Premiera już w lipcu!

niedziela, 11 października 2015

Rozdział 100

Niedziela, 18 maj

Erick z kierowcą podjechał właśnie vanem pod nasz dom , i zaraz mamy odebrać z lotniska moją rodzinkę. Jestem ledwo przytomna, bo spałam tylko dwie godziny. Ziewam i przecieram oczy próbując się rozbudzić. Może powinnam napić się kawy, ale nie mam na to czasu.
-To chyba ja wstawałem w nocy do małego, a nie ty, skarbie! - rzuca głupio Brayan widząc jaka jestem niewyspana.
-To przez ciśnienie - odpowiadam cicho. Erick siedzi z przodu i się nie odzywa. Nawet na mnie nie spojrzał rano, gdy przyjechał.
-Na pewno dobrze się czujesz? Jesteś blada i niewyraźna - Brayan dotyka mojej dłoni.
-Po prostu jestem zmęczona, ostatnie miesiące były ciężkie - uśmiecham się blado i gładzę jego nadgarstek. Nie chcę by niepotrzebnie się zamartwiał. Adam został z moim tatą w domu, na razie nie chcemy by jeździł samochodem, gdy nie ma takiej potrzeby. 

Prywatny samolot Ericka wylądować ma kilka minut przed dziesiątą rano. Na płycie lotniska jesteśmy chwile przed czasem. Jest piękny majowy poranek. Wysiadamy z limuzyny akurat , gdy samolot podchodzi do lądowania. Jestem podekscytowana, że zaraz wszystkich zobaczę. Moja chrześnica ma już osiem miesięcy i bardzo się za nią stęskniłam. Założyłam dziś ciemne jeansy, skórzaną kurtkę i białe conversy. Musi być mi wygodnie skoro mam spędzić cały dzień z tymi wariatami. Kim na pewno tryska energią i będzie chciała zwiedzać. Widzę jak wychodzą z samolotu i od razu biegnę w ich stronę.
-Mamo! - rzucam się jej na szyje i zaczynam płakać, ze szczęścia.
-Och, córciu! - mama obejmuje mnie mocno i gładzi po włosach.
-Tak się cieszę, że przylecieliście! - dodaję spoglądając na moją śliczną siostrę, przystojnego szwagra i przesłodką siostrzenicę - Jaka ona duża! - piszczę zaskoczona..
-Dzieci mają to do siebie, że rosną, siostro! - odpowiada złośliwie Kim i wpada w moje ramiona, też się wzruszyła - Ale z ciebie za to taka chudzina - dodaje klepiąc mnie w tyłek.
-Nadrabiam, nadrabiam! - uśmiecham się i obejmuje Roba, który trzyma Evę na rękach. Erick i Brayan także się witają, a uścisków i całusów nie ma końca. Na chwilę zapominam o wczorajszej sytuacji.Chcę ten dzień spędzić normalnie.

W pierwszej kolejności jedziemy oczywiście do domu, bo wszyscy chcą zobaczyć Adama. Całą drogę zajmuję się małą Evą, jest taka żywotna i wesoła. Ledwo wysiedziała w foteliku zanim dotarliśmy do domu i cały czas mówi różne półsłówka i piszczy radośnie. Nam z mamą i Kim buzie się nie zamykają. Chłopaki za to siedzą cicho, zwłaszcza Erick, który jest dziś jakiś nie swój. Zapewne po wczorajszej sytuacji. Nie mam zamiaru go przepraszać ani zagadywać pierwsza. Może lepiej będzie, gdy nie będziemy zwracać na siebie uwagi.

W domu tata już na nas czeka, stoi w progu z Adamem na rękach. Oczywiście krzyki, piski radości i płacz szczęścia wybucha od razu, gdy tylko Kim i mama wychodzą z samochodu. Biegną szybko i zaczynają go całować i ściskać, a Adam z tej ich radości aż się popłakał.
-Ale gościnny jesteś, synu! - uśmiecham się i biorę go od mamy, a on od razu się uspokaja. Wchodzimy do domu, chłopaki wznoszą walizki i dołączają do nas. Jeśli pogoda pozwoli, a zanosi się, że tak, to wieczorem urządzamy w ogrodzie wielkiego grilla. Na ten pomysł wpadli właśnie mój tata z Brayanem i Robem. Od razu dzwonią też do państwa Hooków oraz Toma i Alex, by ich zaprosić. Oprowadzam mamę i Kim po domu, pokazuję im pokoik małego i sypialnię.
-Bardzo ładnie się urządziliście córciu - pochwaliła mnie mama. Jak zawsze pięknie wygląda, ma na sobie brązowy kostium, który podkreśla jej zielone oczy.
-Dzięki mamo, ja prawie nic tu nie zrobiłam. To Brayan i pani Hook wszystko zaplanowali… - uśmiecham się i wkładam Adama do łóżeczka, właśnie usnął na moich rękach.
-Chodźmy na dół, nie będziemy mu przeszkadzać - mówi szeptem Kim i razem z mamą wychodzą. Zostaję z nim sama, by chwile poczekać czy się nie obudzi. Przykrywam go delikatnie miękkim kocykiem i stoję wpatrując się w niego. Z każdym dniem jest coraz bardziej podobny do Ericka. Głaszczę go delikatnie po ciemnych włoskach, spoglądam na usta i nosek. Boże, on jest taki do niego podobny. Nachylam się i całuję jego główkę, tak ślicznie pachnie. To najcudowniejszy zapach na świecie, zapach mojego dziecka. Po chwili do pokoju niepewnie zagląda Erick, minę ma poważną.
-Możemy porozmawiać? - pyta patrząc na mnie beznamiętnie. Kompletnie nie wiem o czym myśli.
-Ericku, o czym chcesz jeszcze rozmawiać? - odpowiadam cicho i opieram się biodrem o łóżeczko. Nie chcę się denerwować, bo to do niczego nie prowadzi. 
-Poniosło mnie wczoraj. Chciałem cię przeprosić… - wchodzi do środka i zamyka delikatnie drzwi.

-Już przepraszałeś - odpowiadam patrząc na niego.
-Nie chcę byś się na mnie złościła - podchodzi do łóżeczka i spogląda na Adama, który właśnie westchnął głęboko we śnie.
-Nie złoszczę się, po prostu nie chcę więcej takich sytuacji. Nie utrudniaj tego wszystkiego jeszcze bardziej - chciałabym dojść do jakiegoś porozumienia, by rozsądnie to wszystko połączyć, ale nie wiem czy to w ogóle możliwe.
-Mi też nie jest łatwo, nie masz pojęcia co czuję widząc was razem - Erick zamyka oczy, a ja widzę, że cierpi.
-Myślałam, że już to przerobiliśmy - nie chcę być dla niego niemiła, ale irytuje mnie jego zachowanie. Po co znowu zaczyna ten temat?
-Są momenty w których jakoś udaje mi się to zaakceptować, jednak wczoraj...gdy zobaczyłem cię w pokoju....nago... - nagle podnosi na mnie wzrok, oczy mu płoną.
-Przestań, proszę. Jestem z Brayanem i musisz to uszanować - przerywam mu i spuszczam wzrok. Mam wypieki na policzkach na samo wspomnienie wczorajszej sytuacji.
-Staram się - zaciska pięści - Kurwa, tak bardzo się staram to zrozumieć - nagle emocje mu puszczają. Erick wali pięścią z całej siły w ścianę. Nigdy nie widziałam go takiego.
-Erick! - szepczę karcąco - Obudzisz Adama! - dodaję i poprawiam mu poduszeczkę - Opanuj się do jasnej cholery! - warczę.
-W takich momentach mam wrażenie, że choć po części rozumiem Filipa i jego zachowanie – mówi dalej, a ja staję jak wryta. Do oczu napływają mi łzy. Jak może? Jak może tak mówić? Wspominać o nim.
-Wyjdź stąd -  szepczę hamując łzy.
-Oczekujesz ode mnie zrozumienia, więc zrozum i mnie! - podchodzi do mnie gwałtownie i chwyta mój łokieć - Nie zrobię ci tego, nie zrobię wam tego... - zamyka oczy i nabiera powietrza - Za bardzo cię kocham i za bardzo szanuję Brayana, by wpieprzać wam się w życie, ale pamiętaj, że każdy ma swoje granice. Nie przekraczaj ich! - dodaje ostro. Jest naprawdę wściekły, a ja nawet nie wiem co niby takiego zrobiłam, by go sprowokować.
-Ty wczoraj przekroczyłeś granicę podglądając mnie! - po policzkach spływają mi łzy, jestem roztrzęsiona - Puść mnie!
-Ja przekroczyłem granice? - Erick unosi brew.
-A niby ja? - próbuje się wyrwać jednak nadal mnie trzyma.
-Mogliście brać pod uwagę, że śpię obok w pokoju, gdy wczoraj rano się pieprzyliście! I te zużyte gumki na dywanie! - wyrzuca mi. Cały też aż trzęsie się ze złości.
-Boże, puść mnie! - udaje mi się wyrwać rękę z jego mocnego uścisku. Jest jednak cała czerwona - Nie twoja sprawa co robiliśmy, nikt nie zapraszał cię do naszej sypialni. Sam się wprosiłeś! - krzyczę i tym samym budzę Adama. No pięknie! Oboje spoglądamy na zdezorientowanego Adama.
-Uśpię go - mówi Erick. Ton od razu mu się zmienia, łagodnieje i uspokaja się.
-Sama to zrobię! - syczę i biorę małego na ręce.
-Nie powinnaś się nim zajmować, gdy jesteś zdenerwowana - dodaje spokojnie i chce go ode mnie zabrać.
-Kurwa, nie praw mi kazań. Pan idealny się znalazł! - warczę i odchodzę. Mały znowu zaczyna płakać, a ja próbuję go uspokoić. 
-Wariatka! - rzuca wkurzony Erick.
-Idiota! - odwracam się tyłem, by na niego nie patrzeć. Słyszę jedynie jak otwiera drzwi i zatrzaskuje je za sobą ostentacyjnie - No synku, sielanka się skończyła. Trwała całe dwa dni - całuję go w główkę i chodzę po pokoju, bujając go w ramionach. Podśpiewuje mu cicho piosenki, które znam z dzieciństwa. Mija dobre dwadzieścia minut aż Adam ponownie zasypia. Mimo tego że jest dopiero jedenasta rano, także z chęcią poszłabym spać. Kładę  jednak Adama i włączam elektroniczną nianię. Przysłaniam żaluzje by miał ciemniej i wychodzę. Słyszę z dołu gwar rozmów i mimo tego, że bardzo się za wszystkimi stęskniłam, to najchętniej pobyłabym teraz sama. Przeglądam się w lustrze i doprowadzam do porządku. Oczy mam jednak czerwone z niewyspania i płaczu. Czeszę włosy i schodzę do kuchni, a tu właśnie ustalają listę zakupów na wieczornego grilla.
-Meg, ty coś pijesz? - pyta mnie moja siostra trzymająca w ręku długopis.
-Czystą z lodem! - opowiadam ironicznie wywracając oczami. Erick stoi na tarasie i rozmawia z moją mamą, a Brayan patrzy na mnie badawczo. Uśmiecham się do niego, by nie pytał co znowu mi jest. Nie chcę by się martwił, muszę to wszystko zachować dla siebie.
-No to jesteśmy dwie - odpowiada Kimi i pokazuje mi język, ona też nie pije, bo nadal karmi Evę. Podchodzę do niej i patrzę co zapisała na tej liście zakupów. Rany!
-Będzie jedenaście osób, plus Adam i Eva, po co tyle jedzenia? - pytam widząc niekończącą się listę produktów.
-Nikt nie mógł się zdecydować na coś konkretnego, zrobimy wszystkiego po trochu - odpowiada  jak zawsze zadowolona moja siostra. Muszę przyznać, że śliczne wygląda. Małżeństwo i macierzyństwo zdecydowanie jej służy, w przeciwieństwie do mnie.
-Kto pojedzie po zakupy?
-Ja z chłopakami, wy zostaniecie z dziećmi - Kim wstaje i podchodzi do mnie - O co się pokłóciliście? - pyta szeptem i patrzy na mnie. Cholera! Nic się przed nią nie ukryje.
-Takie tam, rodzinne sprawy - próbuje ją zbyć i na razie mi się udaje, ale wiem, że potem wyciągnie mnie na spytki.
-Jasne! - uśmiecha się ironicznie i woła chłopaków, by się zbierali.
-Na pewno dobrze się czujesz? - podchodzi do mnie Brayan i patrzy. On też czuje, że coś jest nie tak.
-Tak, skarbie na pewno. Jestem  po prostu zmęczona - powtarzam się po raz kolejny.
-Potrzebujesz czegoś? Kupić ci coś? - dotyka ustami mojego czoła.
-Ciebie potrzebuje - całuje go w brodę, a on się uśmiecha.
-Masz mnie, jestem cały twój, mała - przesuwa dłonią w dół moich pleców aż do pupy i klepie ją delikatnie. Od razu czuję na nas wzrok Ericka, odruchowo odsuwam się od Brayana.
-Jedźcie już - uśmiecham się blado i patrzę na resztę. Ericka mina mówi dosłownie wszystko, przypominam sobie jego słowa „nie przekraczaj granic”. Jakich kurwa granic? Rzucam mu spojrzenie mówiące „odpieprz się człowieku” i zamykam za nimi drzwi. 

W domu panuje względna cisza. Mama poszła popatrzeć sobie na Adama, tata wariuje z Evą w ogrodzie, a ja przygotowuje sałatki i sosy na grilla. Kroję warzywa i robię marynatę do mięsa. Najchętniej położyłabym się na godzinkę i zdrzemnęła. Muszę przespać się choć chwilę przed wieczorem, bo padnę zbyt wcześnie. Krojąc pomidor właśnie pierwszy raz w życiu zacinam się nożem.
-Ała! - krzyczę. Cholera jak boli! Wkładam rękę pod zimną wodę, a cały zlew robi się czerwony. Tamuję ranę ręcznikiem kuchennym i szukam jakiś plastrów. Nic tu takiego nie ma, bo o tym akurat nikt nie pomyślał. Robię sobie prowizoryczny opatrunek i zaklejam taśmą. Szczypie mnie to jednak i ciągnie tak bardzo, że ciężko mi robić cokolwiek tą dłonią. Idę do taty na taras.
-Chyba właśnie odpadam jako kucharz - mówię niezadowolona i pokazuje mu dłoń.
-Nawet najlepszym się zdarza - tata uśmiecha się pocieszająco i podchodzi do mnie z Evą na rękach.
-Oj, tato! - nie wiem czemu ale wybucham płaczem, przytulam głowę do jego ramienia i chlipię.
-Hej, maleństwo co się dzieje? - podchodzimy do leżaka i siadamy na nim we trójkę, Eva gaworzy coś po swojemu i chce do mnie na ręce. Biorę ją delikatnie i sadzam sobie na kolanach.
-Wczoraj o mało nie doszło do pocałunku z Erickiem, gdy Brayan kąpał małego - wyznaję zanosząc się płaczem.
-Kto to sprowokował?- patrzy na mnie zaskoczony.
-On - pociągam nosem - Zobaczył mnie po kąpieli przez uchylone drzwi, wściekłam się i kazałam mu wracać do hotelu.
-No i...? - dodaje badawczo.
-No i nic...opanował się w ostatnim momencie. Dziś znowu chciał rozmawiać, oboje się zdenerwowaliśmy i pokłóciliśmy. Ja już nie wiem co mam robić, tato? - wzruszam ramionami.
-Musisz to zakończyć, Megan. Jeśli naprawdę chcesz być z Brayanem, to nie ma innego wyjścia. To Erick jest ojcem i będziecie się często widywać. Albo coś ustalicie i będziecie się tego trzymać, albo ktoś znowu będzie bardzo cierpiał - mówi i obejmuje mnie ramieniem. Rozmawiamy jeszcze chwilę, ale przerywa nam moja mama, która przyszła z Adamem na rękach.
-Obudził się - mówi zadowolona i podrzuca nim delikatnie - To klon Ericka, ma tylko twój nos - dodaje i robi swoje głupie miny czym rozbawia i mnie i Adama i tatę. Ocieram dyskretnie mokre policzki, ale ona na szczęście jest tak zaoferowana małym, że nie zwraca na mnie uwagi. Znajduje mi w torebce plaster, a ja zaklejam sobie rozciętą dłoń. Dzwonię też do Toma, by upewnić się o której będą. Mają być o szóstej, jest więc jeszcze kilka godzin na przygotowania. Karmię Adama i pod pretekstem uśpienia go, idę do sypialni. Kładę go obok siebie i zabezpieczam z drugiej strony poduszkami, by nie spadł. Zasypiam chyba szybciej niż on. Czuję jak się rusza i wierci jednak jestem tak zmęczona, że tylko poklepuje go delikatnie i nucę coś na wzór piosenki. Budzi mnie Brayan przykrywający nas kocem.
-Śpijcie sobie - nachyla się i całuje nas oboje.
-Yhym - mruczę i uśmiecham się delikatnie. Mały śpi spokojnie obok mnie, spoglądam na niego i znowu przykładam głowę do poduszki. Brayan uchyla okno, by wpadło nieco świeżego powietrza i zamyka drzwi. Nie mam pojęcia która jest godzina, ale jestem okropnie zmęczona i zasypiam ponownie.

Głosy, śmiechy i rozmowy z ogrodu budzą mnie po dobrych dwóch godzinach. Jest jeszcze jasno. Mój syn leży grzecznie jakby czekał aż się obudzę. Gdy tylko na niego spoglądam, to zaczyna się wiercić i uśmiechać.
-Pewnie jesteś głodny, co? - całuje go w brzuszek, a on śmieje się słodko. Biorę go na ręce i schodzę na dół. Wszyscy są w ogrodzie i drzwi od tarasu są otwarte na oścież. Sięgam po jedną z butelek mleka, które znajdują się w specjalnej „lodówce", która utrzymuje odpowiednią temperaturę. Karmię Adama na fotelu i gdy kończę wychodzę na taras.
-Dobry wieczór wszystkim! - widzę jak przy grillu króluje mój tata i pan Hook. Alex siedzi Tomowi na kolanach i rozmawiają z Brayanem i Kim. Robert buja Evę na huśtawce, a Erick opowiada coś zaoferowanej pani Hook i mojej mamie.
-Jest nasz królewicz! - mówi moja mama i od razu go ode mnie zabiera. Przysiadam się do Brayana i patrzę co jest do jedzenia. Kiełbaski, żeberka, udka kurczaka do koloru do wyboru.
-Zjedz coś, mała - ten obejmuje mnie i całuje w policzek.
-Właśnie taki mam zamiar - biorę jednorazowy talerzyk i nakładam sobie wszystkiego po trochu. Jestem strasznie głodna.
-Smakuje córciu? - woła mnie tata.
-Przypalone i pyszne, tak jak lubię! - odpowiadam z pełną buzią i uśmiecham się zadowolona.
-Nasi starzy chyba się polubili - przysuwa się do mnie Tom.
-To dobrze, w końcu jesteśmy prawie jak rodzina, tatusiu chrzestny! - obejmuje go i całuje w policzek.
-No cholera, wiesz jaka to odpowiedzialna rola!?- Tom robi swoją śmieszną minę i oboje wybuchamy śmiechem.
-To idź uratuj mojego syna, bo babcia zacałuje go na śmierć! - dodaję spoglądając w kierunku mojej mamy.
-Daj jej się nacieszyć! - wtrąca Brayan. Zmieniamy temat. Tom opowiada, że planują zamieszkać z Alex razem, tylko we dwoje. Brayan proponuje im swoją kawalerkę, bo jest blisko kawiarni więc rodzice Toma może jakoś łatwiej to zaakceptują. Wszyscy piją alkohol, oprócz mnie, Kim i Brayana. Od wesela na szczęście nie tknął ani kropli. Nie podoba mi się jednak ilość alkoholu na stole i to, że goście mieszają wódkę z piwem, ale w końcu wszyscy są dorośli. Gdy zaczyna się ściemniać zapalamy ogrodowe lampki. Nie wiem kto wpada na pomysł by włączyć muzykę?  Sąsiedzi się wkurzą, ale co mi tam. Eva i Adam poszli spać wymęczeni całym dniem pełnym wrażeń. Rob włącza płytę Aerosmith i zaczyna się żenujących, ale zabawny alkoholowych występów. Alkohol naprawdę potrafi dodać odwagi, a mój szwagier zaczyna udawać, że gra na gitarze i obłapuje moją siostrę. O rany! Tom porwał Alex do tańca, nawet moi rodzice i państwo Hook podrygują śmiało. Erick siedzi przy stole sącząc kolejnego drinka i ma z nich niezły ubaw.
-Co ten alkohol robi z ludzi! - mówi równie rozbawiony Brayan.
-Ruszcie tyłki! - stwierdza Erick i patrzy na nas uśmiechnięty.
-Nie dzięki! - śmieje się Brayan widząc jak Tom mało nie przewrócił się właśnie z Alex na trawnik.
-A ja z chęcią zatańczę! - wstaje Erick i wyciąga do mnie dłoń. Patrzę na niego zaskoczona, i zerkam na Brayana, który najwidoczniej nie ma nic przeciwko.
-Nie, ja też pasuje - próbuje się wymigać. Cholera! Nie mam ochoty z nim tańczyć. Robert podchodzi do odtwarzacza i zmienia repertuar, przełącza na jakieś lokalne radio w którym leci akurat „I need your love”. Ja pierdole!
-Idź, mała - Brayan wypycha mnie i uśmiecha się serdecznie. Naprawdę nie ma z tym problemu? Ciężko mi w to uwierzyć.
-Jeden taniec! - patrzę z dezaprobatą na Ericka.
-Oczywiście - rzuca mi to swoje spojrzenie, i pociąga na trawnik biorąc w ramiona. Boże, ale mi niezręcznie. Nie dość, że jestem w klapkach, to dodatkowo on nie jest najtrzeźwiejszy. Mimo tego jak zawsze dobrze tańczy. Dotyka mnie delikatnie i obraca raz za razem w rytm muzyki, to nie styl moich rodziców, ale oni także tańcują w najlepsze. Na weselu chyba naprawdę wiele mnie ominęło. Tom przysiada się do Brayana, bo Alex poszła do łazienki. Co chwila spoglądam w ich kierunku, ale nie zwracają na nas uwagi. Brayan naprawdę musi ufać Erickowi skoro pozwala na coś takiego. Piosenka kończy się, a ja oddycham z ulgą. Jak to jednak w radio bywa zaczyna  lecieć kolejna. Tym razem to Justin Timberlake „Mirrors”.
-Miał być jeden taniec - przypominam i zerkam na Ericka, a on uśmiecha się zadziornie.
-Daj spokój, przecież nic złego nie robimy… - kiwa się i obejmuje mnie delikatnie w takt wolnej piosenki.
-Przepraszam za rano. Wcale nie uważam cię za dupka - mówię nagle.
-Wiem, Meg. Ty też nie jesteś wariatką - uśmiecha się.
-Czasami jestem - dodaję i zaczynam się śmiać.
-Jedyne co nam wyszło w życiu, to nasz syn - mówi nagle i patrzy mi prosto w oczy.
-Muszę się z tobą zgodzić - kończymy tańczyć i idziemy usiąść do stołu. Reszta towarzystwa poszła do domu, Tom i Rob właśnie dają wirtualny koncert na perkusji i gitarze. Z salonu dochodzą śmiechy i krzyki radości - Z taką rodziną ciężko być normalnym - dodaję rozbawiona widokiem.
-Masz cudowną rodzinę, przyjaciół i wspaniałego, zdrowego syna. Masz ogromne szczęście, Meg - Erick mówi spokojnie i patrzy na mnie czule.
-Wiem, Ericku. Tobie też życzę byś miał tyle szczęścia co ja - chwytam go za dłoń - Naprawdę życzę ci jak najlepiej, chcę byś był szczęśliwy.
-Moim szczęściem jest teraz Adam. Jeśli nie będziesz mi utrudniała kontaktów z resztą sobie poradzę - ściska mocniej moją skaleczoną dłoń, a ja krzywię się, bo strasznie zabolało.

-Wybacz - całuje ją delikatnie.
-Nic się nie stało - uśmiecham się lekko i znowu na niego spoglądam - O czym myślisz? - pytam nagle. Nie wiem czemu? Po prostu chcę wiedzieć co siedzi mu w głowie.
-Wiesz dlaczego byłem dziś taki nieobecny przez cały dzień? - odpowiada patrząc na mnie badawczo.
-Zapewne po wczorajszej sytuacji - sugeruję.
-Nie, Meg - Erick wzdycha głośno – Dokładnie rok temu zaczęło się to całe....gówno - zamyka nagle oczy i widzę, że bardzo cierpi, ale w pierwszej chwili nie mam pojęcia o co mu chodzi.
-Nie rozumiem.
-Dziś jest osiemnasty maja, Meg.  Równo rok temu był wieczór panieński Kimberly... - wyjaśnia i widzę jak zaciska usta. Boże! Faktycznie.
-Ja prawie nic nie pamiętam z tamtej nocy - próbuje go jakoś pocieszyć. Nie miałam pojęcia, że nadal o tym myśli, że nadal się obwinia.
-Ale ja pamiętam! - zaciska drugą pięść i wali nią w stół, przewracając tym samym plastikowe kubeczki po napojach.
-Ericku, to nie ma znaczenia, bo dla mnie to się nie wydarzyło! - przysuwam się do niego bliżej, nie wiem czy powinnam ale obejmuje go lekko. Czuję jak cały trzęsie się z emocji.
-To wszystko moja wina - spogląda na mnie, jego oczy przepełnione są żalem. Żalem i rozpaczą.
-Nie mów tak. Nie mogłeś wiedzieć, nikt nie mógł - chwytam jego twarz w dłonie. Boże! Jego cierpienie sprawia mi wręcz fizyczny ból.
-Powinienem tam być! Powinienem cię ochronić! - ponownie zamyka oczy, a z kącików po policzkach spływają mu łzy. Jezu, nie! Nie mogę tego znieść. Siadam mu na kolana i wtulam się mocno.
-Chronisz mnie, Ericku. Uratowałeś życie naszego syna i nic więcej się teraz nie liczy, rozumiesz? - ten odchyla głowę by na mnie spojrzeć.
-Daj mi o was dbać, niczego wam nie zabraknie. Będę was bronił przed całym złem tego popierdolonego świata - mówi cicho.
-Robisz to, jestem ci wdzięczna z całego serca za to co dla nas robisz. Naprawdę - wtulam głowę w jego ramiona i czuję jak powoli szaleńczy rytm jego serca uspokaja się, a oddech wraca do normy. 
-Kocham cię, Meg... - szepcze i wplata delikatnie palce w moje włosy. Od razu wyczuwa pod nimi bliznę po mojej operacji i znowu się spina. Przez sekundę mam na końcu języka słowa "ja ciebie też", ale jedyne co udaje mi się powiedzieć, to:
-Wiem - gładzę go po plecach, by opanował emocje, bo czuję, że mnie teraz potrzebuje. Muszę posiedzieć z nim tak dłuższą chwilę. Jestem mu to winna, za to wszystko co dla mnie robi.
-Meg? - słyszę nagle zaniepokojony głos Brayana. Unoszę głowę i widzę jak stoi na tarasie.

5 komentarzy:

  1. no super, zaczyna się coś dziać!!!!! Karola

    OdpowiedzUsuń
  2. Noooo , i teraz zacznie sie akcja tak czuje , bynajmniej czekam na to, bo dość tej opery mydlanej

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na ciąg dalszy! Mam nadzieję, że Meg w końcu wróci do Ericka, porządnie go przeprosi i wszystko będzie dobrze !

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziewczyny... Ona nie może wrócić ni z tego ni z owego nagle do Ericka, bo to dopiero byłoby zdzirowate... Wszystko co się dzieje ma jakiś sens, dlatego zamiast tylko czekać na te ,,przyjemniejsze" części powinniśmy przynajmniej postarać się utożsamić z bohaterką - nawet jeśli jej nienawidzimy xD pozdrawiam autorkę i współkomentatorki. :)

    OdpowiedzUsuń