Premiera już w lipcu!

środa, 4 listopada 2015

Rozdział 109


Czwartek,   3 lipca

Jedziemy na lotnisko, jest  siódma rano. Ja praktycznie nieprzytomna, bo środek uspokajający nadal na mnie działa. Erick siedział przy mnie całą noc, chyba nie zmrużył oka. Brayan także, przyniósł w nocy Vincenta do sypialni i obaj przy mnie czuwali. Najgorsze jest to, że nie jestem w stanie pożegnać się z Brayanem, a nie wiem kiedy teraz go zobaczę. Powinnam go przeprosić za wczoraj, porozmawiać z nim i wyjaśnić moje zachowanie. Będzie się tym teraz zadręczał, nie mogę sobie tego darować.
-Dam znać jak wylądujemy - słyszę rozmowę chłopaków.
-Koniecznie, bardzo się o nią martwię. Jest chyba gorzej niż zakładaliśmy, że będzie - Brayan odpowiada smutno i spogląda na mnie. Oczy mam przymknięte i siedzę w fotelu już w środku samolotu.
-Co się wczoraj stało? Znalazłem ją w drugiej sypialni. Obudził mnie jej krzyk… -  pyta Erick przypinając fotelik z Adamem do fotela.
-Próbowałem się do niej zbliżyć, pocałowałem i chciałem delikatnie sprawdzić ile jest w stanie wytrzymać. Wyrwała się, gdy tylko zacząłem ją dotykać. Vincent się obudził dlatego za nią nie poszedłem… - odpowiada smutno, wiem że się obwinia.
-To za wcześnie Brayan. Nie powinieneś był tego robić… -  Erick ton ma poważny lecz spokojnie.
-Teraz już wiem, nie sądziłem, że to będzie aż takie....popieprzone! - Brayan zaciska pięść i uderza w ściankę kabiny samolotu.
-W Nowym Jorku Meg pójdzie na terapię, ale musisz być wyrozumiały i cierpliwy. I trzymać kutasa w spodniach! Jeśli jeszcze raz ją zdradzisz, to rozwalę ci łeb! - tym razem ton Ericka jest ostry i poważny razy dwa.
-Kurwa Erick, wiem o tym! Nie zrobię tego nigdy więcej. Nawet jeśli miałbym czekać rok, dwa, trzy… - Brayan spogląda w moją stronę.
-Kup sobie zapas pornosów i żelu nawilżającego -  Erick trąca go w ramię i uśmiecha się złośliwie.
-Wiesz coś o tym, co? - odpowiada i obaj zaczynają się śmiać. Nie rozumiem tego męskiego poczucia humoru.
-Bywało, że musiałem sobie radzić - Erick rzuca mu wymowne rozbawione spojrzenie. Rozmawiają jeszcze chwilę, ale nie mam już ochoty podsłuchiwać ich durnych pogaduszek. Po chwili Brayan podchodzi do mnie i bierze za dłonie, otwieram lekko oczy.
-Przepraszam za wczoraj… -  mówię tak cichutko, że sama  ledwie się słyszę.
-Nic nie mów, skarbie. Pogadamy innym razem - przytula mnie delikatnie. Wiem, że teraz będzie ważył każdy gest. 
-Kiedy przyjedziesz? - dotykam jego twarzy, mimo iż się nie ogolił ma taką miękką skórę.
-Najszybciej jak to możliwe. Śpij, mała. Kocham cię - przytula mnie mocniej i przykrywa  kocem. Żegna się z Erickiem i wychodzi z samolotu. Musi odstawić Vincenta do domu i jechać do sklepu. Ostatkiem sił podnoszę rękę i macham delikatnie, gdy stoi w wejściu i patrzy na mnie. Wiem, że stara się to ukryć, ale jego uśmiech jest pełen smutku i żalu. Serce mi ściska, ale muszę wierzyć, że jakoś to wszystko się ułoży. Erick przypina mnie pasami, gdy zaczynamy kołować po pasie startowym i siada obok, łapiąc za dłoń.
-Wracamy do domu, Meg -  spogląda na mnie i uśmiecha się lekko.
-Chce mi się spać - odpowiadam półprzytomna.
-Prześpisz pewnie całą drogę, obudzę cię na miejscu - nachyla się i poprawia mi zagłówek oraz daje dodatkową poduszkę. Z głośników słyszymy komunikat pilota, który zapowiada, że zaraz będziemy startować. Lecimy oczywiście prywatnym samolotem Ericka, lot ma trwać około osiem godzin, więc w Nowym Jorku będziemy koło drugiej po południu czasu lokalnego. Chwilę po tym jak wzbijamy się w powietrze, zasypiam jak kamień.

Erick budzi mnie delikatnie, zaraz będzie lądować. Jezu, naprawdę przespałam prawie cały lot. Z ledwością otwieram oczy.
-Głowa mi zaraz pęknie - mówię wykrzywiając twarz w grymasie bólu.
-To skutki oboczne leku, niedługo powinnaś poczuć się lepiej -  spogląda na mnie. Nie zauważył, że się obudziłam. Siedzi w fotelu z laptopem, a nogą buja Adama w foteliku. Uśmiecham się, gdy Adam piszczy radośnie widząc jak wstaje.
-Nie jest głodny? - pytam i biorę go na ręce, całując po słodkich różowych policzkach.
-Karmiłem go godzinę temu, obrzygał mnie -  Erick wywraca oczami, ale uśmiecha się i wstaje, by do nas podejść - Chciałbym byśmy odwiedzili moją rodzinę, gdy poczujesz się lepiej, bardzo chcą poznać Adama.
-Dziś? - spoglądam na niego pytająco.
-Myślałem raczej o weekendzie, pewnie jesteś bardzo zmęczona.
-Wolałabym nie pokazywać się nikomu w takim stanie - odpowiadam smutno, patrząc na swoje pokaleczone dłonie. Od razu zaczynam mieć te dziwne niepokojące dreszcze. 
-Spokojnie - Erick nachyla się i dotyka ustami mojego czoła. Zamykam oczy i uśmiecham się lekko -  Poczekamy tyle ile będzie trzeba, nic na siłę - dodaje i gładzi mnie delikatnie po plecach.
-Będziemy mieszkać na Manhattanie, czy w New Jersey? - pytam cicho. Nawet tego dokładnie nie wiem.
-Dziś spędzimy noc na Manhattanie, ale jutro pojedziemy do Jersey. Będzie wam tam lepiej, świeże powietrze, ocean, cisza, spokój. Właśnie kończą tam remont - Erick odpowiada i zabiera ode mnie Adama.
-Remont? Przecież ten dom był nowy -  jestem zaskoczona. Wodzę wzrokiem za Erickiem, gdy poprawia Adamowi oślinione body.
-Przerobiłem go trochę. Jest sypialnia dla ciebie i pokój Adama. Mam nadzieję, że ci się spodoba.
-Zaplanowałeś to, prawda? - rzucam mu podejrzliwe spojrzenie.
-Chciałem byś wróciła do Nowego Jorku, Meg. Bardzo tego chciałem, ale nie sądziłem jednak, że stanie się to w takich okolicznościach -  wzdycha smutno i zapina Adama w foteliku - Zapnij pas, zaraz lądujemy - dodaje i zajmuje miejsce obok mnie.

Wychodzę z samolotu i widzę czekającego na nas czarnego Bentleya oraz Jacka. Boże! Tak dawno go nie widziałam. Jego widok bardzo mnie cieszy, podbiegam do niego i skaczę jak mała dziewczynka.
-Ciebie też miło widzieć, Meg! - Jack posyła mi serdeczny uśmiech i ściska delikatnie. Erick dołącza do nas, w ręku trzyma fotelik z Adamem.
-Jack poznaj proszę, to nasz syn, Adam Donell-Evans - mówi z dumą w głosie i uśmiecha się szeroko.
-Ale jest do pana podobny, panie Evans! - Jack klęka i ściska delikatnie dłoń Adama - Witaj młody człowieku -  mały śmieje się w głos i wierzga nóżkami na widok nowego przyszywanego wujka. Ich widok mnie rozczula. Wsiadamy do auta, a ja zauważam na płycie lotniska mnóstwo ochrony. 

Wzdycham głęboko, gdy wjeżdżamy na Manhattan. Tak dawno tu nie byłam. W tym roku lato także jest upalne, a mamy dopiero początek lipca. Ubrana jestem w długie lniane spodnie i koszulę. Nie chcę pokazywać swoich ran, a na twarzy mam duże okulary przeciwsłoneczne, które praktycznie ją zasłaniają. Podjeżdżamy pod Evans Tower. Przed wejściem widzę kilku fotografów i paparazzich. Zjeżdżamy w podziemny parking, ale tutaj przy wjeździe także są. Od razu rozpoznają samochód Ericka, a flesze idą w ruch. Na szczęście szyby są przyciemnione i nic nie zobaczą.
-Media wiedzą? - pytam spoglądając na Ericka, który siedzi obok mnie.
-Spekulują, że urodziło nam się dziecko, są różne plotki. Proszę byś nie czytała niczego w Internecie i nie przejmowała się tym, dobrze? - odpowiada poważnie, a mnie od razu zżera ciekawość.
-Dlaczego?
-Bo media są bezlitosne. Chcę byś odpoczywała, a nie zamartwiała się głupimi plotkami na nasz temat.
-Jest aż tak źle? - unoszę brew.
-Niektóre gazety nieźle przegięły. Wytoczyłem dwóm z nich proces o zniesławienie i zamieszczanie nieprawdziwych informacji - jego ton jest zimny, i wiem, że nie powie mi dokładnie o co chodzi. W sumie może ma rację, nie powinnam o tym czytać, by się nie przejmować.
-Rozumiem -  poprawiam się i drapię po głowie. Cholera! Po tym co powiedział moja ciekawość jest  jednak jeszcze większa. Ale, nie! Nie będę sprawdzać tych plotek. Zatrzymujemy się obok prywatnej windy. Stoją tu wszystkie samochody Ericka, a ja zastanawiam się, jak on to robi? Jeszcze kilak godzin temu BMW, było przecież w Londynie.
-Kupiłeś sobie Cheevroleta Camaro? - pytam zauważając właśnie takie auto, nigdy wcześniej go tu nie widziałam.
-Yyyy nie… - Erick odpowiada zaskoczony i spogląda na mnie niepewnie.
-Żółty - wywracam oczami i uśmiecham.
-Widzę. Jak w Transformersach - dodaje.
-Tak myślałam - uśmiecham się - Też lubię Bumblebee.
-Jeśli chcesz, mogę kupić ci takie samo auto - puszcza do mnie oczko. Wchodzimy do windy, Jack zostaje na dole i ustala coś z ochroną.
-Stęskniłam się za tym miejscem -  opieram się o ściankę windy i wzdycham głęboko.
-Dużo wspomnień -  Erick spogląda na mnie tajemniczo.
-Oj tak, bardzo dużo - kiwam głową, gdy drzwi otwierają się na naszym piętrze. Wchodzimy do holu, który wygląda tak samo jak zapamiętałam. Z kuchni jednak słyszę głosy.
-Zaprosiłeś kogoś? - zatrzymuje się niepewnie i patrzę zaskoczona. Naprawdę nie chcę się nikomu pokazywać w takim stanie.
-Nie... -  Erick patrzy na mnie, jest równie zaskoczony. Wchodzimy do salonu,a ja dostrzegam jak przy wyspie kuchennej stoi Gordon, obok niego elegancki wysoki mężczyzna koło sześćdziesiątki. Na kanapie siedzi Jeni i karmi piersią ich córeczkę, a obok niej siedzi mama Ericka i Sandra. O rany! Momentalnie robię się czerwona i zakłopotana.
-Witaj mamo -  duka zaskoczony Erick – Tato -  kiwa głową w jego kierunku.
-Ericku! - jego matka wstaje rozradowana i podchodzi, by go ucałować i uściskać. Spogląda rozradowana  na fotelik z Adamem, a on patrzy na nią i przygląda się uważnie.
-A to jest wasz wnuk - dodaje i stawia fotelik na kanapie. Ja stoję jak kołek. Boże. co oni tu robią? Mam ochotę uciec. Gordon podchodzi i ściska Ericka przyjaźnie.
-No stary, co jak co, ale syn to wam wyszedł! -  poklepuje go po plecach i uśmiecha się do mnie - Witaj Meg.
-Cześć Gordon -  bąkam cicho i zasłaniam twarz włosami. Czuję się okropnie.  Podchodzi do mnie i obejmuje lekko, chcąc pocałować w policzek. Och, nie! Odsuwam się odruchowo, ale Erick od razu interweniuje i chwyta Gordona za ramię.
-Gordon, nie -  wtrąca cicho i rzuca mu spojrzenie. Ten nic nie odpowiada, tylko patrzy przepraszająco. Mama Ericka uśmiecha się do mnie i wyciąga dłoń.
-Miło cię widzieć, Megan.
-Panią też, pani Randar - wymuszam uśmiech i ściskam delikatnie jej dłoń. Ona od razu zauważyła blizny, jednak stara się na nie nie patrzeć. Podchodzi do nas także mężczyzna, który rozmawiał z Gordonem.
-W końcu mam okazję cię poznać, Meg - wyciąga do mnie dłoń - Mark Randar, ojczym Ericka - przestawia się.
-Dzień dobry, panie Randar -  dygam lekko i wyciągam do niego dłoń, a on ujmuje ją i całuje lekko. Z całych sił zapieram się, by się mu nie wyrwać. Erick podchodzi i obejmuje mnie. Witamy się z Sandrą i Jeniffer. Ich córeczka ma już sześć tygodni, a jest niewiele mniejsza od Adama.
-Ale z niej ślicznotka -  uśmiecham się i pochylam nad małą. Ma na imię Vivienne, i jest słodka. Ma jasne włoski i wielkie oczy. Adam został osaczony przez mamę Ericka i Sandrę, która piszczy z radości za każdym razem, gdy mały cokolwiek zrobi. Właśnie chyba kichnął.
-Z waszego też niezły przystojniak, ładna będzie z nich para za kila lat! - odpowiada Jeni i puszcza do mnie oczko. Siadam obok niej i patrzę jak Vivienne śpi słodko, przytulona do jej piersi. Czuję się nieco niezręcznie, ale staram wyluzować. Erick chyba się wkurzył, że wszyscy wprosili się tak bez pytania. Jego mama spogląda na mnie co jakiś czas, a ja nawet nie wiem czy ona o wszystkim wie? Chyba ma świadomość, że nie jesteśmy już razem? Erick wychodzi na taras, gdy dzwoni do niego komórka,a ja wykorzystuję ten moment i pędzę do niego szybko. Zamykam za nami drzwi, ale on pokazuje bym chwilę poczekała
-Tak, jesteśmy już w domu...Spała całą drogę...Chyba dobrze.... - patrzy na mnie niepewnie, przyglądam się mu uważnie. Chyba rozmawia z Brayanem - Zadzwonimy wieczorem, bo teraz niespodziewanie odwiedziła nas moja rodzina - wywraca oczami i śmieje się -  Tak dokładnie, szalona babcia i ciocia – dodaje -  Będziemy w kontakcie. Do usłyszenia - rozłącza się i chowa telefon do kieszeni spodni. Ubrany jest w ciemne jeansy i niebieską koszulkę na krótki rękaw. W ogóle nie przypomina prezesa wielkiej firmy, ale i tak wygląda świetnie. Tak lekko i seksownie.
-To Brayan? - podchodzę i siadam na brzegu wielkiej doniczki z iglakami.
-Tak, z tego wszystkiego zapomniałem do niego zadzwonić jak przyjechaliśmy - znowu wywraca oczami - Przepraszam cię najmocniej, nie spodziewałem się, że tu będą - dosiada się do mnie i klepie delikatnie w moje kolano.
-Twoja mama dziwnie na mnie patrzy - prostuje się i biorę głęboki oddech.
-Wybacz jej, bardzo się martwiła tym wszystkim - Erick patrzy na mnie przepraszająco.
-Ona wie? - przełykam ślinę.
-Nie o wszystkim. Wie, że nie jesteśmy razem, ale nie zna powodu - uspokaja mnie, doskonale wie że właśnie to chciałam usłyszeć.
-Oszalała z radości widząc Adama - uśmiecham się.
-Nie mogła się doczekać, by go zobaczyć. Wszyscy się w nim zakochują od pierwszego wejrzenia - obejmuje mnie lekko -  Jak się czujesz?
-Lepiej. Dziękuję -  opieram głowę o jego ramię. Rozmawiamy jeszcze chwilę i wracamy do reszty. Jeni właśnie usypia małą i poszła z nią do jednego z pokoju dla gości. Adam także jest śpiący więc karmię go i także usypiam. W sypialni Ericka na antresoli jest przygotowane dla niego łóżeczko. Zanoszę go i włączam nianię, podobną do tej jaką mieliśmy w Londynie. Siadam na łóżku i rozglądam się po pokoju. Nic się nie zmieniło, nawet zapach jest  ten sam. Uspokaja mnie, mam z nim same miłe wspomnienia. Podchodzę do okna, które sięga od podłogi do sufitu i chcę je przysłonić. Cholera! Jak to się robi? Widzę żaluzję jednak nie wiem jak je opuścić. Dostrzegam panel sterujący na ścianie obok okna i próbuje to rozgryźć. Naciskam któryś z przycisków i włączam światło, zamiast zasłonić żaluzje. Wyłączam je szybko i próbuję dalej. Po kilku próbach w końcu mi się udaje. Przysłaniam okna i okrywam Adama kocykiem. Przyglądam się mu chwile, gdy do pokoju wchodzi Gordon. Patrzę na niego i uśmiecham się.
-Możemy pogadać? - pyta szeptem.
-Jasne, nie musisz szeptać i tak się nie obudzi - odchodzę od łóżeczka i opieram się o komodę naprzeciwko łóżka.
-Jak się czujesz? - pyta niepewnie i siada naprzeciwko mnie.
-Dziś lepiej, ale różnie to bywa - wzruszam ramionami.
-Erick mówił mi o wszystkim. Wiem co się stało -  Gordon pociera nerwowo swoje usta i patrzy na mnie.
-Domyślam się Gordonie. O czym chciałeś porozmawiać?-  próbuję zachować spokój.
-Czuję się współwinny temu wszystkiemu. To ja radziłem ci, byś nic nie mówiła Erickowi, by nie niszczyć ich przyjaźni - wstaje i podchodzi do mnie na bezpieczną odległość - Tak mi przykro, Meg - dodaje skruszony, jestem zaskoczona.
-To nie twoja wina. Nikt nie mógł wiedzieć co siedzi mu w głowie - wzruszam ramionami.
-Gdybym wiedział, że dopuści się czegoś takiego, nigdy, przenigdy bym ci tego nie doradził. Wybacz mi proszę – wiem, że Gordon boi się mnie dotknąć. Podchodzę więc ja i chwytam go za dłoń.
-Nie winię cię o nic, Gordonie. Teraz najważniejsze jest to, że Adam do nas wrócił, że nasze dzieciaki są zdrowe i rosną w oczach. Nic więcej się nie liczy -  uśmiecham się i spoglądam w kierunku łóżeczka gdzie śpi Adam.
-Nie mogę sobie darować. Erick do tej pory jest zły na mnie, że o wszystkim wiedziałem i nic nie powiedziałem. Ma racje… -  nagle ściska mocniej moją dłoń.
-Filip to dupek. Nikt się nie spodziewał, że jest zdolny do takich rzeczy - nie wiem dlaczego, ale z Gordonem nie boję się o tym rozmawiać. Zawszę wzbudzał we mnie zaufanie.
-Gdy Filip wrócił z Londynu przyjechał do mnie, był zdruzgotany -  siadamy na łóżku -  Od Ericka wiedziałem, że urodziłaś Adama w dużo za wcześnie, że nie jest z wami dobrze.
-On chyba myśli, że jest ojcem - dodaję cicho.
-Od razu widać, że nie jest. Wystarczy  spojrzeć na Adama, to cały Erick -  Gordon uśmiecha się lekko, zerkając na łóżeczko -  Chcesz o tym porozmawiać? -  dodaje niepewnie.
-Nie wiem Gordonie, wszyscy mnie o to pytają. Nie wiem czy jestem gotowa? - wzruszam ramionami.
-A ten Brayan, dobrze cię traktuje? - uwielbiam Gordona za to, że nigdy nie naciska, że ma wyczucie kiedy może, a kiedy nie powinien wypytywać.
-Brayan... - uśmiecham się - Tak, jest cudowny choć lekko popieprzony, tak jak Erick -  Gordon śmieje się cicho.
-Kochasz go, prawda? - spoglądam na niego.
-Ericka? - pytam niepewnie.
-Nie Meg, Brayana - unosi rozbawiony brew.
-Och, Brayana - wzdycham - Tak, kocham go - odpowiadam szczerze.
-Powiedziałaś mu o tym?
-Nie, jeszcze nie -  wzruszam niepewnie ramionami.
-Rozumiem -  obejmuje mnie lekko -  Jesteś bardzo dzielna, zasługujesz na wszystko co najlepsze.
-Sytuacja z Erickiem mi nie ułatwia, ale ustaliliśmy pewne zasady i będziemy się ich trzymać - opieram głowę o jego ramię i znowu wzdycham głęboko.
-Nadal go kochasz, prawda?
-Oczywiście, że tak. Nigdy nie przestanę go kochać -  uśmiecham się -  Jest ojcem mojego dziecka - dodaję.
-Oj Meg! - Gordon całuje mnie w czubek głowy - Poradzimy sobie z tym wszystkim. Masz wokół siebie przyjaciół. Walcz o to co kochasz, a reszta jakoś się ułoży.
-Wiem Gordonie. Jesteś jedną z tych osób z którymi nie boje się rozmawiać -  wstaję, gdy Adam zaczyna cicho kwilić. Biorę go delikatnie na ręce i bujam w ramionach, a on. uspokaja się i zasypia. Przechadzam się z nim jednak po pokoju.
-Chcieliśmy to zrobić oficjalnie przy wszystkich, jednak pewnie czułabyś się skrępowana -  mówi nagle i podchodzi do mnie. Patrzę niepewnie.
-Tak?
-Zostaniesz matką chrzestną naszej Vivienne? - prawie otwieram usta z zaskoczenia, kompletnie się tego nie spodziewałam.
-Będę zaszczycona - odpowiadam po chwili i uśmiecham się szeroko.
-Erick będzie drugim chrzestnym -  dodaje Gordon.
-Wiem, chwalił się jeszcze w Dubaju. 
-W ogóle nie było po tobie wtedy widać. Musiałaś się czuć fatalnie, gdy powiedzieliśmy o ciąży Jeni -  wspomina.
-Myślałam, że to żart. Nie mogłam uwierzyć, że byłyśmy prawie w tym samym tygodniu ciąży - uśmiecham się na to wspomnienie. Rozmawiamy jeszcze kilka minut, aż przychodzi po nas Erick. Wracamy do gości, Sandra opowiada właśnie jak radzi sobie na studiach, jest podekscytowana. Też taka byłam po pierwszym roku. Trochę wydoroślała od czasu, gdy widziałam ją pierwszy raz. Zamawiamy obiad. Okazuje się, że Flora poleciała do swojej córki i wróci na początku następnego tygodnia, by pomagać mi przy Adamie. Za nią także się stęskniłam. Muszę odwiedzić też moich rodziców oraz Kim i Roba. Wiedzą co się wydarzyło, jednak nie rozmawiałam z nimi od tamtego dnia. Erick się z nimi kontaktował. 

Jeni wraca do nas z małą i znowu karmi ją na kanapie. Patrząc na nie robi mi się przykro, że nie mogę karmić piersią Adama. Straciłam niestety cały pokarm praktycznie zaraz po porodzie, to przez stres.

Spęczamy naprawdę przyjemne popołudnie, ojczym Ericka jest bardzo sympatyczny. Oprócz Sandry ma dwie córki z poprzedniego małżeństwa. Jest zamożny, ma swoją firmę i podobnie do Ericka, inwestuje w nieruchomości i transport. Widać jak kocha jego mamę i siostrę, fakt, że Erick zawraca się do niego tato, jest naprawdę rozczulający. Przysiadam się do Jeni i rozmawiamy o maluchach. W życiu bym się nie spodziewała, że będę odbywała takie rozmowy. Jeni zdecydowanie jest bardziej pewna i potrafi lepiej zająć się dzieckiem. Ja na początku nie potrafiłam go przewinąć ani przebrać, ale ona pociesza mnie, że pewnie tak samo by miała przy wcześniaku. Gdy pokazuje jej zdjęcia na telefonie jaki Adam był malutki, Jeni nie może uwierzyć. Mimo tego iż Adam ma już ponad 5 miesięcy jest niewiele większy od Vivienne. Zgodnie z terminem powinien się urodzić  pod koniec maja i mieć teraz mniej więcej tyle ile ona, czyli sześć tygodni. Słyszę przez nianię, że Adam się obudził, więc przepraszam wszystkich i idę do niego. Erick zniknął z Gordonem w gabinecie.
-Co tam synku? - pochodzę i biorę na ręce, a ten rozgląda się i uspokaja po chwili, słysząc mój głos. Nucę mu pod nosem cichą melodię by jeszcze usnął. Adam patrzy na mnie jak zaczarowany i wtula się w moje piersi. Zerkam na zegarek, jest prawie ósma wieczorem i poczułam się zmęczona. Kładę więc Adama na środku łóżka i obkładam go poduszkami, sama zalegam obok i nucę cicho kolejną melodię. On wierci się chwile, ale usypia. Przykrywam nas kocem i sama także przykładam głowę go poduszki.

Czuję jak Erick kładzie się obok nas. Musi być późno, na zewnątrz jest już ciemno. Goście pewnie pojechali, bo w domu panuje cisza. Przekręcam się na bok i niechętnie otwieram oczy.
-Zasnęło nam się -  posyłam Erickowi słodki uśmiech.
-To dobrze, odpoczywaj ile chcesz -  półprzytomna siadam po turecku i przecieram powieki.
-Gdzie będę spać? - pytam cicho.
-Możesz tutaj -  mówi niepewnie.
-Ericku...- przerywa mi, dotykając dłoni.
-Ustaliliśmy zasady, Meg. Z mojej strony nie musisz się niczego obawiać.
-Ty też będziesz tu spał? - pytam przechylając niepewnie głowę.
-Inne sypialnie są zajęte, wszyscy zostali - odpowiada próbując ukryć rozbawienie.
-Aha - wywracam oczami - Czyli to przesądzone ,że musimy spać tu razem - dodaje i posyłam mu surowe spojrzenie.
-Mogę spać w salonie, jeśli tak bardzo się boisz - odpowiada poważnie, ale w jego głosie słychać smutek.
-Nie boje się ciebie, Ericku. To co stało się wczoraj, to moja wina. Nie powiedziałam Brayanowi od razu, że tego nie chcę i próbowałam się zmusić. Nie chcę go ranić i muszę z nim o tym szczerze porozmawiać… -  uśmiecham się lekko.
-Kazałem mu trzymać fujarę w spodniach i kupić stos pornosów - odpowiada i śmieje się cicho.
-Znasz ten sposób z własnego doświadczenia? - wtrącam drwiąco.
-Też - puszcza mi oczko - Chodź spać, Meg - podaje mi swoją czystą koszulkę, a ja biorę ją i przebieram się szybko. Erick wkłada Adama do łóżeczka, wykąpał go i nakarmił, gdy spałam. Dopiero teraz zauważam, że na łóżku są dwie kołdry. To też zaplanował? Kładę się po lewej stronie i odwracam twarzą w jego stronę. Wpatrujemy się w siebie dłuższą chwilę.
-Dobranoc, Meg -  szepcze patrząc mi w oczy.
-Przytulisz mnie? - pytam, a on jest ewidentnie zaskoczony.
-Na pewno tego chcesz? 
-Tak -  uśmiecham się lekko. Odwracam, a on przysuwa się delikatnie i obejmuje mnie swoim silnym ramieniem w pasie. Dzieli nas kołdra, więc czuję odpowiedni dystans - Dobranoc, tatusiu - mruczę przykładając głowę do poduszki.
-Dobranoc, śliczna -  Erick całuje mnie po włosach i kładzie głowę obok, na swojej poduszce.

4 komentarze:

  1. No i co tu napisać "słodko "to za mało ale kurde na co im ten Brayan Kasiu nie darady go wykasować :$. Rozdział super jak zawsze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ile jest rozdziałów?

    OdpowiedzUsuń
  4. boże jak słodko tak powinno to teraz wyglądać-sielanka, ale na pewno tak niebędzie i jeszcze długa droga przed nimi

    OdpowiedzUsuń