Premiera już w lipcu!

czwartek, 29 października 2015

Rozdział 106


-Mam ci dać za to medal?! - pytam z ironią.
-Nie oczekuję od ciebie niczego, Meg. Wiem, że między nami wszystko skończone. W moim świecie jest wiele rzeczy z którymi ciężko byłoby ci żyć. Nie masz pojęcia jakimi środkami czasami dążyłem do celu, ale odkąd poznałem ciebie, starałem się  zmienić.
-Nie chcę tego słuchać, Ericku. Ile razy będziemy to przerabiać? - krzyżuję dłonie ma piersiach i staram się uspokoić.
-Monika jest niebezpieczna dla osób, które zalazły jej za skórę. Nie wiem w jaki sposób zgadała się z Filipem, bo nigdy się nie lubili, ale im obojgu chodzi tylko o ciebie i muszę cię chronić. Dopóki nie będę miał pewności, że nic ci nie grozi, nie odpuszczę - ton Ericka jest poważny.
-Rozumiem. Skończyłeś już?
-Chciałbym jeszcze  coś powiedzieć - wywracam oczami, ale pokazuję, by mówił dalej. Jezu co go naszło na takie rozmowy?  -Musisz iść na terapię, Meg. Załatwiłem ci jedną z najlepszych psycholożek zajmujących się kobietami po... takich przejściach - Erick przełyka ślinę.
-Sama zadecyduje kiedy pójdę na terapię jak będę na to gotowa. Na razie nie jestem i proszę nie nalegaj - odpowiadam cicho.
-Słyszałem jak Filip zeznawał - dodaje nagle. Spoglądam na niego w panice. Po co on mi to mówi?
-Przestań! - warczę.
-Gdyby nie ochrona i policja udusiłbym go na lotnisku gołymi rękami.
-Ericku proszę! Nie chcę tego słuchać! - wstaję ze łzami w oczach, Erick również się podnosi i od razu do mnie podchodzi.
-Potrzebujesz tej terapii od razu. Im później tym gorzej - chwyta mnie za ramiona.
-Nie dotykaj mnie! Nie mogę tego znieść - zamykam oczy, od razu cała drżę.
-Właśnie o tym mówię... - na szczęście mnie puszcza i ujmuje tylko moją dłoń. Składa na niej delikatny pocałunek.
-On chciał mnie zniszczyć, zabrać mi wszystko co kocham, ale nie poddam się… -  słone łzy płyną po moich policzkach, ale to mi pomaga. Uspokajam się. 
-Grzeczna dziewczynka - Erick uśmiecha się delikatnie i ponownie całuje mnie w dłoń.
-Zostaniesz tu dziś? - pytam niepewnie.
-A Brayan zostaje? - unosi zaskoczony brew.
-Jak widać - wskazuję na śpiącego na kanapie w salonie Brayana.
-Jeśli nie masz nic przeciwko, to wolałbym jednak byś spała w moim apartamencie.
-Twoim? - przekręcam lekko głowę.
-Tak, kupiłem go. Bez sensu było go wynajmować. Jeśli chcesz możecie tam zamieszkać z Brayanem.
-Nie zaczynaj znowu - ganię go lekko.
-Wasz dom był ubezpieczony, na pewno dostaniecie odszkodowanie.
-Nie myślę teraz o kupnie nowego domu czy samochodu. Pragnę tylko wziąć w ramiona mojego synka, całego i zdrowego - wzdycham wymownie i powstrzymuję łzy, by znowu się nie popłakać.
-Ja też, Meg, ale wiem, że nic mu nie grozi. Uwierz mi.
-Chciałabym mieć tyle pewności co ty, ale trudno mi w to uwierzyć po tym co zrobili ze mną... - odpowiadam cicho i spoglądam na swoje pocięte dłonie. Wzdrygam się.
-Nie wywiną się z tego. Monika prędzej czy później wpadnie, Filipa już mają. Niedługo ten koszmar się skończy… -  Erick patrzy na mnie spokojnie. Naprawdę chciałabym mieć tyle pewności, że Monika nic nie zrobi Adamowi, że dba o niego. On jest przecież taki malutki, taki kruchy.
-Mój koszmar dzieje się  też w głowie, Ericku. Za każdym razem, gdy zamykam oczy... -  zaciskam pięści, znowu się nie rozpłakać.
-Opowiesz mi o tym? - pyta niepewnie. Podnoszę wzrok i patrzę na niego zaskoczona.
-Nie chcesz tego słuchać, uwierz mi. Nie chcę nikogo więcej tym obarczać - odpowiadam. Zapada chwilowa cisza. Czuję na sobie spojrzenie Ericka, ale już nie mam odwagi patrzeć na niego.
-Wystarczająco już obwiniam się o to wszystko - mówi nagle -  Znowu do tego dopuściłem, pozwoliłem by ktoś cię skrzywdził! - spoglądam na niego, a Erick  zamyka oczy i wali pięścią w stół.
-To nie twoja wina, to niczyja wina - mówię cicho.
-Znowu wyjechałem, zostawiłem cię samą. Moi ludzie śledzili Filipa, jednak nic nie wskazywało na to, że coś planuje. Dobrze mnie zna, wiedział jakich użyję środków i wykorzystał to - patrzy na mnie, a ja znowu widzę w jego oczach żal i rozpacz.
-Nie możesz się obwiniać, Ericku - próbuje go uspokoić. On nie może myśleć, że to jego wina. Nie chcę by się obwiniał.
-Zawsze chciał tego czego ja - kontynuuje i mimo, że nie mam ochoty słuchać, to mu nie przerywam - Te same samochody, garnitury, kobiety. Mieliśmy umowę, że jeśli któryś znajdzie miłość, drugi nie ma prawa się wtrącać. Myślałem...  - spogląda na mnie tak cholernie smutno - Ufałem mu.
-On od samego początku dostawiał się do mnie - wtrącam niepewnie.
-Nie rozumiem jak mogłem tego nie zauważyć? - kręci głową.
-Myślałam, że po prostu ma taki styl bycia, że kokietuje wszystkie kobiety. Starałam się nie zwracać na to uwagi.
-Trzeba mi było powiedzieć, wszystko byłoby wtedy inaczej - wzdycha głęboko.
-Można sobie gdybać. Gordon powiedział bym nic ci nie mówiła, bo zniszczę twoją przyjaźń z Filipem. 
-Wiem. Byłem... jestem na niego wściekły, że tak ci doradził, ale wiem o co mu chodziło. Znamy się z Filipem od dzieciństwa, a on myślał, że jemu przejdzie. Gdybym wiedział o tym co wyprawiał Filip wszystko by się zmieniło.
-Dokładnie tak było - kiwam twierdząco głowa.
-Popieprzony z niego sukinsyn. Postaram się by siedział do końca życiu w więzieniu, by tam zgnił! - oczy Ericka są pełne gniewu.
-Nie chcę go widzieć na procesie, da się to załatwić?
-Nie powinno być problemu. Jako główna pokrzywdzona masz prawo odmówić zeznawania w obecności oskarżonego i zażądać wyłączenia go z rozpraw, gdy ty będziesz na sali.
-To dobrze, nie zniosłabym jego obecności -  oddycham z ulgą i opadam na oparcie krzesła.
-Bardzo cię boli? - pyta  nagle, patrząc na moją posiniaczoną i pociętą twarz.
-Nie boli, wygląda tylko nie najlepiej - uśmiecham się lekko.
-Twój uśmiech, to najpiękniejszy widok na świecie, Meg. Powinnaś robić to jak najczęściej… -  dotyka delikatnie mojej dłoni, a ja tak bym chciała żeby mnie przytulił. Z drugiej jednak strony ogromnie się tego boję.
-Będę robić to częściej, gdy tylko będę miała do tego powód. Nawet najmniejszy… -  kąciki ust znowu drgają mi w półuśmiechu. 
-Tak lepiej, skarbie - spoglądamy na siebie, a Erick poprawia się, ale uśmiecha - Meg. Chciałbym być tym jednym małym powodem, który będzie wywoływał uśmiech na tej ślicznej buzi - dodaje patrząc mi prosto w oczy.
-Zawsze się śmieję, gdy bawisz się z Adamem. Jesteś cudownym ojcem… -  podnoszę wzrok i widzę jak w przejściu między kuchnią, a salonem stoi Brayan. Uśmiecha się na mój widok.
-Ale mi się spało. Masakra jakaś! -  przeczesuje dłonią włosy i od razu zagląda do lodówki - Może coś zjemy? - pyta patrząc na nas.
-Ja dziękuję, nie jestem głodna -  odmawiam, prawie ostatnio nie odczuwam głodu. Schudłam pewnie ze 3 kilogramy.
-Ericku, a ty?
-A co tam masz? - ten wstaje i zagląda do lodówki przez ramię Brayana. Patrzę na nich. Boże. Kocham ich obu, są dla mnie bardzo ważni. To takie nienormalne, takie samolubne. W tej sytuacji w jakiej jesteśmy, to wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane. Wiem... Czuję, że nie dam rady, by którykolwiek z nich zbliżył się do mnie. Obaj znowu będą cierpieć. Ostatnio nie ma w moim życiu nic innego, tylko cierpienie.

Erick i Brayan próbują niezdarnie odgrzać zupę pani Hook. Są naprawdę kompletnymi matołami w kuchni. Erick chyba nigdy nie musiał gotować, Brayan też żywił się jedzeniem na wynos i coniedzielnymi obiadami u mamy. Zapewnienia Ericka, że Adamowi na pewno nic nie jest, troszkę mnie uspokoiły. Skoro on nie denerwuje się aż tak bardzo, to może faktycznie Monika nie skrzywdzi Adama.  Muszę w to wierzyć.

Wracają Hookowie, są zdecydowanie w lepszych humorach. Tom wybudził się i jest w całkiem dobrym stanie. Pierwsze co powiedział po wybudzeniu ze śpiączki to to, że jest głodny. Na razie nie wie nic o tym co wydarzyło się po jego wypadku. Musi odpoczywać i nie denerwować się. Możemy go jutro odwiedzić, jednak ja nie pojadę. Zobaczyłby wtedy moją twarz, która dopiero zaczyna się goić. Alex także odetchnęła z ulgą. Mimo tego, że dość krótko są razem, to widać, że ona bardzo go kocha. Ze mną i Erickiem było tak samo. Nie zdziwiłabym się gdyby Tom po wyjściu ze szpitala oświadczył się Alex, a ich historia zakończy się cudownym happy endem. W przeciwieństwie do mojej. Jego rehabilitacja na pewno troszkę potrwa. Będzie musiał wzmocnić mięśnie i od nowa nauczyć się chodzić. Lekarz mówi jednak, że jest młody i silny, więc wszystko jest na dobrej drodze. 

Jest już późno, jednak ja po przespaniu prawie całego dnia nie jestem śpiąca. Hookowie poszli się położyć więc my, żeby im nie przeszkadzać, przenieśliśmy się do mojego pokoju. Chłopaki zostają dziś na noc. Będą spać w pokoju Toma, a ja chyba bezpieczniej się czuję, gdy są w pobliżu.
-Napiłabym się piwa - stwierdzam cicho. Chwilę wcześniej nastawiliśmy sobie jakąś komedię na DVD. 
-Nie przyjmujesz już leków? - Erick unosi brew. 
-Nie, fizycznie dobrze się czuję,  a nie chcę brać tych psychotropów, bo jestem po nich otępiała i ospała -  wyjaśniam.
-W sumie ja chyba też bym się napił - dodaje i uśmiecha się.
-No ja raczej nie! - wtrąca i żartobliwie Brayan.
-To co, podjedziemy do sklepu? - Erick wstaje z dywanu i zapala światło.
-Możemy iść, sklep jest pięć minut od kawiarni - dodaje Brayan, a następnie zgodnie schodzimy po cichu na dół. Jest prawie dwunasta w nocy, ale dworze jest mimo tego prawie dwadzieścia pięć stopni. Wsuwam na nogi tylko japonki i wychodzimy. 

Dom całą dobę jest pod obserwacją. Widzę jak Erick podchodzi do jednego z samochodów zaparkowanych niedaleko i rozmawia z kimś w środku. To zapewne jego ludzie. Mam na sobie czarne leginsy i koszulę i jest mi zdecydowanie za gorąco. Koszula jest długa więc wpadam na pomysł, by zdjąć leginsy. Jest ciemno, więc nikt nie zwróci uwagi na moje pocięte nogi. Zatrzymuję się więc i podpierając o znak drogowy ściągam leginsy.
-Co ty robisz? - patrzy na mnie zaskoczony Brayan, Erick także oczy ma wielkie ze zdziwienia.
-Za gorąco mi - chowam leginsy do torby i poprawiam koszulę, której długość sięga mi aż do kolan. To tak naprawdę taka sukienka, tunika.
-Rany, ale z ciebie ekshibicjonistka! - mówi rozbawiony Brayan i wszyscy zaczynamy się śmiać. Sklep mieści się jakiś kwadrans spacerem od kawiarni. Na miejscu kupujemy cztery piwa, sok pomarańczowy oraz wielką paczkę czipsów. W drodze powrotnej mijamy właśnie całodobowego kebaba i oczywiście Brayan nie może się oprzeć. Zapach jest zachęcający więc i ja daję się namówić, ku uciesze chłopaków.

Środa,   2 lipca

Idziemy beztrosko z kebabami w dłoniach i popijamy piwo, ja i Erick. Brayan pije sok. Przypominam sobie jacy ostatnio byliśmy szczęśliwi, ale wszystko prysło w jeden dzień. Staram się myśleć pozytywnie, jednak nie jest to jednak takie łatwe. Małymi kroczkami jednak może wszystko wróci do normalności? Bardzo tego chcę i potrzebuję, by znowu było... normalnie.
-Cholera! - klnę pod nosem, gdy sos z kebaba spływa po brodzie prosto na moją koszulę. Zatrzymuję się i wyciągam z torby chusteczkę, próbuję się wytrzeć - Nie dopiorę takiej tłustej plamy! - piszczę wkurzona.
-Pani Hook ma sposoby na wszystko, na pewno zrobi tak, że nie będzie widać! -  Brayan podchodzi do mnie i odruchowo chce wytrzeć dłonią sos z mojej brody. Odsuwam się odruchowo i patrzę na niego spanikowana – Przepraszam - dodaje speszony. Wzrok od razu mu posmutniał.
-Nie przepraszaj, ale staraj się tego nie robić - uśmiecham się blado i dotykam delikatnie jego dłoni.
-Chodźmy, bo zaraz lunie - popędza nas Erick. Powietrze jest ciężkie i właśnie zaczęło błyskać.
-To tylko deszcz, z cukru nie jesteśmy - droczę się z nim pokazując mu język. Dobrze mi się z nimi spaceruje i nie chcę jeszcze wracać do domu.
-Nie chcę byś się przeziębiła - dodaje surowo. Och! Znowu apodyktyczny Erick. W sumie nawet mi tego brakuje.
-Ericku, wyluzuj! - poklepuję go po ramieniu i wyprzedzam. Brayan się śmieje, Erick po chwili także odpuszcza i udziela mu się nasze rozbawienie. Dopiłam właśnie swoje drugie piwo i lekko kręci mi się w głowie. Nie miałam alkoholu w ustach od dawna, więc niewiele mi trzeba, by się upić. W dodatku właśnie zaczęło padać. W sumie padać to mało powiedziane, zaczęło lać. Zaczynamy biec szybko do domu, ale tak leje, że w kałuży zgubiłam klapek.
-Poczekajcie! - krzyczę do chłopaków i śmieję się w głos. I tak jesteśmy przemoczeni  do majtek, więc w tak naprawdę nic już nam nie pomoże. Unoszę głowę i pozwalam by krople deszczu zalały mi twarz. Wyciągam  przed siebie dłonie, chcę poczuć to oczyszczające uczucie. Pragnę poczuć się czysta.
Zdejmuję drugi japonek i idę trzymając buty w ręku. To lipcowa ciepła burza i nic nam od niej nie będzie.
-Zakładaj buty, bo się pokaleczysz! - Erick warczy na mnie z reprymendą.
-Ale z ciebie sztywniak, Evans! - bełkoczę. W głowie mi szumi. Cholera, normalnie się upiłam. Schylam się, by założyć klapki i chwieje się, ledwo utrzymując równowagę. Podtrzymuje się o nogę Brayana, który stoi obok i śmieje się ze mnie - Pomógł byś, a nie się gapisz, palancie! - mamroczę nie mogąc  trafić stopą w but.
-Mogę cię ponieść - stwierdza rozbawiony.
-Nie, dzięki - podnoszę głowę, by na niego spojrzeć, a następnie ląduje na tyłku prosto w kałużę.
-Meg, jesteś pijana! - burczy Erick. Obaj stoją nade mną, jak dwa durne kołki i patrzą. Erick pomaga mi wstać, ale burza właśnie przechodzi i już tylko delikatnie kropi.
-Najlepszym się zdarza -  uśmiecham się głupio i zaczynam wyżynać wodę z koszuli podsuwając ją tak, że rawie widać mi majtki.
-Jezu, chodźmy już! - Erick wywraca oczami i obciąga mi koszulę.
-A ty co? - patrzę na niego chwiejąc się - Tyłka nie widziałeś? - pytam, a on patrzy na mnie dziwnie. Brayan za to śmieje się w głos- Chyba nie jestem w stanie iść -  dodaję tracąc poprzedni wątek.
-I co? Popłyniesz? - wtrąca rozbawiony Brayan i wskazuje na ulice po której płynie mnóstwo wody. Po ulewie studzienki nie nadążają z odprowadzaniem deszczówki i zrobiło się jedno wielkie jezioro. Stoję chwilę i zastanawiam się co zrobić. Brayan obejmuje mnie delikatnie i prowadzi powoli, jest jednak za wysoki, a ja w klapkach sięgam mu tylko do klatki piersiowej. Erick ma z nas niezły ubaw.
-Weź ją lepiej na ręce, bo zaraz oboje się wywalicie!-  mówi Erick, widząc jak plączą mi się nogi. Brayan bez pytania chwyta mnie pod kolana i bierze na ręce, obejmując mocno. Piszczę. Jestem jednak zaskoczona, ale jedynie tym, że nie mam ochoty mu się wyrwać. Spoglądam tylko badawczo na jego twarz,  ale tak kręci mi się w głowie, że opieram ją o jego ramię i wzdycham cicho. Nie chcę myśleć teraz o niczym. Pozwalam sobie, by cieszyć się tą chwilą.

Wracamy do domu, cali mokrzy, ale w dobrych humorach. Brayan zanosi mnie do pokoju, żebym na schodach nie narobiła rumoru i nie obudziła Hooków. Piwo nadal szumi mi w głowie. Nie zwracając uwagi na to, że obok mnie stoją Brayan i Erick, zaczynam rozpinać mokrą koszulę, by się przebrać. Obaj spoglądają na mnie zaskoczeni.
-To my wyjdziemy -  stwierdza Brayan i otwiera drzwi
-Nie możecie już nawet na mnie  patrzeć? - rzucam im spojrzenie. Bredzę.
-Co ty gadasz? - Erick odwraca się i patrzy na mnie.
-No co? Brzydzę was? - rozpinam ostatni guzik koszuli, która rozchyla się i ukazuje moją bieliznę. Alkohol robi swoje  i chyba nie kontroluję tego jakie głupoty wygaduję.
-O czym ty mówisz, Meg? - Brayan zamyka drzwi i patrzy na Ericka. Wymieniają się niepewnymi spojrzeniami
-Nie możecie patrzeć na mnie bez ubrania. To przez te blizny? Czy przez co? - odsłaniam swoje ręce i pokazuję im  jeszcze nie do końca zagojone rany - Nie podobam się wam już, tak? - bełkoczę dalej, ale oni są tak zaszokowani tym co słyszą ,że nawet nie odpowiadają -  A może chodzi o Filipa? Brzydzicie się mnie, bo znowu mi to zrobił, tak? On zabrał mi wszystko co mógł... Całą godność i radość, ale ja przecież tego nie chciałam... nie chciałam tego... - dodaję. Nie wiem co mnie naszło, by mówić o tym właśnie teraz?

-Chryste, co ty wygadujesz? Idź spać! - mówi zdenerwowany Brayan, podchodzi do mnie i zsuwa mi koszulę z ramion -  Gdzie masz jakąś piżamę? - pyta rozglądając się po pokoju.
-Tam - pokazuję palcem na łóżko na którym leży koszulka Toma i jego bokserki. Erick przygląda nam się smutno. Zepsułam cały wieczór tą jedną chwilą. Wiem o tym.
-Śpisz w jego gaciach? - Brayan unosi brew podając mi bokserki.
-Nie mam tu nic swojego - bełkoczę i siadam na łóżko w samej bieliźnie. Jestem ledwo żywa i opadam plecami na materac, nogami dotykam podłogi. O rany! Brayan zdejmuje mi bieliznę i  szybko przebiera do snu. Nawet nie czuję się skrępowana, jestem zbyt pijana, by myśleć o tym. Jutro będę musiała się tłumaczyć z tego durnego zachowania. Sama jednak tego nie rozumiem. Tak bardzo się tego wszystkiego wstydzę, boję, a z drugiej strony chciałabym wykrzyczeć światu jak mi źle. Jaka brudna, nic nie warta i upodlona się czuję. Chłopaki nic nie mówią, tylko Brayan pomaga mi się położyć i przykrywa mnie kołdrą.
-Dobranoc, Meg - mówi cicho składając pocałunek na moim czole.
-Nie! - wyciągam do niego dłoń i siadam gwałtownie – Zostań - patrzę na Ericka - Zostańcie tu ze mną -  dodaję.
-Jesteś tego pewna? - Brayan spogląda na Erick.
-Tak - przesuwam się na łóżku - Zmieścimy się we trójkę - klepię w poduszkę i uśmiecham się. Boże, co mnie naszło? Chcę sama siebie sprawdzić? Czy zniosę ich bliskość? Naprawdę nie wiem. W duchu obiecuję sobie, że więcej nie tknę alkoholu.
-Przyniosę materac -  odzywa się Brayan.
-Nie materac! - mówię powoli -  Tutaj, chcę was tutaj - znowu poklepuję poduszkę.
-Meg, nie myślisz trzeźwo.Idź spać, naprawdę - wtrąca lekko zdenerwowany Erick.
-Proszę. Chcę spać z wami… -   robię tą swoją słodką minkę, która zawsze na nich działa -  Chodźcie -  dodaję i wyciągam ręce i ich kierunku.
-W sumie... ja nie mam nic przeciwko! -  Brayan uśmiecha się szeroko. Jest na pewno bardziej otwarty niż Erick, który ewidentnie się waha.
-To niepoważne, nie odwalajmy jakiegoś durnego trójkąta! - Erick jest skrępowany i totalnie nie wie co zrobić. Widzę, że walczy ze sobą. Walczy z emocjami i uczuciami. Ze zdrowym rozsądkiem i głosem serca.
-Daj spokój, pójdziemy grzecznie spać! -  próbuje go przekonać, robiąc słodkie oczy. Nie wiem co chcę tym udowodnić? Może jednak to czy zniosę ich dotyk? Że nadal ich pociągam? Sama nie wiem.
-Dobra, przesuń się wariatko! -  Erick w końcu uśmiecha się i ulega. Pierwszy raz widzę jak zgadza się na mój totalnie absurdalny pomysł. Nie wiem czy robi to ze względu na mnie, czy może dla samego siebie? Kładziemy się obok siebie, ja w środku. Kołdra jest duża więc obejmuje nas wszystkich. Chwilę wcześniej obaj zdjęli spodnie i koszulki. Rany! To chyba największa perwersja jaką z życiu przeżyłam.
-Stary, tylko mnie nie smyraj stopami, bo ci przywalę - stwierdza rozbawiony Brayan.
-Chciałem powiedzieć dokładnie to samo, Brayanie - odpowiada Erick i wszyscy troje zaczynamy się głośno śmiać. Przez chwilę jest mi dobrze i nie myślę o niczym złym. Układam się na boku, przed sobą mam Ericka i obejmuje go lekko w pasie. Za mną leży Brayan, który obejmuje mnie. Czuję ciepło ich ciał. Oddech Brayana na moim karku. Czuję jak Erickowi szaleńczo wali serce. Mnie również. Erick gasi lampkę nocną przy łóżku. Zapada ciemność. Kręci mi się w głowie od piwa. Zamykam oczy. Mamroczę coś pod nosem i odpływam szybciej niż myślałam, że to nastąpi.