Premiera już w lipcu!

sobota, 28 listopada 2015

Rozdział 116


Niedziela,   13 lipca

Dziś wieczorem wraca Erick z Adamem. Ogarniam kuchnię i salon, bo zrobiliśmy tuz Brayanem przez te dwa dni niezły burdel. Zmywam plamy z keczupu z dywanu i kanapy, oraz bitą śmietanę z poduszek. Mieliśmy wczoraj małą wojnę na jedzenie i teraz klnę pod nosem musząc to sprzątać. Brayan ogarnia sypialnie, bo wieczorem nasza bitwa przeniosła się tam. Cała pościel jest w galaretce i bitej śmietanie. Na to wspomnienie uśmiecham się szeroko i zaciskam uda. Jestem cała obolała. Kochaliśmy się chyba z pięć razy, jak niewyżyte nastolatki. Niedawno dzwonił także mój tata przypomnieć, że obiecałam mu, iż odwiedzimy ich w tygodniu.
-Co z tym? - pyta Brayan, trzymając w ręku brudną pościel.
-Zanieś do pralni w piwnicy, to później wstawię pranie.
-Mogę skorzystać z siłowni?
-Jasne, Erick na pewno nie będzie miał nic przeciwko -  uśmiecham się i wstawiam naczynia do zmywarki. Brayan znika na schodach, a ja kończę sprzątać. Zrobiłam też obiad dla naszej trójki i upiekłam sernik cytrynowy. Nie mogę się doczekać, aż uściskam mojego słodkiego synka. Zerkam co chwilę na zegarek, odliczając każdą minutę. Schodzę na dół i zaglądam dyskretnie do siłowni, w której poci się Brayan. O rany! Co za widok. Ma całą mokrą koszulkę i jest w krótkich spodenkach. Właśnie robi brzuszki na ławeczce. Nie chcę, by mnie przyłapał na tym, że się na niego gapię, więc wracam po cichu na górę. Widząc podjeżdżającego Bentleya pod dom wybiegam szybko. Jestem w szortach i górze od bikini, bo dziś znowu jest parno i zapewne będzie burza. Prąd włączyli dziś, dopiero koło południa.
-Moje maleństwo! - wpadam na tylne siedzenie i dobieram się do fotelika. Adam niestety śpi, a ja wzdycham głośno.
-Dobry wieczór, Meg -  mówi Eric,k odwracając się na tylne siedzenie i uśmiecha się szeroko.
-Cześć - odwzajemniam uśmiech i wyjmuję małego delikatnie z fotelika. Przytykam nos do jego ciemnych włosków na głowie i zaciągam się zapachem. Ale się za nim stęskniłam.
-Chodźmy do domu, zaraz będzie padać - Erick podchodzi i obejmując mnie, prowadzi do środka. Rozgląda się jakby oczekiwał, że zdemolujemy dom - Ale wysprzątałaś -  dodaje rozbawiony, widząc trzy wielkie worki ze śmieciami.
-Wczoraj przez burzę znowu nie było prądu - mówię kierując się na schody, by zanieść Adama do łóżeczka.
-Wiem, ochrona do mnie dzwoniła. Dobrze się bawiliście? - pyta znajdując moje majtki na podłodze w kuchni. O cholera! Musiałam ich nie zauważyć, a w dodatku Erick schyla się i je podnosi.
-Tak, bardzo dobrze. Jak widać! - odpowiadam lekko zażenowana.
-Mam nadzieje, że w mojej sypialni tego nie robiliście - mówi i nie wiem czy żartuje czy mówi serio.
-Zaliczyliśmy wszystkie powierzchnie w całym domu, prócz twojej sypialni stary! -  zza ściany wyłania się Brayan, cały mokry i kipiący seksem wprost z siłowni.
-To dobrze. Witaj Brayan! - Erick uśmiecha się i wyciąga dłoń w jego kierunku. Zanoszę małego do mojej sypialni, wkładam do łóżeczka i przyglądam mu się dłuższą chwilę. Mam ochotę się z nim pobawić, popatrzeć na jego słodkie minki, ale nie mam serca go budzić. Opalił się trochę, chyba byli sporo na dworze. Zasłaniam żaluzje i wracam do chłopaków. Siedzą w kuchni przy wyspie i rozmawiają o czymś bardzo żwawo. Podchodzę do nich i staję obok, opierając się łokciami o wysepkę.
-Gratuluje - mówi Erick, ma dziwną minę. Patrzę zaskoczona na obu i zastanawiam się o co mu chodzi.
-Czego? - unoszę brew.                                                             
-Nie bądź taka skromna, lepiej pokaż pierścionek - dodaje nagle i chwyta mnie za dłoń. O rany! Brayan już mu powiedział?! Rzucam mu przeszywające spojrzenie. Co on sobie wyobraża? Przecież się nie zgodziłam, a to dopiero plany. W dodatku Brayan ni z tego ni z owego pod ręką ma pudełeczko z pierścionkiem i pokazuje je Erickowi. Ten ogląda go z każdej strony i chyba szuka w głowie odpowiedniego słowa, by go określić i przy okazji nie urazić Brayana. Pierścionek, który otrzymałam od niego na Bahamach był ogromny i strasznie drogi. Ten jest skromny, ale śliczny i romantyczny – Uroczy… - w końcu z siebie wydusza, a ja mam ochotę go zabić. Mógłby się pohamować. Obaj by mogli.
-Idealny! - wyrywam mu pudełko z dłoni.
-Jak wypali mój pomysł, to kupię większy, droższy! - wtrąca rozbawiony Brayan i obejmuje mnie, delikatnie całując w policzek.
-Nie chcę innego. Ten mi się podoba - patrzę gniewnie na Ericka. Wiem, że ma wiele do powiedzenia, ale chyba zostawi to tylko dla mnie. Cudownie!
-A tak przy okazji, gdzie masz ten który dostałaś ode mnie? - pyta nagle. Co za bezczelny typ!
-Nie wiem, chyba zgubiłam przy przeprowadzce! - rzucam wkurzona.
-Zgubiłaś? - Erick unosi brew.
-Przecież trzymasz go w tym swoim pudełeczku na biżuterię - wydaje mnie Brayan, a ja mam ochotę ich udusić. Obu! Nie mogę przebywać w ich obecności, gdy są razem. Działają mi wtedy na nerwy. Na szczęście niedługo to się skończy. Mam taką nadzieję.
-To dobrze, że jednak go masz. Nie chcę nic mówić, ale sporo kosztował. Szkoda gdybyś go zgubiła, Meg -  Co go opętało? Chyba jest wkurwiony za tą gadkę Brayana o zaręczynach, ale przecież ja nie jestem temu winna. To on nie potrafi utrzymać języka za zębami, a nie ja.
-Oddam ci go! - przeszywam Ericka wzrokiem i idę na górę do sypialni. Wyciągam pierścionek z mojej szkatułki i wracam do kuchni, kładąc go ostentacyjnie na blacie wprost przed Erickiem. Dawno go nie oglądałam, jest większy niż pamiętam. Zdecydowanie za duży i niewygodny do chodzenia na co dzień, choć oczywiście jest śliczny i robi ogromne wrażenie.
-Nie oddaje się takich prezentów - Erick również przeszywa mnie wzrokiem.
-To nie prezent, to nieaktualne zobowiązanie!
-Kurwa, przestańcie. Meg schowaj to! - wtrąca Brayan wkładając mi pierścionek do kieszeni szortów.
-Nie! Nie chcę go! - unoszę się honorem, bo Erick strasznie mnie wkurzył tym tekstem, że pierścionek był drogi. To oczywiste, że był drogi jak jasna cholera, ale on zachował się jak cham.
-Przepraszam, nie powinienem był tak mówić -  mówi nagle i patrzy na mnie szczerze przepraszająco. Nie odzywam się jednak, niech wie, że nie tak łatwo mnie ugłaskać. Słyszę przez nianię, że Adam się obudził ,więc mam wymówkę, by od nich iść.
-Skarbie, wyluzuj -  szepcze mi do ucha Brayan i całuje mnie w policzek.
-Będę na górze - odpowiadam i pędzę szybko na piętro. Mój syn wierci się w łóżeczku i czeka jakby doskonale wiedział, że ktoś zaraz do niego przyjdzie. Na mój widok piszczy, też się stęsknił. Moje maleństwo! Biorę go w ramiona i obcałowuje z wszystkich stron. Kładę na środku łóżka i bawię się z nim resztę wieczora. Jest coraz silniejszy, łapie moje palce i włosy tak mocno, że trudno mu je zabrać. Śmieje się za każdym razem, gdy robię mu pierdziucha w brzuszek.  Twoja mamusia synku może znalazła sobie przyszłego męża. Wiesz co to znaczy? Pytam na głos, a Adam patrzy na mnie jakby rozumiał. Na pewno ma mnóstwo do powiedzenia, szkoda tylko, że nie może tego w jakikolwiek sposób wyrazić. 

Znowu zaczęła się burza i zaczęły się przerwy w dostawie prądu. Gdy wstaję i chcę zamknąć okno nagle gaśnie światło w całym domu. Cholera! Widać tylko błyski za oknem. Adam od razu zaczyna płakać, bo nic nie widzi. Już idę synku. Mówię głośno, by słyszał mój głos. Osz kurwa! Klnę, gdy uderzam się małym palcem o kant łóżka. Jezu! Jak to boli. Kładę się i łapie za palec, odnajdując w ciemności Adama. Uspokaja się, gdy go przytulam. Nic nie widać więc nie będę ryzykowała i schodziła z nim na dół. Zaraz Brayan albo Erick do nas przyjdą. 

Nie myliłam się, tylko dlaczego akurat Erick?
-Wszystko w porządku? - słyszę jego głos, gdy wchodzi do sypialni.
-Tak, leżymy i czekamy na ratunek - odpowiadam spokojnie, staram się być miła.
-Zapomniałem się tym zająć. W tamtym roku było to samo - słyszę jak idzie za moim głosem i czuję jak siada na łóżku -  Naprawdę cię przepraszam - dodaje po chwili.
-Daj spokój, nie będę o tym rozmawiać -  wywracam oczami, ale tego nie widzi. Siadam po turecku i biorę Adama na kolana.
-Nie spodziewałem się tego, Brayan kompletnie mnie zaskoczył -  wiem, że nie odpuści tej rozmowy, wzdycham więc.
-Ja też się nie spodziewałam, uwierz mi - mówię szczerze.
-Na pewno tego chcesz? - Erick wymacuje w ciemności moją stopę i zaczyna ją delikatnie gładzić. Ten dotyk to już dla mnie za wiele.
-Nie przyjęłam zaręczyn, Ericku. Nie wiem czego naopowiadał ci Brayan, ale to na razie tylko plany-  zabieram nogę, by mnie nie dotykał. Wiem, że mu ciężko ale niech już da sobie spokój.
-Z tobą nic nie jest oczywiste, Meg - stwierdza, ale jego dłoń nie odpuszcza. Po co szuka kontaktu fizycznego? 
-Gdzie Brayan? - podaje mu Adama, by zając mu ręce.
-Na dole, sprawdza korki czy coś. Podobno się na tym zna - odpowiada.
-Brayan chce byś w razie był jego świadkiem. Od razu mówię, że nie podoba mi się ten pomysł.
-Wiem, już mnie o to poprosił. Zgodziłem się -  odpowiada, dobrze że nie widzi wyrazu mojej twarzy. Brayan chyba nie ma świadomości co oznacza moja odmowa. On zachowuje się jakbyśmy się zaręczyli i to też mi się nie podoba.
-Musimy ograniczyć nasz kontakt, Ericku. Chcę zacząć w końcu normalne życie -  nie wiem czy to dobry moment na tę rozmowę, jednak im wcześniej tym lepiej dla nas obojga.
-Rozumiem, spodziewałem się tego. Znaczy nie tak szybko, ale brałem pod uwagę taką opcję -  wiem, że jest smutny. W sercu mnie ściska, ale muszę być twarda i postawić na swoim.
-Oczywiście sprawa Adama jest bez zmian. Możesz go widywać i zabierać do siebie kiedy tylko chcesz -  dodaję by go uspokoić, choć to pewnie marne pocieszenie.
-Czyli wracacie do Londynu, tak? -  pyta nagle. W jego głosie słychać niepokój.
-Na razie nic nie wiemy Ericku? Wszystko dopiero będziemy ustalać - odpowiadam.
-W takim razie cieszę się twoim szczęściem, Meg - odnajduje w ciemności moją dłoń i tym razem całuje ją lekko po zewnętrznej stronie.
-Dziękuję - nachylam się i całuję go w policzek. Uśmiecham się, bo mi lżej. W tym momencie włącza się też światło. Poraża nas, jednak po chwili wzrok przyzwyczaja się, a ja dostrzegam na policzkach Ericka ślady po łzach. Och, nie! Udaje jakby nigdy nic i wstaje z Adamem na rękach.
-Chcesz z nim dziś spać?  - zmienia temat. Serce ponownie mnie ściska.
-Niech śpi z tobą -  wymuszam uśmiech, nie chcę by był dziś sam. Jest mi go cholernie szkoda. On nic nie mówi, tylko patrzy na mnie. Nie mam pojęcia o czym myśli - Dobranoc, Ericku.
-Dobranoc, Meg -  odwraca się do mnie i poklepuje małego po pupie - Chyba musimy cię przebrać,  kolego - uśmiecha się i całuje go w główkę. Wychodzi i słyszę jak idzie do swojej sypialni. Po chwili przychodzi do mnie Brayan. Jest taki z siebie dumny, że udało mu się przywrócić prąd.
-Dlaczego w piątek tego nie zrobiłeś? - pytam, widząc jego minę.
-Bo było romantycznie - uśmiecha się i zdejmuje z siebie spodenki i majtki. Jego zwyczajem jest spanie nago, gdy tylko ma taką możliwość.
-Dziś chyba nie... - pytam niepewnie, bo nadal jestem obolała po wczoraj i przedwczoraj.
-Dziś odpuścimy. Wiem, że musisz dojść do siebie - kładzie się na środku i przykrywa kołdrą do wysokości bioder.
-Odświeżę się i wracam - uśmiecham się i idę do łazienki. Biorę szybki prysznic i zakładam szorty oraz koszulkę. Gdy wracam Brayan już śpi. To taki słodki widok. Rozchylił lekko usta, wygląda tak spokojnie i młodo. Schodzę na dół, by sprawdzić czy dom jest zamknięty. Robię tak za każdym razem. Niby wiem, że jest tu mnóstwo ochrony, ale po tym wszystkim co mnie spotkało jestem przewrażliwona. Wracając, słyszę przez uchylone drzwi od sypialni jak Erick usypia małego. W sumie to chyba z nim rozmawia. Zaglądam niepewnie i widzę jak siedzi wpatrując się w leżącego w łóżeczku Adama. 


To piękny widok, ale to wszystko jest takie porąbane. Erick odwraca się, gdy nie chcący uchylam drzwi zbyt mocno.
-Nie śpisz? -  pyta zaskoczony moim widokiem.
-Brałam prysznic i sprawdzałam drzwi. Już się kładę, przepraszam, że przeszkodziłam - chcę wyjść, ale jak zawsze mnie zatrzymuje.
-Naprawdę cieszę się twoim szczęściem, Meg -  podchodzi do mnie.
-Wiem Ericku - uśmiecham się delikatnie.
-Będziesz najpiękniejszą panną młodą, Brayan to cholerny szczęściarz - dotyka mojego policzka i gładzi go delikatnie. Nie wiem czemu ale mam pewność o czym teraz myśli. Myśli o tym jak wyglądałabym jako jego przyszła żona. Przecież tak niewiele brakowało, a właśnie jemu ślubowałabym miłość na całe życie. Cholernie żałuję, że to wszystko co stało się potem pogrążyło nasze uczucie. To moja wina i będę o tym pamiętać już zawsze.
-Też chcę byś był szczęśliwy, Ericku. Musisz zacząć normalnie żyć, wrócić do pracy, poznać kogoś...  - on patrzy na mnie i lekko się uśmiecha.
-Postaram się -  sunie palcem do kącika moich ust - Idź spać -  nachyla się i całuje dokładnie w to miejsce którego dotykał.
-Pożyczysz nam jutro samochód? Chcemy pojechać obejrzeć ten mój dom co dostałam od rodziców na święta.
-Jasne, weźcie który chcecie. Ja jutro muszę popracować cały dzień w domu.
-Dzięki. Dobranoc - całuje go w policzek i wychodzę szybko, wracając do sypialni. Brayan rozwalił się na środku łóżka. Wtulam się w niego i okrywam nas kołdrą. Nadal jest burza, gaszę światło i zasypiam, nawet nie wiem kiedy.

Następne dni to kompletne szaleństwo. Okazało się, że dom który dostałam od rodziców na święta jest naprawdę wielki i piękny. Ma ponad dwieście pięćdziesiąt metrów kwadratowych, jest idealny dla rodzinki z małymi dziećmi, takiej jak my. Ciężko nam ustalić gdzie będziemy mieszkać, choć wyjaśniła się kwestia ślubu, który weźmiemy w przyszłości tutaj, w Nowym Jorku. Moja mama popłakała się ze szczęścia na wiadomość o naszych planach, tata także jest zadowolony. Nie wiem czy oni wszyscy się zmówili, ale każdy przekonuje mnie, że im szybciej tym lepiej. Nie mam pojęcia dlaczego? Chyba tylko ja....i Erick nie chcemy się śpieszyć. Nie mam jednak na tyle siły, by z nimi się o to kłócić. Pod presją rodziców moich i Brayana oraz samego przyszłego pana młodego, ustalamy datę ślubu. Pobierzemy się na początku września, dokładnie szóstego września. Czyli za nieco ponad miesiąc. Dla mnie to jakieś wariactwo, ale... chcę tego, więc może tak będzie lepiej? Nie chcę zwodzić Brayana i go unieszczęśliwiać. Wystarczy, że Erick cierpi. Poddałam się także w kwestii ślubu i wesela, bo moja mama jak i mama Brayana nalegają na wielką fetę. Ograniczyłam jedynie listę gości do dwustu osób. Na szczęście na moim koncie odłożyła się duża suma, a Brayan także ma oszczędności, więc chyba nam na to wszystko wystarczy. Oczywiście Erick zaproponował swoją pomoc, zaoferował też swój samolot, by sprowadzić tu wszystkich gości z Londynu. Cała rodzina Brayana, państwo Hookowie, Tom, Alex. Brayan nie zdecydował się na zapraszanie wszystkich swoich znajomych. Ograniczył się tylko do paczki ze studiów. Zaprosiliśmy także Pole i jej nowego faceta, by był z nami także Vincent. Ślub odbędzie się w domu Ericka w New Jersey. Jest tu mnóstwo miejsca, a znaleźć salę w tak krótkim czasie graniczyłoby z cudem. 

Jestem pozytywnie zaskoczona zachowaniem Ericka, bo szczerze mówiąc spodziewałam się fochów, kłótni i krzywych spojrzeń, a on autentycznie się cieszy. Chyba moje gadanie przemówiło mu w końcu do rozumu. Ostatnio nie wrócił kilka razy na noc, więc mam pewne podejrzenia, jednak o nic nie pytam. To nie moja sprawa.

Tom zaczął już rehabilitację i czuje się coraz lepiej. Jeździ ciągle na wózku, ale to tylko kwestia czasu. Miał naprawdę poważnie połamane nogi oraz uraz kręgosłupa i musi go teraz wzmocnić. Codziennie rozmawiam z nim przez telefon, a on powtarza jak bardzo żałuje, że nie będzie mógł tańczyć na naszym weselu. Pocieszam go, że jeszcze będzie nie jedna okazja i że najważniejsze jest to, z nami będzie w tym ważnym dniu. Moją świadkową będzie Alex, ponieważ podobno świadkowa nie może być mężatką, dlatego Kim odpada. Nie wiem co to za głupi przesąd no ale co ja wiem?

Zaczęłam także terapię. Moja terapeutka, Maya, jest naprawdę świetna. Spotykam się z nią trzy razy w tygodniu. Powiedziała, że mój stan psychiczny i tak jest dość dobry po tym co przeszłam. Tłumaczy to obecnością Adama i tym, że czuję się bezpieczna i kochana. Najgorsza była sesja, gdy musiałam o wszystkim opowiedzieć. Po niej przez kila dni musiałam dojść do siebie, ale jest mi wiele lepiej. Czasami miewam jeszcze koszmary, ale to podobno normalne. Z tego co wiem Filip i Monika siedzą w areszcie i nie wyjdą przez najbliższe kilkanaście lat albo i dłużej. Nie chcę o tym na razie myśleć.

Środa,  6 sierpnia

Właśnie stoję w przymierzalni salonu sukien ślubnych w Nowym Jorku. Na kanapie siedzi moja mama i Kim z Evą na kolanach. Mała ma już prawie roczek, jest coraz ładniejsza i coraz bardziej niegrzeczna. Miła pani, która nas obsługuje przynosi mi pierwszą suknię do przymiarki. O Rany! Ale beza! Nie powiedziałam oczywiście czego poszukuję, więc będziemy strzelać w ciemno. Pani zaproponowała bym przymierzyła różne fasony i wtedy mniej więcej będę miała pojęcie czego chcę.
-To będzie pierwsza - mówi uśmiechnięta i podaje mi wielką, śnieżnobiałą suknie w stylu kopciuszka. Już wiem, że to nie to. Ekspedientka pomaga mi ją założyć, jest trochę za duża więc spina ją z tyłu specjalnymi klipsami. Gdy wpina mi we włosy długi na kilka metrów welon, zaczynam chichotać, a ona patrzy na mnie jak na wariatkę.
-Przepraszam - mówię zasłaniając dłonią usta -  Po prostu właśnie czegoś takiego na pewno nie chcę -  dodaję spoglądając na siebie w lustrze.
-Rozumiem -  kobieta uśmiecha się lekko - Chociaż niech się pani pokaże mamie i siostrze - poprawia tren i pomaga mi wyjść. Ledwo w niej idę, jest ciężka, niewygodna i wręcz okropna.
-O Jezusie! Nie! - piszczy Kim, gdy tylko wychodzę z przymierzalni.
-Też tak myślę! - zaczynam śmiać się w głos.
-Dlaczego? Powinnaś wyglądać jak księżniczka! - wtrąca mama, a ja mierzę ją wzrokiem. To chyba jakiś żart, że jej się to podoba.
-Przymierzmy drugą - dodaje pani ekspedientka i szybko wracamy do przymierzalni.
-Nie chcę wielkich, bufiastych sukien, żadnych trenów, falbanek i kokardek - stwierdzam. Przynajmniej zaczynam wiedzieć czego chcę. Kobieta znika w magazynie i wraca po chwili z suknią w kolorze kości słoniowej. Na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem ładna. Jednak gdy ją wkładam, już wiem co jest nie tak. Ma ogromny dekolt i cała błyszczy od tandetnych kryształków. Wychodzę i także spotykam się z dezaprobatą. Tego dnia przymierzyłam chyba trzydzieści sukien i żadna mnie nie powaliła. Wiedziałam, że będzie  to ciężki wybór, ale ślub jest za miesiąc, a ja cholera nie mam sukni. Wychodzimy z salonu po prawie czterech godzinach, jestem zmęczona i zła.
-No już nie dąsaj się już tak. Pamiętasz jak wybierałyśmy moją suknię? -  Kim próbuje mnie pocieszyć.
-Pamiętam! -  wywracam oczami.
-Chodźmy na obiad, dziewczyny! - staje między nami moja piękna mama i obejmuje nas. Wygląda kwitnąco. Podwójna babcią, a wygląda wręcz nielegalnie dobrze. Jest upał, więc wszystkie mamy na sobie długie powłóczyste sukienki i wyglądamy raczej jak siostry, niż matka z córkami. Idziemy  do włoskiej restauracji o nazwie Ricetta. Środek Manhattanu, godzina szczytu. Sznur żółtych taksówek, samochodów i tłumy ludzi. Przedzieramy się jakimś cudem  na drugą stronę ulicy i wchodzimy do środka. Wita nas przystojny kelner i przyjemny chłód klimatyzacji.
-Znajdzie się jakiś stolik dla naszej czwórki? - pyta moja mama, spoglądając na młodego mężczyznę, który uśmiecha się do nas szeroko.
-Oczywiście. Zapraszam! - ten odpowiada i prowadzi nas do wolnego stolika w ogródku na tyłach budynku. Jest tu przyjemna cisza i mnóstwo zieleni. Gdy siadamy odzywa się moja komórka. Uśmiecham się na sam widok zdjęcia Brayana.
-Halo!? - obieram i od razu poprawia mi się humor.
-Czy moja śliczna, przyszła żona zakupiła swoją wymarzoną suknię, którą i tak z niej zedrę zaraz po weselu? - pyta tym swoim seksownym tonem, a mnie od razu ściska na samym dole.
-Jeśli tak dalej pójdzie, to nie będziesz miał czego ze mnie zrywać, skarbie. Przymierzyłam chyba ze trzydzieści sukienek i nic mi się nie podobało - opieram się o oparcie, wyciągam nogi i zaczynam przeglądać menu.
-Opcja ślubu nago też mi się podoba! - odpowiada i wiem, że się uśmiecha.
-A ty jak? Wybrałeś smoking? - zmieniam temat.
-No oczywiście, że tak. Już zamówiony, szyje się. Wyglądamy z Erickiem prawie jak bracia! -  dalej jest ubawiony. Wyglądają jak bracia? A to ci niespodzianka! Cudownie! Obym się nie pomyliła. Drwię sobie w myślach.
-Dużo wydałeś? - pytam, przygryzając wargę. Brayan nie potrafi kontrolować wydatków, jest taki rozrzutny i w ogóle nie myśli o kosztach. Jego rodzice dali mu dodatkowe pieniądze na wesele, moi zresztą też, ale mimo wszystko nie chciałabym wydać każdego centa na wesele.
-Sporo, ale zobaczysz, że warto było! - wyobrażam sobie jego minę  i w tym momencie nie potrafię się gniewać.
-Wyglądałbyś dobrze nawet w worku na ziemniaki! - wywracam oczami, bo wiem jak łechtam jego próżność. Jego pewność siebie jest czasami dobijająca.
-Najlepiej wyglądam między twoimi udami, skarbie - oblewam się rumieńcem i zasłaniam słuchawkę , by mama nie słyszała.
-Brayan... - szepczę, próbując przywołać go do porządku.
-Stanął mi na samą myśl o tobie! -  dodaje, a ja słyszę w tle śmiech Ericka. O Chryste! On jest nienormalny! Obaj są nienormalni.
-Weź mnie nie denerwuj ,zboczeńcu! - wstaję od stolika i odchodzę na kilka kroków. Moja twarz płonie.
-No już, przecież wiesz, że żartuję - ton dalej ma rozbawiony, najwidoczniej nieźle się bawili przy wyborze smokingów na ślub.
-Musze kończyć jesteśmy na obiedzie. Zobaczymy się wieczorem! - urywam tę rozmowę, która zmierza zdeycdowanie w niebezpiecznym kierunku.
-Dobrze, skarbie. Uważaj po drodze! - mówi łagodnie. Brayan jest zmienny bardziej niż ja.
-Będę jechała powoli. Buziaki.
-Pa! - rozłączam się i wracam do dziewczyn. Zdążyły już za mnie zamówić. Mama doskonale wie, że uwielbiam kuchnię włoską więc zjem wszystko co przyniosą. Kelner, który nas obsługuje co chwila spogląda w moją stronę. Nie mam pewności, ale chyba skądś go kojarzę. Może poznaliśmy się kiedyś przy okazji jakiegoś bankietu, gdy jeszcze studiowałam? Zaciekawiona przepraszam dziewczyny i mówię, że muszę iść do łazienki. Spoglądam na tego chłopaka i podchodzę do niego.
-Cześć. Czy my się znamy? - pytam pewnie.
-Cześć, Meg. Tak, znamy się. Znaczy poznaliśmy się dość dawno na bankiecie  i studiowaliśmy razem tyle, że ja  w innej grupie -  odpowiada i uśmiecha się szeroko. Pamięta moje imię? Cholera! Ja jego nie pamiętam.
-Twoja twarz wydała mi się znajoma. Długo to pracujesz? - próbuję udawać, że pamiętam dokładnie nasze spotkanie, choć kompletnie tego nie kojarzę.
-Od ponad dwóch lat -  chłopak opiera się biodrem o ładę baru - Twojego uśmiechu trudno zapomnieć -  dodaje i patrzy na moją dłoń na której błyszczy pierścionek od Brayana. Przyjęłam go kilka dni temu, bo moja mama stwierdziła, że tak wypada, a ja nie chciałam się z nią kłócić i sprawiać Brayanowi przykrości, że go nie noszę.
-Fajnie, że udało ci się skończyć szkołę. Ja niestety nie podeszłam do egzaminu - staram się być wyluzowana chociaż nie wiem po co w ogóle z nim gadam? Z drugiej jednak strony fajnie mieć świadomość, że było coś przed... Erickiem.
-No słyszałem, że ci się życie nieźle wywaliło -  mówi nagle, a ja patrzę na niego zaskoczona.
-Tak? - unoszę brew.
-Na uczelni aż huczało od plotek. No wiesz... pisali też w gazetach, nadal piszą... - nie wiem czy tylko mam takie wrażenie czy mówi to ze współczuciem?
-Pozmieniało się. To fakt - uśmiecham się delikatnie i staram się nie denerwować.
-Dasz się  namówić na jakąś kawę czy drinka dziś wieczorem? Niedługo kończę swoją zamianę  -  kelner patrzy na mnie łagodnie. Cholera jak on ma na imię?
-Wiesz... Mark - przypominam sobie nareszcie -  Chętnie, ale nie dziś. Właśnie jestem w trakcie przygotowań do ślubu i mam już zaplanowany cały dzień - mówię przepraszająco.
-Wychodzisz za mąż? - Mark jest ewidentnie zaskoczony.
-Jak widać! - unoszę dłoń pokazując pierścionek, bo i tak wiem, że się na niego patrzy.
-Ale chyba nie za tego miliardera? Czytałem...
-Nie, nie za Evansa - przerywam mu -  I nie wierz we wszystko co czytasz, Mark. Miło cię było spotkać - wyciągam dłoń, by się pożegnać.
-Ciebie też, Meg! -  on ściska ją delikatnie i uśmiecha się - Zaraz przyniosę wasz obiad -  dodaje i przepuszcza mnie w stronę łazienki. Korzystam z niej szybko i wracam do dziewczyn, które właśnie zaczęły jeść.

7 komentarzy:

  1. Pani Kasiu, ciągle sobie obiecuję, że poczekam na koniec i przeczytam w całości, ale za każdym razem tu zerkam i zastanawiam się, co też Pani dla nas przygotowała. Postawa głównej bohaterki jest tak niespójna, że czasami wydaje się nierealna (chyba, że w zamyśle autora chodzi o jej głupotę, jeżeli tak, to mam nadzieję, że będzie ona jakoś ewaluowała). Jednak znając kilka tekstów Pani autorstwa przypuszczam, że coś z tego będzie i jakoś się zakończy - niekoniecznie dobrze, ale będzie miało przysłowiowe "ręce i nogi". Pierwszy raz czytam powieść w odcinkach, to nowe i dość frapujące doświadczenie, chyba wolę powieść w całości, choć nie żałuję, że tu zaglądam. Pozdrawiam i dziękuję, że dzieli się z nami Pani swoją pasją. cicha fankaSK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę tu zaglądać dopóki nie straci Pani cierpliwości do naszej Meg :) Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Ja juz do niej stracilam cierpliwosc, wsciekla jestem na Meg wkurza mnie niemilosiernie chcialabym zeby byla z Erickiem zeby wszystko sie miedzy nimi ulozylo ale z drugiej strony to po tym co robi to powinna zostac sama wszyscy sie powinni od niej odwrocic

      Usuń
  2. Pomimo mojego całego szacunku ostatkiem sił zapytam jak tak można "Pod presją rodziców moich i Brayana oraz samego przyszłego pana młodego, ustalamy datę ślubu. Pobierzemy się na początku września, dokładnie szóstego września. Czyli za nieco ponad miesiąc. Dla mnie to jakieś wariactwo, ale... chcę tego, więc może tak będzie lepiej? "co ona wyprawia chce uszczęśliwić wszystkich a gdzie w tym wszystkim jest ona i biedny Erick ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety Meg wybiera już po prostu mniejsze zło... :(

      Usuń