Premiera już w lipcu!

piątek, 25 grudnia 2015

Samotne Święta - świąteczny rozdział (dodatkowy)



 Specjalnie dla Was napisałam dodatkowy świąteczny rozdział Efektu Ericka. Nie zdradzę Wam czy to dalsza część fabuły, czy po prostu dodatek i wydarzenia potoczą się inaczej, ale myślę, że wiele z Was chciałoby takiego właśnie zakończenia.

Zapraszam!

Wesołych Świąt! <3


Niedziela 24 grudnia

Samotność szczególnie dopada mnie w takie dni jak dziś.  Święta to szczególny czas, który najczęściej spędza się z najbliższymi. Ja zostałam sama. Tak wybrałam. Wiem, że rodzicom, Kim, Robowi i  dzieciakom jest z tym źle, ale ja nie zatruwam już nikomu życia. Wystarczająco wszyscy nacierpieli się przeze mnie. Odganiam myśli o Ericku i Adamie. Nie mogę o nich myśleć, bo to mnie dobija. Spoglądam na choinkę, którą kupiłam dziś rano, ale nawet jej nie ubrałam. Nie chcę. Nie potrafię. Po co mam to robić? Dla kogo zapakować mam te prezenty, które leżą na stole? Nie wiem dlaczego kupiłam wszystkim jakiś drobiazg, skoro i tak go nie otrzymają. Są setki mil stąd, a ja tutaj. Sama. W zimnym, zaśnieżonym Londynie.
Mimo wszystko zbieram się w sobie i ubieram choinkę. Nie jestem jednak w stanie założyć gwiazdy, która powinna zdobić jej szczyt. To nic. Uśmiecham się na widok ozdobionego drzewka. Idę do kuchni, by zaparzyć sobie herbaty i zamawiam pizzę. Nie mam ochoty na gotowanie świątecznych dań. Nie mam dla kogo ich gotować. Nigdy nie lubiłam robić tego dla siebie, a teraz po prostu nie mam komu.
Dostawca pizzy z politowaniem odbiera ode mnie kilka funtów za dostawę i życzy mi wesołych świąt. Gdy zamykam drzwi łzy cisnął mi się do oczu, ale zduszam to w sobie. Nie mogę płakać, bo sama podjęłam taką decyzję. Musiałam wyjechać. Wszyscy wiedzą gdzie jestem, ale ja nie oczekuję, że ktokolwiek się do mnie odezwie. Od pół roku nie mam kontaktu z Erickiem. Tata dzwonił do mnie dziś rano i złożył mi życzenia. Rozmowa trwała dosłownie chwilę, bo nie chciałam, by się rozczulił. Słyszałam po jego głosie jak ciężko mu jest z tym, że mnie z nimi nie ma. Nikt nie ma do mnie żalu o to, że wyjechałam, a przynajmniej tata nie daje mi tego odczuć. Wiedzą, że to moja decyzja, która przyszła mi bardzo trudno. Starałam się zaakceptować to co się stało, ale nie potrafię. Czy czuję się winna? Może, ale tak samo jak Erick nigdy do końca nie wybaczył mi zdrady, ja nie jestem w stanie wybaczyć mu tego co zrobił. Oszukał mnie. Z premedytacją mnie oszukał, wiedząc jak bardzo go potrzebuję.
Zjadam kawałek pizzy, ale mój żołądek nie przyjmie nic więcej. Jest zaciśnięty, a tęsknota ściska mi gardło. Rano miałam plan, że wieczór spędzę z albumem rodzinnym w ręku, ale to wywołałoby tylko kolejną falę rozpaczy. Wstaję z fotela i zaczynam pakować prezenty. Jeśli nie teraz, to może kiedyś będę miała okazję je wręczyć. Są tu drobiazgi dla każdego. Książki dla moich rodziców, kosmetyki dla Kim i Roba, zabawki dla maluchów, pościel dla Toma i Alex, słodkości dla Hooków i Brayana oraz kartka dla Ericka. Nie kupiłam mu nic, bo co można podarować człowiekowi który ma wszystko? Nie wiem czego on chce. Pogubił się przeze mnie i nie powinnam mu mieć tego za złe. To wszystko moja wina, ale jego wybory doprowadziły do tego, że jestem tu teraz. On ma swoje życie, zabrał mi Adama, a ja… nadal go kocham. Będę kochać zawsze, ale pogodzić się muszę z tym jak jest. Nasze drogi są zbyt kręte, byśmy mogli to jakoś poukładać. Jestem jednak przekonana, że gdyby staną teraz w drzwiach mieszkania, to rzuciłabym mu się na szyję. Ogromnie za nim tęsknię. Umieram każdego dnia bez niego. Każda chwila to koszmar i mimo tych wszystkich błędów, które popełniłam ja, które On popełnił… Kocham go.
Święta to czas cudów. Ja w cuda już nie wierzę, ale nadzieja umiera ostatnia. Jest prawie północ i  stwierdzam, że położę się do łóżka. Jutro przecież też jest dzień. Trzeba obudzić się i żyć dalej. Wierzyć w marzenia mimo tego co nas spotkało i spotka, dobrego i złego. Uśmiecham się przez łzy na myśl o moim synu, który zapewne cieszył się jak szalony z prezentów, które znalazł pod choinką. Erick na pewno niczego mu nie odmawia. Adamowi nigdy niczego nie zabraknie. Będzie wykształcony, zamożny… oby tylko potrafił podejmować te odpowiednie decyzje. Takie, jakich nie potrafili podejmować jego rodzice.
Kręcę się na rozkładanej sofie i nie mogę zasnąć. Wpatruję się w sufit, a moje myśli krążą wokół Nowego Jorku. Wokół domu rodziców, Kim i Roba, wokół Evans Tower. Zastanawiam się jak wygląda choinka w apartamencie Ericka? Jest na pewno ogromna i żywa, a miga na niej milion światełek. Adam patrzy na nią z zachwytem i radością. 
Wzdycham i zamykam oczy, ale nagle słyszę dźwięk domofonu. Nie jest to jednak prośba o otwarcie drzwi, a dźwięk wstukiwania prawidłowego kodu ich otwierania. Wstaję i idę do salonu. Kod do mojego mieszkania zna jedynie mój tata i Tom. Jestem skołowana, bo nie spodziewam się żadnego z nich. To na pewno nie tata, a z Tomem widziałam się kilka przecież dni temu. Jest zajęty, bo Alex źle czuje się w ciąży i nie ma czasu na to, by zajmować się nie swoimi problemami. Ja też nie chcę ich obarczać i raczej usuwam się na bok. Nie przyjęłam nawet zaproszenia do Hooków na Wigilię. Na pewno wręczę im prezenty przy okazji, a będzie ich jeszcze wiele. Czekam chwilę i przeżywam kolejny szok, bo nikt nie puka. Ten ktoś po prostu otwiera kluczek drzwi do mieszkania. Tata? Tylko on ma klucz. Wstrzymuję oddech, bo nie wiem co myśleć. Dłonią odnajduję włącznik na ścianie i zapalam światło.
-Erick? – wyduszam bez tchu. Czy ja śnię? Potrząsam głową, bo nie mogę uwierzyć, że on stoi właśnie w progu mojego mieszkania. Jest w czarnym płaszczu, a na włosach widać resztki nieroztopionych jeszcze płatków śniegu. Wpatruje się we mnie i nic nie mówi. Ja też zaniemówiłam i nie jestem w stanie nic więcej z siebie wydusić. Kilka godzin temu byłam pewna, że coś takiego nie może mieć miejsca, a nawet jeśli, to rzucę mu się na szyję, a teraz co? Nie mogę nawet drgnąć z miejsca, bo całe moje ciało zostało sparaliżowane przez jego obecność. Oddech mi przyśpiesza i czuję palący ból w klatce. To co teraz czuję, to na nowo rozrywające moje serce strzępki wspomnień. Erick robi krok w przód, a ja w tył. Marszczy brwi jakby był zdziwiony moją reakcją. Robi to jednak ponownie, ale ja już się nie cofam. Nie mam siły walczyć ze sobą i ze zdrowym rozsądkiem. Sekundę później on staje naprzeciwko mnie, tak blisko, że czuję jego zapach. Wygląda dobrze jak zwykle, a może nawet lepiej? Podnoszę wzrok i spoglądam w jego oczy. Zasycha mi w ustach, gdy dostrzegam w nich to czego tak potrzebuję. Miłość, której nie widziałam od dawna.
-Co tu rob…? – nie kończę zdania, bo Erick chwyta mnie w ramiona. Obejmuje mnie i przyciąga do siebie. Wplata palce w moje włosy, a ja wydaje z siebie cichutki jęk, bo jego dotyk jest dla mnie bolesny. Nie wiem co on zamierza i boję się, że znowu będziemy przeżywać to na nowo.
-Nie wiem, ale nie umiem inaczej. Musiałem cię zobaczyć – odpowiada, a jego usta opadają na moje. Nie rozumiem tego. Nie chciał mnie. Kazał mi zniknąć. Oszukiwał. To wszystko przestaje mieć jednak znaczenie, gdy jego pocałunek jest czuły, delikatny i tak niepewny, jak to, co sama teraz czuję – Chcę cię odzyskać za wszelką cenę. Odetnijmy wszystko grubą kreską i zacznijmy od nowa. Nie umiem bez ciebie żyć Meg i… - głos mu zadrżał – I kocham cię ponad wszystko – dodaje, a ja wiem, że mówi szczerze. 

-Ja ciebie też kocham, ale… - jego palec ucisza mnie.
-Zapomnij o wszystkim co chciałaś powiedzieć po „ale”. Kochasz mnie i niczego więcej mi nie potrzeba.
-Ale… - znowu mnie ucisza.
-Ja ciebie też kocham i pozwól mi sprawić, że ty też nie będziesz potrzebować niczego więcej – uśmiecham się lekko i dostrzegam ten znajomy błysk w jego oczach. Erick odrywa mnie od podłogi, a ja oplatam go nogami w pasie. Całuję go, bo potrzebuję tego. Potrzebuję tak naprawdę jedynie jego miłości, ale o tym powiem mu dopiero rano.


środa, 16 grudnia 2015

Rozdział 121


-Nie no, panie doktorze… ja w styczniu urodziłam synka przez cesarskie cięcie i dużo przed terminem. To niemożliwe!
-Ale to się nie wyklucza. Zdarzają się przypadki, że kobieta zachodzi w ciążę dwa miesiące po porodzie. W pani przypadku nie jest to jednak za rozsądne, skoro miała pani problemy z donoszeniem poprzedniej ciąży.
-To niemożliwe – powtarzam sama do siebie.
-Zabezpieczała się pani? – lekarz patrzy na mnie łagodnie.
-Nie, nie sądziłam, że trzeba. Czekałam na pierwszą miesiączkę po porodzie, jeszcze jej nie miałam – kręcę głową.
-A pani partner, zabezpieczał się?
-O rany! – piszczę. Przecież odkąd Brayan przyjechał do Nowego Jorku ani razu nie używaliśmy prezerwatyw. Chryste panie!
-Rozumiem, że nie – lekarz uśmiechnął się.
-Który to tydzień?! – pytam bez tchu. Zaraz chyba się rozpłaczę.
-Trzeba panią zbadać, by dokładnie to ustalić, ale to zapewne sam początek.
-Ale ja wczoraj się upiłam. Bardzo upiłam! W ogóle piłam też wcześniej, wino, szampana! – zaczynam panikować. Opalałam się!
-Na razie wszystko wygląda w porządku. Często się zdarza, że kobiety nie mają pojęcia o ciąży na początku i piją alkohol. Proszę się na razie nie martwić -  gładzi mnie po pocieszająco ramieniu.
-O pierwszej ciąży dowiedziałam się dopiero w dziewiątym tygodniu - wzdycham.
-I tak się zdarza -  uśmiecha się raz jeszcze - Chodźmy na badanie - pomaga mi wstać i przyprowadza wózek. Pielęgniarka zawozi mnie na USG. Cała drżę z emocji, bo to zupełnie nie po mojej myśli. Kładę się na fotelu i odsłaniam brzuch.
-Proszę zdjąć bieliznę -  zwraca się do mnie pani doktor, ginekolog. Patrzę zaskoczona.
-Ale ja ma mieć USG -  odpowiadam, a ona uśmiecha się.
-To wczesna ciąża. Trzeba zrobić USG dopochwowe, Meg -  wyjaśnia i zakłada prezerwatywę na dziwną długą głowicę. Smaruje ją żelem i prosi bym się rozluźniła. O rany! Ale zimne. Kobieta wsuwa to we mnie delikatnie i patrzy na monitor. Ja nie mogę patrzeć. Przecież to jakiś żart. Jaka ciąża? Nie chcę. Nie teraz. Nie tak szybko! - No i jest -  uśmiecha się i pokazuje na mały pulsujący punkt – Wygląda na czwarty tydzień. Moje gratulacje, Meg -  ja zamiast cokolwiek powiedzieć zaczynam płakać. Chryste panie! Pani doktor chyba nie jest zdziwiona moją reakcją, bo na pewno codziennie się z czymś takim spotyka. Schodzę z fotela i ubieram. Muszę opowiedzieć jej o mojej pierwszej ciąży i o tym jak to wszystko było. Ona powtarza mi słowa lekarza, że to dość wcześnie jak na drugą ciążę po poprzednim wcześniejszym porodzie, ale  mam nie martwić się na zapas, bo na razie wszystko wygląda dobrze. Przepisuje mi jakieś witaminy i każe się oszczędzać oraz wypoczywać, bo jestem jednak w grupie ryzyka. Pielęgniarka odwozi mnie na salę, a lekarz przynosi wypis. Erick czeka na mnie na korytarzu.
-Panie doktorze proszę nikomu nie mówić! – dodaję, podpisując dokumenty.
-Oczywiście, Meg -  on znowu uśmiecha się i patrzy na mnie łagodnie.
-To co możemy jechać? – Erick zagląda do Sali.
-Ja nie mam zastrzeżeń - odpowiada doktor - Dbaj o siebie, Meg -  dodaje i mrugając do mnie ciepło.
-Jasne – wymuszam blady uśmiech.
-Na pewno dobrze się czujesz? – Erick podchodzi do mnie.
-To kac. Przejdzie... -  mamroczę pod nosem. Nawet nie mogę spojrzeć mu w oczy. Powinnam mu powiedzieć? Powinnam powiedzieć Branowi? Kurwa mać! No oczywiście, że powinnam. Ale kiedy? Teraz? Czy poczekać? Gdy zjeżdżamy windą, a potem wsiadamy się do Bentleya, mam miliardy myśli.
-Chcesz się z nim zobaczyć? – Erick zerka na mnie.
-Chyba powinnam -  przełykam ślinę.
-Jak uważasz - poprawia się w fotelu - Zapnij pas, proszę.
-Ericku... - mówię i naglę wybucham płaczem. On patrzy na mnie zaskoczony.
-Spokojnie, Meg – on nie ma pojęcia co jest powodem mojego wybuchu emocji.
-Nie o to chodzi… – pociągam nosem - Jestem w ciąży! – wyduszam z siebie.
-Słucham?! – ten wyłącza silnik i patrzy na mnie z niedowierzaniem.
-No cholera jasna, jestem znowu w ciąży! - spoglądam na niego, wycierając dłonią mokre policzki.
- Jakim cudem? Co wy cię nie zabezpieczaliście?! - ton głosu Ericka jest wręcz rozpaczliwy.
-Ja nie, bo myślałam, że nie muszę, a Brayan odkąd przyleciał do Nowego Jorku nie użył prezerwatywy ani razu! - odpowiadam z pretensją, tylko do kogo?
-Ja pierdole! Jak dzieci kurwa, jak dzieci! – wrzeszczy na mnie.
-Co jak dzieci?! - patrzę gniewnie - Z tego co pamiętam też zapłodniłeś mnie całkiem przypadkowo!
-Przecież wzięłaś zastrzyk. Myślałem, że działa, dlatego nie używałem prezerwatyw! – Erick aż uderza pięścią w kierownicę.
-No właśnie! A ja czekałam na pierwszy okres, myśląc że jestem bezpieczna! – odpowiadam i spoglądam na niego. On też patrzy na mnie i nagle zaczynam się śmiać, nie przestając równocześnie płakać.
-Jezu, Mała! – obejmuje mnie nagle, przesadza sobie na kolana i również zaczyna się śmiać.
-Ktoś naprawdę sobie ze mnie drwi, tam na górze -  wzdycham, ocierając mokre policzki i nadal głupio chichocząc.
-Nieprawda. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz -  gładzi delikatnie moje plecy.
-Nie jesteś zły? – pytam niepewnie.
-Zły? Meg… ja nie mam prawa być zły. Jesteś kobietą Brayana, nie moją  - wzdycha wymownie.
-Wczoraj upiłam się ze złości na ciebie, że ją przyprowadziłeś… - wyznaję mu prawdę.
-Tak myślałem… Dlatego bałem się ciebie puścić, bo wiedziałem, że coś odwalisz -  odpowiada karcąco.
-Brayan wyczuł, że jestem zazdrosna i także się pokłóciliśmy. Wiedziałam też, że Ana zrobiła na nim ogromne wrażenie. To mnie zabolało.
-W sumie to też moja wina. Zachowałem się mało przyjacielsko idąc z nią na górę i zostawiając go samego.
-Wkurzył się, bo was słyszał...  – krzywię się poprawiając bandaż na głowie.
-Wiem.
-Ja mu jeszcze powiedziałam, że skoro tak mu się spodobała ta twoja Ana, to niech do was dołączy – dodaję, spuszczając wzrok, a Erick wybucha śmiechem.
-Możesz być spokojna, bo nie posłuchał twojej rady.
-Bardzo śmieszne! -  wywracam oczami i śmieję się dalej.
-Co teraz zrobisz? Powiesz mu? – pyta, podając mi chusteczkę ze schowka.
-Tak, nie mam zamiaru tego ukrywać - wzruszam ramionami.
-Cóż za ironia… - Erick patrzy na mnie smutno. Doskonale wiem o czym myśli -  Ja dowiaduje się pierwszy o tym, że Brayan zostaje ojcem, a on dowiedział się pierwszy, że ojcem zostanę ja... – dodaje.
-Bałam ci się powiedzieć, Ericku.  Nie chciałam byś czuł się zobowiązany wobec mnie tylko ze względu na dziecko. Po tym jak powiedziałam ci prawdę myślałam, że nie chcesz mnie znać...nie chciałam więcej mieszać w twoim życiu. Nie miałam i nie mam prawa tego robić.
-Wiem, Meg – nagle przytula mnie mocno -  Wiem, ale zawsze będziesz dla mnie wyjątkowa, nie tylko ze względu na to, że jesteś matką mojego syna.
-Dzięki – całuję go w policzek - Ale ta twoja Anastasia, to cios poniżej pasa – dodaję pół żartem pół serio.
-Dlaczego? - unosi zaskoczony brew.
-Jeszcze pytasz? - wywracam oczami - Jest piękna wysoka i zgrabna. Ma boskie ciało, włosy i te oczy… Marzenie każdego faceta, a Branowi pewnie stanął na jej widok - ponownie wywracam oczami. Wkurza mnie myśl, że mogą podniecać go inne kobiet. Ale to przecież tylko facet.
- Moim zdaniem ty jesteś marzeniem każdego faceta… Moim marzeniem – odpowiada, a mi brakuje tchu. Co mam mu powiedzieć? Wyznać mu miłość? Co to zmieni? Nic, a tylko wszystko bardziej skomplikuje -  Wybacz, że tak to odebrałaś. Nie chciałem cię zdenerwować -  dotyka delikatnie mojego policzka, a ja drżę.
-Ty znosisz to codziennie widując nas, ja też muszę się przyzwyczaić – staram się opanować -  Jedźmy już.
-Och, Meg – wiem, że Erick powstrzymuje się, by mnie nie pocałować. Zamyka oczy i wciąga głęboko powietrze - Masz rację, jedźmy - schodzę z jego kolan i zapinam pas - Który to tydzień? - pyta  jeszcze, odpalając silnik.
-Czwarty – odpowiadam, spoglądając na niego i odruchowo dotykam dłonią swój brzuch. Ciekawe kiedy dowiedziałabym o ciąży gdyby nie to, że wylądowałam dziś w szpitalu? Pewnie znowu długo nie miałabym o  tym pojęcia. Najpierw stres przed ślubem, potem zapewne stres przed przeprowadzką, i tak bym sobie tłumaczyła swoje samopoczucie. Nic nie jest tak jak chcę, ale co mam zrobić? Muszę przyjąć to jak jest i żyć dalej. Jakkolwiek ma być.
Przez resztę drogi milczeliśmy. Brayan jest już w Jersey, a gdy podjeżdżamy pod dom czuję dziwny niepokój. Nie wiem czego mam się spodziewać? Jak zareaguje Brayan? Gdy wchodzimy do holu  łapię Ericka za rękę.
-Będzie dobrze, Meg -  gładzi moje nadgarstki i uśmiecha się delikatnie. Otwiera przede mną drzwi, a w progu stoi Brayan. Patrzy na mnie przestraszony przerażony i z walizką w ręku.
-Za dwie godziny mam samolot do Londynu - mówi cicho, w oczach ma łzy.
-Wyjeżdżasz?! – piszczę spanikowana.
-Tak będzie najlepiej. Nie powinnaś przy mnie przebywać. To co zrobiłem dziś rano jest....niedopuszczalne – widzę jak z emocji aż zaciska pięści. Ogarnia mnie strach. Patrzę na Ericka, który daje mi do zrozumienia bym go nie zatrzymywała. Nie wiem co mam zrobić? Może faktycznie lepiej byłoby gdyby wyjechał i by to wszystko się uspokoiło, ale przecież jestem z nim w ciąży. Nie chcę go stracić, bo naprawdę go kocham. Nie potrafię uwierzyć w to, że mnie uderzył… Nie pamiętam tego, ale może nie chcę pamiętać?
-Brayan… - wyduszam z siebie.
-Nie Meg, przepraszam – odpowiada i rusza do drzwi. Serce mi wali, ale nie mogę nic więcej powiedzieć. Erick podchodzi i zatrzymuje mnie, gdy jedyne co jestem w stanie zrobić to iść za nim.
-Odpuść, Meg – dodaje. Czuję jak drży, bo zapewne też nie łatwo mu to przychodzi.
-Ale…
-Daj mu iść jego drogą. Twoje miejsce nie jest przy nim – pierwszy raz mówi mi coś takiego prosto w oczy. Jestem zdezorientowana, bo zawsze był innego zdania. Wpatruję się w zamykające za Brayanem drzwi i znowu zaczynam płakać. Jest mi tak cholernie źle, bo nie zdążyłam powiedzieć mu najważniejszego. Erick chwyta moją brodę bym spojrzała na niego i dodaje jakby czytał w moich myślach – Powiesz mu jak nieco ochłonie. Wtedy będziecie mogli porozmawiać na spokojnie – nie słucham go jednak, bo duszący ból w piersi nie daje mi normalnie myśleć. Erick nie pozwala mi iść za nim, ale też nie robi nic bym poczuła się lepiej.
 Odsuwam się i wpatruję w niego, ale on gdy ma pewność, że Brayan właśnie odjeżdża taksówką, zamyka się w swoim gabinecie, zostawiając mnie z tym wszystkim zupełnie samą.