Premiera już w lipcu!

czwartek, 24 marca 2016

Rozdział 126

Cała w emocjach jadę do rodziców. O dziwno nie chcę być teraz sama, bo potrzebuję po prostu z kimś porozmawiać... O czymkolwiek. Całą drogę rozmyślam o tym co się wydarzyło. Nie potrafię pojąć zachowania Ericka, a tym bardziej Brayana. Ufałam im, a okazuje się, że oni zupełnie mi nie ufają. Nigdy. To boli, ale z drugiej strony mają do tego podstawy. Zdradziłam Ericka. Okłamywałam go. Próbowałam zbudować związek z Brayanem na nieszczęściu jakie zafundowałam mnie i Erickowi. To jest słabe... Kurwa. To bardzo słabe i czuję się z tym okropnie. To co czuję w sercu, to po prostu ogromna pustka, bo dochodzi do mnie, że tak naprawdę straciłam ich obu.

Wysiadam pod domem i wzdycham widząc miejsce w którym się wychowałam. Mam stąd tyle wspomnień, a jedyne co teraz pamiętam to moment, jak Erick przyjechał do mnie, gdy przyleciałam tu po raz pierwszy po mojej ucieczce. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy, gdy wpadł do pokoju. Jest mi tak cholernie źle z tym wszystkim, bo to co działo się później, to konsekwencje mojego zachowania. Gdybym nie kłamała, nie uciekała... Och, nie! Łzy cisną mi się do oczu  i już chcę zawróci do taksówki, ale z okna w kuchni dostrzega mnie mama. Po chwili wychodzą z tatą przed dom i pośpiesznie do mnie podchodzą. Widzą, że jestem na granicy płaczu i zanim cokolwiek powiedzą, wprowadzają mnie do domu i mocno przytulają.
-Co się stało, córeczko? - pyta tata. Nienawidzę gdy martwią się o mnie z mamą. Jestem dorosła i powinnam sama radzić sobie ze swoim życiem, ale chyba nie potrafię. Jestem albo za głupia, albo po prostu los mnie nie lubi, bo co chwila kładzie mi kłody pod nogi. Czym sobie na to zasłużyłam?
-Musiałam być kimś okropnym w poprzednim życiu - odpowiadam i spoglądam na rodziców. Tama puszcza. Muszę się po prostu wypłakać i tak właśnie robię. Mam dość ukrywania prawdy przed kimkolwiek. Opowiadam im o tym co działo się ostatnio. O sytuacji z Brayanem, o ciąży i jak doszło do tego, że poroniłam. Dla rodziców to kolejny cios prosto w serce. Odnoszę wrażenie, że moje życiowe porażki i dramaty doświadczają ich bardziej niż mnie. To normalne, bo przecież jestem ich dzieckiem. Jeśli mojemu Adamowi by się coś stało, to chyba bym zwariowała. Teraz gdy wiem, że jest bezpieczny mogę postarać się ułożyć moje życie, by jego w końcu było normalne.

Zostaję u rodziców do wieczora. Nie chcę jednak spać tutaj, bo mój pokój przywoła we mnie znowu te dziwne wspomnienia. Rozmowa z nimi wiele mi dała. Poczułam się nieco lżej mówiąc im o wszystkim. W dodatku poparli mój pomysł bym znalazła sobie normalną pracę. To pierwszy punkt na mojej liście zmian.

1. Znaleźć pracę  w której spełnię się zawodowo.
2. Urządzić do końca dom, by Adam mógł ze mną zamieszkać.
3. Polecieć do Londynu w odwiedziny do Toma, Alex i Hooków.
4. Postarać się być szczęśliwą.


Z tą myślą wracam do siebie. Niestety puste pomieszczenia wcale nie służą mi dobrze. Kładę się na materacu i kręcę z nadzieją, że zasnę. Włączam telewizor i gapię się w niego bezcelowo. Wiem, że musi minąć trochę czasu zanim przyzwyczaję się do tego wszystkiego. Tęsknię za Adamem, za Erickiem i Brayanem, ale czas leczy rany, prawda?

Kilka dni później moja siostra ma dość mojej depresji i wyciąga mnie na lunch do restauracji w której już kiedyś byłyśmy z mamą. Pracuje tu Mark i jestem nieco zdenerwowana, bo nie wiem co on pamięta z tamtego wieczoru z Glee. Dał ciała z tym, że się upił, ale potem ja odwaliłam gorszy numer idąc z Mikem do jego mieszkania. Mam malutką nadzieję, że może nie ma go dziś w pracy, bo jakoś nie mam ochoty na jakieś rozmowy. Niestety to właśnie on wita nas w progu, ale na szczęście uśmiecha się na mój widok.
-Cześć Meg! Stolik dla dwóch osób? - pyta i spogląda na Kim, która wygląda obłędnie w czarnym kombinezonie podkreślającym jej świetną figurę. Ja w czymś takim wyglądałabym jak w worku.
-Cześć Mark! Tak, poprosimy stolik dla dwóch osób - odpowiadam. Kim zostawiła Evę Robertowi, a Adam nadal przebywa pod opieką Ericka. Nie widziałam się z nim od tamtego dnia, ale już tak bardzo tęsknię za synkiem, że chyba będę musiała podjąć ten pierwszy krok i sama zadzwonić.
-Zapraszam moje piękne panie! - Mark jak zawsze czaruje i prowadzi nas przez salę na tarasik, ten sam na którym jadłyśmy za tamtym razem. Zajmujemy miejsca i zaczynamy przeglądać menu. To włoska knajpa, a ja mam ochotę na tradycyjną pizzę. Kim także, więc wybór jest prosty. Mam dziś dość podły nastrój, ale moja siostra bardzo stara się mi go poprawić. Jestem jej wdzięczna, że wyciągnęła mnie z domu.
-Jakiś deser? - pyta Mark, przynosząc nam danie główne. Spoglądam na Kim, ale ona jak zwykle jest na diecie. Ja za to mam ochotę na tiramisu i nie będę sobie odmawiać.
-Tak, ja poproszę tiramisu i jeszcze jeden sok - odpowiadam i spoglądam na Marka, który ogląda się, bo zza baru w sali głównej dochodzą odgłosy niezłej kłótni.
-Wybaczcie, ale właśnie zwolnił nam się kolejny szef kuchni i mamy tu niezły Sajgon... - dodaje lekko zażenowany sytuacją. Ja totalnie nie kojarzę faktów, ale za to moje bystra siostra od razu podłapuje temat.
-Och, tak? To fajnie się składa, bo Meg właśnie poszukuje pracy - wtrąca, a ja piorunuje ją wzrokiem. Co ona wyprawia?
-Serio? - Mark patrzy na mnie - Nawet wspominałem o tobie szefowi, ale nie byłem pewny czy mogę cię tak polecić bez twojej wiedzy. No i nie wiem jak twoje sprawy... osobiste - dodaje niepewnie.
-Meg właściwie nie ma już żadnych spraw osobistych, a pracy potrzebuje na gwałt! - Kim dalej mnie pogrąża. Zamorduję ją jak tylko stąd wyjdziemy! Teraz jednak trzymam fason i staram się nie denerwować.
-Dawno nie... - chcę się wymigać, ale oni już zadecydowali za mnie.
-Super by było razem pracować, a przyda nam się kobieta w kuchni! - mówi Mark.
-Ale ja...
-Meg, daj spokój! - przerywa mi Kim - Musisz spiąć tyłek i w końcu zacząć coś robić. Ile można siedzieć w domu i rozpaczać za facetami? - za te słowa kopię ją pod stołem w kostkę. Kim i ta jej niewyparzona buzia! Mark spogląda na mnie i uśmiecha się lekko. Ciekawe co sobie właśnie pomyślał? Nawet nie chcę wiedzieć.
-Dam twój numer Binetiemu i powiem, że jesteś dyspozycyjna od zaraz - odpowiada Mark, a ja z grzeczności jedynie kiwam głową. Jest mi tak cholernie głupio przez to co powiedziała Kim, że straciłam apetyt na cokolwiek.
-Świetnie! - odzywa się moja menadżerka - siostra - Niech zadzwoni do niej najlepiej dziś, bo Meg zaraz się rozmyśli - Kim puszcza oczko do Marka, a ja znowu ją trącam pod stołem. Niech ona się upanuje, bo naprawdę zaraz jej coś zrobię.
-Przekażę! - Mark uśmiecha się i mruga do mnie z wyrazem sympatii. Ja jednak jestem już taka zażenowana i zła na Kim, że wolę się nie odzywać. Przepraszam ich na chwilę i czmycham do toalety, by się nieco uspokoić. Gdy wracam nieco mi lepiej, a Kim już zajada się pizzą. Patrzę na nią karcąco, a ona jak zwykle udaje niewiniątko.
-No co? - pyta z głupim uśmiechem.
-Pójdę kiedyś siedzieć za morderstwo w afekcie - odpowiadam i znowu ją trącam.
-Oj, bo ty taka dupa jesteś, Meg. Szukasz pracy, więc załatwiłam ci rozmowę. To źle?
-Nie wiem czy nadaje się do pracy w takiej dużej i ekskluzywnej restauracji... - wzdycham.
-Bo nie wierzysz w siebie, Meg. Twoje poczucie własnej wartości zabrali faceci, który nie są godni twojej uwagi - jej słowa zaskakują mnie. Do tej pory bardzo lubiła Ericka, Brayana również.
-To nie o to chodzi, Kim.
-Właśnie o to. Zawsze miałaś niską samoocenę, a przez nich w ogóle przestałaś wierzyć w szczęście. Teraz już nie cofniesz czasu, ale możesz zrobić wiele, by twoja przyszłość była lepsza. Bez nich - Kim chwyta moją dłoń - To ty jesteś w tym wszystkim ofiarą, Meg i nie daj sobie wmówić, że jest inaczej - dodaje. Jestem naprawdę zaszokowana, ale pozytywnie. To dla mnie znaczy naprawdę wiele.
-Okej...
-I masz iść na tę rozmowę i chociaż zobaczyć co i jak! - dodaje i całuje mnie w policzek.
-O ile ten facet w ogóle do mnie zadzwoni! - śmieję się cicho.
-Na pewno zadzwoni, a teraz jedź, bo pizza nam stygnie!

Właśnie płacimy rachunek, gdy Mark podsuwa mi karteczkę z numerem telefonu. Spoglądam na niego pytająco.
-To numer do Binentiego. Rozmawiałem z nim chwilę temu przez telefon i powiedział żebyś ty do niego zadzwoniła, bo on może zapomnieć - wyjaśnia.
-No, to dzwoń, Meg! - Kim od razu podaje mi swoją komórkę.
-Kim, cholera, daj mi już spokój. Zadzwonię do niego sama! - warczę na nią.
-Tak, zadzwoń jak będziesz gotowa - Mark mnie uspokaja i daje do zrozumienia, że chciałby zamienić ze mną parę słów na osobności. Daję mu znać, że za chwilę podejdę do niego, gdy będziemy wychodzić. Reguluję rachunek, a gdy Kim idzie do toalety, ja podchodzę, by pogadać z Markiem.
-Co tam? - pytam, chowając karteczkę z numerek do torebki. Mark przygląda mi się chwilę i bierze mnie na bok.
-Poleciłem cię, bo wiem, że naprawdę świetnie gotujesz, ale nasz szef jest dość... specyficzny. Ma dystans do ludzi, często się wkurwia i w ogóle, ale daj mu szansę. Dobrze płaci, a przy nim mogłabyś rozwinąć skrzydła, Meg - uśmiecham się lekko.
-Zadzwonię do niego i zobaczymy co mi powie.
-To kawał skurwiela, ale myślę, że dałabyś sobie z nim radę - dodaje, a te słowa nieco studzą mój zapał. Po co mnie polecał komuś kto nie ma szacunku do ludzi? Mark widzi moją minę i dodaje - Po prostu do niego zadzwoń - obejmuje mnie na pożegnanie.
-Okej... Do zobaczenia, Mark - odpowiadam i kieruję się do wyjścia. Moja siostra już na mnie czeka i proponuje mi spacer, ale ja wiem co się za tym kryje. Zakupy. Nie mam jednak innych planów, a stąd jest niedaleko do Evans Tower. Może to najwyższa pora, by zadzwonić do Ericka? Chciałabym wziąć na spacer Adama, bo cholernie za nim tęsknię. Nie zastanawiam się długo, by nie zacząć za wiele analizować i dzwonię do niego. Czekam chwilę, aż odbierze, ale jego głos jest raczej wesoły.
-Witaj Meg!
-Cześć Ericku... - spoglądam niepewnie na Kim, a ona pokazuje bym mówiła dalej - Chciałabym zobaczyć się z Adamem, a jestem w pobliżu i...
-Adam jest ze mną w Aspen - przerywa mi nagle, a ja krzywię się.
-Ale jak to? - pytam, bo nic nie rozumiem. Pojechał na wakacje z naszym synem i o niczym mnie nie poinformował? Tak chyba nie powinno być.
-Zrobiłem sobie krótki urlop, a małemu dobrze służy tutejsze powietrze - odpowiada.
-Chyba powinieneś mnie zapytać czy zgadzam się na taki wyjazd - stwierdzam, ale nie złośliwie. Nie chcę się kłócić. Naprawdę nie chcę.
-Nie odzywałaś się, myślałem...
-Dobrze... - przerywam mu i staram się zapanować nad emocjami. Kim patrzy na mnie wyczekująco, ale ja już wiem co ona powie, gdy zaraz jej wytłumaczę o co chodzi - Kiedy wracacie? - pytam.
-Jutro, bo Ana... - Erick nagle gryzie się w język. Ona jest tam z nimi? No świetnie! Czuję znowu to okropne uczucie w żołądku, bo uświadamiam sobie, że on już podjął decyzję. Jestem rozczarowana? Chyba tak, a do tego właśnie czuje jak po raz kolejny pęka mi serce.
-Muszę kończyć...
-Meg...
-Odezwij się jak wrócicie - mówię pośpiesznie, bo głos mi się łamie. Kim krzyżuje dłonie na piersi i wpatruje się we mnie.
-Ale z niego dupek! - kwituje, bo domyśla się co jest na rzeczy.
-Ma prawo układać sobie życie jak chce... - odpowiadam, ale... kurwa, po co ja go tłumaczę?
-Jasne, ale niech nie robi z ciebie tej złej, Meg! Och, Boże! Tak go lubiłam i szanowałam, a okazuje się, że to po prostu szuja i skurwiel jakich mało! - stwierdza prost, a ja milczę. Nie mam ochoty rozmawiać o nim, bo boję się, że pomyślę dokładnie to samo co ona. Kocham Ericka, ale on już mnie nie kocha. To proste jak dwa plus dwa i muszę się z tym pogodzić. Jak? Nie wiem, ale po prostu nie mam innego wyjścia.



wtorek, 15 marca 2016

Rozdział 125

   Tej nocy dzieje się dla mnie bardzo przełomowa rzecz. Gdy Brayan leży na mnie już zupełnie nagi, ja naglę mówię "nie". Wysilam całą swoją silną wolę i rozsądek, by nie popełniać znowu tego samego błędu. Pierwszy raz czuję, że mam nad tym kontrolę. Nad sobą, nad swoim pożądaniem i co najważniejsze, własnym życiem. Nie tłumaczę się i po prostu proszę, by wyszedł. Brayan jest naprawdę zdziwiony, ale nie protestuje. Widzę żal i niepewność w jego oczach, ale to nie jest złość. Chyba w końcu zrozumiał, że to naprawdę koniec. Mimo tego, że czeka nas poważna rozmowa, to nie jest odpowiedni czas... na cokolwiek.

   Rano budzę się dziwnie spokojna. Jest mi lżej na duszy, a tak naprawdę jestem z siebie bardzo dumna. Uśmiecham się i otwieram oczy. Przyjemnie ciepłe promienie słoneczne ogrzewają mi twarz i pierwszy raz od dawna mam ochotę coś ugotować. Nie mam jednak w kuchni nic prócz zaworu z wodą, ale to nie szkodzi. Zawsze przecież mogę pojechać do rodziców i zrobić im niespodziankę. Tak! Chcę ich dziś zobaczyć. Jest siódma, więc rodzice na pewno jeszcze są w domu. Droga stąd do nich zajmie mi ponad godzinę, ale wzywam taksówkę. Z tatą miałam zobaczyć się koło południa, ale to, że przyjadę do nich na pewno ucieszy go bardziej. Biorę prysznic w swoim brodziku bez kabiny i wpadam na pomysł jak urządzę łazienkę. Boże! Naprawdę mam dziś chęci do życia. To uczucie wypełnia całe moje ciało, a wewnętrzne ja podpowiada: będzie dobrze, Meg. 



   Proszę kierowcę, by mimo porannego szczytu pojechał przez Manhattan. Uwielbiam poranki, a końcówka sierpnia jest w Nowym Jorku naprawdę ciepła. Cieszę się jak małe dziecko widząc ulice, które doskonale znam. Niedaleko stąd przecież wynajmowałam mieszkanie, a kilka przecznic dalej mieści się Evans Tower. Nagle myślę, że może powinnam odwiedzić Ericka i w końcu z nim porozmawiać. Na tą rozmowę jestem gotowa, a ten dzień jest tak piękny, że nic nie może mi go popsuć. Proszę, by taksówkarz zatrzymał się pod Evans Tower. Wysiadam, płacę i zadzieram głowę. Doskonale pamiętam jak byłam tu po raz pierwszy. To takie miłe wspomnienia.

    Dziewczyna w recepcji poznaje mnie. Wstaje i uśmiecha się, a ja podchodzę do niej i proszę, by nie uprzedzała Ericka o tym, że do niego jadę. Wiem, że jest tutaj, a nie w New Jersey, bo gdy leżałam w szpitalu cały czas był właśnie tu. Ona nie zaprzecza, więc się nie myliłam. Wsiadam do prywatnej windy, która wiezie mnie prosto na górę. Już w holu słyszę głos Ericka i znowu się uśmiecham. Ciekawe czy ucieszy się na mój widok? Wchodzę do salonu i zastaję go razem z Brayanem. Zatrzymuję się w pół kroku, bo akurat jego towarzystwo nie liczyłam. Oni mnie nie zauważają, a ja jestem świadkiem rozmowy, której chyba nie chciałabym słyszeć.
   -Pojechałeś do niej i co? - pyta Erick. Obaj siedzą w kuchni przy wyspie, ale tyłem do mnie. Nie widzę jednak Any, ale nie będę się teraz nad tym zastanawiać.
   -Pojechałem i liczyłem, że będzie chciała rozmawiać. Nie chciała, ale za to na co innego miała ochotę. Zdecydowanie - krzywię się, bo chyba się przesłyszałam.
   -Spaliście ze sobą? - głos Ericka jest poważny.
   -Nie, ale niewiele brakowało. Tak jak mówiłeś, ona nadal ma problem ze sobą. Nie potrafi panować nad emocjami i łatwo ulega. Poprosiła bym wyszedł, więc wyszedłem. Jestem z niej bardzo dumny - odpowiada, a ja staję jak wryta. To chyba jakiś żart.
   -Cieszę się, że odmówiła i dziękuję za przysługę, Brayan - Erick poklepuje Brayana po ramieniu, a ja nadal patrzę na nich i nie wierzę w to co słyszę. Sprawdzali mnie? Jakim kurwa prawem? Co to ma być?! Mam ochotę krzyknąć, ale chyba szkoda moich nerwów na tych dwóch zakłamanych dupków. Bawią się mną jak jakaś pieprzoną zabawką, wymieniają się, robią sobie męskie przysługi, by mnie sprowokować. Kurwa!
   -Obaj ją kochamy, ale sam wiesz jak jest. Ta znajomość nie wpływa na mnie dobrze i tak będzie lepiej, ale ty opiekuj się nią najlepiej jak potrafisz. Jestem pewien, że Meg da ci kolejną szansę - odpowiada Brayan, a ja nie wytrzymuję. Wchodzę dalej i zanim mnie zauważają zaczynam na nich wrzeszczeć.
   -Po moim trupie! - odwracają się jak na zawołanie. Mój widok ich szokuje, ale nie daję im dość do słowa - Sprawdzasz mnie, tak?! Ty pieprzony dupku! Jak możesz?! Jakim prawem próbujesz kontrolować moje życie?!
   -Meg... - duka Erick.
   -Nie Meguj mi tu teraz! - grożę mu palcem -Myślałeś, że się nie dowiem, co?! Ile razy już tak mnie sprawdzałeś?! A może wtedy w Vegas to ty poprosiłeś Filipa o to, by mnie sprawdził?! - jestem rozjuszona. To dla mnie nie do pojęcia. Jak on może?!
   -Boże, nawet tak nie mów... - wstaje od wyspy i rusza w moją stronę.
   -Nie waż się mnie dotykać! - ostrzegam go - Przyjechałam tu dziś, by z tobą porozmawiać na spokojnie. Ustalić pewne rzeczy i wyznać ci, że nadal cię kocham, ale rozumiem, że ty możesz już nie czuć tego samego. Chciałam być z tobą szczera, a ty mi odpierdalasz taki numer?!
   -Meg, uspokój się - wtrąca Brayan, ale uciszam go gestem dłoni.
   -Zabieram Adama i masz dać mi święty spokój, rozumiesz?! - ruszam do sypialni na antresoli, bo tam zapewne śpi mój synek. Ostatnio mały przebywał głównie z Erickiem, bo ja nie byłam w stanie się nim zająć. Źle mi z tym, bo wiem, że okropna ze mnie matka, ale koniec z użalaniem się nad sobą. Od dziś liczy się tylko on, a nie moje pieprzone życiowe dramaty.
   -Nie pozwolę ci go zabrać - Erick rusza za mną. Ignoruję jednak jego wkurzony to, bo jeśli tylko spróbuje mnie zatrzymać, to nie ręczę za siebie. Wpadam na antresole, a potem do jego sypialni, a tu właśnie Ana bawi się z moim synkiem. Tego dla mnie za wiele.
   -Zostaw moje dziecko! - wrzeszczę na nią, a Adam widząc mnie zaczyna się cieszyć jak szalony. Wyciąga do mnie rączki, a oniemiała Ana po prostu nie wie co powiedzieć. Biorę go na ręce, ale zaraz za mną jednak wpada Erick.
   -Nie pozwalam ci zabrać stąd Adama! - powtarza, ale mam to gdzieś. Tulę mojego synka i chcę wyjść, ale Erick zagradza mi drogę.
   -A ja nie pozwolę byś wychowywał go z obcą dla niego kobietą! - cała się trzęsę, gdy to mówię. Patrzę Erickowi w oczy i nagle chce mi się płakać. Do czego to wszystko doprowadziło? Teraz zaczniemy wojnę o dziecko? Przecież ja nie mam z nim żadnych szans.
   -Zostaw nas samych, Ano - Erick zwraca się do swojej ukochanej, a po chwili jesteśmy już sami - Daj mi go... - zwraca się do mnie już spokojnie. Wzdycham, bo nie mam zamiaru kłócić się przy dziecku i oddają Adama na ręce Ericka.
   -Jak mogłeś? - pytam cicho. Chyba nic nie zraniło mnie tak bardzo, jak to, co dowiedziałam się chwilę wcześniej. Erick układa sobie życie z Aną, a mnie sprawdza na wszelki wypadek. Jestem dla niego opcją awaryjną, bo wie, że zawsze mu ulegnę. Takie właśnie ma o mnie zdanie. Puszczalska Meg... Zapewne tak o mnie myśli.
   -Przepraszam... - szepcze Erick. Doskonale wiemy, że mam rację. Wszystko co teraz myślę, to prawda. Erick nie ma wytłumaczenia na swoje zachowanie. Chciał mieć ciastko i zjeść ciastko. Słabość do mnie nie pozwala mu na stuprocentowe zaangażowanie się w związek z Aną, więc myślał, że zrobił sobie awaryjną opcję... w razie czego. Urabiałby mnie powoli, czekając na odpowiedni moment. Tylko co potem? Co jeśli naprawdę pokochałby Anę? Mam ochotę roześmiać mu się w twarz, bo chociaż raz, to wielki Erick Evans się pogubił, a nie ja.
   -Każdy z nas popełnia błędy - mówię, a Erick wzdycha i podchodzi do mnie.
   -Nie chciałem cię zranić, Meg.
   -Wiem...
   -Daj mi czas - dodaje nagle - Muszę przemyśleć wiele spraw, by nie popełnić kolejnych błędów i nikogo więcej nie zranić - wielka gula staje mi w gardle. Czyli jednak wybór między mną, a Aną nie jest taki prosty i oczywisty. No cóż... On tyle czekał na mnie, to teraz ja poczekam na niego.
   -Oby nie było za późno - odpowiadam i wychodzę. Na dole Brayan rozmawia z Aną, a ja kiwam w jego stronę. On patrzy, ale nie podchodzi. Przyjdzie czas, że porozmawiam z nim o wielu niewyjaśnionych sprawach, ale w tym momencie oboje nie jesteśmy na to gotowi. Mam wrażenie, że on też padł ofiarą intryg Ericka. Chciał mu dorównać, by czuć się lepiej. Gdyby tylko wiedział, że straciłam niedawno nasze dziecko, to wszystko zapewne inaczej by się potoczyło. Brayan jest niespokojnym duchem i czasami po prostu lepszym wyjściem jest nie mówić mu wszystkiego, by jego dusza nie cierpiała po raz kolejny. On na to nie zasługuje - Uważaj na siebie - dodaję jedynie i posyłam mu czuły uśmiech. Wiem, że sobie poradzi. Tak naprawdę to nasza znajomość zatruwała mu życie. Niech każdy z nas pójdzie w swoją stronę, a może kiedyś znowu spotkamy się w jednym miejscu. Wolni od wszystkich problemów, dramatów i trosk. Bardziej odważni, lepsi i co najważniejsze... bez krzty żalu do siebie nawzajem.

czwartek, 10 marca 2016

Rozdział 124

Ile cierpienia może znieść jeden człowiek? Do tej pory wydawało mi się, że przekroczyłam już swój limit nieszczęść, ale najwidoczniej ktoś tam na górze uważa zupełnie inaczej. Ma dla mnie inny plan, który zupełnie mi się nie podoba, ale cóż mogę zrobić? Walczyć z przeznaczeniem? To chyba niemożliwe. Odnoszę wrażenie, że to wszystko wycelowane jest we mnie, a że bólu fizycznego nie jestem w stanie już nieść, to wszystkie nieszczęścia dosięgać będą najbliższe mi osoby. Tym razem ofiarą mojej pokuty jest moje nienarodzone dziecko, które straciłam.

Po wypadku jestem bardzo poobijana, ale nie mam żadnych większych urazów. Dużo stłuczeń, ale żadnego złamania. Może jedynie serce mam złamane, po raz kolejny, bo mimo wszystko cieszyłam się, że znowu zostanę mamą. Maleństwo jednak nie miało szans, bo uderzenie było tak silne, że znalazłam się na siedzeniu pasażera. Lekarze uznali, że miałam dużo szczęścia, ale gdzie niby to moje szczęście? Szczęściem jest to, że niczego nie złamałam? Szczęściem jest to, że nie mam urazów wewnętrznych? W dupie mam takie szczęście. Wolałabym być połamana, ale nie stracić dziecka. Znowu czuję ten dziwny wewnętrzny ból emocjonalny, bo naprawdę uważam, że to niesprawiedliwe.

-Możemy jechać, Meg - do mojej sali wchodzi Erick. O wypadku dowiedział się od swoich ludzi, którzy jechali za mną tamtego dnia. Nie wiem co myśli o tym wszystkim? Nie rozmawiam z nim o niczym istotnym, bo po co? Okazało się, że Brayan wtedy po prostu się upił, ale nie zamierzał niczego sobie zrobić. Wie o wypadku i jest w Nowym Jorku. Nie jestem gotowa na to spotkanie, ale ma być tu tylko kilka dni i chcąc nie chcąc będę musiała się z nim spotkać.
-Okej - odpowiadam krótko i wstaję z krzesełka. Przechodzę obojętnie obok Ericka, który przygląda mi się uważnie. Myśli, że obwiniam go o mój wypadek? Nie wiem i chyba mnie to nie interesuje. Nikogo już o nic nie obwiniam, bo po co? Mam mieć żal, że nie jestem już dla niego najważniejsza? Że tamtego dnia ostatecznie zadecydował, że ja nie będę już uczestniczyć w jego życiu? To jego wybór, a ja po prostu muszę to zaakceptować.
-Zjesz ze mną obiad? - dogania mnie, a w ręku trzyma niedużą torbę z moimi rzeczami.
-Ericku, ale po co? - zatrzymuję się i spoglądam na niego - Odwieź mnie do domu, bo mam dużo spraw do załatwienia.
-Jakich spraw? Powinnaś jeszcze odpoczywać, bo...
-Daj spokój - przerywam mu - Czuję się dobrze, a lekarz powiedział, że mogę normalnie funkcjonować - dodaję. Nie mówię mu wprost, że przecież nie jestem już w ciąży, ale on doskonale o tym wie. Nie ja mu o tym powiedziałam, ale przecież Erick Evans wie wszystko.
-Naprawdę chcesz sama mieszać? Może lepiej byłoby gdybyś na razie została u swoich rodziców?
-A nie u ciebie? - rzucam z ironią i ruszam dalej. Mam dość jego zmiennych nastrojów. Kierowany wyrzutami sumienia znowu ma do mnie słabość, a po jakimś czasie stwierdzi, że jednak powinien ograniczyć nasz kontakt. Bo Ana, bo powinniśmy żyć dalej, bo... coś tam. Złość znowu we mnie wzbiera, ale staram się nad tym zapanować.

W drodze do mojego domu oboje milczymy. Napięcie między nami jest wręcz namacalne, ale nie chcę zawracać sobie głowy rozmowami i wyjaśnieniami. Sprawa jest prosta. On ma kogoś i niech tak zostanie. Długo patrzył na to jak ja układałam sobie życie z Brayanem, więc i on ma prawo do tego samego. Tyle, że ja nie chcę w tym uczestniczyć. Chcę się odciąć od tego wszystkiego i zacząć nowy etap. W szpitalu miałam wystarczającą ilość czasu, by przemyśleć wiele spraw. Odpocznę kilka dni, nabiorę sił i chęci do życia, a potem poszukam pracy.
-Na pewno nie chcesz zjeść ze mną? - podejmuje kolejną próbę, gdy wysiadam z auta. Oglądam się na niego i wymuszam uśmiech. Mimo wszystko życzę mu jak najlepiej, bo Erick to wspaniały facet. Oboje skomplikowaliśmy sobie życie, ale spędziłam z nim najlepsze chwile.
-Innym razem Ericku.

Ruszam do drzwi, a Erick wysiada, by wziąć moją torbę ze szpitala. Szukam klucza w torebce, gdy czuję, że już jest obok. Nie patrzę na niego, bo zapewne zaprosiłabym go wtedy do środka, a potem zaczęlibyśmy rozmawiać. Nie chcę tego. Jeszcze nie teraz.
-Brayan jest w Nowym Jorku do piątku. Jeśli tylko chciałabyś się z nim zobaczyć, to zadzwoń do mnie - dodaje, gdy przekręcam klucz w zamku.
-Okej - bąkam i popycham drzwi. Szybko biorę torbę i chcę wejść do środka, ale Erick łapie mnie za dłoń.
-Meg... - prawie szepcze, ale ja nie potrafię teraz z nim rozmawiać.
-Nie - to jedyne co mówię. Wyszarpuję dłoń z jego dłoni i wchodzę do domu. Zatrzaskuję za sobą drzwi, a potem zerkam na te puste ściany i zaczynam płakać. W salonie leżą meble kuchenne i do pokoju Adama, które zamawiałam pod wymiar. Szybko zaprzątam myśli tym, że muszę zadzwonić do producenta i zamówić kogoś kto mi je zamontuje. Staram się oszukać samą siebie, że nie nasłuchuje czy Erick już odjechał. Przechodzę do kuchni z której okien widać podjazd domu. Erick nadal tam jest, ale właśnie wsiada do auta. Odwracam wzrok, gdy nagle dzwoni moja komórka. Wygrzebuję ją z torebki i wzdycham.
-Ericku, czemu jeszcze nie odjechałeś? - odbieram.
-Bo nie potrafię, Meg. Muszę z tobą porozmawiać, bo...
-Bo chcesz pozbyć się wyrzutów sumienia? A może znowu chcesz zrobić mi mętlik w głowie? - przerywa mu, ale bez złośliwości. Mija chwila zanim odpowiada.
-Tak, masz całkowitą rację. Mam wyrzuty sumienia po tym co się stało, bo potrzebowałaś mnie tamtego dnia, a ja to zignorowałem. Uznałem, że robisz aferę, by zwrócić na siebie moją uwagę. Starałem się być rozsądny i zapomnieć o tobie, by być z Anastasią.
-Oboje oszukujemy siebie samych, Ericku. Doskonale wiemy co nas łączy i zawsze będzie ciągnęło nas do siebie, ale to nie ma szans. Wiesz o tym i ja też o tym wiem. Źle wpływamy na siebie, bo nasza relacja jest bardzo toksyczna. Miłości już dawno w tym nie ma, a pozostał jedynie żal i za dużo spraw, które się skomplikowały...
-Ja zawsze będę cię kochał - mówi nagle, a ja przez jedną sekundę chcę odpowiedzieć mu tym samym.
-Zapomnij o mnie - odpowiadam i rozłączam się. Stoję jednak i patrzę przez okno w kuchni. Erick siedzi w aucie, ale nie odjeżdża. Dzwoni raz jeszcze, ale ja nie odbieram. Muszę uwolnić się od niego, bo chwilami jestem na szczycie, ale stamtąd spada się najboleśniej. Sekundy szczęścia, a potem lata smutku i bólu. Mam z nim dziecko i to łączy nas już na zawsze, ale niech tylko to będzie powodem naszego kontaktu.

Wieczorem dzwoni do mnie tata. Prosiłam go, by przekazał wszystkim, by dali mi kilka dni spokoju. Może to samolubne, ale chwile samotności są mi teraz bardzo potrzebne. Przyjdzie pora, gdy po prostu wyjdę z domu i będę szczęśliwa, ale do tego jeszcze długa droga. Małe kroczki, które zbudują moją przyszłość. Znowu dostaję opieprz, bo na kolację zjadam pizzę. Tata zapowiada, że przyjedzie do mnie jutro i załatwimy sprawy z ekipą od mebli. Wiem, że nawet jeśli się nie zgodzę, to on przyjedzie, więc nie sprawiam mu przykrości i mówię, że chętnie się z nim zobaczę. Nawet mi lepiej ze świadomością, że spędzę z nim jutrzejszy dzień. 

Jest późny wieczór, gdy moją uwagę zwracają światła samochodu pakującego pod domem. Zwlekam się z materaca i idę do kuchni. To taksówka, więc wracam, by dokończyć film. Po chwili jednak słyszę pukanie do drzwi. Unoszę brew i idę otworzyć. Zapalam światło przed domem i sprawdzam kto chce odwiedzić mnie o tej porze.
-Brayan? - pytam na głos i otwieram. Nie spodziewałam się, że przyjedzie do mnie sam i to bez zapowiedzi. W dodatku trzyma w ręku bukiet róż, a w jego oczach dostrzegam tak wiele smutku, że nie potrafię odmówić. Gestem zapraszam go do środka.
-Nie urządziłaś się jeszcze? - to pierwsze co mówi. Jego głos jest cichy, ale spokojny.
-Nie miałam kiedy, Brayan. Napijesz się czegoś? - proponuję.
-Nie, ale może znajdź jakiś wazon na te kwiaty? - wręcza mi je i w końcu się uśmiecha. Och, Brayan! Nie masz pojęcia jak cholernie tęsknię za tobą.
-Nie mam wazonu - wzruszam ramionami i przechodzę dalej. W salonie oprócz stosu nieposkładanych mebli, nadal jest tylko materac i telewizor.
-Gustownie - stwierdza. Chyba chce mnie rozbawić, ale jakoś mi nie do śmiechu. Nie mam pojęcia czy Erick rozmawiał z nim o wypadku? Czy powiedział mu, że straciłam nasze dziecko?
-Jutro załatwię ekipę od mebli - odwracam się, a on stoi dokładnie za mną. Wstrzymuję oddech, gdy nagle mnie obejmuje i bierze w ramiona. Zapieram się dłońmi o jego pierś i czuję jak wali mu serce. Moje za to chyba w ogóle przestało bić.
-Brayan, nie... - szepczę i ledwo zauważalnie kręcę głową. On jednak nie daje za wygraną. Jedną dłonią chwyta mój kark i nachyla się, by mnie pocałować. Czuję jego zapach, który tak lubię. Nie oddycham, a nogi mi drżą. To za szybko i za wiele, ale jego usta już muskają moje. Sekundę później całuje mnie tak mocno i namiętnie, że brak mi tchu. Odrywam stopy od podłogi, a on podtrzymuje mnie za pupę i rusza w stronę materaca - Brayan... - dyszę ciężko, bo chcę dać mu do zrozumienia, by tego nie robił. Znam siebie i wiem jak uległe jest moje ciało. Mam słabość do Brayana i Ericka i to nigdy się nie zmieni. W takich chwilach to tak naprawdę od nich zależy, co wydarzy się za chwilę. Co z tego, że wiem iż nie powinnam tego robić? Co z tego, skoro nawet jeśli odmówię, to moje ciało wysyła całkowicie sprzeczne sygnały. Jak zwykła dziwka rozchylam nogi, a tym samym daję Brayanowi zielone światło. On już leży na mnie, a następnie ściąga mi koszulkę. Tęskniłam za nim, a to zagłusza głos w mojej głowie który krzyczy, że popełniam właśnie kolejną wielką głupotę.


wtorek, 8 marca 2016

Rozdział 123

Kolejne dni praktycznie przelatują mi przez palce. Staram się robić wszystko, by nie myśleć o Brayanie, za którym szczerze tęsknię. Wiem jednak, że muszę o nim zapomnieć. Sytuacja jaka jest między mną, a Erickiem wcale niczego nie ułatwia. Erick zachowuje się wobec mnie bardzo obco, a dziś w końcu przeprowadzam się do domu, który dostałam od rodziców. Nie wiem jak będę czuła się sama w tym miejscu, bo Adam na razie zostaje z Erickiem. Właśnie przekraczam próg i wzdycham widząc gołe ściany. Meble i całe wyposażenie dojadą dopiero za dwa tygodnie, bo wszystko robiłam na zamówienie. Jedyne co mam to materac, który stoi na środku mojego przyszłego salonu i żyrandol, który kupiłam wczoraj w małym sklepie z oświetleniem.
-Cześć Meg, to twoje nowe miejsce na ziemi - mówię sama do siebie i przechodzę dalej. Dom jest ogromny, a cała ta przestrzeń nieco mnie przeraża. Nie mam pomysłu jak urządzić resztę domu, bo wybrałam jedynie meble do kuchni i pokoju Adama. Za wszystko płacę sama, bo moje udziały w kawiarni Hooków przynoszą mi całkiem niezłe dochody. W końcu jestem w stanie utrzymać siebie i swojego syna, ale Erick i tak poczuwa się do obowiązku i zobowiązał się płacić mi alimenty. W sumie tak powinno być, a ja nie będę unosić się honorem, bo musimy się jakoś dogadać. Właśnie otwieram drzwi, które prowadzą do miejsca, gdzie kiedyś będzie mój ogród i słyszę dźwięk swojej komórki. Uśmiecham się, bo to mój tata.
-Cześć tatku! - odbieram wesoło. Jeszcze nie powiedziałam rodzicom o ciąży. Nadal wiemy o niej jedynie Erick i ja. Za tydzień mam wizytę kontrolną i wtedy właśnie mam zamiar powiedzieć rodzicom i co najważniejsze, Brayanowi. Wiem, że ma przylecieć, bo musi załatwić jakieś sprawy biznesowe, które prowadzi z Erickiem. Nie wtrącam się, chociaż ciekawość mnie zżera co oni razem kombinują.
-Witaj córeczko! Jak podoba ci się w nowym domu? - tata pyta niepewnie. Wiem, że ogromnie przeżywa nasze moje rozstanie z Brayanem. Nikt jednak nie wie o tym co stało się tamtego poranka i o tym, że Brayan mnie uderzył. Nie chcę, by pochopnie go oceniali. On nie zasługuje, by wydawać nad nim osąd.  To dobry facet, ale potrzebuje zupełnie innego typu kobiety, która spędzi u jego boku resztę życia.
-Jest... pusto, ale powoli się urządzę - odpowiadam.
-Wiem kochanie. Może wpadniesz dziś do nas na kolację? Mama ugotuje coś dobrego, a Kim, Eva i Robert też będą - doskonale wiem jak bardzo tata chciałby bym ich dziś odwiedziła, ale nie mam na to ochoty. Nie chodzi o to, że nie chcę ich widzieć. Bardzo chcę, ale nie zniosę tych spojrzeń mamy i Kim, a potem serii pytań o Brayana i o to co dokładnie się wydarzyło. Sama słabo to znoszę i po prostu potrzebuję pobyć sama. Niestety i to nie jest możliwe, bo Erick oznajmił mi iż mam ochronę. Są dyskretni, ale sama świadomość jest przytłaczająca.
-Innym razem tatku, ok? Dziś mam już sporo na głowie... - kłamię, bo tak naprawdę nie mam nic do roboty. Czuję się dobrze i ostatnio nawet myślałam o tym, by na jakiś czas wrócić do pracy. Dopóki ciąża nie będzie widoczna i brzuszek nie zacznie mi przeszkadzać, to przecież mogłabym mieć jakieś zajęcie, by nie zwariować.
-Rozumiem, ale nie przemęczaj się córeczko i dbaj o siebie. Co dziś zjesz na obiad? - pyta troskliwie.
-Pizzę... - odpowiadam i zaczynam się śmiać.
-Meg...
-Oj tato, będę o siebie dbała. Obiecuję!
-Mam taką nadzieję, kochanie. Dzwoń do mnie kiedy tylko chcesz - niepewność w jego głosie sprawia, że ściska mi serce. Wiem jak tata ogromnie się o nas martwi, ale ja dam sobie radę. Po prostu nie mam innego wyjścia.

Szybko kończę rozmowę i zamawiam obiad. To niezdrowo, ale naprawdę mam dziś ochotę na pizzę. Duża hawajska każdemu poprawi humor. Godzinę później rozkładam wielki karton z gorącą pizzą na materacu w salonie i zajadam się do woli. Włączam telewizor, bo jeszcze tego się jak do tej pory dorobiłam, ale jak zwykle leci sama nuda. Najedzona i totalnie znudzona przysypiam, a budzi mnie dopiero dźwięk komórki. Odbieram, nawet nie sprawdzając kto dzwoni.
-Hallo? - głos mam zaspany i lekko zachrypnięty.
-Meg... - podnoszę się lekko, bo w pierwszej chwili nie wiem z kim rozmawiam. Dopiero, gdy sprawdzam numer widzę, że to Brayan.
-Co słychać? - pytam, bo nie wiem co innego mogłabym powiedzieć. Nie odzywał się od tamtego dnia, a po wylądowaniu wysłał mi tylko jedną wiadomość, że doleciał i odezwie się za jakiś czas. Najwidoczniej to dziś jest "ten czas", ale totalnie nie mam nastroju na rozmowy z nim.
-Tęsknię... - odpowiada, a ja dopiero teraz uświadamiam sobie, że jakoś dziwnie mówi. Jest pijany? Siadam i pocieram twarz zanim o to zapytam.
-Dobrze się czujesz?
-Doskonale... spieprzyłem wszystko, a teraz jest mi wykurwiście źle, ale nic nie mogę już zrobić... - Brayan bełkocze mi do słuchawki.
-Piłeś? - pytam bez tchu.
-Nie... - Brayan śmieje się drwiąco - Znieczulam się, by nic sobie nie zrobić - te słowa wzmagają moją czujność. Serce zaczyna walić mi jak szalone, a cała krew odpływa z twarzy.
-Gdzie jesteś? Jesteś z kimś?
-Sam ze sobą i swoim popierdolonym życiem. Chciałem ci tylko powiedzieć, że naprawdę cię kochałem, mała. Uważaj na siebie - odpowiada i nagle rozłącza się. Cholera! Od razu wybieram jego numer, ale nie odbiera. Dzwonię kilkanaście razy pod rząd, aż w końcu jedyne co słyszę, to automatyczną sekretarkę. Boże! Czy on zamierza sobie coś zrobić? Dzwonię do Toma, ale ten kurwa mać też nie odbiera. W ogóle ostatnio mało z nim rozmawiam. Odnoszę wrażenie, że on ma żal do mnie o Brayana. Szkoda, że nie dał mi wyjaśnić, a jaką wersję wydarzeń on zna, to naprawdę nie wiem. Nie będę się jednak teraz nad tym zastanawiać. Koniecznie muszę dodzwonić się do kogoś kto jest w Londynie i szybko może sprawdzić co dzieje się z Brayanem. Dzwonię więc do jego mamy, ale robię to z wielką gulą w gardle.
-Meg kochanie, tak dawno nie rozmawiałyśmy! - odbiera wesoło, a ja robię wielkie oczy. Czy ona nie ma pojęcia co się stało?
-Cześć Sylvio... - bąkam - Czy jest u was Brayan? - pytam, a po drugiej stronie zapada wymowna cisza - Jesteś tam?
-Brayan jest przecież u ciebie w Nowym Jorku... - odpowiada wprawiając mnie w totalne osłupienie. Teraz to ja nie potrafię nic powiedzieć - Meg, co się dzieje? - pyta, jej głos od razu staje się nerwowy.
-Rozstaliśmy się ponad tydzień temu. Brayan powiedział mi, że wrócił do Londynu, a przed chwilą dzwonił do mnie, zupełnie pijany i... Wydaje mi się, że chce sobie coś zrobić. Jest załamany...
-Co ty mówisz?! Jak to się rozstaliście?! - krzyczy na mnie nagle - Rozmawiałam z nim dziś rano i mówił, że wybieracie się na zakupy!
-Nie wiem co ci powiedzieć...
-Dzwonił do ciebie przed chwilą?! - jej niepokój wzmaga we mnie panikę. Nagle czuję, że stanie się coś naprawdę złego.
-Tak, ale rozłączył się i wyłączył komórkę. Boże Sylvia, on chce coś sobie zrobić... - wstaję z materaca i od razu idę założyć buty. Rozmawiam z Sylwią jeszcze chwilę i ustalamy co robić. Ona od  jedzie do mieszkania Brayana, a ja wsiadam do auta i dzwonię do Ericka. On ma większe możliwości i może uda mu się namierzyć go szybciej. Najpierw niestety nie odbiera, a gdy oddzwania pierwsze co słyszę w tle, to głos Any. Nie mam jednak czasu zastanawiać się nad tym co co robią, bo strach o życie Brayana jest większy niż cokolwiek innego co teraz czuję.
-Witaj Meg! Jak nowy dom? - pyta zadowolony, ale ja szybko uświadamiam go  w tym co się dzieje.
-Ericku, Brayan dzwonił do mnie kompletnie pijany i myślę, że chce coś sobie zrobić - ostatnie słowa wypowiadam ze łzami w oczach. Nie potrafię opanować emocji, a w dodatku Erick totalnie zaskakuje mnie swoją reakcją.
-Przesadzasz Meg. Rozmawiałem z nim dziś rano i wszystko było w porządku. Dajcie sobie czas, a nie robicie aferę za aferą.
-Co?! - piszczę.
-Zachowujecie się jak nastolatki. Brayan to dorosły facet i wie co robi, a ty naprawdę powinnaś o nim zapomnieć.
-Ericku...
-Meg jestem zajęty. Jeśli się martwisz, to zadzwonię do niego i upewnię się, że nic się nie dzieje, a ty się uspokój, bo nie powinnaś się denerwować - zwalniam, bo jego słowa uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Po prostu nie wierzę, że robi ze mnie choleryczkę, która wymyśla sobie jakieś problemy, by zwrócić na siebie uwagę - Jesteś tam, Meg? - pyta, ale gardło mam tak zaciśnięte, że nie jestem w stanie nic powiedzieć. Łzy bezradności i strachu o życie Brayana płyną po moich policzkach. Rozłączam się i ciskam telefonem o fotel pasażera. W jednej chwili podejmuję decyzję, że muszę jak najszybciej znaleźć się w Londynie. Jestem roztrzęsiona, nie myślę trzeźwo i nagle wjeżdżam na skrzyżowanie na czerwonym świetle.




niedziela, 6 marca 2016

Rozdział 122

Siedzę w swojej sypialni do wieczora. Totalnie nie wiem co ze sobą zrobić? Kurczowo ściskam w dłoni swoją komórkę i zastanawiam się nad rozsądnym wyjściem z tej sytuacji. Zadzwonić do Brayana? Kilkukrotnie wybieram jego numer, ale za każdym razem nie wykonuję połączenia. Może Erick faktycznie ma racje? Powinnam dać mu czas i porozmawiać z nim, gdy emocje nieco opadną. Przysypiam, ale koło ósmej ze snu wyrywa mnie kobiecy śmiech. Otwieram oczy i siadam na łóżku, ale jestem tak zaspana, że w pierwszej chwili nie wiem co się dzieje. Dostrzegam, że drzwi od mojej sypialni są uchylone, a głos dobiega z dołu.

-Ericku przestań, proszę. Przestań! - to Ana. Krzywię się, ale nadal mam ochotę spać, więc kładę się i zamykam oczy - Ericku! - kolejna fala śmiechu totalnie wyprowadza mnie z równowagi. Zakrywam głowę poduszką, ale to niewiele daje. Zbyt dużo we mnie złości, dlatego kierowana impulsem wstaję gwałtownie i ruszam na dół. Co ona sobie wyobraża? W korytarzu potykam się o kawałek materiału, okazuje się, że to damski szlafrok. Kawałeczek dalej dostrzegam ręcznik, a na półpiętrze upewniam się, że w ogóle nie powinnam była wychodzić z sypialni. Ukradkiem miga mi zupełnie nagi Erick, a sekundę później piszcząca i śmiejąca się Ana. Cholera! Zastygam, bo nie chcę, by mnie dostrzegli. Moja złość przechodzi w zażenowanie, bo przecież to jego dom i oni mogą robić tutaj co tylko chcą. To mnie nie powinno tu być. Może wrócę do rodziców? Adamem mogłaby zajmować się moja mama, gdy ja wrócę do pracy. Już układam sobie w głowie plan, gdy nagle przypominam sobie, że przecież dowiedziałam się dziś o tym, że znowu zostanę matką. I co teraz z twoim życiem Meg? - pytam się w myślach. Nic nie jest tak jak bym chciała. Chyba nigdy nie było i nie będzie. Dlaczego?
Dopiero teraz zaczęło docierać do mnie, co tak naprawdę chciał osiągnąć Erick. Teraz to ja muszę patrzeć na to, jak on układa sobie życie z kimś innym. Czy to boli? Boli. Boli jak jasna cholera, ale Karma przecież odwdzięcza nam się za wszystko co robimy. Najwidoczniej to kolejny etap mojej pokuty i postaram się znieść to wszystko z podniesioną głową. Nawyrabiałam w życiu mnóstwo głupot, podjęłam multum złych i nieodpowiednich decyzji, ale teraz już nie mogę sobie na to pozwolić. Muszę być odpowiedzialna i myśleć o dzieciach, a potem o sobie i własnym szczęściu. 

Budzę się w nocy, bo mam złe sny. Otwieram oczy i za każdym razem zapominam co śniło mi się sekundę wcześniej. Wiem jednak, że to nic przyjemnego. Jestem mokra od potu, serce mi wali, a oddech rwie się z piersi. Muszę napić się wody, więc ryzykuję i schodzę do kuchni. W całym domu jest ciemno, a tutaj nie ma śladu Ericka i Any. Moczę usta przy rancie szklanki i wzdycham. O Boże! Zamykam oczy, bo znowu ogrania mnie to beznadziejne uczucie bezradności. Boli mnie to, że Erick zachowuje się w ten sposób. Mści się? Nie wiem. Kurwa... naprawdę nie wiem. To nie w jego stylu, a może ja się mylę? Może totalnie go nie znam? Może on mnie nie kocha? Nigdy nie kochał?
-Czemu nie zeszłaś na kolację? - podskakuję, gdy nagle słyszę zza pleców jego głos.

-Spałam... - odpowiadam prawie szeptem. Upijam łyk wody, by zabić uczucie pragnienia.

-Źle się czujesz? - pyta miękko i podchodzi do mnie. Dopiero dostrzegam, że jest jedynie w spodniach od piżamy. Podnoszę wzrok, by spojrzeć mu w oczy. Nic nie wiem, a on jest dla mnie znowu totalną zagadką. 

-Gdzie Ana? - ignoruję jego pytanie, a on uśmiecha się drwiąco.

-Wróciła do siebie.

-Ja też powinnam - odpowiadam bez zawahania. 

-Co masz na myśli? - robi krok w moją stronę, ale ja odsuwam się i podchodzę do stołu. Przysiadam na krześle, a on siada dokładnie obok mnie.

-Postanowiłam, że zamieszkam w domu, który rodzice podarowali mi na Boże Narodzenie. Nie chcę sprawiać ci problemu, a opieką nad Adamem jakoś się podzielimy - oznajmiam i czekam na to co powie. Jestem prawie przekonana, że będzie protestował, a jego odpowiedź prawie zwala mnie z nóg.

-Uważam, że to dobry pomysł - przełykam ślinę, ale zachowuję kamienną twarz. Udaje mi się nawet wymusić uśmiech, a Erick wstaje od stołu.

-Kładźmy się spać, Megan. W najbliższych dniach omówimy szczegóły twojej przeprowadzki i inne ważne sprawy. Dobranoc - kiwam głową, a następnie odwracam wzrok. 

Czekam aż Erick wyjdzie z kuchni, a potem pozwalam łzom płynąć swobodnie po moich policzkach. Nie chodzi nawet o to, że jego odpowiedź mnie zdziwiła. Ton jego głosu był inny. Stanowczy, beznamiętny i tak obcy. Wiem, że nie mam prawa niczego od niego oczekiwać i już dawno powinnam o nim zapomnieć. Pogubiłam się w tym wszystkim, a każdy kolejny dzień robi mi w głowie jeszcze większy mętlik. Pokochałam Brayana, by uwolnić się od uczucia jakie połączyło mnie i Ericka, a teraz zostałam totalnie sama. Może właśnie do tego jestem stworzona? By być sama. Nie każdy przecież ma na świecie swoją drugą połówkę. Nigdy nie miałam szczęścia do facetów, a odkąd poznałam Ericka moje relacje z nimi ogromnie się skomplikowały. Muszę sobie odpuścić i zająć się życiem, a nie romansami. Do niczego dobrego to nie doprowadziło. Nie wiem czy to dobrze, ale zaczynam być zła sama na siebie, a pretensje do kogokolwiek innego schodzą na dalszy plan. To wszystko, to moja wina. Nikt nie kazał mi spać z Filipem. Nikt nie kazał mi uciekać do Londynu i ukrywać prawdę. Od tego się zaczęło, ale na tym powinno się skończyć. Niestety to był dopiero początek tej pieprzonej katastrofy, która zrujnowała życie wielu osobom. Koniec z tym. Nie będę znowu wszystkich przepraszać, bo to bez sensu. Zapomnieć o przeszłości nie potrafię, ale jedyne co mogę zrobić, to wszystko, by przyszłość była lepsza. Bardziej stabilna, spokojna i bezpieczna.  Dla Adama i maleństwa, które rośnie we mnie. Dla moich najbliższych. Dla mężczyzn których kocham i pewnie nigdy nie przestanę. Aż w końcu dla samej siebie. 

Praktycznie zasypiam, gdy pod poduszką zaczyna wibrować mój telefon. To krótki dźwięk oznaczający wiadomość tekstową. Domyślam się kto jest jej nadawcą. Widzę numer Bryana i chwilę waham się czy ją odczytać, ale moja ciekawość wygrywa:

Lecimy właśnie gdzieś nad Oceanem. Nie mogę spać, bo myślę o Tobie. Chciałbym kochać Cię tak jak tego potrzebujesz, ale nie potrafię. Przepraszam  i dziękuję...za wszystko.

Kurwa! Ostatnie słowa czytam przez łzy. To naprawdę koniec i to nie ja podjęłam tym razem decyzję. Wiem czego Brayan się boi, ja też się boję, ale naprawdę łudziłam się, że nam się uda. Kocham go, ale moja miłość rozbudziła w nim zbyt wiele emocji. Stał się lepszy, a zarazem powróciły do niego demony przeszłości, które wyniszczają go od środka. Rozumiem dlaczego tak postanowił. On musi ratować samego siebie. Brayan potrzebuje stabilizacji, normalności, a nie emocjonalnego tornada, które wyniszcza wszystko i wszystkich. Dałam mu wiele wszystkiego. Niepotrzebnie było tego aż tyle, ale już nie cofnę czasu. Jedyne co jestem w stanie zrobić, to odpisuję te kilka słów:

Ja również przepraszam, Brayan. Znajdziemy kiedyś czas, w którym potrafić będziemy normalnie żyć. Musimy porozmawiać, ale dajmy sobie kilka chwil na oddech. Odezwij się jak wylądujesz, bo martwię się i to nigdy się nie zmieni.

Nie chcę, by odpisywał, bo każda kolejna wiadomość, to sól an rany. On chyba o tym wie, bo odpowiedź nie przychodzi. Mimo to i tak przepłakuję prawie całą noc. Tak naprawdę już świta, a ja nadal płaczę. Nieco mi lepiej, aż w końcu zasypiam.