Premiera już w lipcu!

wtorek, 15 września 2015

Rozdział 89

-Co? - Brayan patrzy na mnie jak na wariatkę.
-To co słyszałeś, zbieraj się, o siódmej mamy samolot - chwytam go za dłoń, by wiedział, że to nie żarty. 
-A reszta?
-Oni zostają, wracamy tylko my. Chodź! - ciągnę go dalej by ruszył tyłek.
-Dlaczego? - pyta z udręką w głosie i patrzy na mnie tak jakby chciał żebym dała mu spokój. Serce mi ściska, bo to ja znowu doprowadziłam do tego, że ktoś cierpi. 
-Bo nic w tym momencie nie liczy się bardziej niż ty. Nie ważne co było kiedyś, nie ważne co złego nas czeka. Chcę być z tobą i nic tego nie zmieni! - wyrzucam z siebie słowa z prędkością światła - Chcę byśmy zaczęli urządzać nasz nowy dom, chcę byśmy kupili meble do pokoju naszego syna i chcę byś budził się przy mnie każdego dnia! Nie mogę ci obiecać, że pokocham cię jutro... czy za tydzień ale obiecuję, że dam z siebie wszystko, by nam się udało. Jesteś marzeniem każdej kobiety Brayan, a wybrałeś mnie. Nie pojmuję tego ale chcę w to wierzyć. Wierzyć w twoją miłość, wierzyć w to, że nam się uda… -  nachylam się i całuję go prosto w usta. To desperacja, bo nie wiem co on teraz myśli i co tak naprawdę zamierza. W odpowiedzi chwyta mnie jednak w ramiona i odrywa od podłogi oddając pocałunek.
-Chcę dokładnie tego samego, mała… -  szepcze w moje usta i uśmiecha się delikatnie. Ulga jaką czuję jest nie do opisania - Na pewno chcesz wyjechać i zrezygnować z sylwestra w ciepłym słonecznym Dubaju? A w zamian spędzić go  w pustym mieszkaniu w zimnym Londynie? - pyta dla pewności. 
-Chcę go spędzić tylko z tobą, z dala od Ericka i wszystkich.
-Obiecuję, że kiedyś wybierzemy się tu znowu. Zabiorę ciebie, Adama, Vincenta! - oczy nam błyszczą od wzbierających łez. Brayan tyle dla mnie znaczy. Nawet nie wyobrażałam sobie jak wiele. To dobry znak i tego drogowskazu będę się trzymała. 

Wracamy szybko na górę. Akurat Tom i Alex siedzą w salonie.
-Będziecie żałować, że wyjeżdżacie! - stwierdza Tom.
-Opowiecie nam jak było, stary. Mamy ważniejsze sprawy. Musimy urządzić dom i pokój dla Adama -  odpowiada Brayan, a oni patrzą po sobie i wymieniają rozbawionymi spojrzeniami. 
-Zaraz się porzygam! -  śmieje się Tom.
-Zajmij się lepiej swoją kobietą! - mówię puszczając oczko do Alex -  Erick ustali z wami szczegóły powrotu, ale na razie korzystajcie do woli! - uśmiecham się i idę do sypialni po wszystkie dokumenty. Brayan sprawdza czy wszystko spakowałam. Zagląda do walizek i widząc upchane ciuchy, zaczyna się głośno śmiać.
-Ale ci się śpieszyło! -  rzuca uszczypliwie. 
-Zrób to lepiej, cwaniaku! -  również się śmieję i wrzucam do torby resztę drobiazgów. Wiem, że moja siostra będzie wściekła, że wyjechaliśmy ale gdy wytłumaczę jej dokładnie o co chodzi, to zrozumie. Nie zdążyłam natomiast porozmawiać z Gordonem i ogromnie tego żałuję. Lubię go i chciałabym mieć pewność, że nie ma do mnie żalu ani pretensji. Może kiedyś nadarzy się okazja by porozmawiać szczerze. Wtedy wszystko może będzie już łatwiejsze i mniej skomplikowane.

Za niedługo przychodzi po nas boj hotelowy, by powiadomić, że helikopter już czeka na nas i jest gotowy do lotu. Zbiera także przy okazji nasze bagaże. Żegnamy się z Alex i Tomem, zostawiam kartkę dla Kim i Roba oraz dla Almas i Ericka. W ogóle nie czuję żalu, że muszę stąd wyjechać. Jest mi z tym bardzo dobrze. Brayanowi chyba trochę mniej ale teraz musimy zając się wyłącznie sobą. Teraz on jest najważniejszy, nic innego się nie liczy.


Wtorek,  31 Grudnia

Siedzimy w taksówce wiozącej nas z lotniska, do kawalerki Brayana. Jest chwila po północy, a różnica czasu to tylko trzy godziny, czuję się jednak totalnie wykończona. Przejeżdżamy właśnie obok London Eye, które oświetlone jest jeszcze świątecznymi lampkami i wygląda naprawdę klimatycznie. Uśmiecham się przysypiając na ramieniu Brayana.


Gdy dojeżdżamy pod blok jestem praktycznie w półśnie. Mróz jaki nas zastaje, szybko jednak nieco mnie rozbudza.
-Jejku ale zimno! - piszczę wychodząc z taksówki. Mam na sobie tylko leginsy i sweterek w który przebrałam się w toalecie na lotnisku. Wszystkie zimowe rzeczy zostały w Nowym Jorku, a moi rodzice będą musieli mi je wysłać.
-Chodź szybciutko! - Brayan zarzuca na mnie swoją bluzę i szybko wbiegamy do klatki. W ekspresowy tempie docieramy na piąte piętro. Brayan otwiera drzwi i zapala światło w przedpokoju -  Idę po bagaż, zaraz wrócę -  mówi i zbiega po  nasze walizki. Przechodzę dalej i po raz drugi czuję ogromną ulgę. Właśnie tu pragnęłam się znaleźć. Z dala od tej popieprzonej sytuacji. Wchodzę do sypialni i zapalam lampkę. Uchylam lekko okno, by wpadło troszkę świeżego powietrza. Przebieram się w koszulkę i szorty do spania. Naprawdę jestem wykończona. Dobrze, że zjedliśmy w samolocie sporą kolację i teraz nie muszę stać nad kuchenką. Kładę się i staram się doczekać aż Brayan wróci. Miły pan taksówkarz pomógł mu wnieść walizki, więc szybko poszło. Brayan reguluje rachunek i zamyka drzwi na zasuwę. Gasi światło w przedpokoju i przychodzi od razu do mnie. Zrzuca ciuchy zostając w samych bokserkach i wskakuje do mnie pod kołdrę.
-Dobrze być w domu - uśmiecham się zamykając oczy.
-Dobrze być przy tobie. Jesteś moim wybawieniem, Meg -  całuje mnie w czoło. Ten czuły gest jest szczery, a ja chcę wierzyć, że nam się uda. Mimo wszystko. Układamy się na łyżeczki i wtulamy w siebie – Dobranoc - dodaje.
-Dobranoc, Brayan - całuję jego dłoń, która ściska moją i bardzo szybko dopada mnie sen. 

Budzi mnie hałas dochodzący z kuchni. Otwieram niechętnie oczy i widzę, że jest jasno, a za oknem mroźna zima w pełni. Leżę chwilę wpatrując się w sufit. Jest mi dobrze, jestem zrelaksowana i szczęśliwa, że wróciliśmy. Żaden Dubaj i te wszystkie luksusy, nie jest lepszy od świętego spokoju. Zwlekam się i narzucam na siebie szlafrok.  Idę do kuchni, a tu Brayan właśnie coś przypalił. Uśmiecham się czując spaleniznę i opieram o framugę.
-Dzień dobry!
-Hej, słoneczko! - odwraca się i patrzy na mnie - Chciałem ci zrobić śniadanie...ale to bardziej skomplikowane niż myślałem - pokazuje lekko poparzone palce, którymi zapewne złapał gorącą patelnię.
-Oj biedaku! - podchodzę i całuję każdy z nich po kolei. Rozglądam się... O rany! Brayan zrobił ogromny bałagan. Skorupki od jajek, rozsypana mąka, rozlane mleko. Nie wspomnę już o przypalonej patelni. 
-Miały być naleśniki... - wyjaśnia widząc moją minę.
-Mamy w lodówce cokolwiek innego do jedzenia? - pytam. 
-Znalazłem tylko to, ale mleko i tak chyba się popsuło. 
-W takim razie musimy iść na zakupy. Co ty na to? Zrobię coś dobrego na naszego wspólnego sylwestra! -  uśmiecham się zachęcająco i sprzątam szybko ten cały bałagan. Brayan w tym czasie dzwoni do swojej mamy. Informuje ją, że wróciliśmy. Sylvia jest zaskoczona i oczywiście pyta co się stało. Brayan uspokaja ją, ale nie mówi o co dokładnie chodzi. Cieszę się, że nie wtajemnicza jej w tą całą popieprzoną sytuację.  Ta zaprasza nas żebyśmy ich dziś odwiedzili ale chcemy spędzić ten wieczór tylko we dwoje, więc odmawiamy. Obiecujemy, że przyjedziemy w nowy rok i zjemy razem obiad. Rodzinny obiad. Przydałoby się odwiedzić także rodziców Toma ale to też nie dziś. Mamy wiele spraw do załatwienia ale to wszystko od jutra.  

Idę pod prysznic, bo Brayan wykąpał się zaraz po tym jak wstał. Suszę dokładnie włosy i ubieram się ciepło. Po pół godziny jestem gotowa.
-Czy volvo jest tutaj czy pod kawiarnią? - pytam, gdy schodzimy na dół.
-Nie mam pojęcia, ale i tak nie mam kluczyków, więc musimy jechać autobusem.
-No to czeka nas wycieczka! - uśmiecham się i biorę Brayana za dłoń.
-Odkąd się tu wprowadziłem zawsze korzystałem tylko z samochodu, może być ciekawie! 

Mojego Volvo nie ma przed blokiem, co oznacza, że stoi pod kawiarnią Hooków. Tom zapewne korzystał z niego, gdy polecieliśmy z Brayanem do Nowego Jorku. Idziemy więc na najbliższy przystanek. Na szczęście autobusowych linii jest wiele, a połączenia  są w odstępie kilku minut. Każdym dojedziemy do pobliskiego centrum handlowego, a bilety kupić możemy u kierowcy. W Nowym Jorku rzadko poruszałam się komunikacją, bo wszędzie jeździłam swoim starym mercedesem. Dla mnie to także nowość, taka wycieczka i  trochę widać, że odstajemy od reszty pasażerów, dla których, to przecież chleb powszedni. 

Zajmujemy z Brayanem wolne miejsce, obok siebie i cieszymy się jak dzieci, które pierwszy raz jadą autobusem. To takie normalne i proste. Po jakiś dwudziestu minutach dojeżdżamy na miejsce. Wysypujemy się z autobusu razem z tłumem ludzi, którzy tak jak my, robią zakupy na ostatnią chwilę. Przecież dziś sylwester. Od rana słychać próbne wystrzały fajerwerków i dzieciaki biegające z zimnymi ogniami. Zachodzimy w pierwszej kolejności do hipermarketu spożywczego, w którym jest koszmarnie dużo ludzi, ale nie mamy wyjścia. Bierzemy wózek na kółkach i ruszamy między alejki pełne produktów. 
-Za rok w tym siedzisku będzie z nami Adam! - stwierdza Brayan wkładając monetę w specjalnie przeznaczoną do tego kieszonkę, by odłączyć wózek.
-Jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić. Wczoraj zaczął się 17 tydzień - uśmiecham się i odbieram od niego wózek - Ja prowadzę - dodaję i ruszam przed siebie. Jeszcze nie wiem co dokładnie ugotuję, więc kupujemy po prostu trochę... wszystkiego. Brayan wrzuca do koszyka dosłownie wszystko, co wpada mu pod ręce: owoce, pieczywo, słodycze, jogurty.
-Nie zjemy tego, zmarnuje się... - próbuję go powstrzymać ale mnie nie słucha.
-Kupujemy szampana? -  pyta niepewnie, gdy przechodzimy obok alejki z alkoholem.
-Takiego dla dzieci, truskawkowego -  odpowiadam mierząc Brayana wzrokiem.
-Dokładnie o takim pomyślałem! - obejmuje mnie i robi tą swoją słodką minkę, a ja się śmieję. 
-Idź weź papier toaletowy, bo chyba została tylko jedna rolka! - poganiam go - I nic więcej nie przynoś! - grożę mu palcem. Brayan wraca po chwili i co prawda nie przyniósł nic więcej, ale opakowanie papieru toaletowego wybrał największe jakie było. O Chryste! Zapas na pół roku. Śmieje się  z mojej miny i razem idziemy do kasy. Oczywiście nie pozwala mi płacić ale i tak mu oddam połowę za te wielkie zakupy. Pakujemy wszystko do reklamówek, których uzbierało się aż sześć.
-Jak my z tym wrócimy? - pytam, gdy odprowadzamy wózek na miejsce.
-Myślisz, że nie dam rady tego nieść? - Brayan patrzy na mnie przymrużonymi oczami.
-Skoro masz siłę mnie unieść, to z sześcioma reklamówkami nie powinieneś mieć problemu! -  odpowiadam pokazując mu prowokacyjnie język.
-Ty nieś to! -  wręcza mi to wielkie opakowanie papieru toaletowego ,które nie zmieściło się do żadnej siatki.
-Powinnam sobie poradzić! -  uśmiecham się i wkładam je pod pachę. To takie... normalne. Zrobiliśmy zakupy, wracamy autobusem. Jak zwyczajna para. Zwyczajnych ludzi, którym się nie przelewa ale są szczęśliwi, bo mają siebie. Gdy wsiadamy do autobusu pomagamy starszej pani, która nie może poradzić sobie ze swoim zakupowym wózkiem.
-Dziękuje dzieci -  mówi uprzejmie, gdy siadamy we trójkę obok siebie.
-Nie ma za co, proszę pani! - odpowiadam i rozpinam kurtkę. Strasznie się zgrzałam tym szybkim spacerem na przystanek.
-Który miesiąc? - pyta nagle spoglądając na mój zaokrąglony brzuszek.
-17 tydzień -  jestem zaskoczona ale się uśmiecham, Brayan obejmuje mnie i całuje czule w policzek.
-Będzie chłopak! -  dodaje dumny.
-Po takich rodzicach, to będzie z niego niezły przystojniak! - stwierdza starsza pani.
-Aż tak widać, że jestem w ciąży? - pytam nieśmiało.
-Prawie nie, ale mam trzy córki i pięcioro wnucząt. Jak usiadłaś i rozsunęłaś kurtkę troszkę widać. To chyba zboczenie zawodowe, bo przez ponad czterdzieści lat byłam położną - wyjaśnia starsza pani, a ja oddycham z ulgą. Wiem, że teraz będzie to coraz trudniej ukryć. A może już nie mam co ukrywać? Uwolniłam się od Ericka i powinnam być nieco spokojniejsza. Jednak wcale nie jestem. Brzuszek Jeni był już widoczny, a jest w ciąży tylko o tydzień dłużej niż ja. Teraz psychicznie muszę nastawić się na to wszystko. Rozmawiamy ze starszą panią prawie przez całą drogę. Wzięła nas  chyba za młode małżeństwo i nie wyprowadzaliśmy jej z błędu. Brayan pomógł jej wysiąść z autobusu dwa przystanki przed nami.
-Nie sądziłem, że w autobusach można poznać ciekawych ludzi! - mówi Brayan, gdy wysiadamy na swoim przystanku.
-Możemy przerzucić się na komunikację miejską, zamiast wszędzie wozić tyłek samochodem! -  uśmiecham się żartobliwie.
-Chyba jednak wolę samochód! - stwierdza pokazując na gumę do żucia, która przykleiła do jego kurtki.
-O nie! Co za ohyda! - odsuwam się i robię skrzywioną minę - To obrzydliwe! - dodaję. Idziemy powoli w stronę bloku, śmiejąc się jak dwa głupki.

-Musimy zadzwonić do wszystkich i powiedzieć, że dolecieliśmy cali i zdrowi - przypomina mi się, gdy wchodzimy do domu. Brayan rzuca zakupy na podłogę i idzie po telefon.
-Erick dzwonił do mnie, trzy razy -  sprawdza komórkę, a ja wyjmuję swoją z torebki.
-O kurczę, do mnie też -  odpowiadam sprawdzając nieodebrane połączenia - Zadzwoń do niego.
-No już - Brayan naciskając zieloną słuchawkę, a Erick odbiera prawie od razu. Nie słyszę jednak tego co mówi, bo Brayan nie włączył głośnika -  Cześć Ericku... Tak dolecieliśmy bez problemów, ale poszliśmy od razu spać... Nie miałem przy sobie komórki, a byliśmy w sklepie... Wiem... Meg też nie... Wszystko w porządku... Tak wiem, to było niezaplanowane, ale mam nadzieję, że nie popsuliśmy wam wjazdu... Już ci ją daje... - mówi nagle i podaje mi komórkę - Chce z tobą rozmawiać - dodaje wzruszając ramionami, a ja wywracam oczami. Naprawdę nie chcę z nim rozmawiać ale nie chcę być niewdzięczna. 
-Tak? - przejmuję telefon. 
-Miałaś odezwać się zaraz po wylądowaniu, Meg -  od razu wiem, że jest wkurzony. 
-Brayan tłumaczył ci przed chwilą, że poszliśmy spać - wzdycham, bo on zachowuje się jak ojciec - Zresztą na pewno sprawdziłeś, że lot odbył się bez problemów - dodaję zirytowana.
-Będziesz mnie teraz unikać? Uciekać? Znowu? - pretensja w jego głosie jest bardzo odczuwalna. Patrzę na Brayana, który przygląda mi się uważnie.
-Daj spokój, Ericku! Chyba już sobie wyjaśniliśmy, prawda? - próbuję być spokojna.
-Mogę tolerować twoje kaprysy i zachcianki. To, że nie chcesz już ze mną być i wybrałaś kogoś innego, ale chyba należy mi się choć odrobina wdzięczności? Prosiłem tylko byś się odezwała jak wylądujecie - warczy na mnie pretensjonalnie. 
-Co?! Skoro robisz to wszystko tylko dlatego, bym była ci coś winna, to wiesz co, Ericku? - wybucham nagle. 
-No słucham? - prowokuje mnie, a ja w myślach widzę tą jego nadętą minkę. Co za palant!
-Odpierdol się ode mnie! Od nas! I nie dzwoń nigdy więcej! - nie daje mu dojść do słowa, tylko rozłączam się i rzucam telefonem w kanapę -  Kurwa mać! - krzyczę wściekła, a Brayan patrzy na mnie zaskoczony.
-Aleś mu powiedziała.. - po chwili zaczyna się śmiać.
-Z czego się śmiejesz? - warczę.
-Z niczego, mała - podchodzi i obejmuje mnie w pasie - Z niczego - powtarza i całuje mnie w usta. Delikatnie wsuwa język i zaczyna pieścić mój.
-Jestem zbyt zła by uprawiać seks - jęczę próbując się powstrzymać.
-Wyżyj się na mnie -  Brayan uśmiecha się i łapie mnie za pośladki.
-Nie wiesz co mówisz... - próbuję się nie śmiać, ale jego mina totalnie mnie rozbraja.
-No pokaż jaka jesteś wściekła, skarbie - mruczy i dotyka palcem moich ust. Patrzę na niego i nie waham się ani chwili. Popycham go na kanapę,  a on opada na nią zadowolony i rozkłada się wygodnie -  No to mi się podoba! - dodaje. Jestem spragniona więc podchodzę szybko ściągając z niego bluzę. Zaraz potem koszulkę i praktycznie zrywam z niego spodnie od dresu - Wow,mała wolniej! - mówi zaskoczony moim pośpiechem.
-Chciałeś ostro, to ja ci pokażę! - mruczę i sama zaczynam się rozbierać. Ściągam tunikę i zsuwam leginsy. Wskakuję na niego okrakiem, w samej bieliźnie i zaczynam go namiętnie i szaleńczo całować. Brayan obejmuje mnie i przyciska mocno do siebie , a ja zaczynam ocierać się o jego nabrzmiałą męskość. On jęczy zadowolony i rozpina mi stanik. Uwalnia z niego moje piersi i  od razu zaczyna je pieścić. Ustami, językiem, dłońmi. Są tak wrażliwe, że rozpala mnie to do granic. Sutki stwardniały i są mocno zaróżowione od jego pieszczot. Kręci mi się w głowie i czuję jak moje ciało potrzebuje orgazmu. Domaga się go, a instynkt bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. 
-Zerżnij mnie, szybko! - dyszę nagle. Brayan od razu reaguje i nawet nie wiem jak, ale po sekundzie nie mamy już na sobie bielizny, a on chwyta w dłoń swojego penisa i naprowadza mnie na siebie - Boże! Tak! Tak, Brayan! - jęczę, bo tak cholernie mi dobrze. 
-Chcesz ostrzej?-  proponuje rozpalony.
-Chcę -  kwilę, a Brayan chwyta mnie jedną ręką za włosy i dociska do siebie z całej siły -  Aaaach! - krzyczę zaskoczona intensywnością i brakiem bólu.  To cudownie podniecające i mimo, że tego nie rozumiem, to właśnie tego potrzebuję. 
-Chcesz?! - powtarza raz jeszcze. Ton jego głosu jest ostry i stanowczy, a to wszystko działa na mnie jeszcze bardziej. 
-Chcę! – krzyczę, a on ciągnie ponownie moje włosy i wchodzi we mnie szybko. Wypełniając w całości. Jego penis zaczyna poruszać się we mnie rytmicznie. To szaleńczy rytm... namiętny, ostry. Ciało Brayana napina się, a on ujmuje moją głowę już w bardzo delikatny sposób i całuje mnie po szyi. 

-Meg! Och kurwa! - Brayan zaciska dłoń na mojej tali, próbując opanować intensywne doznania -  Zaraz dojdę! - zatrzymuje się, by opóźnić wytrysk.  Przyciska mnie do siebie, a ja całuję go namiętnie. Podgryzam jego wargę i uśmiecham się zadziornie.
-Uwielbiam się z tobą kochać… -  szepczę w jego gorące usta. Brayan nic nie odpowiada, tylko znowu zaczyna się poruszać. Tym razem wolniej, delikatniej ale bardzo głęboko i intensywnie. Jego penis idealnie stymuluje ten czarodziejski punkt w środku, a ja zamykam oczy. Brayan znowu dociskając do siebie, więc nie mogę się poruszyć i niczego kontrolować.
-Kocham cię, mała - jęczy mi do ucha i podgryza je delikatnie. Wchodzi we mnie po raz kolejny, a ja rozpadam się na kawałki. Moje ciało zaczyna szczytować. Cała drżę i zaciskam się pulsując wokół jego nabrzmiałego penisa. Brayan zsuwa dłoń po moich plecach i zaczyna masować moje pośladki. Ściska je mocno i pomaga mi się poruszać. Zaciskam powieki,  pragnę nad tym zapanować ale nie mogę. Ujeżdżam go przez chwilę sama i  czuję, że zaraz wstrząśnie mną kolejna fala rozkoszy. Nie mam ochoty z tym walczyć i poddaje się temu bez reszty.
-Tak! Tak, skarbie! - zachęcające słowa Brayana i puszczają mi wszelkie hamulce. Zaczynam szczytować i czuję naglę, jak robię się bardzo mokra. Wilgoć czuję aż na udach swoich, jego... na kanapie. Brayan doskonale to czuje i momentalnie dochodzi. Wylewa się we mnie spazmatycznie i do samego końca.  Ściska mocno moje biodra i dociska do siebie. Mija chwila zanim otwieramy oczy. Cali rozedrgani opadamy na kanapę i nic nie mówimy. Oddechy mamy przyśpieszone i nierówne.
-Zawsze wiedziałem, że jesteś wyjątkowa… -  Brayan odzywa się po dłuższej chwili, a ja  spoglądam na niego pytająco. O czym on mówi? -  Zdarzało ci się to wcześniej? – dodaje, a ja oblewam się rumieńcem. Dopiero dociera do mnie co ma na myśli. 
-Zdarzyło się kiedyś, raz czy dwa… -  odpowiadam zawstydzona.
-To takie podniecające! - uśmiecha się i gładzi palcami moje biodro.
-To dziwne… - stwierdzam cicho.
-Dziwne? Mała, to się naprawdę rzadko zdarza, a dla faceta to największy komplement jaki może być... - chwyta moją twarz bym spojrzała mu w oczy.
-Przestań -  unikam jego spojrzenie, bo jest mi naprawdę głupio.
-Hej! - czule dotyka palcami mojego policzka - To nic dziwnego, a na pewno nie powód do wstydu. Mi to się naprawdę podoba...  - mówi szczerze.
-Nie potrafię tak otwarcie rozmawiać o seksie. Możesz mnie tego nauczyć?-  uśmiecham się lekko.
-Mamy całe życiem by uczyć się od siebie różnych rzeczy, mała. Wszystko przed nami -  całuje mnie w czubek nosa i spogląda na swojego penisa, który znowu jest w gotowości - Druga runda? - pyta i zatapia usta w mojej szyi, a ja piszczę i nie mam zamiaru protestować.

Właśnie wyjmuję z piekarnika babeczki. Brayan pojechał do Hooków, by się z nimi przywitać, a przy okazji zabierze stamtąd moje volvo. Narobiłam różnych pyszności na wieczór: makaron z serem, sałatkę z kurczakiem i mnóstwo kanapek. Patrzę właśnie na ten mały stół w kuchni i śmieję się z samej siebie, bo tyle tego, jakby miało być z dziesięć osób. Rozkładam dwa talerzyki na ławie w saloniku i zapalam świeczki. Tak! Ma być romantycznie. Włączam muzykę, a dziś będzie nam towarzyszyć Lana Del Rey. Brayana jeszcze nie ma więc dzwonię do rodziców, by  złożyć im noworoczne życzenia.
-Cześć tato! -  mówię zadowolona.
-Cześć córeczko, jak się bawicie? - zawsze, gdy słyszę jego głos robi mi się ciepło na sercu.
-Akurat my bardzo dobrze, ja i Brayan jesteśmy w Londynie - odpowiadam czekając na reakcję.
-Jezu, stało się coś? - ton ma przerażony i wiem, że od razu się zdenerwował. 
-Nie tato, nic się nie stało. Po prostu stwierdziliśmy, że chcemy spędzić sylwestra sami. Towarzystwo Ericka nie działa na nas... No sam wiesz - odpowiadam zgodnie z prawdą i słyszę jak tata oddycha z ulgą. 
-Już myślałem, że się pokłóciliście albo, że źle się czujesz. Tylko wy wróciliście?
-Tak, reszta została. Kim i Rob wrócą z Erickiem, a Tom i Alex pewnie bezpośrednio do Londynu.
-Zostawiliście swoje rzeczy w domu. Będę musiał je wam odesłać -  mówi wyprzedzając moją prośbę.
-Byłabym wdzięczna, tatku -  uśmiecham się - Ale dzwonię w innej sprawie. Chciałam wam złożyć życzenia noworoczne...
-Oj maleństwo, wiesz czego sobie z mamą życzymy i nic więcej nie trzeba mówić… -  przerywa mi drżącym głosem, a mnie ściska mnie w gardle.
-Wiem tato, wiem… -  odpowiadam cicho próbują się nie popłakać - Ja wam życzę przede wszystkim spokoju, tato. By ten nowy rok był mniej intensywny i mniej zaskakujący niż obecny - dodaję. 
-Tylko spokój może nas uratować... - po tych słowach zaczynam się śmiać. Tata również – Pamiętaj córeczko, że to będzie dla ciebie przełomowy rok. Zostaniesz matką, a to coś wyjątkowego. Masz przy sobie przyjaciół no i Brayana więc i ja jestem spokojniejszy.
-Dam sobie radę, tato! -  wywracam oczami - A jak Eva? Nie tęskni za rodzicami? -  zmieniam temat.
-Czasami popłakuje ale wtedy wsadzamy ją na huśtawkę i od razu się chicholi. Jest naszym słoneczkiem. Wczoraj byliśmy z nią na spacerze, a gdy zobaczyła kota, to z tej radości podskakiwała w wózeczku jak szalona.
-Jest słodka. Ucałuj ją ode mnie i mamę też, a teraz muszę kończyć, tato. 
-Jasne maleństwo, ucałuję na pewno. Złóż życzenia Brayanowi i dzwoń kiedy masz ochotę.
-Na pewno będę dzwonić. Buziaki. Kocham was.
-My ciebie też. Pa, skarbie! - rozłączam się i oddycham głęboko. Rozmowa z nim zawsze dodaje mi otuchy ale także rozczula i przypomina o tym, gdzie jest mój prawdziwy dom. Brayana nadal nie ma więc dzwonię ale nie odbiera. Mam nadzieję, że nic się nie stało. Dzwonię także do Kim wyjaśnić to całe zamieszanie. Tak jak myślałam jest trochę zła, ale udaje mi się ją ugłaskać. Właśnie szykują się na bal. Nie wiem po co opowiada mi, że Erick wczoraj upił się tak bardzo, że podobno Gordon i Tom musieli na siłę zaprowadzić go do sypialni. Przez chwilę mam wyrzuty sumienia ale nie mogę o nim myśleć. Muszę zacząć normalnie żyć i zapomnieć o nim. Proszę by przeprosiła ode mnie wszystkich za tą sytuację i życzyła im dobrej zabawy. Akurat, gdy kończę rozmowę wraca Brayan, a w ręku  ma torebkę z babeczkami od pani Hook.
-Dała specjalnie dla ciebie -  mówi stawiając ją na szafkę w kuchni.  Ochoczo zaglądam do środka.
-Czekoladowe -  uśmiecham się i od razu częstuję się jedną. Po prostu nie mogę się powstrzymać - Długo cię nie było. Już się martwiłam - dodaję spoglądając na niego. 
-Spotkałem znajomego. Chciał mnie wyciągnąć na imprezę w centrum - wyjaśnia. 
-Aha -  patrzę pytająco.
-Oczywiście odmówiłem. Powiedziałem, że w domu czeka na mnie ktoś ważny - puszcza mi oczko -  Mam coś dla ciebie -  dodaje i wyciąga zza siebie bukiet pięknych czerwonych róż.
-Jejku dziękuję, ale z jakiej to okazji? - biorę kwiaty do ręki i wącham. Ślicznie pachną.
-Z okazji naszego pierwszego wspólnego sylwestra. Wiem, że to banalne ale... - całuje mnie i przechodzi obok stawiając na stole butelkę wina - Tylko po łyczku, symbolicznie - tłumaczy widząc moją niewyraźną minę.
-Masz życzenia od moich rodziców i balowiczów z Dubaju -  uśmiecham się i wsadzam kwiaty do wazonu. Stawiam je na komodzie w saloniku i spoglądam na nie. 
-Dzwoniłaś do Toma? - pyta. 
-Nie do Kim, a co?
-Bo ja z nim rozmawiałem - uśmiecha się złośliwie -  Mówił, że Erick wczoraj....
-Wiem, wiem...nie rozmawiajmy o nim -  przerywam mu. Naprawdę chcę o nim zapomnieć. Brayan już nic nie mówi tylko przygląda się potrawom, które zrobiłam. 
-Na pewno mamy być sami? Zrobiłaś jedzenia dla dwudziestu osób - stwierdza rozbawiony i całuje mnie w policzek.
-Bo to na cały tydzień.

Jest koło szóstej wieczorem. Ustaliliśmy, że zjemy kolację i wyjdziemy z domu tak, żeby na północ być pod London Eye. Będą tam fajerwerki i koncerty. Zjadamy więc niewielką część tego co zrobiłam i zbieramy się do wyjścia. Ubieram się ciepło skoro spędzimy kilka godzin na zewnątrz. Brayan też założył cieplejsze ubrania. Gasimy świeczki i zabieramy ze sobą szampana dla dzieci, a wina napijemy się po łyku jak wrócimy.
-Ale tu syf! - mówię wsiadając do samochodu. Tom  zapomniał chyba tu posprzątać przed wylotem. Na podłodze walają się puszki po napojach i opakowania po jedzeniu na wynos - Brakuje tu tylko zużytych gumek! - burczę lekko wkurzona, a Brayan się ze mnie śmieje.
-On raczej o nich zapomina - stwierdza odpalając silnik. Jedziemy prosto do centrum miasta, a dźwięki muzyki z radia wprawiają nas w szampański nastrój. Całą drogę Brayan nie puszczał mojej dłoni. Nawet niewiele mówiliśmy ale nie była to krępująca cisza. Cieszyliśmy się po prostu swoją obecnością. W centrum Londynu już są tłumy. Ludzie świętują i wiwatują witając nowy rok.  Brayan prowadzi mnie przez ludzi byśmy mieli dobry widok na fajerwerki i udaje nam się dotrzeć do prawie samej rzeki. Docieramy tam kilkanaście minut przed dwunastą, a Brayan obejmuje mnie i tuli mocno. Mimo mrozu chyba nikomu nie jest zimno. Brayan nagle dostrzega w tłumie swoich znajomych więc podchodzimy do nich by się przywitać. Są kompletnie pijani ale bardzo pozytywni. Jeden z kolegów wyciąga mnie nawet do tańca. Śmiejemy się i wygłupiamy. Zupełnie nie znam tych ludzi ale dobrze się z nimi bawię. Gdy dochodzi dwunasta wszyscy przygotowują szampana i zaczynają odliczanie. Nie mam pojęcia ile jest tutaj osób ale pewnie kilkadziesiąt tysięcy. Huk, odliczania i entuzjazm udziela się wszystkim. 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1. Szampan, fajerwerki, wiwaty.

Środa,  1 stycznia

-Szczęśliwego Nowego Roku! - wszyscy krzyczą, gwiżdżą, całują się. My nie jesteśmy gorsi. Brayan bierze mnie w ramiona i całuje długo, mocno i namiętnie. Szampan leje się strumieniami mącząc nasze kurtki i włosy, ale nikt nie zwraca na to uwagi.
-Kocham cię, mała! - mówi kończąc mnie całować. Patrzę na niego uśmiechnięta i  czuję się szczęśliwa - Jesteś dla mnie wszystkim, bo nigdy nie sądziłem, że się zakocham. Odmieniłaś moje życie, dałaś nadzieję, że i ja mogę być lepszym człowiekiem. Wiem, że to wszystko tak szybko się dzieje, wiem, że to szaleństwo ale... - urywa na chwilę i klęka. Robię wielkie oczy, jego znajomi także. Boże, co on robi?  - Wyjdziesz za mnie, Megan Donell? - kończy patrząc na mnie i wyciąga z kieszeni pudełeczko w kształcie serca. 

12 komentarzy:

  1. O w mordeczkę !!!!!!!! nie tak miło być ale.... :) M6

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie !!!!!!!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. a to niespodzianka :) super rozdział jak zawsze !!pozdrawiam basiae ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oooo kurde:) mega niespodzianka. Brayan to super chlopak ale Erick to Erick i on ma byc z Meg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj bedzie, będzie i to jeszcze jak:(

      Usuń
  5. Bardzo mi się podoba ale myślę że Meg będzie cierpieć przez Brayana tak jak Erick cierpi przez Meg.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo mi się podoba ale myślę że Meg będzie cierpieć przez Brayana tak jak Erick cierpi przez Meg.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgodzenie się na małżeństwo z człowiekiem, którego się nawet nie kocha to totalna głupota, dlatego odpowiadam w imieniu Meg - NIE NIE NIE!!!!
    A poza tym czuję, że do Brayana powraca powoli nałóg.....będzie się działo, ojj tak !

    OdpowiedzUsuń
  8. A kiedy następny rozdział????

    OdpowiedzUsuń
  9. nie podoba mi się ten rozdział :/ Meg musi być z Erickiem

    OdpowiedzUsuń
  10. Kto by chciał żeby książka Na Szczycie miała swoją ekranizacje ?

    OdpowiedzUsuń
  11. Oj a ona głupia oczywiście powie tak a potem wyjdzie szydło z worka Wrrr jak ja go nie lubię chcę Ericka i to już poproszę więcej Ericka :-) El@

    OdpowiedzUsuń