Premiera już w lipcu!

sobota, 19 września 2015

Rozdział 90



Zasłaniam usta dłonią. Kompletnie mnie zatkało z zaskoczenia. Mam wrażenie, że świat się zatrzymał. Widzę jak  ludzie wokół świętują, wiwatują i krzyczą bym się zgodziła  wyjść za niego. Brayan wpatruje się we mnie. Jest coraz bardziej przerażony moim milczeniem. Jezu! Czy on oszalał? Wyjść za niego? Przecież to jakaś niedorzeczność. Brayan wstaje z klęczków lekko zakłopotany, a następnie chwyta mnie za dłoni. Jego znajomi patrzą w wyczekiwaniu - Meg, wszystko w porządku? - pyta miękko patrząc na moją minę.
-Brayan, ja... - jąkam się, kompletnie nie wiem co mam powiedzieć -  Nie mogę za ciebie wyjść. Wybacz mi proszę, ale to za szybko, za wcześnie! - kręcę  głową, a Brayan puszcza moje dłonie. Cały jest w emocjach. 
-Rozumiem… - przytakuje cicho, a ja widzę jak trzęsą mu się dłonie. Boże! Jest mi tak cholernie głupio, jego znajomym także. Wszyscy odwracają się udając, że nic nie widzieli. Brayan chowa pierścionek z powrotem do kieszeni i bierze głęboki oddech. Widzę jak próbuje to wszystko obrócić w żart. Walczy by się uśmiechnąć ale to silniejsze od niego. Zawód i złość pojawiają się na jego twarzy momentalnie. Stoję jak zaczarowana i wpatruję się w niego, gdy nagle, jeden z jego kolegów skacze mu na plecy rozradowany spotkaniem. Brayan odwraca się i wita z kolejnymi znajomymi. Czuję się fatalnie, widząc jak Brayan w końcu wymusza uśmiech udając zadowolonego. Ściska mi serce, łzy napływają   od mych oczu. Przez chwile nikt nie zwraca na mnie uwagi. Jeden impuls, a ja odwracam się i znikam w tłumie ludzi. To nie było zbyt mądre, ale jestem przecież mistrzem ucieczki. Idę na oślep, nie mam pojęcia w którym kierunku. Jest tyle osób, że nic nie widzę. Jestem za niska i nawet stawanie na palce nie pomaga. Chcę dotrzeć do najbliższej ulicy, ale cholera! Kompletnie nie znam tego miejsca. Tłum jest ogromny i mam wrażenie, że coraz większy. Łzy płyną mi po policzkach.  Gdy w końcu zauważam funkcjonariusza policji postanawiam podejść, by zapytać o drogę. Policjanci widząc, że jestem trzeźwa i wystraszona prowadzą mnie do radiowozu. Nie mam jednak przy sobie telefonu, więc nawet nie mogę zadzwonić i powiedzieć Bryanowi gdzie jestem.
-Jest tu pani sama? - pyta policjant, którego dostrzegłam jako pierwszego.
-Nie z chłopakiem, ale się zgubiłam - kwilę, jest mi zimno i cholernie źle. Wiem, że Brayan na pewno mnie szuka i jest przerażony. Dlaczego ja zawsze uciekam? Co jest ze mną nie tak?
-Postaram się pani pomóc, jak nazywa się pani chłopak? - dopytuje.
-Brayan Green. Jest wysoki, ma ciemne włosy i niebieskie oczy. Ubrany jest w szarą kurtkę z kapturem i ciemne jeansy - wyduszam z siebie i dodaję - Znakiem rozpoznawczym jest wypisane na czole: „jestem frajerem, bo moja dziewczyna nie przyjęła oświadczyn” – policjant zaczyna się śmiać.
-Przepraszam, nie powinienem - poprawia się, a ja uśmiecham się blado -  Proszę tu poczekać -  mówi i wychodzi z radiowozu. Wyglądam przez szybę i próbuję w tym tłumie wypatrzeć Brayana. Oczywiście go nie widzę i jestem na siebie taka wściekła. Czekam dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści minut i nic. Cholera! Przecież oni go tu nie znajdą do rana. Mam wrażenie, że ludzi jest coraz więcej. Szampańska zabawa trwa w najlepsze, a w moim życiu rozgrywa się kolejny "mały" dramat. Mija prawie godzina, gdy wraca do mnie policjant.
-Nie możemy go znaleźć, jest za dużo ludzi. Jak się tu dostaliście? - pyta.
-Samochodem.
-Wiesz gdzie go zaparkował?
-Nie mam pojęcia, nie jestem stąd… - wzruszam ramionami  - Nawet nie znam adresu naszego mieszkania. Wiem jedynie, że to gdzieś na przedmieściach, niedaleko kawiarni państwa Hook... – dodaję, a on patrzy na mnie jak na wariatkę.
-No to mamy problem. Poczekamy jeszcze chwilę, może się znajdzie - stwierdza współczująco.
-Jestem w ciąży i nie bardzo będę potrafiła sama stąd wrócić.
-Na to coś poradzimy... - uśmiecha się i mówi coś do słuchawki przy uchu - Chyba go znaleźli -  oznajmia i podaje mi dłoń, by pomóc mi wyjść. Staję obok radiowozu i rozglądam się.
-Boże, Meg! - podbiega do mnie przerażony i roztrzęsiony Brayan i jego koledzy. Chwyta mnie i przytula mocno. Czuję jak wali mu serce. Spogląda na mnie, a w oczach ma łzy - Nigdy więcej tego nie rób! - potrząsa mną mocno.
-Brayan, uspokój się! Nic jej nie jest! - podchodzi do nas jeden z jego kolegów - Wszystko w porządku? - pyta spoglądając na mnie.
-Tak - kiwam głową i przyglądam się Brayanowi. Przerażenie w jego oczach momentalnie zmienia się  złość. Nagle zaczyna krzyczeć na mnie przez zaciśnięte zęby.
-Co ci kurwa przyszło do głowy?! - kolejny raz mną potrząsa.
-Przepraszam… -  spuszczam wzrok, bo wiem że źle zrobiłam.
-Zawsze tak robisz! 
-Przepraszam… -  powtarzam się i czuję, że zaraz znowu się popłaczę.
-Zachowałaś się jak bezmyślna gówniara! Nie można ci ufać! Zawsze uciekasz, gdy jest ci niewygodnie! To chore! - ściska mnie coraz mocniej. Wrzeszczy.  Nie widziałam go chyba nigdy w takim szale.
-Hej kolego, trochę szacunku, to jest kobieta!  - Interweniuje policjant chwytając Brayana za ramię.
-Odpieprz się pan! - ten wyrywa się i odpycha policjanta.
-Brayan! - krzyczę na niego.
-Zamknij się! - zwraca się do mnie i popycha tak, że uderzam plecami o drzwi radiowozu.
-Kurwa, Brayan! - dopada go jeden z kolegów i chwyta, by ten nie mógł ruszyć rękoma. Brayan wyrywa się i jest cały nabuzowany ze złości. Policjant bez wahania podchodzi do niego, powala  na ziemię i skuwa mu ręce kajdankami na plecach.
-No kolego tak się nie zachowujemy! To jest napaść na policjanta i agresywne zachowanie wobec kobiety w ciąży! - ostrzega go wściekły funkcjonariusz.
-Nie proszę, proszę go nie aresztować! - doskakuję do policjanta i błagam. Z oczu  znowu płyną mi łzy. Brayan leży na chodniku i nic nie mówi. Chyba dotarło do niego jak się zachował. Mija dobrych kilka minut, zanim udaje nam się przekonać policjantów, by go wypuścili. Koledzy Brayana stoją obok mnie, jeden z nich dał mi swoją kurtkę. Brayan nic nie mówi, siedzi w radiowozie i nawet na nas nie patrzy. Muszę się nagadać, by  wytłumaczyć policjantom, że  on tak się nie zachowuje, że nie jest pijany ani naćpany, że się po prostu zdenerwował, bo się zgubiłam. W końcu go wypuszczają ja z emocji nie czuję nawet zmęczenia, a jest już dobrze po pierwszej w nocy. Brayan wysiada z radiowozu i staje obok mnie.
-Jedźmy lepiej do domu -  stwierdza sucho i nie patrzy na mnie.
-Dobrze… - przytakuję i chcę chwycić za jego dłoń, ale mnie odtrąca. Wiem, że to moja wina, jednak ja tak bardzo bym chciała żeby mnie przytulił. 
-Sorry chłopaki. Zgadamy się - rzuca do kolegów i chwyta mnie za łokieć praktycznie ciągnąc za sobą.
-Do zobaczenia! -   macham im na pożegnanie i wymuszam uśmiech. Docieramy do samochodu w milczeniu, a Brayan otwiera mi drzwi i obchodzi auto. Wsiada i odpala silnik, a następnie włącza muzykę. 
-Zapnij pas! - warczy aż podskakuję, ale robię co mi każe.
-Przepraszam… - mówię szeptem bojąc się, że znowu wybuchnie.  On jednak nic nie mówi. Rusza szybko, a to milczenie jest chyba gorsze niż to jakby miał dalej na mnie krzyczeć. Skulam się w fotelu. Ma racje, że jest zły, bo zachowałam się bezmyślnie. Ile można uciekać? Kurwa, przecież jestem w ciąży. Mogła  stać mi się krzywda w tym tłumie. Mogłam się przewrócić, albo ktoś mógł mnie uderzyć, choćby niechcący. Brayan jedzie bardzo szybko, jakby pomagało mu się to wyładować. Podjeżdżamy pod blok kilka minut po drugiej w nocy. Wychodzimy z samochodu i idziemy na górę, dalej w milczeniu. Gdy w korytarzu zdejmuję buty i zerkam na Brayana, robię krok i chcę go objąć. Przytulić i przeprosić raz jeszcze.
-Nie dotykaj mnie! - rzuca ostrzegawczo i blokuje moją dłoń.
-Brayan, proszę… -  przytulam się mimo jego ostrzeżenia i mija chwila zanim mnie obejmuje. Czuję jak walczy ze sobą, jak wali mu serce, jak szybko oddycha i próbuje opanować skrajne emocje.
-Nie chcę zrobić ci krzywdy, błagam. Puść mnie… -  szepcze przez zaciśnięte zęby.
-Nie puszczę cię! Nie puszczę - wtulam się mocniej, a on wciąga głęboko powietrze.
-Porozmawiajmy rano. Idź spać, bo jest późno… -  stwierdza już spokojniej.
-To chodź… -  odsuwam się lekko i biorę go za dłoń ciągnąc w stronę sypialni.
-Będę spał dziś w salonie -  oświadcza i wiem, że nie mam co negocjować. Zduszam w sobie jęk i mówię jedynie.
-Dobranoc... - po czym idę do sypialni. Czuję się fatalnie, bo wiem, że to wszystko moja wina. Nie mogę być na niego zła. Zareagował tak, bo się martwił, był przerażony moim zniknięciem. To normalna zdrowa reakcja. Dostrzegam moją komórkę na szafce nocnej. Biorę ją i widzę mnóstwo połączeń od Brayana. Dzwonił do mnie, gdy mnie szukał. Myślał, że mam przy sobie telefon i specjalnie nie odbierałam. Boże jestem totalnie bezmyślna. Dlaczego gdy coś się powoli układa, to wszystko muszę niszczyć? Co jest ze mną nie tak?

Nie przebieram się nawet w piżamę. Kładę się na łóżko zwijając w kłębek. Jestem mistrzem w rujnowaniu sobie życia. Najpierw skrzywdziłam Ericka, a teraz widzę, że to samo dzieje się z Brayanem. Zaczynam wątpić w to, że może nam się udać. Moje wątpliwości powróciły. Tom pewnie miał racje mówiąc, że to nie jest najlepszy pomysł byśmy byli razem. 

Oświadczyny? Brayan mi się oświadcza, a ja stoję jak idiotka aż w końcu odmawiam. Ale jak miałam się zgodzić? Nie kocham go... Zależy mi na nim ale to za mało, by za niego wyjść. W dodatku  tą całą żenującą akcję widzieli  jego znajomi. Brayan musiał poczuć się strasznie. Nie wiem ile czasu mija zanim zasypiam? Słyszę przez drzwi jak Brayan kręci się po kuchni i salonie. Mam ochotę do niego iść, ale wiem, że on by tego nie chciał. Najwidoczniej potrzebuje pobyć teraz sam.

Budzę się nad ranem. Szaleństwo sylwestrowej nocy ucichło, a cały Londyn odsypia. Leżę sama, pod kołdrą, jednak jestem przebrana w koszulkę do spania i szorty. Brayan musiał mnie przebrać jak spałam, ale dlaczego się przy mnie nie położył? 

Wychodzę z sypialni ale wiem, że w mieszkaniu jestem sama. Brayan pewnie poszedł pobiegać, więc na razie nie będę się denerwować. Chowam jedzenie z wczorajszego wieczora do lodówki, by się nie zepsuło. Zostało go naprawdę całe mnóstwo. Patrzę na kwiaty i wino, które stoją na komodzie. Obok leży pudełeczko z pierścionkiem którego nie przyjęłam. Ściska mnie w żołądku na tę myśl. Kobieca ciekawość wygrywa, bo nawet przecież go wczoraj nie otworzyłam. Podchodzę i biorę je do ręki. Pudełeczko jest w kształcie serduszka z czerwonego zamszu. Otwieram je delikatnie, a moim oczom ukazuje się pierścionek z białego złota z cyrkonią na środku. Jest śliczny, delikatny i subtelny. Wyjmuje go i oglądam w dłoniach. Mały diamencik błyszczy odbijając promienie słońca i rzuca kolorowe iskierki po całym salonie. To chyba prawdziwy diament ale nie mam pewności. Cholera! Pewnie sporo kosztował. Prawie go upuszczam słysząc dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Chowam pośpiesznie pierścionek i odkładam na miejsce.
-Cześć… -  rzucam bezmyślnie z wypiekami na twarzy.  Od razu po mnie widać, że coś przeskrobałam. Brayan patrzy na mnie, tak jak myślałam biegał, a następnie spogląda na pudełko od pierścionka, którego nie zamknęłam. Kurwa mać!
-Dzień dobry… -  odpowiada próbując ukryć uśmiech. Zdejmuje buty oraz zanosi mokrą od potu bluzę do łazienki -  Wezmę prysznic - dodaje,a ja nie wiem czy to zaproszenie? Wydaje mi się jednak, że raczej nie.
-To ja zrobię śniadanie! - piszczę i zamykam pudełko z pierścionkiem. Klepie się w głowę zamykając oczy. Idiotka!  

Wyjmuję z lodówki wczorajszą sałatkę i odgrzewam makaron. Parzę Brayanowi jego ulubioną herbatę i wyciskam  ręcznie sok z pomarańczy. Robię kilka świeżych kanapek i rysuje na nich serduszka keczupem. Włączam telewizor. Na każdym programie są relacje z sylwestrowych imprez na całym świecie. Są też zdjęcia z Dubaju i Nowego Jorku. Siadam na kanapie i jem kanapkę, gdy akurat Brayan wychodzi z łazienki. Ma na biodrach jedynie ręcznik. Spogląda na mnie i przechodzi do sypialni zostawiając mnie na bezdechu. O cholera! Hormony znowu dają mi popalić. Jego ciało jest takie boskie. Chyba  też powinnam zacząć ćwiczyć, bo jeśli za dużo przytyję w ciąży, to nie będzie za dobrze. Na pewno są jakieś zajęcia dla ciężarnych i muszę czegoś takiego poszukać. 

Brayan wraca po chwili, ubrany w szary dres i białą koszulkę. Pachnie cudownie świeżo , a ten zapach czuję dosłownie wszędzie. Podchodzi do stołu w kuchni i spogląda na kanapki. Widzę, że uśmiecha się lekko. Nakłada sobie kilka na talerz i siada obok mnie.
-Pyszne - stwierdza biorąc pierwszy gryz.
-Smacznego.
-A to co? - pokazuje na starannie wykonany wzór z keczupu i próbuje się nie uśmiechać.
-Serduszka. Nie widać? - udaję poważną - Na przeprosiny… -  dodaję cicho. Brayan przesiada się tak, że jedną nogę wkłada między moje uda. Chce bym na niego patrzyła. 
-To ja powinienem cię przeprosić…  -  szepcze -  Postawiłem cię w niezręcznej sytuacji - dodaje i przysuwa się bliżej.
-Nie przepraszaj, to tylko i wyłącznie moja wina… -  chwytam jego dłonie - Nie chciałam by tak skończył się ten wieczór. Wybacz mi, że tak uciekłam - dodaję.
-Oj, mała - podsuwa się raz jeszcze i tym razem  sadza mnie sobie na kolanach - Nie mogę sobie wybaczyć, że się tak zdenerwowałem, popchnąłem cię i krzyczałem. Byłem taki przerażony, a potem wściekły! Nie mogłem tego opanować - wyznaje szczerze.
-Przestań proszę, to nie twoja wina -  wtulam głowę w jego szyję. Jego zapach działa na mnie kojąco.
-Muszę iść  znowu na terapię. Ostatnio nie radzę sobie ze sobą. Odkąd cię poznałem towarzyszą mi zbyt silne emocje, których dotąd nie znałem. Nie chcę cię przez to stracić, Meg… - dotyka dłonią mojej twarzy. Muska palcami mój policzek, a potem kącik ust.
-Chciałam ci to zaproponować po tej akcji w Nowym Jorku, ale nie wiedziałam jak. Pójdę tam z tobą jeśli chcesz… -  wtulam twarz w jego ciepłą dłoń.
-Oczywiście, że chcę, mała. Poznasz ten świat z którym walczę, ale to nie będzie miłe ani łatwe.
-Chcę ci pomóc, Brayan. Naprawdę mi na tobie zależy… -  siadam na nim okrakiem.
-A propos tych wczorajszych... znaczy dzisiejszych moich debilnych oświadczyn...
-Błagam nic nie mów… -  przerywam mu zakłopotana, a on się uśmiecha.
-To nie tak miało być, Meg. To kolejny przykład na to, że mnie poniosło - wywraca oczami - Kupiłem go wczoraj wracając od Hooków, no i tak o.... -  śmieje się nerwowo.
-Jest śliczny… - całuje Brayana w policzek -  Ale to za wcześnie. Skupmy się teraz na urządzeniu domu i na naszym związku. Bez zbędnych komplikacji.
-Postaram się już niczego nie komplikować! -  zakłada mi kosmyk włosów za ucho i uśmiecha się.
-Twoi koledzy....Boże, ale to wyszło! - zakrywam oczy dłońmi i również zaczynam się śmiać.
-Pewnie dziś nic nie pamiętają, trzeźwi nie byli - stwierdza rozbawiony.
-Obyś się nie mylił, bo o ciąży wygadał się policjant.
-No właśnie... - spogląda na mnie -  Jak ty się w ogóle znalazłaś w radiowozie? Aresztowali cię znowu czy co? - pyta.
-Nie, nie aresztowali mnie - pukam go w czoło - Zgubiłam się i poprosiłam o pomoc. Gdybyś widział miny policjantów jak pytali gdzie mieszkam, a ja nie potrafiłam podać dokładnego adresu.
-Gdybyś ty widziała moją minę, gdy odwróciłem się, a ciebie nie było. Myślałem, że oszaleje! -  mówi nerwowo, a  puls od razu mu przyśpieszył.
-Wiem, przepraszam - szepczę skruszona.
-Od razu zaczęliśmy cię szukać, ale było tyle ludzi. Miałem już najgorsze myśli... - Brayan zamyka oczy - Gdyby coś wam się stało... -  przytula mnie mocno. Oddech ma ciężki.
-Nic mi...nic nam nie jest. Wybacz, że tak postąpiłam -  całuje go w czoło by się uspokoił.
-Nie rób tak, nigdy więcej tak nie rób. Nawet jak będziesz na mnie wściekła.... błagam nie uciekaj. Uderz mnie, krzycz, nie odzywaj się, ale nie uciekaj...
-Boże, wybacz mi! Nie zrobię tak nigdy więcej, obiecuję! -  obejmuję go mocno. Siedzimy tak w objęciach naprawdę długo. Ten rok ma być przełomowy dla nas, ale jeśli zaczął się w taki sposób aż strach myśleć co czeka nas dalej.

Resztę dnia spędzamy leniuchując w domu. Po południu dzwoni do nas Tom, nadal jest pijany po całonocnej imprezie. Bełkocze coś o tym jak cudownie się bawili, ale  wiele więcej nie zrozumiałam. Dowiedziałam się jedynie, że wracają jutro i że oczywiście mamy żałować, że wyjechaliśmy. Zważywszy na to co się wydarzyło zaczynam myśleć, że może ma rację. Gdybyśmy zostali w Dubaju, poszlibyśmy na bal i bawili się do białego rana... Cholera nie mogę tak myśleć. W towarzystwie Ericka na pewno nie czułabym się komfortowo i czuję, że też coś miało się wydarzyć. Na samą myśl, że  Brayan oświadczyłby mi się w Dubaju mam dreszcze... byłoby jeszcze gorzej niż wczoraj.

-Obiecałem mamie, że odwiedzimy ich w sobotę -  mówi Brayan,  gdy leżymy w salonie przed telewizorem oglądając jakiś film. 
-Jasne. Może upiekę ciasto? -  uśmiecham się podjadając babeczki, które Brayan przywiózł mi wczoraj od pani Hook.
-To już ustalcie między sobą, zadzwoń do niej jutro.
-Powiedziałeś jej, że jesteśmy razem? - pytam.
-Oczywiście, że tak. Była pierwszą osobą do której zadzwoniłem. Kocham swoją matkę, mała. Wiele przeszła, przez ojca i przeze mnie. Mamy układ by mówić sobie wszystko.
-Cieszy mnie, że masz z nią dobry kontakt. Ja mam podobnie z moim tatą.
-O tak! Gary to świetny facet. Twoja mama zresztą też jest cudowną kobietą. Można tylko pozazdrościć ci takiej zgodnej rodziny! -  uśmiecha się i całuje mnie w dłoń.
-Ty też masz fajną rodzinę, Brayan. Masz mamę z którą masz kontakt jak z koleżanką, fajnego ojczyma i dwoje młodszego rodzeństwa.
-No wiem, tak tylko się droczę. Teraz jest naprawdę dobrze, ale jeszcze dwa lata temu nie byłem tak rodzinny.
-Mówisz o czasie kiedy byłeś z Polą? - pytam ciekawa, bo w sumie mało wiem o tym jaki wtedy był.
-Tak, byłem wtedy zupełnie inny – wzdycha -  Zero zasad, zero odpowiedzialności i zero prawdziwego życia. Tylko imprezy, chlanie i ćpanie.
-To straszne.
-Mnie to bawiło, nic innego poza tym wtedy nie widziałem. Nic mnie nie obchodziło.
-Co sprawiło, że się ocknąłeś? Mówiłeś, że gdy Pola była w ciąży też się nie interesowałeś - poprawiam się na kanapie i patrzę na niego z wyczekiwaniem.
-Bo tak było. Na początku byłem z nią parę razy u lekarza. Nawet przez 2 miesiące udało mi się nie ćpać, ale któregoś razu pokłóciliśmy się o to, że jej rodzice naciskali na ślub. Wykrzyczała mi wtedy, że nie ja jestem ojcem i znowu wpadłem w cug.
-Ale przecież jesteś ojcem Vincenta - wtrącam.
-Tak, ale wtedy nie miałem pewności, wiesz jak to jest... - wzrusza ramionami i urywa w pół zdania. Patrzę na niego smutno -  Oj przepraszam, mała. Nie to miałem na myśli - przytula mnie lekko.
-Nic nie szkodzi -  uśmiecham się blado -  Mów dalej.
-Wyprowadziłem się od niej i nie kontaktowałem, a o tym, że urodziła dowiedziałem się od Eliota. Nawet nie odwiedziłem ich w szpitalu, Pola wniosła wniosek do sądu o alimenty i wtedy się zaczęło. Zabroniła mi go widywać, a ja zrobiłem po prochach awanturę w jej domu. Uderzyłem jej ojca i dostałem kuratora. Pola wtedy zrobiła badania na ojcostwo bym miał pewność, że to mój syn i zabrała mi prawa rodzicielskie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że go straciłem. Widziałem go raptem kilka raz, nigdy nie trzymałem go na rękach, nie pocałowałem… - słyszę jak oddech mu przyśpiesza.
-Spokojnie - obejmuję go -  Teraz już będzie lepiej, macie się przecież spotkać. Zadzwoń do niej, prosiła byś się odezwał jak wrócisz do Londynu.
-Nie wiem o co dokładnie jej chodzi. Boje się, że nie tylko o Vincenta.
-A o co niby ma jej chodzić? - unoszę brew.
-Nie wiem -  Brayan ponownie wzrusza ramionami - Ale coś mi nie pasuje. Odezwała się tak nagle, po takim czasie...
-Nie nastawiaj się tak. Może naprawdę chce byś miał kontakt z synem -  próbuje jej bronić ale sama też tak pomyślałam jak zadzwoniła. Też czuję, że będą z nią problemy.
-Mam nadzieję - uśmiecha się i wstaje z kanapy -  Muszę jutro pojechać do sklepu i sprawdzić czy w ogóle jeszcze istnieje. Zostaniesz sama?
-No jasne. Brayan, nie jestem dzieckiem... - wywracam oczami.
-Ale tu jest dziecko -  pochyla się nagle i podciąga moją koszulkę całując brzuch.
-Poradzimy sobie przez kilka godzin bez ciebie - wplatam palce w jego włosy, są takie miękkie. Uśmiecham się widząc jak na mnie patrzy.
-Kiedy masz kolejną wizytę u lekarza?
-Siedemnastego stycznia, a co?
-No pytam! Żeby nie zapomnieć! - odpowiada rozbawiony.
- W sobotę mogę podpisać tą umowę z twoim ojczymem, jak będziemy u ciebie?
-Powiem Louisowi żeby przygotował papiery. Kiedy chcesz się tam wprowadzić?
-Nie wiem, trzeba chyba najpierw urządzić dom żeby móc tam zamieszkać - patrzę na Brayana czekając na jego reakcje.
-Chcesz bym tam z tobą zamieszkał? - pyta niepewnie patrząc mi prosto w oczy.
-Oczywiście, że chcę. Jak inaczej sobie to wyobrażasz?
-Pytam dla pewności -  całuje mnie w policzek i wsuwa dłoń między moje uda - A tymczasem może zajęlibyśmy się czymś przyjemniejszym i ciekawszym, niż rozmowy o Poli i moim popieprzonym, byłym życiu… -  dodaje i uśmiecha się uwodzicielsko.
-Jestem za - obejmuję go i całuję w usta. Bierze mnie na ręce i niesie do sypialni. Już po drodze nie możemy przestać się całować.

-No tu się jeszcze nie kochaliśmy - stwierdzam.
-Faktycznie. Prawie, prawie ale jednak nie… -  śmieje się w głos, gdy stawia mnie obok łóżka. Od razu zaczyna całować moją szyję, a jego dłonie błądzą pod moją koszulką. Ściąga mi ją, a sekundę później pozbywa się swojej.
-Ale byłem wtedy nabuzowany. Myślałem, że wybuchnę -  jęczy podgryzając moje ucho. Czuję jak ociera się o mnie, dając w ten sposób znać, że mnie pragnie. 
-Pomyśleć, że od tamtej chwili tyle się zmieniło.
-Przestań gadać, mała. Bierz się do roboty -  nagle daje mi klapsa i uśmiecha się szelmowsko. Popycha mnie delikatnie na łóżko i staje nade mną. Pokazuje bym się położyła więc podsuwam się wyżej, a on wchodzi na materac. 
-Jak pan sobie życzy, panie Green! -  Brayan uśmiecha się i rozsuwa moje uda układając się między nimi. Wiem co zamierza i to wystarczy bym była rozpalona i gotowa.
-Tym razem będzie powoli… -  oznajmia i zaczyna całować mój brzuch. Kieruje się ku górze, wzdłuż żeber piersi aż do ust.
-Tak też mi się podoba… -  odwzajemniam pocałunek. Nasze języki wirują wokół siebie, wolno, namiętnie. Chwilę później nie mam na sobie biustonosza, a on całuje moje piersi. 
-Jesteś taka seksowna! Uwielbiam twoje ciało, mała - gryzie delikatnie miejsce między piersiami i zsuwa mi leginsy razem z bielizną. Muska dłonią moją skórę od stopy aż do pośladka ściskając go mocno. Jęczę głośno, gdy zaczyna całować moje uda. Składa na nich mokre, namiętne pocałunki zbliżając się coraz bliżej do celu -  Zgolisz je? - pyta nagle dmuchając delikatnie na moje włoski łonowe. O rany!
-Jeśli chcesz… -  odpowiadam lekko zawstydzona.
-Podobają mi się -  uśmiecha się i całuje mnie w miejsce gdzie mam starannie wypielęgnowany paseczek. Przesuwa palce niżej i zaczyna masować łechtaczkę. Od razu odchylam głowę w poduszki i jęczę głośniej.
-Och, Brayan! -  kwilę spragniona, a on się uśmiecha. Wiem, że się ze mną droczy. Muska nosem moje płatki i całuje je delikatnie, a jego palce nadal stymulują łechtaczkę. Wypycham biodra po więcej.
-Spokojnie, skarbie - blokuje moje nogi bym nie mogła się poruszyć.
-Proszę! - jęczę. To desperacja.
-O co prosisz? - pyta i wsuwa we mnie palec. Robi to specjalnie bardzo powoli i doprowadza do szaleństwa.
-Boże! - zaciskam pięści w pościel i chłonę te wszystkie doznania.
-Więc? - ponawia pytanie i dołącza drugi palec.
-Wejdź we mnie… -  szepczę cała rozpalona, na policzkach mam wypieki.
-Za chwilkę… -  odpowiada i zaczyna palcami masować mnie od środka. Robi to mocno, szybko, a drugą dłonią delikatnie naciska na mój wzgórek łonowy.
-Jezu! - krzyczę, gdy czuje to dziwne uczucie. Brayan przyśpiesza i dokłada trzeci palec. Achhhhh!
-Tak, maleńka. Dojdź dla mnie! - te słowa są jak rozkaz. Brayan nie przestaje i utrzymuje stałe szybkie mocne tempo. Chcę zacisnąć uda jednak mi nie pozwala. Boże, co on robi? Wsuwa palce jeszcze głębiej, a ja czuję, że nad niczym już nie panuję. Dochodzę i znowu mam ten mokry orgazm.
-Kurwa mać! - zaciskam oczy, cała się trzęsę. To coś niesamowitego, nie do opisania. Mam mokro pod pupą, a on nie przestaje. Kolejny orgazm wstrząsa moim ciałem tak nagle, że łzy napływają mi do oczu. Brayan uśmiecha się tryumfalnie i zaczyna lizać moje uda i pośladki. To dość dziwne ale najwidoczniej go to podnieca. Ściąga swój dres i po sekundzie jest we mnie. Jestem tak wilgotna i rozluźniona, że przyjmuje go w całości bez bólu.
-Och kurwa, mała. Uwielbiam cię - jęczy i zaczyna się poruszać. Moje nogi nadal drżą, nie mogę tego opanować.  Chwytam go za pośladki i wbijam w nie paznokcie. Dociskam go w ten sposób do siebie.
-Tak, Brayan! Tak! - krzyczę i zaczynam dopasowywać się rytmicznie do jego ruchów. Całuje mnie namiętnie i pcha coraz mocniej, szybciej. Dąży do orgazmu. Odchylam głowę wypychając piersi w jego kierunku, a Brayan zaczyna je szaleńczo całować i pieścić językiem. Przy kolejnym pchnięciu dochodzi. Dołącza do mnie we wszechogarniającej ekstazie. Pcha jeszcze kilka razy wiedząc, że ja również jestem blisko. Dochodzę po raz kolejny, zaciskając się na nim i potęgując doznania. Och... Co za seks. Opada na mnie i wysuwa się delikatnie. Oboje jesteśmy zmęczeni, ja wręcz wykończona. Nie mam siły nawet się przytulić, a Brayan podsuwa mnie do siebie i obejmuje. Okrywa nas kołdrą.
-Kocham cię, mała -  całuje mnie po włosach i gładzi dłonią wzdłuż pleców.
-Hmmm… - mruczę zadowolona, a on się śmieje.
-Dobranoc? - pyta rozbawiony.
-Hmmm...
-To dobranoc, skarbie -  przytula mnie jeszcze mocniej. Nie mija chwila, a ja odpływam do krainy snów. 

Budzę się jednak w nocy, jestem cała spocona i przerażona. Śnił mi się koszmar. Był w nim Brayan, Erick, Filip... wszyscy byli dla mnie tacy obcy i zimni, a ja stałam i nie mogąc się ruszyć. Oni oglądali mój ciążowy brzuch oskarżając mnie, że jestem w ciąży z diabłem. Boże, co za koszmar.  

Mija chwila zanim się uspokajam. Brayan się nie obudził, śpi obok mnie jak dziecko. Idę napić się wody. Staję przy oknie w kuchni i patrzę na parking. Jest po trzeciej w nocy, cisza i  spokój. Upijam łyk i wracam do łóżka wtulając się ponownie w Brayana. Mam nadzieję, że uda mi się zasnąć i nie przyśni mi się już żaden koszmar.

4 komentarze:

  1. Genialny rozdział. Nie mogę sie doczekać chwili w której Erick dowie się o dziecku ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie podoba mi się Brayan ;/ Gdzie jest Erick? :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Brayan ma zryty beret jak nic, ale MEG doprowadza mnie do szału-on jej jeszcze pokaże swoje oblicze, ale wtedy może już być zapóźno:)i dlaczego Erick nie jest na miejscu tego świra

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj za to pchnięcie to bym go zostawiła rozumiem że ona nie chce już nikogo zranić ale coon musi zrobić żeby przejrzała na oczy. Jeszcze jedno chcę Ericka ;-) El@

    OdpowiedzUsuń