na pewno spędzimy kilka najbliższych miesięcy w szpitalu. Jest jednak duża szansa, że wszystko skończy się dobrze.



Mijają kolejne dni, tygodnie. Wypisali mnie ze szpitala jednak i tak spędzam tu całe dnie. Adam jest coraz silniejszy, przybiera na wadze i już  samodzielnie oddycha. Coraz bardziej przypomina normalne dziecko, a od kilku dni pokazały mu się na głowie ciemne włoski. Z każdym dniem widzę, że jest coraz bardziej podobny do Ericka. Dla mnie nawet nie potrzeba robić badań, ale jeśli Erick będzie chciał mieć pewność, to po prostu je zrobimy. Przyleciał do nas także mój tata. Mama została  w Nowym Jorku, by pomagać Kim przy Evie. Wszyscy bardzo się wystraszyli i przeżywają to co się stało. Filipa nie widziałam od tamtego dnia, bo Erick uruchomił swoje kontakty, by  ten nie mógł się do mnie zbliżać. W prasie pojawiła się  jednak informacje o bójce i dziecku. Na szczęście w szpitalu mamy całkowity spokój. Dopóki mały nie będzie w pełni gotowy, by stąd wyjść nie rozmawiamy o tym jak to wszystko rozwiązać. Pogodzimy jakoś te wszystkie obowiązki, ale teraz najważniejsze jest, by Adam rozwijał się i dochodził do siebie w najlepszych do tego warunkach. Erick zakochał się w nim od pierwszego wejrzenia i stara się trzymać na dystans w stosunku do mnie. Teraz dla niego całym światem jest syn,  a w tym całym dramacie ogromnie cieszę się, że mogłam obdarować go takim prezentem. Największym szczęściem jakie może spotkać człowieka. Dzieckiem. Brayan za to codziennie upewnia mnie w tym, że dobrze wybrałam. Mam wrażenie, że zakochuje się w nim z każdą chwilą coraz bardziej. Mimo obecności Ericka naprawdę czuję do niego "więcej".  Wszystko co ostatnio przeszłam bardzo mnie zmieniło. Przestałam ciągle o nim myśleć i rozpamiętywać, to co zrobiłam. Najważniejsze jest tu, teraz. Najważniejszy jest Adam. Moment w którym pierwszy raz mogłam wziąć go na ręce, był najszczęśliwszym w moim życiu. 

Dokładnie cztery miesiące później możemy wyjść ze szpitala. To jest cud. Mały nabrał  masy i odpowiednio się rozwinął. Mimo, że urodził się o wiele za wcześnie, to niczym nie różni się od innych dzieci. Jest troszkę mniejszy ale całkowicie zdrowy.

Piątek,  16 maj

Zjeżdżamy właśnie windą na podziemny parking kliniki. Ja, mój tata i Erick, który niesie Adama w przenośnym foteliku . Brayan i cała reszta zapewne są w naszym domu i czekają na nas. W czasie, gdy Adam był w klinice, to pani Hook i Brayan zajęli się wykończeniem domu. Wiem jedynie tyle, że jest gotowy do zamieszkania i w pełni umeblowany.
-Mogę dziś zostać u was na noc? -  Erick pyta niepewnie, gdy zapina fotelik na tylnym siedzeniu Bentleya. Sprowadził tutaj swoje samochody i wynajął apartament niedaleko kliniki, by być blisko.
-Jasne - uśmiecham się spoglądając na małego. Śpi słodko i ma gdzieś to jak wszyscy nie mogą doczekać się aż go zobaczą.
-Jest taki do ciebie podobny - stwierdza mój tata spoglądając na Ericka.
-Bo to cały ja! -  ten dodaje dumny i nachyla się by pocałować małego w rączkę. Serce mi się raduje, że wszystko dobrze się skończyło. Ostatnie miesiące były bardzo trudne. Mały dostał SEPSy i naprawdę było źle. Jest jednak tak silny, że poradził sobie z infekcją. Ma wolę życia i walki. Wiem, że wyrośnie na twardego i świetnego faceta. Niestety przez stres straciłam cały pokarm i nie mogę karmić go piersią. Codziennie będziemy musieli jeździć do kliniki po mleko innej matki, która ściąga je specjalnie dla Adama. To podobno lepsze i zdrowsze dla dziecka niż mleko w proszku. Moje ciało także się zmieniło. Nadal jestem bardzo szczupła, ale mój biust trochę szaleje. Poszerzyły mi się także biodra. Nisko na brzuchu mam bliznę po cesarce, na szczęście nie jest duża. Moja skóra  wróciła  do normy, jest na tyle elastyczna, że nawet nie mam rozstępów. Jestem jednak słaba fizycznie, ale najważniejsza jest psychika z którą jest zdecydowanie lepiej.
-Na pewno dobrze to zamocowałem? - pyta Erick drapiąc się po głowie i zerka na mojego tatę. Właśnie przypiął fotelik na tylne siedzenie samochodu.
-Zaraz zobaczę -  odpowiada tata i sprawdza wszystko dokładnie. Ja kucam obok przenośnego fotelika i patrzę na mojego ślicznego syna. Ma mnóstwo ciemnych włosków i oliwkową cerę. Oczka jeszcze niebieskie, ale raczej będzie miał ciemne, tak jak Erick. Adam to skóra z niego zdarta. Jedynie nosek ma po mnie, mały i słodko zadarty. Gdy przenoszę go delikatnie do samochodu budzi się nagle i patrzy nadąsany, że przerwałam mu sen. Robi takie śmieszne minki, że wszyscy się śmiejemy. Krzywi się i chyba ma ochotę popłakać ale smoczek załatwia sprawę. Siadam obok niego i poprawiam mu czapeczkę. Jest maj i jest całkiem ciepło, ale takie maleństwo trzeba odpowiednio ubierać. W życiu bym nie pomyślała, że rok temu, dokładnie o tej porze, poznałam się z Erickiem, a teraz mamy syna, a na dodatek nie jesteśmy razem.  Erick przez ten cały czas, kiedy mały był w szpitalu, spędzał przy nim każdą chwilę. W Nowym Jorku był tylko dwa razy, zostawił wszystko i praktycznie przeprowadził się do Londynu. Firmę powierzył Gordonowi, który też bardzo się zmartwił całą sytuacją. Na dniach to jego Jenifer ma rodzić, więc nie mógł przylecieć, by wspierać Ericka, ale przyjacielem jest się także na odległość. Z tego co wiem Filip wrócił do Nowego Jorku i chyba odpuścił. Erick niczego na jego temat mi nie mówi. Zapewne nie chce bym się niepotrzebnie denerwowała.

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 95



Sobota,  25 stycznia

Budzę się rano. W mojej sali jest jasno. Jestem sama. Nie mam pojęcia gdzie jest Brayan? Pierwsza myśl to taka, że pewnie musiał odwieść małego do Poli i wrócił do mieszkania. Nie mam przy sobie komórki, więc nawet nie mogę zadzwonić. Oddycham z ulgą nie widząc w sali Filipa. On zadzwonił wczoraj do Ericka i teraz wszyscy już wiedzą. Znając jego przyleci dziś albo jutro. Zapewne wsiadł do samolotu zapewne zaraz po telefonie. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jaką miał minę gdy się dowiedział. Pewnie jest wściekły i zrobi mi niezłą awanturę. Wiem jednak, że na to zasłużyłam.

Przychodzi pielęgniarka i przynosi mi śniadanie. Jestem strasznie głodna, a to dobry znak. To znaczy, że nic poważnego mi nie dolega. Szpitalna porcja mi nie wystarcza, ale nie śmie prosić o więcej. Wiadomo, że każdy pacjent dostaje wyliczoną ilość jedzenia. Przebrana w szpitalną piżamę powoli idę do łazienki. Z łóżka schodzę ostrożnie, by nie zakręciło mi się w głowie. Nie mam już podłączonej kroplówki. Na korytarzu przechadzają się inne kobiety w ciąży, mają ogromne brzuchy. Ja też będę taki miała?! Widzę nad głównymi drzwiami nazwę oddziału „patologia ciąży” - nie brzmi najlepiej jednak na szczęście nie odzwierciedla  mojego stanu. W ubikacji spotykam kobietę w ciąży z trojaczkami. Jest mniej więcej w tym samym tygodniu co ja, ale wygląda jakby zaraz miała urodzić. Rozmawiamy chwilę. Jest bardzo sympatyczna. Mówi, że to jej druga ciąża i że z pierwszej ma bliźniaki. O rany!  Przegania nas pielęgniarka upominając kobietę, że musi leżeć,a ja odprowadzam ją do sali i wracam do siebie. Strasznie mi się nudzi. Brayana nie ma i zaczynam się niepokoić. Może już mnie zostawił? Wzdrygam się na tę myśl, ale staram się nie wpadać w paranoję.

Po obchodzie przychodzi do mnie lekarz i mówi, że jutro mogą wypisać mnie do domu. Widzi jednak, że od wczoraj nikt mnie nie odwiedził i pyta czy potrzebuję pomocy. Zbywam go mówiąc, że dam sobie radę. Najwyżej zadzwonię do Toma z prośbą by po mnie przyjechał. Nie wiem co się dzieje. Dlaczego nikt do mnie nie przyjechał?

Po obiedzie postanawiam zrobić sobie mały spacer po szpitalu, bo  z nudów zaczynam mieć najgorsze myśli. Poszłam więc na oddział noworodków przyjrzeć się maluchom na poprawę humoru. Są takie słodkie i śmieszne. Niektóre wyglądają jak mali kosmici, ale wszystkie wyglądają cudownie. Nie przebywam tu jednak za długo, bo podchodzi do mnie pielęgniarka i przegania na mój oddział. Boże! Co za ludzie. Wchodzę do windy i wybieram numer mojego piętra. Winda zaczyna jednak jechać na dół, bo najwidoczniej ktoś przywołał ją pierwszy. Cudownie! Nawet głupia winda jest przeciwko mnie. Opieram się o poręcz, w tej seksownej szpitalnej piżamie i robię nadąsaną minę. Zjeżdżam aż na parter. Drzwi rozsuwają się, a ja podnoszę wzrok i widzę czterech facetów. Brayana, Ericka, Toma i Filipa. Właśnie mają zamiar wsiadać do środka. Przestaję oddychać, a moje serce nie może złapać odpowiedniego rytmu. Miny nas wszystkich są nie od opisania. Tylko Tom głupawo się uśmiecha i jest w stanie cokolwiek powiedzieć.
-Cześć, śliczna! -  wita się ze mną pierwszy i daje mi całusa w policzek. Brayan, Erick i Filip wsiadają zaraz za nim.
-Cześć, Tom - szepczę zaskoczona, że przyjechali tutaj wszyscy czterej. Zerkam niepewnie na Ericka. Tak szybko przyleciał? Minęło niecałe dwadzieścia cztery godziny.
-Się porobiło... - Tom dodaje cicho i uśmiecha się obejmując mnie delikatnie. Brayan, Erick i Filip mają grobowe miny. O cholera!
-Taa… -  wzdycham wbijając wzrok w podłogę windy. Czuję się jak skazaniec jadący na śmierć. Po chwili jednak ta sytuacja nawet mnie bawi. To chyba z nerwów, ale zaczynam głupio i mimowolnie chichotać. Chłopaki patrzą na mnie jeszcze bardziej zaskoczeni, pewnie myślą, że kompletnie mnie porąbało – Przepraszam - bąkam próbując się opanować.
-Śmiech to zdrowie, a w twoim stanie to wskazane…  - w końcu odzywa się Erick i spogląda na mój brzuch, który opina szpitalna koszula. Ja również zerkam na niego. Chciałabym go przeprosić za to wszystko co zrobiłam, ale wiem, że słowa to za mało. Widzę jaki jest zdezorientowany, zdenerwowany i smutny, a to wszystko z mojego powodu. Wychodzimy z windy wszyscy razem.  Idę od razu do swojej sali, a chłopaki jak gąski podążają za mną. Siadam na łóżku i zakrywam się kołdrą.
-Jutro mnie wypiszą - mówię cicho, bo nie wiem co powinnam zrobić. 
-To dobrze -  stwierdza Brayan i uśmiecha się lekko. Podchodzi do mnie i przysiada na łóżku.
-Gdzie Vincent? - pytam cicho.
-Zawiozłem go wczoraj do Poli. Wygadał się jej, że był w szpitalu i musiałem  wytłumaczyć co się stało - wzdycha wymownie.
-Przepraszam - łapię go za dłoń. Brayan jej nie odtrąca, ale czuję, że się ode mnie oddalił. Psychicznie. To dla mnie takie cholernie trudne, bo nie chcę stracić i jego. Po chwili Filip wychodzi na korytarz by porozmawiać z lekarzem.
-Brayanie, zostawisz nas samych? - odzywa się Erick patrząc na mnie smutno. Och nie! Nie chciałam znowu go skrzywdzić.
-Jasne -  ten uśmiecha się blado i wychodzi. Tom udaje się zaraz za nim. Od razu się spinam, gdy zostajemy we dwoje, a Erick podchodzi bliżej łóżka. Najpierw milczy przez długą chwilę, a ja liczę każdy jego ciężki oddech.
-Jak mogłaś? - pyta nagle. W głosie ma tyle żalu, że od razu ściska mnie w żołądku - Meg! - podnosi głos, gdy nie odpowiadam, a ja aż podskakuję.
-Nie zaczynaj i ty. Wczoraj przerabiałam to już z Filipem! - syczę próbując się jakkolwiek bronić.
-Chryste czy ty masz świadomość co nawyrabiałaś? - patrzy na mnie kompletnie zaszokowany. Wplata palce w włosy przeczesując je nerwowo.
-Ja?! – piszczę - Z tego co wiem nie jestem wiatropylna! - Erick rzuca mi gniewne spojrzenie, a ja kulę się jak dziecko. Kurwa mać! Muszę czasami ugryźć się w język.
-Mówię o okłamywaniu nas. Wszystkich! Mnie. Filipa. Czy twoi rodzice wiedzą?! - wybucha. I tak jestem zdziwiona, że dopiero teraz.
-Oczywiście, że wiedzą!
-Świetnie! - wywraca oczami i zaczyna nerwowo chodzić po pokoju.
-Ja zabroniłam im mówić. Nie musisz się na nich wściekać -  dodaje spokojniej.
-Filip mówił, że to dwudziesty trzeci tydzień, tak? - pyta, nadal chodzi z kąta w kąt i cholernie mnie to rozprasza.
-Tak - wodzę za nim wzrokiem.
-Czyli, że zaszłaś w ciążę mniej więcej w Las Vegas, tak?-  rzuca mi wymowne spojrzenie.
-Mniej więcej, ale nie można określić dokładnego dnia - spuszczam wzrok.
-Kurwa mać! - klnie tak głośno aż ktoś z korytarza zagląda do sali. Erick zdenerwowany zamyka drzwi, by nikt nas nie słuchał - I co? Co zamierzasz teraz zrobić? - dopytuje.
-Ericku, nie wiem -  odpowiadam skruszona, czuję się fatalnie z tym co zrobiłam. Teraz wiem jak ogromny był to błąd.
-Co jeśli on jest ojcem? - te słowa ledwo przechodzą mu przez gardło.
-Nie wiem - kręcę palcami kołowrotek.
-A jeśli to moje dziecko, to co wtedy?
-Nie wiem - powtarzam się jak z zaciętej płyty.
-A co ty kurwa wiesz?! - wrzeszczy na mnie. Jest wściekły - Okłamujesz mnie od pięciu kurwa miesięcy. Najpierw uciekłaś bez słowa, ukrywałaś prawdę o Filipie i teraz jeszcze to! - wskazuje na mój brzuch. W oczach ma totalną furię -  Gdyby nie Filip pewnie nigdy bym się nie dowiedział, że prawdopodobnie będę ojcem! - wrzeszczy wymachując rękami.
-Dziwisz mi się?! Mnie też nie było łatwo! - warczę w obronie. Rozumiem, że się zdenerwował ale niech na mnie tak nie wrzeszczy.
-Kiedy się dowiedziałaś? - spuszcza z tonu.
-W listopadzie.
-Nie no ja chyba śnię - znowu się unosi - Czyli na weselu i w Dubaju wiedziałaś, tak?! - dopytuje.
-Oczywiście, że tak. Nie rób ze mnie idiotki. Zorientowałam się, że jestem w ciąży w dziewiątym tygodniu - poprawiam się na łóżku.
-Nic nie było widać... - spogląda na mnie z niedowierzaniem - Ale teraz już wiem dlaczego nie piłaś alkoholu i co sprawiło, że odzyskujesz kilogramy - siada obok na krześle - To chłopczyk, tak? - głos całkowicie mu łagodnieje.
-Tak -  odpowiadam cicho, ale nie mam odwagi spojrzeć mu w oczy.
-Jak mogłaś się tak narażać? - pyta zatroskany.
-Narażać? Niby jak? - unoszę brwi.
-Latać samolotem, tańczyć na weselu w wysokich butach i bawić się w wodzie na plaży w Dubaju. Mogło ci... mogło się wam coś stać - wyjaśnia swoje obawy.
-Jestem w ciąży Ericku, a to nie choroba. Można latać, szczególnie w drugim trymestrze. Konsultowałam wszystko z moją panią doktor - Erick wzdycha i dotyka mojej dłoni. Nadal ma taką gorącą i miękką skórę.
-A co na to wszystko Brayan? On wie, że nie jest ojcem? - zaskakuje mnie tym pytaniem.
-Za kogo ty mnie uważasz? Brayana poznałam wiele później, a razem jesteśmy dopiero od wyjazdy do Nowego Jorku  - odpowiadam zirytowana.
-Wiem, przepraszam... - kręci głową - Po prostu to takie...porąbane. Czyli wiedzieli wszyscy tylko nie ja, tak? - dalej gładzi moją dłoń. Chyba robi to bezwiednie, ale nie chcę by przestawał.
-No na przykład Gordon i Jeni też nic nie wiedzą, no i Filip nie wiedział - bąkam. Próbuję być zabawna czy co?
-Jesteś prawie w tym samym tygodniu co ona… -  nagle Erick uśmiecha się. Pierwszy raz odkąd go dziś zobaczyłam. Boże! Tak bardzo kocham ten uśmiech. Chcę dotknąć jego twarzy, ale wiem, że nie mogę.
-Wiem -  ledwo powstrzymuję łzy.
-Dlatego tak zareagowałaś, gdy powiedzieli o ciąży przy kolacji - stwierdza.
-Myślałam, że to jakiś żart - zaczynam się nerwowo śmiać.
-Niezły zbieg okoliczności - Erick za to spogląda na mnie ciepło. Nie wiem co mam zrobić? Co mu powiedzieć? Czuję, że w głowie mam kompletną pustkę, ale teraz muszę być z nim szczera.
-Ericku, ja nie chcę byś czuł się za cokolwiek odpowiedzialny. Chcę wychować to dziecko z Brayanem - wyduszam z siebie. Nie wiem czy kiedykolwiek indziej odważyłabym się mu to powiedzieć. Erick zastyga i patrzy na mnie kompletnie zaszokowany.
-Chcę wiedzieć czy to moje dziecko. Tak będzie lepiej dla dobra wszystkich - odpowiada zaskakująco spokojnie - Pogodziłem się z faktem, że nie chcesz ze mną być, ale jeśli to mój syn, to ja muszę wiedzieć - dodaje. Spodziewałam się raczej awantury jak z Filipem, a tu taka odmiana.
-A co to zmieni? Nie będziemy razem, już nigdy - przełykam ślinę, bo te słowa to dla mnie za każdym razem ten sam koszmar.
-Zmieni tyle, że do końca życia będzie nas coś łączyło. Nie tylko romans, Meg. Nasz syn to owoc miłości, która trwała zbyt krótko, ale ja nigdy się od was nie odwrócę… -  wyznaje i gładzi mnie wyżej po przedramieniu. Jego dłoń sunie po mojej skórze wywołując na moim ciele znajome dreszcze. Nie wiem czemu mi to wszystko mówi? Nadal ma nadzieję, że będziemy razem?
-A co jeśli ojcem jest Filip? - pytam niepewnie. Chcę wiedzieć co o tym myśli.
-Załatwisz to z nim jak będziesz chciała. Chociaż  szczerze mówiąc liczę na to, że jednak nim nie jest. Nie chcę byś musiała spotykać się z nim ze względu na dziecko. Zniszczył życie i tobie i mnie. Filip nie zasługuje na takie wyróżnienie jakim jest bycie ojcem… -  jego odpowiedź mnie zaskakuje. Zamykam oczy, bo pragnę mu się wytłumaczyć, że naprawdę nie chciałam go zdradzić.
-To był tylko jeden raz… -  szepczę ledwo słyszalnie. Tak bardzo bym chciała żeby ojcem był Erick. Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Na pewno nie  łatwo mu tego słuchać.
-Skoro już wszystko jest jasne powiesz mi jak było naprawdę? Filip nie był skory do zwierzeń i znam tylko jego wersję, wydarzeń. Wiem, że na pewno odbiega ona od prawdy - pyta wprost.
-Ericku, ale co tu więcej mówić? Filip dostawiał się do mnie prawie od początku naszej znajomości - wzruszam ramionami. Nie chcę go ranić tymi wspomnieniami, a dla mnie to też mało komfortowe.
-On twierdzi, że ty go uwodziłaś -  patrzy na mnie badawczo, a ja rzucam mu spojrzenie pełne dezaprobaty.
-Jasne. Do łóżka też ja go zaciągnęłam - bąka zirytowana, a Erick odsuwa się słysząc te słowa. Ta rozmowa nie będzie łatwa, ale ja nie mam zamiaru niczego już ukrywać. Skoro chce wiedzieć, to powiem mu jak było.
-Ufałem mu. Myślałem, że jesteś przy nim bezpieczna. Tyle razy cię z nim zostawiałem, sam na sam... - mówi cicho.
-To naprawdę był tylko jeden raz - spoglądam na niego smutno. Pragnę by mi uwierzył.
-Wiem, Meg. Wierzę ci, ale nie mogę sobie wybaczyć, że dałem się mu tak omamić. Manipulował wszystkimi, zniszczył to co było między nami. Kocham cię, Megan. Zawsze będę kochał.
-Musisz mnie zrozumieć - głos mi drży - Ja nie potrafiłabym z tobą być....po tym wszystkim. Wybacz mi - chwytam go za dłoń i ściskam mocno.
-Staram się to zrozumieć, maleńka. Widzę, że Brayan dba o ciebie. Mówił dziś, że jest mu ciężko z tym wszystkim, ale stara się cię wspierać, bo cię kocha - te słowa ledwo przechodzą przez jego usta.
-Jeśli to twoje dziecko to i tak będę je chciała wychować z nim - powtarzam.
-Nie będę weekendowym ojcem, nie ma mowy! - unosi się i patrzy na mnie gniewnie.
-A jak sobie to wyobrażasz? Dwóch tatusiów? - pytam.
-Sąd ustali z kim  mały będzie przebywał i kiedy.
-Chcesz mi go odebrać? - pytam bez tchu.
-Nic ci nie odbiorę. Zadbam tylko by niczego wam nie brakowało, ale nie możesz mi zabronić widywać się z dzieckiem. Jeśli będziesz starała się utrudniać kontakty wtedy nie będę miał wyjścia i pójdę do sądu. Znasz mnie i wiesz, że znam wpływowych ludzi... - dodaje zimno, brzmi to jak groźba. Oczy zachodzą mi łzami, bo nigdy nie słyszałam od niego takich słów.
-Chciałabym zostać sama… -  odpowiadam po chwili. Czuję się kompletnie samotna i bezsilna. Brayan na pewno jest wściekł na tą sytuację, Erick grozi, że odbierze mi dziecko, a Filip jest dupkiem nad dupkami.
-Zostaję tymczasowo w Londynie. Będziemy w kontakcie… -  odpowiada surowo i wychodzi z sali zamykając za sobą drzwi. Leżę i patrzę w sufit, dłońmi gładzę brzuszek. Mały chyba śpi. Oddycham głęboko i staram się nie denerwować. Teraz już nic nie zmienię. Wszyscy musimy poczekać, aż Adam się urodzi i zrobić badania genetyczne. Po tym co powiedział mi Erick, już sama nie wiem czy wolę, by on był ojcem. Do Filipa czuję wstręt, nienawiść, ale on chociaż nie groził, że odbierze mi syna.  Rozmyślam tak długą chwilę, a do sali niepewnie zagląda Tom.
-Mogę? - pyta cicho.
-Tak, wejdź - uśmiecham się blado,  a on podchodzi i siada w nogach łóżka.
-Nie będę prawił ci kazań, mała, ale ostrzegałem - patrzy na mnie spokojnie.
-Błagam cię tylko ty nie zaczynaj, bo nie mam już na to siły -wzdycham - Wydało się i dobrze. Przynajmniej nie muszę już nikogo okłamywać! - dodaję głośniej.
-Gdybyś widziała minę Ericka, gdy pojechaliśmy po niego na lotnisko. Rozmawiałem z nim. Powiedział, że gdy Filip do niego zadzwonił, to w pierwszej chwili mu nie uwierzył.
-A gdybyś ty widział minę Filipa, gdy stanął w drzwiach mieszkania i mnie zobaczył - wtrącam i zaczynam się śmiać.
-Wolisz żeby Erick był ojcem, prawda? - uśmiecha się pocieszająco i łapie mnie za dłoń.
-Już sama nie wiem, Tom. Właśnie mi powiedział, że jeśli będę utrudniała mu kontakt, to mi go odbierze -  łzy znowu napływają mi do oczu.
-Tak powiedział?! - pyta zaskoczony.
-Dał mi to do zrozumienia -  wyjaśniam.
-Nie zrobiłby ci tego, Meg, ale nie możesz utrudniać kontaktów ojcu. Widzisz jak Brayan cierpiał z tego powodu. Nie musisz być z Erickiem, ale nie możesz pozbawić go praw -  próbuje mnie przekonać.
-Sama już nie wiem co powinnam zrobić. Chcę by Adam miał normalną rodzinę, a nie dwóch tatusiów, z czego jednego na pół etatu - wywracam oczami.
-Musisz to przemyśleć, mała. Nie możesz myśleć tylko o sobie i o tym jak tobie będzie wygodniej... - nic nie mówię tylko wzdycham głośno. Siedzimy tak dłuższą chwilę w milczeniu. Tomowi też na pewno nie jest łatwo, bo widzi jak jego przyjaciel się męczy i jak wszyscy się stresują.
-A jak z Alex? Wszystko w porządku? - pytam by zmienić temat.
-Tak - uśmiecha się -  Masz pozdrowienia -  dodaje i zaczyna opowiadać jaka to ona cudowna i uczynna. Miło popatrzeć, że chociaż on jest szczęśliwy. Brayan miał racje, że szybko o mnie zapomni i bardzo mnie to cieszy. Naszą rozmowę przerywa pielęgniarka która przynosi mi kolację. Jestem jednak tak zestresowana, że nie mam ochoty jeść, za co oczywiście dostaje ochrzan. Wracają też chłopaki. Stają nade mną i gapią się jak na posąg w muzeum. Czuję się co najmniej dziwnie. Biorę kawałek bułki i skubię ją powoli.
-Będziecie tak stać? - pytam lekko rozbawiona.
-Ustaliliśmy, że do porodu będziesz mieszkała z Brayanem -  mówi nagle Erick, a ja unoszę zaskoczona brew.
-Wy ustaliliście? - pytam oniemiała.
-Tak będzie najlepiej dla ciebie, bo nie będziesz się tak denerwowała - wtrąca Filip.
-Akurat to sama już dawno ustaliłam i nic wam do tego - burczę zirytowana.
-Daj spokój, mała -  Brayan odzywa się w końcu i podchodzi do mnie.
-Co daj spokój? To, że jestem w ciąży z którymś z nich nie oznacza, że będą za mnie decydować! - oznajmiam.
-Najwidoczniej sama nie potrafisz. Twoje wybory nie są dość trafne! - wtrąca wkurzony Filip.
-Zamknij się lepiej. Najgorszym wyborem było to, że poszłam z tobą do łóżka! - patrzę na niego gniewnie, a chłopaki milkną słysząc moje słowa.
-Sama tego chciałaś. Nie zgrywaj teraz takiego niewiniątka! -odpowiada wściekle.
-Jesteś beznadziejny! - poprawiam się na łóżku i zaciskam pięści. Żałuję, że wszyscy muszą tego słuchać. Co za żenada!
-Jakoś inaczej jęczałaś, gdy posuwałem cię w Vegas! - dodaje nagle i w tym momencie Erick rzuca się na niego z rękoma, a Brayan od razu do nich doskakuje.
 -Chłopaki! - krzyczę i wstaję z łóżka. Jestem spanikowana.  Tom próbuje ich rozdzielić, ale mu się nie udaje. Szarpią się na podłodze, przewracając krzesła i wypadają na korytarz.
-Coś ty kurwa powiedział?! - Erick krzyczy okładając pięściami głowę Filipa.
-Pierdol się, Evans. Nawet nie wiesz jak jej było ze mną dobrze! -  Filip śmieje mu się prost w twarz, czym jeszcze bardziej go rozjusza.
-Kurwa Filip, zamknij mordę! - Brayan próbuje ich uspokoić, a Tom stoi obok mnie. Obejmuje mnie, bo czuje jak cała drżę. 
-A ty co? - Filip rzuca pogardliwie spojrzenie Brayanowi - Tobie też trochę zajęło, by ją wydymać. To tania dziwka! Poleci na każdego i to tylko kwestia czasu! -  dodaje i w tym momencie nawet Brayan nie wytrzymuje. Wymierza Filipowi cios prosto w szczękę, a on momentalnie mdleje. Dopadają ich ochroniarze i skutecznie rozdzielają. Stoję oszołomiona. Widzę krew na podłodze i dłoniach Brayana. Najwidoczniej rozbił nos Filipowi. Filip po chwili odzyskuje przytomność i znowu zaczyna się ciskać. Bluźni i szarpie się nawet w rękach ochrony.
-To wszystko przez ciebie, ty dziwko! - te słowa kieruje do mnie. Wyraz twarzy ma wręcz opętany. Patrzę mu w oczy i ledwo mogę oddychać. Zasłaniam usta dłonią by nie rozpłakać się na głos. Z jego ust pada jeszcze kilkanaście epitetów w moją stronę. Wszyscy krzyczą, szarpią się i nie mogą opanować. Za dużo emocji, za dużo stresu. Nagle padam na kolana, a Tom razem ze mną.
-Mała, co ci jest? - pyta spanikowany. 
-Boże! -  jęczę  łapiąc się na brzuch. Czuję okropny ból, skurcz... nie wiem jak to opisać. Tom jest przerażony, ale pomaga mi wstać.  Prostuję się i czuję, że dzieje się coś okropnego. Na podłodze widać kałużę mojej krwi. Całe moje nogi i  piżama są we krwi. Ochroniarze sekundę wcześniej zabrali chłopaków, a Tom z całych sił woła lekarza, który przybiega dosłowni po chwili. Kładą mnie na łóżku, a ja  próbuję zwinąć się z bólu.
-Moje maleństwo, ratujcie moje maleństwo  - łkam przerażona. Tom stoi obok i podtrzymuje moją głowę. Za lekarzem do sali wpada pielęgniarka i jeszcze jakiś lekarz. Zaczynają mnie badać i mówić coś między sobą. Jest mnóstwo krwi. Nic nie rozumiem, ale od razu wiem, że sytuacja jest poważna. Momentalnie podejmują decyzję, że zabierają mnie na inną salę.
-Tom! Zadzwoń do moich rodziców -  krzyczę do niego w ostatnich słowach, a następnie znikam za drzwiami sali operacyjnej. Lekarz zadaje  mi mnóstwo pytań, ale jestem oszołomiona i zaszokowana tym co się dzieje. Czuję, że wydarzy się coś najgorszego. Podają mi tlen i podłączają pod liczne maszyny.
-Doktorze co się dzieje? - pytam. Z trudem mogę oddychać.
-Musimy wyciągnąć dziecko, musimy panią ratować -  odpowiada zakładając na twarz lekarską maskę.
-Nie.To jeszcze nie czas! - próbuję się podnieść ale ból powala mnie z powrotem na stół operacyjny -  Nie mnie ratujcie. Ratujcie małego! - krzyczę zrozpaczona. Lekarz jednak nie reaguje. Dostaję wkłucie główne i znieczulenie. Parawanem zasłaniają mi brzuch. Kręci mi się w głowie, ból ustaje. Czuję się jednak tak okropnie jak chyba nigdy wcześniej.
-Proszę, ratujcie jego, nie mnie! - łkam pani anestezjolog, która patrzy na mnie smutno i gładzi moje włosy
-Będzie dobrze… - odpowiada sama chyba w to nie wierząc. Zamykam oczy by zatamować łzy. Czuję dziwne uczucie w brzuchu. Nacisk, parcie aż w końcu widzę ukradkiem jak wyciągają ze mnie mojego synka.  Lekarze mówią coś między sobą, jednak ja mało pamiętam. Jestem ogłupiona i oszołomiona znieczuleniem. Dostrzegam nóżki i główkę. Boże, jest taki maleńki. Zduszam jęk. Pielęgniarka od razu go zabiera. Adam nawet nie płacze. Nie mam pojęcia czy w ogóle żyje. Czy w ogóle ma szanse na przeżycie? Przecież to dopiero dwudziesty trzeci tydzień. Boże!
-Ssak! - rozkazuje lekarz, a ja wiem, że to nie koniec tego koszmaru.
-Za dużo krwi! - dodaje  drugi i patrzy przerażony na tego pierwszego. Zaczynam tracić przytomność, a do sali wpada kolejny lekarz. 
-Ratujcie Adama -  wypowiadam te słowa sekundę przed tym jak tracę świadomość.