Premiera już w lipcu!

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 95



Sobota,  25 stycznia

Budzę się rano. W mojej sali jest jasno. Jestem sama. Nie mam pojęcia gdzie jest Brayan? Pierwsza myśl to taka, że pewnie musiał odwieść małego do Poli i wrócił do mieszkania. Nie mam przy sobie komórki, więc nawet nie mogę zadzwonić. Oddycham z ulgą nie widząc w sali Filipa. On zadzwonił wczoraj do Ericka i teraz wszyscy już wiedzą. Znając jego przyleci dziś albo jutro. Zapewne wsiadł do samolotu zapewne zaraz po telefonie. Nawet nie chcę sobie wyobrażać jaką miał minę gdy się dowiedział. Pewnie jest wściekły i zrobi mi niezłą awanturę. Wiem jednak, że na to zasłużyłam.

Przychodzi pielęgniarka i przynosi mi śniadanie. Jestem strasznie głodna, a to dobry znak. To znaczy, że nic poważnego mi nie dolega. Szpitalna porcja mi nie wystarcza, ale nie śmie prosić o więcej. Wiadomo, że każdy pacjent dostaje wyliczoną ilość jedzenia. Przebrana w szpitalną piżamę powoli idę do łazienki. Z łóżka schodzę ostrożnie, by nie zakręciło mi się w głowie. Nie mam już podłączonej kroplówki. Na korytarzu przechadzają się inne kobiety w ciąży, mają ogromne brzuchy. Ja też będę taki miała?! Widzę nad głównymi drzwiami nazwę oddziału „patologia ciąży” - nie brzmi najlepiej jednak na szczęście nie odzwierciedla  mojego stanu. W ubikacji spotykam kobietę w ciąży z trojaczkami. Jest mniej więcej w tym samym tygodniu co ja, ale wygląda jakby zaraz miała urodzić. Rozmawiamy chwilę. Jest bardzo sympatyczna. Mówi, że to jej druga ciąża i że z pierwszej ma bliźniaki. O rany!  Przegania nas pielęgniarka upominając kobietę, że musi leżeć,a ja odprowadzam ją do sali i wracam do siebie. Strasznie mi się nudzi. Brayana nie ma i zaczynam się niepokoić. Może już mnie zostawił? Wzdrygam się na tę myśl, ale staram się nie wpadać w paranoję.

Po obchodzie przychodzi do mnie lekarz i mówi, że jutro mogą wypisać mnie do domu. Widzi jednak, że od wczoraj nikt mnie nie odwiedził i pyta czy potrzebuję pomocy. Zbywam go mówiąc, że dam sobie radę. Najwyżej zadzwonię do Toma z prośbą by po mnie przyjechał. Nie wiem co się dzieje. Dlaczego nikt do mnie nie przyjechał?

Po obiedzie postanawiam zrobić sobie mały spacer po szpitalu, bo  z nudów zaczynam mieć najgorsze myśli. Poszłam więc na oddział noworodków przyjrzeć się maluchom na poprawę humoru. Są takie słodkie i śmieszne. Niektóre wyglądają jak mali kosmici, ale wszystkie wyglądają cudownie. Nie przebywam tu jednak za długo, bo podchodzi do mnie pielęgniarka i przegania na mój oddział. Boże! Co za ludzie. Wchodzę do windy i wybieram numer mojego piętra. Winda zaczyna jednak jechać na dół, bo najwidoczniej ktoś przywołał ją pierwszy. Cudownie! Nawet głupia winda jest przeciwko mnie. Opieram się o poręcz, w tej seksownej szpitalnej piżamie i robię nadąsaną minę. Zjeżdżam aż na parter. Drzwi rozsuwają się, a ja podnoszę wzrok i widzę czterech facetów. Brayana, Ericka, Toma i Filipa. Właśnie mają zamiar wsiadać do środka. Przestaję oddychać, a moje serce nie może złapać odpowiedniego rytmu. Miny nas wszystkich są nie od opisania. Tylko Tom głupawo się uśmiecha i jest w stanie cokolwiek powiedzieć.
-Cześć, śliczna! -  wita się ze mną pierwszy i daje mi całusa w policzek. Brayan, Erick i Filip wsiadają zaraz za nim.
-Cześć, Tom - szepczę zaskoczona, że przyjechali tutaj wszyscy czterej. Zerkam niepewnie na Ericka. Tak szybko przyleciał? Minęło niecałe dwadzieścia cztery godziny.
-Się porobiło... - Tom dodaje cicho i uśmiecha się obejmując mnie delikatnie. Brayan, Erick i Filip mają grobowe miny. O cholera!
-Taa… -  wzdycham wbijając wzrok w podłogę windy. Czuję się jak skazaniec jadący na śmierć. Po chwili jednak ta sytuacja nawet mnie bawi. To chyba z nerwów, ale zaczynam głupio i mimowolnie chichotać. Chłopaki patrzą na mnie jeszcze bardziej zaskoczeni, pewnie myślą, że kompletnie mnie porąbało – Przepraszam - bąkam próbując się opanować.
-Śmiech to zdrowie, a w twoim stanie to wskazane…  - w końcu odzywa się Erick i spogląda na mój brzuch, który opina szpitalna koszula. Ja również zerkam na niego. Chciałabym go przeprosić za to wszystko co zrobiłam, ale wiem, że słowa to za mało. Widzę jaki jest zdezorientowany, zdenerwowany i smutny, a to wszystko z mojego powodu. Wychodzimy z windy wszyscy razem.  Idę od razu do swojej sali, a chłopaki jak gąski podążają za mną. Siadam na łóżku i zakrywam się kołdrą.
-Jutro mnie wypiszą - mówię cicho, bo nie wiem co powinnam zrobić. 
-To dobrze -  stwierdza Brayan i uśmiecha się lekko. Podchodzi do mnie i przysiada na łóżku.
-Gdzie Vincent? - pytam cicho.
-Zawiozłem go wczoraj do Poli. Wygadał się jej, że był w szpitalu i musiałem  wytłumaczyć co się stało - wzdycha wymownie.
-Przepraszam - łapię go za dłoń. Brayan jej nie odtrąca, ale czuję, że się ode mnie oddalił. Psychicznie. To dla mnie takie cholernie trudne, bo nie chcę stracić i jego. Po chwili Filip wychodzi na korytarz by porozmawiać z lekarzem.
-Brayanie, zostawisz nas samych? - odzywa się Erick patrząc na mnie smutno. Och nie! Nie chciałam znowu go skrzywdzić.
-Jasne -  ten uśmiecha się blado i wychodzi. Tom udaje się zaraz za nim. Od razu się spinam, gdy zostajemy we dwoje, a Erick podchodzi bliżej łóżka. Najpierw milczy przez długą chwilę, a ja liczę każdy jego ciężki oddech.
-Jak mogłaś? - pyta nagle. W głosie ma tyle żalu, że od razu ściska mnie w żołądku - Meg! - podnosi głos, gdy nie odpowiadam, a ja aż podskakuję.
-Nie zaczynaj i ty. Wczoraj przerabiałam to już z Filipem! - syczę próbując się jakkolwiek bronić.
-Chryste czy ty masz świadomość co nawyrabiałaś? - patrzy na mnie kompletnie zaszokowany. Wplata palce w włosy przeczesując je nerwowo.
-Ja?! – piszczę - Z tego co wiem nie jestem wiatropylna! - Erick rzuca mi gniewne spojrzenie, a ja kulę się jak dziecko. Kurwa mać! Muszę czasami ugryźć się w język.
-Mówię o okłamywaniu nas. Wszystkich! Mnie. Filipa. Czy twoi rodzice wiedzą?! - wybucha. I tak jestem zdziwiona, że dopiero teraz.
-Oczywiście, że wiedzą!
-Świetnie! - wywraca oczami i zaczyna nerwowo chodzić po pokoju.
-Ja zabroniłam im mówić. Nie musisz się na nich wściekać -  dodaje spokojniej.
-Filip mówił, że to dwudziesty trzeci tydzień, tak? - pyta, nadal chodzi z kąta w kąt i cholernie mnie to rozprasza.
-Tak - wodzę za nim wzrokiem.
-Czyli, że zaszłaś w ciążę mniej więcej w Las Vegas, tak?-  rzuca mi wymowne spojrzenie.
-Mniej więcej, ale nie można określić dokładnego dnia - spuszczam wzrok.
-Kurwa mać! - klnie tak głośno aż ktoś z korytarza zagląda do sali. Erick zdenerwowany zamyka drzwi, by nikt nas nie słuchał - I co? Co zamierzasz teraz zrobić? - dopytuje.
-Ericku, nie wiem -  odpowiadam skruszona, czuję się fatalnie z tym co zrobiłam. Teraz wiem jak ogromny był to błąd.
-Co jeśli on jest ojcem? - te słowa ledwo przechodzą mu przez gardło.
-Nie wiem - kręcę palcami kołowrotek.
-A jeśli to moje dziecko, to co wtedy?
-Nie wiem - powtarzam się jak z zaciętej płyty.
-A co ty kurwa wiesz?! - wrzeszczy na mnie. Jest wściekły - Okłamujesz mnie od pięciu kurwa miesięcy. Najpierw uciekłaś bez słowa, ukrywałaś prawdę o Filipie i teraz jeszcze to! - wskazuje na mój brzuch. W oczach ma totalną furię -  Gdyby nie Filip pewnie nigdy bym się nie dowiedział, że prawdopodobnie będę ojcem! - wrzeszczy wymachując rękami.
-Dziwisz mi się?! Mnie też nie było łatwo! - warczę w obronie. Rozumiem, że się zdenerwował ale niech na mnie tak nie wrzeszczy.
-Kiedy się dowiedziałaś? - spuszcza z tonu.
-W listopadzie.
-Nie no ja chyba śnię - znowu się unosi - Czyli na weselu i w Dubaju wiedziałaś, tak?! - dopytuje.
-Oczywiście, że tak. Nie rób ze mnie idiotki. Zorientowałam się, że jestem w ciąży w dziewiątym tygodniu - poprawiam się na łóżku.
-Nic nie było widać... - spogląda na mnie z niedowierzaniem - Ale teraz już wiem dlaczego nie piłaś alkoholu i co sprawiło, że odzyskujesz kilogramy - siada obok na krześle - To chłopczyk, tak? - głos całkowicie mu łagodnieje.
-Tak -  odpowiadam cicho, ale nie mam odwagi spojrzeć mu w oczy.
-Jak mogłaś się tak narażać? - pyta zatroskany.
-Narażać? Niby jak? - unoszę brwi.
-Latać samolotem, tańczyć na weselu w wysokich butach i bawić się w wodzie na plaży w Dubaju. Mogło ci... mogło się wam coś stać - wyjaśnia swoje obawy.
-Jestem w ciąży Ericku, a to nie choroba. Można latać, szczególnie w drugim trymestrze. Konsultowałam wszystko z moją panią doktor - Erick wzdycha i dotyka mojej dłoni. Nadal ma taką gorącą i miękką skórę.
-A co na to wszystko Brayan? On wie, że nie jest ojcem? - zaskakuje mnie tym pytaniem.
-Za kogo ty mnie uważasz? Brayana poznałam wiele później, a razem jesteśmy dopiero od wyjazdy do Nowego Jorku  - odpowiadam zirytowana.
-Wiem, przepraszam... - kręci głową - Po prostu to takie...porąbane. Czyli wiedzieli wszyscy tylko nie ja, tak? - dalej gładzi moją dłoń. Chyba robi to bezwiednie, ale nie chcę by przestawał.
-No na przykład Gordon i Jeni też nic nie wiedzą, no i Filip nie wiedział - bąkam. Próbuję być zabawna czy co?
-Jesteś prawie w tym samym tygodniu co ona… -  nagle Erick uśmiecha się. Pierwszy raz odkąd go dziś zobaczyłam. Boże! Tak bardzo kocham ten uśmiech. Chcę dotknąć jego twarzy, ale wiem, że nie mogę.
-Wiem -  ledwo powstrzymuję łzy.
-Dlatego tak zareagowałaś, gdy powiedzieli o ciąży przy kolacji - stwierdza.
-Myślałam, że to jakiś żart - zaczynam się nerwowo śmiać.
-Niezły zbieg okoliczności - Erick za to spogląda na mnie ciepło. Nie wiem co mam zrobić? Co mu powiedzieć? Czuję, że w głowie mam kompletną pustkę, ale teraz muszę być z nim szczera.
-Ericku, ja nie chcę byś czuł się za cokolwiek odpowiedzialny. Chcę wychować to dziecko z Brayanem - wyduszam z siebie. Nie wiem czy kiedykolwiek indziej odważyłabym się mu to powiedzieć. Erick zastyga i patrzy na mnie kompletnie zaszokowany.
-Chcę wiedzieć czy to moje dziecko. Tak będzie lepiej dla dobra wszystkich - odpowiada zaskakująco spokojnie - Pogodziłem się z faktem, że nie chcesz ze mną być, ale jeśli to mój syn, to ja muszę wiedzieć - dodaje. Spodziewałam się raczej awantury jak z Filipem, a tu taka odmiana.
-A co to zmieni? Nie będziemy razem, już nigdy - przełykam ślinę, bo te słowa to dla mnie za każdym razem ten sam koszmar.
-Zmieni tyle, że do końca życia będzie nas coś łączyło. Nie tylko romans, Meg. Nasz syn to owoc miłości, która trwała zbyt krótko, ale ja nigdy się od was nie odwrócę… -  wyznaje i gładzi mnie wyżej po przedramieniu. Jego dłoń sunie po mojej skórze wywołując na moim ciele znajome dreszcze. Nie wiem czemu mi to wszystko mówi? Nadal ma nadzieję, że będziemy razem?
-A co jeśli ojcem jest Filip? - pytam niepewnie. Chcę wiedzieć co o tym myśli.
-Załatwisz to z nim jak będziesz chciała. Chociaż  szczerze mówiąc liczę na to, że jednak nim nie jest. Nie chcę byś musiała spotykać się z nim ze względu na dziecko. Zniszczył życie i tobie i mnie. Filip nie zasługuje na takie wyróżnienie jakim jest bycie ojcem… -  jego odpowiedź mnie zaskakuje. Zamykam oczy, bo pragnę mu się wytłumaczyć, że naprawdę nie chciałam go zdradzić.
-To był tylko jeden raz… -  szepczę ledwo słyszalnie. Tak bardzo bym chciała żeby ojcem był Erick. Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Na pewno nie  łatwo mu tego słuchać.
-Skoro już wszystko jest jasne powiesz mi jak było naprawdę? Filip nie był skory do zwierzeń i znam tylko jego wersję, wydarzeń. Wiem, że na pewno odbiega ona od prawdy - pyta wprost.
-Ericku, ale co tu więcej mówić? Filip dostawiał się do mnie prawie od początku naszej znajomości - wzruszam ramionami. Nie chcę go ranić tymi wspomnieniami, a dla mnie to też mało komfortowe.
-On twierdzi, że ty go uwodziłaś -  patrzy na mnie badawczo, a ja rzucam mu spojrzenie pełne dezaprobaty.
-Jasne. Do łóżka też ja go zaciągnęłam - bąka zirytowana, a Erick odsuwa się słysząc te słowa. Ta rozmowa nie będzie łatwa, ale ja nie mam zamiaru niczego już ukrywać. Skoro chce wiedzieć, to powiem mu jak było.
-Ufałem mu. Myślałem, że jesteś przy nim bezpieczna. Tyle razy cię z nim zostawiałem, sam na sam... - mówi cicho.
-To naprawdę był tylko jeden raz - spoglądam na niego smutno. Pragnę by mi uwierzył.
-Wiem, Meg. Wierzę ci, ale nie mogę sobie wybaczyć, że dałem się mu tak omamić. Manipulował wszystkimi, zniszczył to co było między nami. Kocham cię, Megan. Zawsze będę kochał.
-Musisz mnie zrozumieć - głos mi drży - Ja nie potrafiłabym z tobą być....po tym wszystkim. Wybacz mi - chwytam go za dłoń i ściskam mocno.
-Staram się to zrozumieć, maleńka. Widzę, że Brayan dba o ciebie. Mówił dziś, że jest mu ciężko z tym wszystkim, ale stara się cię wspierać, bo cię kocha - te słowa ledwo przechodzą przez jego usta.
-Jeśli to twoje dziecko to i tak będę je chciała wychować z nim - powtarzam.
-Nie będę weekendowym ojcem, nie ma mowy! - unosi się i patrzy na mnie gniewnie.
-A jak sobie to wyobrażasz? Dwóch tatusiów? - pytam.
-Sąd ustali z kim  mały będzie przebywał i kiedy.
-Chcesz mi go odebrać? - pytam bez tchu.
-Nic ci nie odbiorę. Zadbam tylko by niczego wam nie brakowało, ale nie możesz mi zabronić widywać się z dzieckiem. Jeśli będziesz starała się utrudniać kontakty wtedy nie będę miał wyjścia i pójdę do sądu. Znasz mnie i wiesz, że znam wpływowych ludzi... - dodaje zimno, brzmi to jak groźba. Oczy zachodzą mi łzami, bo nigdy nie słyszałam od niego takich słów.
-Chciałabym zostać sama… -  odpowiadam po chwili. Czuję się kompletnie samotna i bezsilna. Brayan na pewno jest wściekł na tą sytuację, Erick grozi, że odbierze mi dziecko, a Filip jest dupkiem nad dupkami.
-Zostaję tymczasowo w Londynie. Będziemy w kontakcie… -  odpowiada surowo i wychodzi z sali zamykając za sobą drzwi. Leżę i patrzę w sufit, dłońmi gładzę brzuszek. Mały chyba śpi. Oddycham głęboko i staram się nie denerwować. Teraz już nic nie zmienię. Wszyscy musimy poczekać, aż Adam się urodzi i zrobić badania genetyczne. Po tym co powiedział mi Erick, już sama nie wiem czy wolę, by on był ojcem. Do Filipa czuję wstręt, nienawiść, ale on chociaż nie groził, że odbierze mi syna.  Rozmyślam tak długą chwilę, a do sali niepewnie zagląda Tom.
-Mogę? - pyta cicho.
-Tak, wejdź - uśmiecham się blado,  a on podchodzi i siada w nogach łóżka.
-Nie będę prawił ci kazań, mała, ale ostrzegałem - patrzy na mnie spokojnie.
-Błagam cię tylko ty nie zaczynaj, bo nie mam już na to siły -wzdycham - Wydało się i dobrze. Przynajmniej nie muszę już nikogo okłamywać! - dodaję głośniej.
-Gdybyś widziała minę Ericka, gdy pojechaliśmy po niego na lotnisko. Rozmawiałem z nim. Powiedział, że gdy Filip do niego zadzwonił, to w pierwszej chwili mu nie uwierzył.
-A gdybyś ty widział minę Filipa, gdy stanął w drzwiach mieszkania i mnie zobaczył - wtrącam i zaczynam się śmiać.
-Wolisz żeby Erick był ojcem, prawda? - uśmiecha się pocieszająco i łapie mnie za dłoń.
-Już sama nie wiem, Tom. Właśnie mi powiedział, że jeśli będę utrudniała mu kontakt, to mi go odbierze -  łzy znowu napływają mi do oczu.
-Tak powiedział?! - pyta zaskoczony.
-Dał mi to do zrozumienia -  wyjaśniam.
-Nie zrobiłby ci tego, Meg, ale nie możesz utrudniać kontaktów ojcu. Widzisz jak Brayan cierpiał z tego powodu. Nie musisz być z Erickiem, ale nie możesz pozbawić go praw -  próbuje mnie przekonać.
-Sama już nie wiem co powinnam zrobić. Chcę by Adam miał normalną rodzinę, a nie dwóch tatusiów, z czego jednego na pół etatu - wywracam oczami.
-Musisz to przemyśleć, mała. Nie możesz myśleć tylko o sobie i o tym jak tobie będzie wygodniej... - nic nie mówię tylko wzdycham głośno. Siedzimy tak dłuższą chwilę w milczeniu. Tomowi też na pewno nie jest łatwo, bo widzi jak jego przyjaciel się męczy i jak wszyscy się stresują.
-A jak z Alex? Wszystko w porządku? - pytam by zmienić temat.
-Tak - uśmiecha się -  Masz pozdrowienia -  dodaje i zaczyna opowiadać jaka to ona cudowna i uczynna. Miło popatrzeć, że chociaż on jest szczęśliwy. Brayan miał racje, że szybko o mnie zapomni i bardzo mnie to cieszy. Naszą rozmowę przerywa pielęgniarka która przynosi mi kolację. Jestem jednak tak zestresowana, że nie mam ochoty jeść, za co oczywiście dostaje ochrzan. Wracają też chłopaki. Stają nade mną i gapią się jak na posąg w muzeum. Czuję się co najmniej dziwnie. Biorę kawałek bułki i skubię ją powoli.
-Będziecie tak stać? - pytam lekko rozbawiona.
-Ustaliliśmy, że do porodu będziesz mieszkała z Brayanem -  mówi nagle Erick, a ja unoszę zaskoczona brew.
-Wy ustaliliście? - pytam oniemiała.
-Tak będzie najlepiej dla ciebie, bo nie będziesz się tak denerwowała - wtrąca Filip.
-Akurat to sama już dawno ustaliłam i nic wam do tego - burczę zirytowana.
-Daj spokój, mała -  Brayan odzywa się w końcu i podchodzi do mnie.
-Co daj spokój? To, że jestem w ciąży z którymś z nich nie oznacza, że będą za mnie decydować! - oznajmiam.
-Najwidoczniej sama nie potrafisz. Twoje wybory nie są dość trafne! - wtrąca wkurzony Filip.
-Zamknij się lepiej. Najgorszym wyborem było to, że poszłam z tobą do łóżka! - patrzę na niego gniewnie, a chłopaki milkną słysząc moje słowa.
-Sama tego chciałaś. Nie zgrywaj teraz takiego niewiniątka! -odpowiada wściekle.
-Jesteś beznadziejny! - poprawiam się na łóżku i zaciskam pięści. Żałuję, że wszyscy muszą tego słuchać. Co za żenada!
-Jakoś inaczej jęczałaś, gdy posuwałem cię w Vegas! - dodaje nagle i w tym momencie Erick rzuca się na niego z rękoma, a Brayan od razu do nich doskakuje.
 -Chłopaki! - krzyczę i wstaję z łóżka. Jestem spanikowana.  Tom próbuje ich rozdzielić, ale mu się nie udaje. Szarpią się na podłodze, przewracając krzesła i wypadają na korytarz.
-Coś ty kurwa powiedział?! - Erick krzyczy okładając pięściami głowę Filipa.
-Pierdol się, Evans. Nawet nie wiesz jak jej było ze mną dobrze! -  Filip śmieje mu się prost w twarz, czym jeszcze bardziej go rozjusza.
-Kurwa Filip, zamknij mordę! - Brayan próbuje ich uspokoić, a Tom stoi obok mnie. Obejmuje mnie, bo czuje jak cała drżę. 
-A ty co? - Filip rzuca pogardliwie spojrzenie Brayanowi - Tobie też trochę zajęło, by ją wydymać. To tania dziwka! Poleci na każdego i to tylko kwestia czasu! -  dodaje i w tym momencie nawet Brayan nie wytrzymuje. Wymierza Filipowi cios prosto w szczękę, a on momentalnie mdleje. Dopadają ich ochroniarze i skutecznie rozdzielają. Stoję oszołomiona. Widzę krew na podłodze i dłoniach Brayana. Najwidoczniej rozbił nos Filipowi. Filip po chwili odzyskuje przytomność i znowu zaczyna się ciskać. Bluźni i szarpie się nawet w rękach ochrony.
-To wszystko przez ciebie, ty dziwko! - te słowa kieruje do mnie. Wyraz twarzy ma wręcz opętany. Patrzę mu w oczy i ledwo mogę oddychać. Zasłaniam usta dłonią by nie rozpłakać się na głos. Z jego ust pada jeszcze kilkanaście epitetów w moją stronę. Wszyscy krzyczą, szarpią się i nie mogą opanować. Za dużo emocji, za dużo stresu. Nagle padam na kolana, a Tom razem ze mną.
-Mała, co ci jest? - pyta spanikowany. 
-Boże! -  jęczę  łapiąc się na brzuch. Czuję okropny ból, skurcz... nie wiem jak to opisać. Tom jest przerażony, ale pomaga mi wstać.  Prostuję się i czuję, że dzieje się coś okropnego. Na podłodze widać kałużę mojej krwi. Całe moje nogi i  piżama są we krwi. Ochroniarze sekundę wcześniej zabrali chłopaków, a Tom z całych sił woła lekarza, który przybiega dosłowni po chwili. Kładą mnie na łóżku, a ja  próbuję zwinąć się z bólu.
-Moje maleństwo, ratujcie moje maleństwo  - łkam przerażona. Tom stoi obok i podtrzymuje moją głowę. Za lekarzem do sali wpada pielęgniarka i jeszcze jakiś lekarz. Zaczynają mnie badać i mówić coś między sobą. Jest mnóstwo krwi. Nic nie rozumiem, ale od razu wiem, że sytuacja jest poważna. Momentalnie podejmują decyzję, że zabierają mnie na inną salę.
-Tom! Zadzwoń do moich rodziców -  krzyczę do niego w ostatnich słowach, a następnie znikam za drzwiami sali operacyjnej. Lekarz zadaje  mi mnóstwo pytań, ale jestem oszołomiona i zaszokowana tym co się dzieje. Czuję, że wydarzy się coś najgorszego. Podają mi tlen i podłączają pod liczne maszyny.
-Doktorze co się dzieje? - pytam. Z trudem mogę oddychać.
-Musimy wyciągnąć dziecko, musimy panią ratować -  odpowiada zakładając na twarz lekarską maskę.
-Nie.To jeszcze nie czas! - próbuję się podnieść ale ból powala mnie z powrotem na stół operacyjny -  Nie mnie ratujcie. Ratujcie małego! - krzyczę zrozpaczona. Lekarz jednak nie reaguje. Dostaję wkłucie główne i znieczulenie. Parawanem zasłaniają mi brzuch. Kręci mi się w głowie, ból ustaje. Czuję się jednak tak okropnie jak chyba nigdy wcześniej.
-Proszę, ratujcie jego, nie mnie! - łkam pani anestezjolog, która patrzy na mnie smutno i gładzi moje włosy
-Będzie dobrze… - odpowiada sama chyba w to nie wierząc. Zamykam oczy by zatamować łzy. Czuję dziwne uczucie w brzuchu. Nacisk, parcie aż w końcu widzę ukradkiem jak wyciągają ze mnie mojego synka.  Lekarze mówią coś między sobą, jednak ja mało pamiętam. Jestem ogłupiona i oszołomiona znieczuleniem. Dostrzegam nóżki i główkę. Boże, jest taki maleńki. Zduszam jęk. Pielęgniarka od razu go zabiera. Adam nawet nie płacze. Nie mam pojęcia czy w ogóle żyje. Czy w ogóle ma szanse na przeżycie? Przecież to dopiero dwudziesty trzeci tydzień. Boże!
-Ssak! - rozkazuje lekarz, a ja wiem, że to nie koniec tego koszmaru.
-Za dużo krwi! - dodaje  drugi i patrzy przerażony na tego pierwszego. Zaczynam tracić przytomność, a do sali wpada kolejny lekarz. 
-Ratujcie Adama -  wypowiadam te słowa sekundę przed tym jak tracę świadomość.

6 komentarzy:

  1. ;(( Biedna Megg ... wiedziałam od samego poczatku , że Filip poda inna wersje wydarzeń drań .. teraz tyle czasu czekać na kolejny rodział ;// sama jestem w ciąży w 40 tyg i aż mnieee zmroziło ;( (ps oby Meg i Eryk byli szczęśliwy bo mój syn bedzie miał na imie Eryk i tak czytam i czytam i mam nadzieje na happy end dla nich obojga ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. O kur..... :( to się porobiło...

    OdpowiedzUsuń
  3. O Boże, biedna Meg. Co oni narobili:( Kasiu dodaj możliwie jak najszybciej kolejny rozdział. Proszę proszę przecież to się nie da iść spać :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Kaśka Ty to Meg wcale nie oszczędzasz ;( szkoda mi jej. Rozdział super jak zawsze więcej chcę El@

    OdpowiedzUsuń
  5. Kasiu łamiesz mi serce :( Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział :*

    OdpowiedzUsuń
  6. kretynka z tej Meg-kocha Erica jest z nim wciąży a zyje z tym psychopatą

    OdpowiedzUsuń