Premiera już w lipcu!

piątek, 11 grudnia 2015

Rozdział 119


Brayan całuje mnie namiętnie na pożegnanie i pomaga wsiąść do samochodu. Gdy już w nim siedzę czuję się odrobinę lepiej. Słowa Ericka jednak nadal dźwięczą mi w głowie. Co to miało być? Po chwili jesteśmy na szczęście już  za bramą, a ja wrzucam na luz.
-Cholera, ten Evans to jest gość! - stwierdza Mark ,włączając radio.
-Daj spokój! - wywracam oczami.
-To jego panna ta Anastazja? - pyta wprost.
-Nie wiem, dopiero co ją poznałam -  wzruszam ramionami.
-Wy kiedyś byliście razem, tak? - spoglądam na niego zirytowana. Czy tak będzie wyglądała cała droga?
-Stare dzieje - uśmiecham się ironicznie.
-Sympatyczny ten twój narzeczony, na pewno bardziej wyluzowany niż ten cały Evans! - Mark wrzuca bieg i przyśpiesza, a mnie aż wbija w fotel. Odruchowo zapinam pas.
-Nie mów po nazwisku, to po prostu Erick.
-No wiem, ale sama świadomość kto to jest jakoś tak sprawia, że ciężko mówić o nim po imieniu! - Mark  jest szczery, a ja wiem, że wielu ludzi ma przy Ericku dokładnie tak samo. 

Chciałam odpocząć psychicznie od Ericka i tego wszystkiego, ale tak jak myślałam Mark wypytuje mnie o niego całą drogę. Wsumie nie jest jakiś nachalny, tylko po prostu ciekawy. Na szczęście nie ma na tyle odwagi, by pytać o te najgorsze sprawy. Gdy wjeżdżamy na Manhattan w końcu oddycham z ulgą. Kocham to miejsce i mam do niego ogromny sentyment. Przejeżdżamy nawet obok Evans Tower, ale staram się o tym nie myśleć. Pub Glee mieści się całkiem niedaleko. Parkujemy dwie przecznice dalej i musimy dojść.
-Naprawdę ślicznie wyglądasz, Meg -  Mark prawi mi komplement, pomagając wysiąść  z samochodu. Niskie podwozie i wysoki krawężnik nie są dziś moimi sprzymierzeńcami.
-Dziękuję, ty też się odstawiłeś -  uśmiecham się i poprawiam mu kołnierzyk  koszuli. Jest koło ósmej, ale jest strasznie parno i chyba zbiera się na burzę -  Wiesz kto będzie? - pytam, gdy zatrzymujemy się przed wejściem. Glee to pub, który po dziesiątej wieczorem zamienia się w klub, tego akurat nie wiedziałam. I nie wiem czy jestem z tego powodu zadowolona.
-Prawie wszyscy z naszego roku. Betty też będzie i Mike! - odpowiada, a mnie od razu ściska w żołądku. Cholera! Mike. Erick mnie zabije. Albo nie... Brayan zabije mnie, a potem jego, że nic o tym nie wspomnieliśmy.
-Świetnie -  wymuszam uśmiech i wchodzimy do środka. Pokazuję dowód i wpuszczają nas dalej bez problemów. Wiele osób już jest, Mika na szczęście jeszcze nie ma. Dostrzegam za to dostrzegam Betty, która na mój widok prawie dostaje zawału. Wszyscy są zdziwieni na mój widok.
-No nie wierzę! - krzyczy radośnie i biegnie w moją stronę - Meg! - rzuca mi się na szyję i  zaczyna płakać.
-Cześć Betty! - ściskam ją serdecznie i także się wzruszam. Na studiach naprawdę się przyjaźniłyśmy.
-Jezu, co się z tobą działo?! - piszczy zaszokowana jakby widziała ducha,  a wszyscy na nas patrzą.
-No długa historia, pogadamy później, co? - uśmiecham się i odruchowo spoglądam na jej brzuszek. Cholera! Oczywiście nie wiedziałam, że jest w ciąży -  Moje gratulacje! - dodaję szczerze.
-A dziękuję - odpowiada dumna  i całuje mnie w policzek - Będzie chłopak - oznajmia.
-Musicie się bardzo cieszyć  - przechodzimy dalej i siadamy w zarezerwowanej dla nas sali, są tu dwie ogromne półokrągłe sofy na co najmniej pięćdziesiąt osób.
-Nawet nie wiesz jak bardzo, dzieci to coś cudownego - nadal piszczy, nie mogąc uwierzyć, że mnie widzi.
-Uwierz mi, że wiem o tym doskonale - odpowiadam i również nie mogę przestać się uśmiechać.
-Mark mówił, że wychodzisz za mąż, ale dupek nie wspomniał, że tu będziesz - O rany! Zaczyna się.
-No tak się złożyło.
-Ale nie za tego Evansa, czy jak mu tam było? - patrzę na Betty i zaczynam się śmiać. Uwielbiam ją. W jej ustach  brzmi to tak zabawnie.
-Nie nie za Evansa, choć to bardziej skomplikowane niż można się spodziewać -  spoglądam na Marka, który przygląda nam się uważnie.  Widzę znajome twarze i macham wszystkim na powitanie. Czuję się całkiem dobrze mimo iż wiem, że jestem głównym tematem rozmów.
-Podobno macie wspólne dziecko! - wypala Betty, a ja prawie krztuszę się piwem, które dopiero co przyniósł mi kelner.
-Betty wybacz, ale to nie najlepsze miejsce do takich rozmów - próbuje ją jakoś zbyć. W sumie nawet nie wiem czy mogę komukolwiek o tym mówić? W prasie przecież aż huczy od plotek na nasz temat.
-No weź! Mi przecież możesz powiedzieć - Betty jednak nie odpuszcza.
-Naprawdę nie mogę, Betty. Wybacz kochana - ściskam ją i próbuję ubłagać, by dała spokój. Po chwili mi się to udaje. Spodziewałam się, że Betty tu będzie więc przy okazji wręczam jej zaproszenie na ślub i wesele. To nic, że dawno jej nie widziałam, ale chciałabym by była ze mną w tym ważnym dla mnie dniu, tak jak ja byłam na ich ślubie. 

Większość ludzi już jest, ale patrzą na mnie jednak jakby zobaczyli ducha. Niektórzy podchodzą i mają odwagę się przywitać bezpośrednio, inni nie. To trochę przykre, ale staram się nie przejmować. Koło dziewiątej są już wszyscy. Wiem, że wśród nich jest też Mike. Ciekawe co zrobi gdy mnie zobaczy? Stoję włąśnie z Markiem i Betty oraz kilkoma innymi osobami dostrzegam go w tłumie. Trudno nie zauważyć tego faceta w typie surfera. I znowu  to się dzieje.  Ta magia, która ściąga spojrzenia. Mike odwraca się i patrzy wprost na mnie. Wyraz jego twarzy jest po prostu bezcenny. Zakrywam usta, by się nie roześmiać. Podchodzi do nas i olewając resztę, wita się tylko ze mną.
-No proszę, cóż za niespodzianka! - wprawia swój głos w ten wibrujący ton, który kiedyś na mnie działał. Tym razem mnie po prostu śmieszy.
-Witaj Michaelu -  wyciągam dłoń, by się przywitać, dla niego to  za mało. Mike podchodzi blisko, obejmuje mnie i całuje w policzek. Od razu się spinam, bo nie jestem jeszcze gotowa na bliskie kontakty z innym mężczyzną niż Brayan, Adam no i czasami Erick. Robię krok w tył i odzyskuję bezpieczny dystans.
-Witaj piękna. Wyglądasz... nieziemsko - dodaje, nadal patrząc tylko na mnie.
-Jak na matkę siedmiomiesięcznego malucha - wtrącam, by mu przypomnieć.
-Więc to jednak prawda? - pyta zaskoczony.
-Nie, jaja sobie z ciebie robię - wywracam oczami.
-No to nieźle się porobiło! -  Mike śmieje się głupio i drapie po głowie -  Powiedz jeszcze, że wychodzisz za mąż albo już wyszłaś, to padnę -  dodaje z ironią.
-Skąd wiesz? Mamy termin ma szóstego września – odpowiadam, a jemu opada szczęka. Rany! Co za widok! Szkoda, że nie mam aparatu. Zabrakło mu języka w gębie, chyba pierwszy raz w życiu.
-Co tam Mike? Nieźle nam Meg wyrosła, co? - podchodzi do nas Mark i obejmuje go serdecznie. Muszę się pohamować, by nie wybuchnąć śmiechem.
-To fakt. Kto by się spodziewał? -  Mike wydusza z siebie i odchodzi szybko. Nie wiem czy się wkurzył, ale tak naprawdę mało mnie to obchodzi.
-A temu co? - pyta zaskoczony Mark, i patrzy na mnie.
-Chyba dotarło do niego w końcu kilka spraw - odpowiadam i uśmiecham się -  Idziemy do napić?
-Jasne! Wypijmy za takich dupków, którzy nie doceniają kobiet, a potem latają za nimi całe życie!  - dodaje Mark i ruszamy żwawym krokiem w stronę baru. Przy barze oczywiście jest mnóstwo naszych znajomych. Mam dobry nastrój. Nie piję dużo, ale dopiero gdy Mark kończy swoje piwo uświadamiam sobie, że przecież miał mnie odwieść. Cholera jasna! I co teraz? Biorę go na bok.
-Mark, miałeś nie pić! - ganie go.
-Spokojnie, tylko jedno piwo - obejmuje mnie lekko i uśmiecha się.
-No chyba żartujesz? - rzucam mu gniewne spojrzenie, a on poważnieje.
-No cholera racja i co teraz? Ale dałem ciała - mówi przepraszająco.
-Dobra wezmę taksówkę - wzdycham. Nie uśmiecha mi się wydawać dwustu dolarów na powrót do domu, ale chyba nie mam wyjścia. W dodatku słyszę jak telefon wibruje mi w  torebce. Znajduję jakieś cichsze miejsce i odbieram, bo to Brayan.
-Halo!? - zasłaniam drugą dłonią ucho, by go  słyszeć.
-Wszystko w porządku, Meg? Dojechaliście już? - pyta spokojnie. Oddycham z ulgą, bo przez chwilę myślałam, że Erick czegoś mu nagadał.
-Tak dojechaliśmy, wszystko jest ok! - uśmiecham się. Brayan jest taki słodki, gdy tak się o mnie troszczy.
-Zostawiłaś karty kredytowe w kuchni na stole, musiały wypaść ci z torebki - co? O nie! Odruchowo zaglądam do torebki, by się upewnić. Kurwa mać!
-Kurcze to niedobrze, bo będę musiała jednak wracać taksówką! -  muszę mu o tym powiedzieć.
-A co się stało? Ten Mark cie jednak nie odwiezie? - pyta zaskoczony.
-No niestety wypił piwo, na które sama go namówiłam -  wywracam oczami.
-Czyli co, przyjechać po ciebie? Nie masz pewnie przy sobie tyle gotówki.
-Nie przyjeżdżaj Brayan, pożyczę od Betty. Bez sensu byś tu jechał taki kawał drogi! - w sumie wolałabym by przyjechał, ale nie mam serca go tu ściągać. Sama naważyłam piwa, to sama je wypiję.
-Na pewno? Nie chcę byś włóczyła się sama po Manhattanie w nocy.
-Dam sobie radę, jestem dużą dziewczynką!  - uspokajam go. Znam przecież to miasto i czuję się w nim bezpiecznie.
-No dobra, ale jeśli cokolwiek będzie się działo to dzwoń! - wzdycha niepewnie.
-Jasne, skarbie. A wy jak tam? Jak Ana? - pytam z ciekawości.
-Zjedliśmy kolacje i zostałem sam. Ta cała Anstazja zaciągnęła Ericka na górę niby po to, by pokazał jej resztę domu. Nie ma ich już od godziny... -  wyczuwam lekką złość w jego głosie, a ja od razu czuję ten dziwny ścisk w brzuchu. Czemu się tak tym przejmuję? Przecież Erick musi znosić na co dzień, gdy jest z nami Brayan. Czuję się beznadziejnie źle.
-Obejrzyj sobie jakiś film albo coś - próbuję udawać, że mnie to nie ruszyło.
-A co ty o niej sądzisz? Erick ma gust, co? - stwierdza Brayan, a ja unoszę brew. On chyba  zapomina czasami, że jestem jego narzeczoną, a nie koleżanką.
-Co masz na myśli? - udaję głupio, bo doskonale wiem o co mu chodzi.
-No wiesz, że Ana to taka wyższa półka. To podobno jakaś modelka  -  odpowiada z ekscytacją, a ja w tym momencie mam ochotę mu przywalić. Co za osioł! Jak może tak mówić?
-Taa... cipka z wyższej półki, dobrze powiedziane! -  prycham wkurzona - Ciekawe ile jej płaci? -  dodaję bezmyślnie.
-A co ty zazdrosna jesteś? Chyba nie powinnaś - słyszę pretensję w jego głosie.
-Nie jestem zazdrosna! -  syczę -  Po prostu wkurza mnie, że tak się nią podniecasz. No jest ładna i co z tego?! - wybucham.
-Jesteś zazdrosna, Meg. Nie wciskaj mi kitu! - Brayan krzyczy na mnie. O nie! Ta rozmowa nie prowadzi do niczego dobrego.
-Dobra... ja kończę, Brayan - próbuję się rozłączyć.
-O której wracasz? - pyta wkurzony.
-Nie wiem, dopiero co wszyscy przyszli.
-Nie pij za dużo! - poucza mnie, czym jeszcze bardziej mnie rozdrażnia.
-Nie jestem dzieckiem!
-Czasami mam wrażenie, że jesteś... - wypala,a ja zamieram. O co mu kurde chodzi? Przecież nie miał nic przeciwko, a teraz jakieś pretensje?
-Wiesz co? Trzeba było od razu powiedzieć, że nie chcesz bym jechała, a nie teraz mi jakieś fochy strzelasz!
-Jesteś nienormalna czasami, wiesz? Nie strzelam żadnych fochów do cholery! - warczy na mnie.
-Właśnie słychać, że wcale nie masz mi tego za złe.
-Wiesz co ja słyszę? Jęki Any i Ericka! - oznajmia, by mnie sprowokować. Chryste, po co mi o tym mówi? Ja nie chcę o tym w ogóle myśleć. 
-To wiesz co? Dołącz do nich! - mówię szybciej niż myślę, a Brayan nagle się rozłącza. Cholera! Pierwszy raz rozłącza się wkurzony na mnie. Dzwonię do niego kilkukrotnie, ale nie dobiera. Jestem wściekła i chce mi się płakać. Nie tak miał wyglądać ten wieczór. Wychodzę z łazienki i wracam do towarzystwa, by znaleźć Betty, ale okazuje się, że już pojechała. No tak... Przecież jest w ciąży i nie będzie tu siedziała całej nocy. Jest prawie dziesiąta i pub właśnie zamienia się w klub. Napływa coraz więcej ludzi. Po dłuższej chwili udaje mi się odnaleźć Matka, który jest już nieźle wcięty.
-Mark pożycz mi kasę, chcę wracać do domu! - krzyczę mu do ucha, by mnie zrozumiał.
-Mam tylko kartę, nie mam gotówki -  odpowiada i nachyla się bliżej, prawie się na mnie przewracając i oblewając mi sukienkę piwem.
-Kurwa, Mark! - odskakuję i rzucam mu gniewne spojrzenie.
-Oj sorry! - patrzy oszołomiony i chyba nie wie co się dokładnie dzieje. Ile on wypił? Nie było mnie raptem kilka minut.
-Betty już pojechała? - pytam dla pewności.
-Tak, szukała cię, by się pożegnać. Mąż po nią przyjechał - stara się mówić wyraźnie i niezdarnie wyciera mi sukienkę chusteczką.
-Ja pierdole! - klnę pod nosem -  Nie mam gotówki, by wrócić taksówką! - mówię do niego.
-Coś się wykombinuje, możesz spać u mnie! - odpowiada. Wiem, że w dobrej wierze, ale w zamian posyłam mu kolejne przeszywające spojrzenie.
-Muszę wrócić do domu, Mark. Gdzie jest Mike? - pytam, on może będzie miał pożyczyć. Jest moją ostatnią deską ratunku.
-Widziałem go przy barze. Sorry Meg, głupio wyszło - dotyka przepraszająco mojego ramienia.
-Spoko, nie twoja wina - uśmiecham się i ruszam na poszukiwania Mika. Znajduję go po chwili dokładnie tam gdzie mówił Mark. Rozmawia z jakąś panną przy barze, a ja znam tę jego minę. Oj koleżanko, przepadłaś! Wylądujesz dziś z nim w łóżku, ale on rano nie będzie pamiętał nawet twojego imienia. Myślę sobie i podchodzę -  Mike, mam sprawę - mówię głośno, by mnie słyszał, bo też nie jest najtrzeźwiejszy. Patrzy na mnie zaskoczony, a dziewczyna obok  mierzy mnie wzrokiem.
-Przepraszam na chwile, skarbie -  całuje ją ostentacyjnie w usta i klepie w tyłek. Wywracam oczami i zaciągam go na zewnątrz, by pogadać na spokojnie - Czego może chcieć ode mnie ta śliczna buzia? - pyta, chwiejąc się lekko.
-Pożycz mi pieniądze na taksówkę - mówię poważnie -  Błagam i oddam jutro z samego rana - dodaję.
-Chętnie bym ci pomógł śliczna, ale nie mam przy sobie gotówki. Wybacz -  No nie! Tylko nie to. Czy to dzieje się naprawdę?
-Kurwa mać! - klnę z bezsilności, a łzy napływają mi co oczu. Co za wieczór! Co za porąbany dzień!?
-Ej, nie płacz! - Mike robi krok w moją stronę i chce wytrzeć mi łzę z policzka, ale odruchowo się odsuwam.
-Nie dotykaj mnie, Mike! - warczę i próbuję się uspokoić.
-Zadzwoń do Kim, albo tego swojego jak mu tam...  - próbuje sobie przypomnieć imię mojego narzeczonego -  No mniejsza z tym. Zadzwoń, na pewno po ciebie przyjedzie -  dodaje.
-Kim nie ma, jest w Waszyngtonie, a z Brayanem się właśnie pokłóciłam - zaraz rozpłaczę się tu jak małe dziecko.
-Chodź się napić, to ci przejdzie! -  Mike jak zwykle próbuje  namówić mnie do złego. I tym razem chyba mu się uda. W tym momencie mam ochotę narąbać się jak świnia i zapomnieć o bożym świecie.
-Nie mam kasy na piwo! - próbuję jeszcze opanować chęć zachowania się jak bezmyślna gówniara. To jednak na nic się zdaje. Jestem zbyt zła i wkurzona, a wtedy zawsze robię same głupoty.
-Ja stawiam. Chodź, mała! - Mike chwyta mnie za dłoń i wciąga do środka. Jego koleżanka z baru na niego nie poczekała, więc na pewno znalazła sobie innego sponsora na ten wieczór - Co pijesz? - pyta Mike,  podprowadzając nas pod sam bar.
-Czystą, podwójną.... potrójną! - odpowiadam bezmyślnie. Komu ja w tym momencie chcę zrobić na złość? Sobie? Czy Brayanowi? A może Erickowi?
-Dwie potrójne i sok pomarańczowy -  Mike składa dla nas zamówienia, a po chwili braman stawia przed nami kolejkę - No to za spotkanie! - stuka kieliszkiem o mój i wlewamy trunek prosto w nasze gardła.

-O kurwa! - klnę, gdy czuję palnie w przełyku -  Cholera, ale to mocne! - szybko popijam sokiem i wzdrygam się, a Mike się śmieje.
-Nie spodziewałem się tego po tobie, mała. Na studiach prawie w ogóle nie piłaś! - mówi z podziwem.
-Wiele się zmieniło od tamtej pory, Mike - wsuwam się na barowy stołek, który akurat się zwolnił. Może to i lepiej, bo za chwilę pewnie nie będę w stanie stać.
-No u ciebie się  zmieniło naprawdę dużo. Masz syna, wychodzisz za mąż - odpowiada poważnie.
-Kto by się spodziewał, co? - uśmiecham się głupio, a Mike zamawia kolejną kolejkę. Bez namysłu ponawiamy proces. Kieliszek, palenie w gardle i popitka.
-Myślałem, że wychodzisz za tego Evansa, a ty o jakimś Brayanie mówisz - stwierdza, nachylając się do mnie bliżej.
-Erick jest tylko ojcem mojego dziecka, Brayan to mój facet... - chyba zaczynam bełkotać. Kręci mi się też w głowie - To dość pojebane... - Mike patrzy na mnie dziwnie. Po co ja mu o tym mówię?! Ale ze mnie idiotka. Pijana idiotka. Boże!
-No faktycznie. Pojebane, to odpowiednie słowo - uśmiecha się lekko i zamawia kolejną kolejkę.
-Obaj mnie zabiją jak nie wrócę do domu - kręcę głową, próbując trzeźwo myśleć.
-Daj spokój, a co ty masz piętnaście lat?
-No nie, ale powinnam być bardziej odpowiedzialna i rozsądna jako matka i przyszła żona -  znowu zaczynam bełkotać.
-Masz w ogóle gdzie spać? - pyta.
-Cały rząd ławek na Piątej Alei albo Brodweyu już na mnie czeka - odpowiadam rozbawiona i zamaszystym gestem imituję widok Piątej Alei. Przy okazji wylewam komuś piwo, ale ten ktoś nie robi z tego afery, a mi jest mi chyba wszystko jedno.
-Możesz spać u mnie, mam mieszkanie kila przecznic stąd - Mike mówi chyba całkiem poważnie.
-Już pędzę do twojego łóżka, Mike! -  uśmiecham się ironicznie.
-Nie wykorzystam cię w takim stanie. Nie chcę mieć do czynienia z Evansem i tym twoim Brayanem! - odpowiada.
-A w innym stanie byś mnie wykorzystał? - próbuję siedzieć prosto, ale wiem, że bredzę. Chcę do domu! Rany! Czuję jak telefon wibruje mi w toreb, ale cały czas go ignoruję.
-To dość oczywiste, Meg. Zawsze mi się podobałaś i  nadal podobasz - patrzy na mnie -  Telefon ci dzwoni -  dodaje.
-Niech dzwoni! To pewnie mój niewdzięczny narzeczony, który ma słabość do puszczalskich panienek i lubi trójkąciki oraz różne inne wielokąty! - alkohol totalnie uderzył mi do głowy. Wychodzi ze mnie teraz cała złość i żal, moje obawy przed tym jak to wszytko może wyglądać. Za taki tekst powinnam oberwać w twarz. Od Brayana. Od Ericka pewnie też. Dobrze, że Brayan tego nie słyszał, a Mike jest ewidentnie zaskoczony moimi słowami.
-To co, napijemy się jeszcze? - proponuje. Chyba tylko to przychodzi mu do głowy po tym co ode mnie właśnie usłyszał.
-A co mi tam! - zgadzam się i po chwili wlewam w siebie kolejną kolejkę, i kolejną. Wibrująca torebka tak mnie jednak denerwuje, że wyjmuję z niej telefon i w końcu odbieram, bełkocząc.
-Haaalo! - krzyczę, próbując przekrzyczeć ludzi obok mnie, albo samą siebie. Sama nie wiem?
-Czemu nie odbierasz telefonu?!- warczy na mnie Brayan? Erick? Nie wiem z którym z nich rozmawiam.
-No odebrałam przecież, ale nie chce mi się z  tobą gadać.
-Rozmawiasz z Erickiem - unoszę brew i próbuję wyostrzyć wzrok. Chociaż wyjaśniło się z kim mam do czynienia. 
-To tym bardziej nie chcę mi się gadać! - odpowiadam i zaczynam się nerwowo śmiać.
-Kurwa mać Meg! Jesteś kompletnie pijana - gdybym była trzeźwa, ton jego głosu w tym momencie przyprawiłby mnie o dreszcze na całym ciele.
-Co za słownictwo, panie Evans! - bełkoczę dalej.
-Nadal jesteś w Glee?! - pyta, mimo tego iż jestem kompletnie narąbana wiem, że on jest wściekły i przerażony tym, że nie ma mnie w domu. Nie ma nade mną kontroli. Nie ma prawa jej mieć, bo nie jesteśmy już razem.
-Nie twój interes. Wracaj do Any i zrób jej dobrze, bo za cicho krzyczała! - Mike patrzy na mnie zaskoczony. Nigdy nie wiedział mnie w takim stanie.
-Kurwa o czym ty mówisz? - znowu wrzeszczy -  Wracaj do domu! Natychmiast!
-Nie mam jak. Nie mam przy sobie gotówki - wzruszam ramionami i zaczynam chichotać.
-Jak to nie masz jak? Brayan mówił, że pożyczysz od kogoś - ton Ericka jest coraz bardziej wkurzony i spanikowany.
-Nie mam od kogo - oznajmiam wprost -  A jeśli chcesz wiedzieć, to stoję właśnie  przy barze z Michelem Valterem... -  dodaję, aMike zaczyna się śmiać. Erick za to momentalnie zamiera. Przez chwilę nic nie mówi, aż w końcu odpowiada.
-Jadę po ciebie! - rozłącza się błyskawicznie, a ja spoglądam na Mika, a potem na telefon.
-Co za palant! - mówię sama do siebie.
-Naprawdę masz popieprzone życie skoro reprymendę dostajesz od swojego byłego faceta! - Mike stwierdza fakt. 
-Wypijmy za to i zmywajmy się stąd. Jestem w końcu mistrzem ucieczki i pobawię się z nimi w kotka i myszkę! - uśmiecham się szyderczo.
-No Meg. Takiej cię nie znałem! - mówi zadowolony i zamawia kolejną kolejkę. Wypijamy ją na szybko, a gdy schodzę ze stołka nogi się pode mną uginają.
-O matko! - prawie upadam, ale Mike mnie łapie.
-Dasz radę w ogóle iść? - patrzy na mnie błagalnie, bo chyba nie zamierza mnie nieść.
-Chyba nie... kręcę głową. Nogi mi się plączą, świat wiruje.
-O Boże! -  Mike wywraca oczami, ale jest rozbawiony i wyprowadza mnie z pubu. Jest tak parno, że nie ma czym oddychać.
-Nie dam rady nawet stać -  stwierdzam, gdy sadza mnie na ławce.
-No właśnie widzę, będziesz miała przerąbane, Meg. Może lepiej poczekajmy aż oni przyjadą i wrócisz normalnie do domu? - Mike kuca przede mną i poprawia mi sukienkę, która prawie zsunęła mi się z piersi.
-Nie takie rzeczy wyprawiałam, Mike. Jedziemy do ciebie! - proponuję. Chcę im zrobić na złość. I jeden i drugi zasłużyli na to żeby się trochę pomartwić. Mam gdzieś konsekwencje i to jacy będą na mnie źli. Brayan musi zrozumieć parę spraw, a Erick jeszcze więcej.
-No dobra jak chcesz - nie muszę go długo namawiać. Mike wstaje, biorąc mnie na ręce. Co z tego, że widać mi majtki? Co z tego, że prawie świecę biustem? Co z tego, że w tym momencie wyglądam jak wywłoka? Jestem pijana i wolno mi. W tym momencie mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i zacząć od nowa. Bez emocjonalnego bagażu jaki mam. Bez wspomnień. Bez cierpienia jakie mnie dotknęło. Mam dość. Naprawdę mam dość. Upiłam się, a teraz chcę zasnąć i choć przez chwilę nie myśleć o tym co będzie jutro.  


5 komentarzy:

  1. Oj, dzieje się... Meg na pewno dostanie od chłopaków. Jak zawsze fenomenalny rozdział, który wzbudza emocje. Jedno tylko nasuwa się pytanie.... Kiedy kolejny rozdział? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurde co ona znowu wyprawia, alkohol i nerwy nigdy nie są dobrym doradcą :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakoś nie widze tych regularnie dodawanych rozdzialow;) jesli nie dotrzymujesz obietnic to lepiej nic nie pisz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio dwa dni bez rozdziału to problem? Chciałabym mieć takie "wielkie" problemy ja Ty ;) dodatkowo wystarczy trochę pomyśleć ( wiem nie wprawnym szkodzi) i uzmysłowić sobie iż mamy grudzień czas przed świętami przez co mniej wolnego czasu to raz, a dwa ludzie pracują Autorka bloga również :)

      Usuń
  4. Nie zgadzam się z powyższą wypowiedzią... widziałam owy post na fejsie o "regularnych rozdziałach" i od tamtej pory autorka rzeczywiście je dodaje,w związku z tym komentarz powyższej osoby jest nie na miejscu!
    Dodawanie i korekta opowiadania zajmuje trochę czasu, więc należy uszanować czyjąś pracę a nie czepiać się Bóg wie czego.. -.-
    /K

    OdpowiedzUsuń