Premiera już w lipcu!

środa, 21 października 2015

Rozdział 104



-Że co?! - piszczę. Jestem totalnie zaszokowana. Ostatkiem sił łudzę się, że on żartuje.
-To co słyszałaś. Mam to napisać dużymi literami? - Brayan przyjmuje obronną postawę.
-Żartujesz, tak? - upewniam się - To jakiś głupi żart, tak? - dodaję z niedowierzaniem.
-Widzisz żeby ktoś się śmiał? - Brayan patrzy na mnie śmiertelnie poważnie. Kręcę głową, gdy dopada mnie rzeczywistość.
-Nie no, ja chyba śnię. Kolejny idiota, który nie potrafi swojego fiuta utrzymać w spodniach! - wstaję i podchodzę bliżej niego wymierzając mu siarczysty policzek - Nienawidzę was! - krzyczę i szybko wychodzę z sali. Na korytarzu oczywiście spotykam Ericka,  a ten idzie za mną jak cień i próbuje zatrzymać.
-Spierdalaj! -  pokazuję mu środkowy palec i wchodzę do gabinetu lekarzy, by podpisać dokumenty wypisu na żądanie. Doktor mówi coś do mnie, jednak nic z do mnie nie dociera. Odbieram swoje rzeczy i dokumenty. W portfelu mam trochę gotówki więc na pewno starczy na hotel. Mój dom przecież spłonął i nie mam gdzie się podziać. Tak naprawdę nie chcę mi się żyć. Nie wiem gdzie jest mój malutki synek i nie wiem czy w ogóle żyje? Dwóch mężczyzn, których kocham, zdradziło mnie. Mój przyjaciel leży w śpiączce po wypadku, który zaplanował Filip. Próbował mnie zabić, zgwałcił i oszpecił. Złamał mi życie porywając moje najukochańsze dziecko. Odebrał mi tym jedyną radość. W nic już nie wierzę. Chcę stąd wyjść. Muszę być sama, bo zaraz zwariuję, a może już zwariowałam? Dzwonię po taksówkę i zjeżdżam windą na sam dół do recepcji kliniki. Kieruję się do wyjścia, gdy nagle zatrzymuje mnie jeden z ochroniarzy Ericka.
-Co pani robi
-Ślepy jesteś? Wychodzę - warczę i omijam go łukiem.
-Muszę panią zatrzymać, taki mam obowiązek -  odpowiada surowo.
-Dotknij mnie tylko, a pożałujesz - odwracam się i dostrzegam nagle wielkie lustro w którym odbija się moje oblicze. Boże! Podchodzę bliżej i odgarniam włosy z twarzy. Widok naprawdę jest szokujący. Wręcz przerażający. Dotykam opuszkami palców swoich policzków, które są całe w drobnych, długich śladach po żyletce. Podobnie broda i czoło. Oczy mam czerwone, opuchnięte i podkrążone. Pod prawym mam wielkiego siniaka w kolorze fioletowo-szaro-żółtym. Na szyi  także dostrzegam ślady po żyletce, ale też po duszeniu. Mój widok jeszcze bardziej mnie rozjusza. Nie jestem smutna. Jestem totalnie wściekła, że mi to zrobił. Gdybym  dorwała teraz Filipa, to rozszarpałabym go gołymi rękoma. Wpatruję się w swoje odbicie i dostrzegam w lustrze jak z windy wychodzą Erick, Brayan i ochroniarze. Stają nieruchomo widząc, że wpatruje się w lustro. Nie mają pojęcia jak się zachowam. Może faktycznie myślą, że oszalałam? Odwracam się i bez słowa chcę wyjść na zewnątrz.
-Zatrzymajcie ją -  rzuca  Erick. To rozkaz dla jego ludzi. Ochroniarze podchodzą do mnie jak do jakiegoś złoczyńcy i próbują łapać za ręce.
-Zostawcie mnie do jasnej cholery! - wyrywam się, krzyczę i robi się z tego niezłe zamieszanie.
-Nigdzie nie pójdziesz. Zostajesz w klinice! - stwierdza Erick podchodząc do mnie.
-Nie odzywaj się do mnie. Ty zdrajco! - syczę przez zaciśnięte zęby. Brayan także podchodzi.
-Ty też milcz. Idźcie razem na dziwki, Erick na pewno ci postawi! - rzucam chamsko i próbuje przejść między nimi. Obaj są wkurzeni i kompletnie nie mają pojęcia co zrobić.
-Wróć do sali i nie rób scen -  odzywa się Brayan. Wiem, że jest mu cholernie źle z tą całą sytuacją, ale mam to gdzieś. Nie chcę ich znać. Nie chce ich widzieć.
-A co?! Wstydzisz się faktu, że jesteś zwykłym dziwkarzem?! Twoja kobieta leżała w szpitalu z małym dzieckiem, które nie wiadomo było czy przeżyje, a ty rżnąłeś jakąś inną pannę! Zapewne w naszym domu, co!? - krzyczę wylewając z siebie cały żal. Boże! Jak on mógł? Jak oni mogli?!
-Chryste, Meg opanuj się! - interweniuje Erick i łapie mnie za ramiona.
-Ile razy mam powtarzać? Nie. Dotykaj. Mnie. Popieprzony. Dupku! - odpycham go z całej siły aż wpada na Brayana -  Nie chcę was znać. Rozumiecie? Macie zniknąć z mojego życia. Obaj! Jeśli Adam kiedykolwiek się znajdzie zabiorę ci wszystkie prawa i nigdy go nie zobaczysz! - dodaję patrząc na Ericka. Jestem totalnie rozjuszona. Wydaje mi się, że gniew jaki w sobie tłamsiłam właśnie wybuchł ze zdwojoną siłą. Erick i Brayan stoją jak wryci. Wszyscy w recepcji kliniki patrzą na nas jak na wariatów. Jeśli ktoś da cynk mediom, to będzie z tego niezły cyrk, jednak mam to gdzieś. Moje życie już dawno legło w gruzach, a teraz, gdy straciłam już  dosłownie wszystko.... wszystko i wszystkich których kochałam, nie mam więcej do stracenia. Równie dobrze mogłam spłonąć w domu. Może tak byłoby lepiej? Przynajmniej nie musiałabym teraz tego wszystkiego przeżywać. Wypuszczam głęboko powietrze i ruszam do drzwi. Mimo tego, że właśnie zaczęło lać muszę stąd wyjść.
-Adam żyje, jest z Moniką tak jak podejrzewaliśmy - słyszę nagle głos Ericka. Zmienił taktykę doskonale wiedząc, że mnie w ten sposób zatrzyma. Odwracam się i patrzę na niego.
-Skąd o tym wiesz? - mam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę pierwszy raz od dwóch dni. Te pieprzone leki przestają na szczęście działać. Tyle emocji się we mnie kłębi i muszę je uwolnić.
-Filip przyznał się na przesłuchaniu, że Monika mu pomaga. Nie zdradził gdzie są, ale Adam żyje. Nic mu nie jest - dodaje spokojnie Erick.
-Jezu... - opieram się o marmurowy filar na środku holu. Mój synek, on żyje. Zaciskam oczy i osuwam się kucając na podłodze. Zatapiam palce w moje roztrzepane włosy. On żyje, moje maleństwo. Powtarzam w myślach i zaczynam płakać. Łzy działają oczyszczająco. Nagle podchodzi do mnie lekarz i chce zaaplikować znowu to świństwo - Nie! - odtrącam jego dłoń - Zostanę. Zostanę tu, ale nie dawajcie mi już niczego na uspokojenie. Żadnych psychotropów i środków nasennych - stawiam warunek,  ale lekarz zamiast odpowiedzieć, to patrzy pytająco na Ericka, który kiwa jedynie głową. Chce pomóc mi wstać, ale znowu się sprzeciwiam. Wstaję powoli i idę z lekarzem prosto do windy. Nawet nie oglądam się na Ericka i Brayana. Nie mogę na nich patrzeć. To dla mnie za wiele.

Lekarz zaprowadza mnie do mojej sali. Chcę zostać sama więc wypraszam go i zamykam drzwi. Kładę się na łóżku i zwijam w kłębek. Słowa Ericka, że Adam żyje rozbudziły we mnie iskierkę nadziei. Muszę w to wierzyć, muszę być silna i czekać aż go znajdą. Skoro go nie zabili do tej pory, to znaczy, że nie chcą tego zrobić. Łudzę się, że nie są aż takimi potworami, by zabić niewinne dziecko. Biorę do ręki swój telefon i wchodzę w galerię zdjęć. Przeglądam je. Na każdym jest mój Adam. Robi takie śmieszne minki. 

Muszą go znaleźć. 

Muszą.

Mijają kolejne dni. Policja nadal szuka Moniki, bo Filip przyznał się do wszystkiego i siedzi w areszcie. Podobno podczas zatrzymania na lotnisku nie był zaskoczony. Jakby spodziewał się, że go tam dorwą. Najgorsze jest to, że nikt nie wie jak teraz wygląda Monika. Mogła zmienić kolor włosów, ostatnio jak ją widziałam była przecież brunetką. Filip oczywiście nic nie zdradził na jej temat i wiemy  tylko tyle, że Adam przebywa właśnie z nią. Pytany dlaczego to zrobił milczał. Grozi mu dożywocie.

Mój stan fizyczny się poprawił. Zaczęłam jeść i nie jestem już taka słaba. Jedyną pozytywną myślą jest fakt, że Adam żyje i to, że Tom ma się coraz lepiej. Nadal utrzymują go w śpiączce, jednak jest silny i są duże szanse, że wszystko skończy się dobrze. Najważniejsze, że mózg jest cały, bo złamania i rany się przecież zagoją. 
Powiedziałam lekarzom, że nie chcę by ktokolwiek mnie odwiedzał. Potrzebuję być sama.  Brayan i Erick mają kategoryczny zakaz wstępu do mojej sali. Czuje się tu trochę jak w więzieniu, ale nic mi tu nie grozi. Staram się sama poradzić z moimi myślami. Zaczęłam smarować całe ciało specjalną maścią, która ma zminimalizować blizny. Nie zależy mi na tym, ale lekarz twierdzi, że to rodzaj terapii wpływający na psychikę. Faktycznie, rany nie są głębokie więc możliwe, że nie będę miała blizn. Z pamięci staram się wyprzeć wydarzenia tamtego wieczora, ale śni mi się to wszystko po nocach. To są blizny, które nigdy się nie zagoją. Nie wiem czy kiedykolwiek sobie z tym poradzę? Tamtego razu w klubie, na wieczorze panieńskim Kim, byłam przecież całkowicie nieprzytomna i nie pamiętałam samej chwili gwałtu ani pobicia, więc było mi znacznie łatwiej. Teraz, gdy tylko zamknę oczy, widzę wszystko co robił mi Filip. Czuję jego łapska, oddech. Brzydzę się siebie, gdy tylko o nim pomyślę. Moi rodzice chcieli przylecieć jednak poprosiłam by tego nie robili. Nie chcę ich ranić, a naprawdę potrzebuje być teraz sama.


Wtorek,  1 lipca

Mogę dostałam wypis z kliniki. Fizycznie czuję się dobrze, jednak za bardzo nie mam gdzie się podziać. Nie chcę mieszkać w kawalerce Brayana, ani apartamencie w którym mieszka Erick. Poprosiłam więc państwa Hook czy mogłabym znowu wprowadzić się do nich na jakiś czas. Oczywiście nie mieli nic przeciwko. Rodzina Toma, Brayana, Ericka i moja są pod ochroną, bo nie wiadomo co Monika może zaplanować. Możliwe, że będzie próbowała komuś znowu zrobić krzywdę. Nadal jej szukają.

Właśnie pakuję swoje rzeczy do torby. Państwo Hook są u Toma i niedługo mamy razem jechać do ich domu. Alex spędza całe dnie w szpitalu. Erick załatwił jej salę, by mogła tu spać i być obok ukochanego. Chcę też po drodze podjechać do mojego domu. Wiem, że duża część spłonęła, głównie parter, ale muszę zabrać stamtąd swoje ocalałe rzeczy. 

Wychodzę z sali, a na korytarzu dostrzegam Ericka i Brayana. Cały czas  są w klinice. Nie wiem o co im chodzi? Pilnują mnie czy co? Doskonale wiedzą, że dziś wychodzę. Mam na sobie czarne leginsy i cienką dłuższą koszulę, by zakryć ręce. Włosy związałam w niedbały koczek. Dziś pierwszy dzień lipca, na dworze niemiłosierny upał. Znowu zanosi się na ciepłe lato.
-Będę mieszkała u Hooków -  podchodzę do nich i mówię cicho. Zapewne o tym wiedzą, albo chociaż się domyślali. Milczą przez chwilę  i patrzą na siebie nawzajem, a potem na mnie.
-Nie wracasz do Nowego Jorku? - pyta zaskoczony Erick.
-Dopóki nie znajdą Adama, nie ruszę się z Londynu  - odpowiadam cicho.
-Lekarz mówił, że lepiej się czujesz -  wtrąca Brayan, który patrzy na mnie tak cholernie smutno.
-Jak widać - wzruszam beznamiętnie ramionami, biorę do ręki torbę i chcę odejść.
-Meg, poczekaj -  Brayan chwyta mnie za łokieć i zatrzymuje. Wzdrygam się i odsuwam od niego.
-Daj mi spokój. Nie mam na to siły, rozumiesz? - nawet nie odwracam głowy w jego stronę, ich obecność bardzo mnie rani. Sprawia mi wręcz fizyczny ból.
-Nie możemy tego tak zostawić, Meg. Daj mi się chociaż wytłumaczyć -  mówi błagalnym tonem Brayan.
-A co tu tłumaczyć? - zmuszam się, by spojrzeć na nich. Wzrok mam obojętny -  Najwidoczniej każdy facet jest taki sam - dodaję cicho.
-Daj nam chociaż pięć minut rozmowy -  wtrąca Erick szukając swojej szansy.
-Ale co wy chcecie mi powiedzieć? Oczekujecie zrozumienia? Wybaczenia? - krzyżuję dłonie na piersiach i opieram się o ścianę - Ty też nie dałeś mi się wytłumaczyć, gdy wyznałam ci prawdę o tym, co stało się w Vegas, Ericku. Wyszedłeś z limuzyny jak poparzony i potraktowałeś mnie jak nic nie znaczącą dla ciebie szmatę. Nie odzywałeś się, nie odbierałeś telefonów. Schowałeś się w swojej twierdzy i pocieszałeś w ramionach kobiety, które jak okazuje się uprowadziła ci syna. Czego ode mnie oczekujesz? - patrzę Erickowi prosto w oczy i widzę jak wciąga powietrze.
-Wiem - odpowiada przez zaciśnięte zęby -  Teraz wiesz jak ja się wtedy czułem - dodaje.
-Nie, Ericku, to nie to samo. Ja popełniłam jeden błąd. Upiłam się o jeden raz za dużo, w najbardziej nieodpowiednim do tego towarzystwie, ale ty, spotkałeś się z Moniką kilkukrotnie. Zresztą, nie chcę o tym rozmawiać… -  wzdrygam się - Masz rację... opuściłam cię, zostawiłam, zdradziłam. Miałeś więc prawo robić co chcesz i  sypiać z kim chcesz - dodaję spokojnie. Naprawdę nie mam siły się wykłócać.
-To porozmawiaj chociaż z Brayanem - wtrąca nagle. Kompletnie mnie tym zaskakuje. Patrzę na nich i nie wiem co powiedzieć.  Jedyne co przychodzi mi do głowy to Męska Solidarność.
-Niech będzie… -  siadam na krzesełku w korytarzu - Słucham? - zakładam nogę na nogę i patrzę z wyczekiwaniem co ma mi niby do powiedzenia.
-Tutaj?-  pyta zakłopotany Brayan.
-Miejsce jak każde inne - wywracam oczami.
-Wolałbym w bardziej ustronnym miejscu -  mówi skruszony, a mi przez chwilę nawet go szkoda. Szybko się jednak z tego otrząsam.
-Przyjedź do Hooków, dziś wieczorem -  odpowiadam szybko i wstaję. Erick i Brayan nic nie odpowiadają. Ruszam więc w kierunku drzwi mojego oddziału, z torbą w ręku. Chciałabym powiedzieć, że gdy wyjdę stąd, to zacznę nowe życie. Że ten cały koszmar się skończył, ale niestety... On nadal trwa. Trwa w mojej głowie i dopóki nie przytulę znowu mojego synka, to nic nie będzie lepiej.
-Pomogę ci -  podbiega do mnie Brayan i chce odebrać ode mnie torbę. Nie chce mi się z nim kłócić więc oddaje mu ją i wychodzimy. Hookowie już na mnie czekają.
 

 
 
 

6 komentarzy:

  1. Niech ich kopnie w cztery litery!juz nie chcę, żeby była z którymś z nich!nic nie warci faceci!
    Czekam na kolejne rozdziały Kasiu :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj co ta Monika zrobiła nie lubię pani S. od początku. Ma rację że wygarneła chlopaką. Sama nie wiem jak to może się dalej potoczyc oby tylko nie przebaczyła Brayanowi bo tego nie wytrzymam. 😳El@

    OdpowiedzUsuń
  4. Kasiu, kiedy kolejny rozdział bo umieram z ciekawości! !!

    OdpowiedzUsuń