Premiera już w lipcu!

niedziela, 3 kwietnia 2016

Rozdział 127

Z podłym humorem wracamy z Kim do domu rodziców. Straciłam ochotę na jakiekolwiek rozrywki, ale Kim na szczęście doskonale to rozumie. Jej sposobem na wszelkie smutki jest wino i tak właśnie spędzimy ten wieczór. Kim, mama i ja, oraz butelka czerwonego wina. Popłaczę sobie i zrobi mi się lepiej. Nie chcę teraz myśleć o tym co może się stać, ale czuję, że Erick chce odebrać mi Adama. Nie mogę znieść tej myśli, a wszystko we mnie zaciska się ze złości i żalu. Dlaczego? Niech robi co chce, ale to cios poniżej pasa. Nie rozumiem go. Może się pogubił? Każdy ma do tego prawo, a ja wiem o tym najlepiej, ale nie powinien mścić się na mnie w ten sposób. Ile jeszcze mam odpokutowywać to co zrobiłam?

Dwie butelki wina później mój humor jest jeszcze bardziej podły. Mama i Kim dają mi właśnie wykład na temat mojego życia, ale tego mogłam się spodziewać. Słucham ich, ale myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Zastanawiam się czy Erick dalej daje Anie opiekować się małym? Nie wiem czy byłabym w stanie zaakceptować to, że ona miałaby wychowywać z nim moje dziecko. Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza, bo od alkoholu zrobiło mi się gorąco. Jest nieco po ósmej wieczorem, a mama i Kim trajkoczą coraz głośniej. Zaraz chyba ewakuuję się stąd i wezwę taksówkę, by wrócić do siebie. Wychodzę przed dom, by przysiąść na schodkach. O rany! Chyba lekko przesadziłam z tym winem. Oddycham głęboko i czekam jedną chwilę, potem następną i wcale mi nie lepiej. Wyciągam telefon, by zadzwonić po taryfę, ale zanim znajduję w kontaktach numer do jakiejś korporacji taksówkarskiej, ktoś właśnie do mnie dzwoni. Mrużę oczy, bo chyba lekko obraz mi się rozmazuje. Nie znam numeru, ale moje pijane wewnętrzne ja podpowiada mi, że to Erick dzwoni do mnie z innego telefonu. Prostuję się, a moja złość wzbiera na sile.
-Nie masz odwagi zadzwonić do mnie ze swojego numeru, bo myślisz, że nie odbiorę? - bełkoczę lekko, ale naprawdę staram się mówić wyraźnie. Erick zaraz pomyśli, że mam problemy z alkoholem, a to będzie dla niego dodatkowy pretekst, by odebrać mi synka.
-Dobry wieczór! Czy rozmawiam z Megan Donell? - w odpowiedzi słyszę męski głos, ale to zdecydowanie nie jest głos Ericka. Jasna cholera! Robię się cała czerwona, bo właśnie chyba lekko się zbłaźniłam.
-Yyyy... No...Tak...A ja z kim rozmawiam? - pytam niepewnie.
-Nazywam się Ronaldo Binenti i dostałem pani numer od Marka, mojego pracownika...
-Aaaaaaa, to pan! - przerywam mu nagle i zaczynam głupio chichotać.
-Tak, to ja... - odpowiada dość surowo, a mi mina rzednie. Uświadamiam sobie, że możliwe iż rozmawiam właśnie z moim przyszłym szefem, a jestem totalnie pijana.
-Przepraszam... - bąkam - Trafił pan na mało odpowiedni moment dnia... - dodaję totalnie zażenowana.
-Mogę zadzwonić do pani jutro, bądź wcale - te słowa brzmią tak serio, że momentalnie trzeźwieję. To moja szansa na dostanie dobrej pracy, a ja robię z siebie totalną idiotkę. Kurwa mać!
-Nie! - piszczę - Już się skupiam!
-Jest pani pijana? - pyta, ale pierwszy raz wyczuwam w jego głosie lekkie rozbawienie.
-Nieee... - kłamię durno, a on nagle śmieje mi się do słuchawki. To całkiem miły dźwięk, a ja również się uśmiecham.
-Dobrze, czy w takim razie da pani radę spotkać się ze mną jutro? - proponuje.
-Oczywiście!
-Gdy tylko pani wytrzeźwieje - stwierdza, a ja krzywię się. Ale zrobiłam sobie reklamę, nie ma co.
-Czerwone wino jest zdradliwe - odpowiadam i wzdycham. Nie ma co dalej brnąć w kłamstwo, bo facet już od pierwszego zdania zapewne zorientował się, że mam lekko na bani.
-Alkohol zdradza tylko tych co nie umieją pić go z umiarem, Megan - unoszę brew. Czemu przeszedł na formę nieoficjalną? Też mam go nazwać po imieniu? Nie, to chyba nie wypada.
-Wychodzi na to, że nie znam umiaru - zapada chwilowa cisza.
-Umówmy się tak, że zadzwonię do ciebie jutro. Masz być trzeźwa i skupiona, rozumiesz? - brzmi to jak rozkaz, ale już dostatecznie się zbłaźniłam, więc nie będę unosić się honorem.
-Rozumiem panie Binenti - bąkam.
-W takim razie do usłyszenia, Megan - odpowiada i rozłącza się. Kurwa mać! Czemu ja mam takie durne szczęścia? Przecież równie dobrze mógł uznać mnie za jakąś totalną kretynkę i nie dać mi szansy. W sumie możliwe, że tak właśnie jest, a jutro nawet nie zadzwoni. Zapewne tak właśnie będzie, a mój wisielczy humor sprawia, że zaczynam się po prostu żałośnie śmiać. Wracam do domu i mówię mamie, że chcę wrócić do siebie. Nie jest zadowolona, tata również, ale ja nie chcę spać tutaj. Po prostu nie chcę. Zrezygnowana i nadal lekko pijana wracam na Long Island. Idę prosto do łóżka, a tak naprawdę padam na materac, bo przecież nie dorobiłam się jeszcze sypialni. Och, w dupie mam to wszystko. Idę spać, by nie zrobić dziś więcej nic głupiego.

Budzi mnie dzwonek do drzwi. Nie mam pojęcia, która jest godzina, ale światło słoneczne oślepia mnie tak, że totalnie nie mam ochoty wstać. Ignoruję kolejne dźwięki upierdliwego dzwonka i jedyne o czym myślę to to, że koniecznie muszę go zmienić.
-Meg, otwórz drzwi. Wiem, że jesteś w domu! - nagle słyszę głos Ericka. Och, świetnie! Przyjechał akurat dziś, gdy mam kaca i kompletnie nie chce mi się gadać. Muszę się jednak zwlec, bo gdy go nie wpuszczę, to zapewne pogrążę się jeszcze bardziej. Mam na sobie wygniecione wczorajsze ubranie i  na pewno wyglądam fatalnie, ale mam to gdzieś. Wstaję i idę otworzyć, a on wita mnie szerokim uśmiechem.
-Dzień dobry! Przywiozłem ci Adama - mówi i bez zaproszenia wchodzi do środka. Mały właśnie śpi w foteliku samochodowym, a ja nerwowo poprawiam włosy, bo totalnie się tego nie spodziewałam.
-Mogłeś mnie uprzedzić... - bąkam i spoglądam na niego.
-Chciałem ci zrobić niespodziankę - odpowiada, a ja nie wiem czemu wyczuwam w jego głosie wielką dozę złośliwości - Chyba, że jesteś zajęta? - dodaje i rozgląda się po moim nieurządzonym, pustym i nieogarniętym domu.
-Dla własnego dziecka zawsze mam czas. Dziękuję, że go przywiozłeś - odpowiadam i kucam, by przyjrzeć się Adamowi. Ma taką błogą i spokojną minę i w tym momencie wszystko inne przestaje mieć dla mnie znaczenie. To on jest najważniejszy.
-Zostawię go u ciebie na kilka dni, bo muszę pilnie wyjechać do Dubaju. Mam nadzieję, że to nie będzie problem? - mówi nagle, ale staram się ignorować uczucie, że Erick traktuje mnie jak awaryjną opiekunkę, a nie matkę Adama.
-Zostawisz go? - pytam  - Jestem jego matką i nie musisz go u mnie awaryjnie zostawiać, Ericku! Zajmę się nim z obowiązku, ale głównie dlatego, że to również mój syn i kocham go ponad wszystko - dodaję oburzona. Moja cierpliwość naprawdę jest na granicy. Erick doskonale to wyczuwa, a jego dziwne spojrzenie sprawia, że wybucham - Nie myśl, że pozwolę byś mi go zabrał! Nie wiem co planujesz, ale nie oddam ci go, rozumiesz?!
-Nie mam zamiaru ci go zabierać - odpowiada, ale jego słowa wcale mnie nie uspokajają.
-Więc czemu się tak zachowujesz?! Co ja ci ostatnio takiego zrobiłam, co?! - krzyczę na niego, a mój podniesiony ton budzi Adama. Ten na mój widok zaczyna się cieszyć, a mi serce od razu mięknie. Wyjmuję go z fotelika i biorę na ręce, a Erick podchodzi do nas i patrzy, a jego wzrok przeszywa mnie na wskroś. Boję się, że zaraz powie coś takiego, co znowu wyprowadzi mnie z równowagi.
-Ana jest w ciąży... - oznajmia, a ja staram się zareagować najbardziej naturalnie. Ana jest w ciąży. Te słowa dźwięczą mi w głowie. Mam mu pogratulować?
-To nie moja sprawa - jedynie to jestem w stanie odpowiedzieć.
-Wiem... - bąka - Po prostu chciałem żebyś wiedziała, że Adam będzie miał rodzeństwo - dodaje, ale w jego głosie słyszę dziwną smutną nutę. Spuszczam wzrok, bo naprawdę nie wiem co mogłabym mu powiedzieć. Ta ciąża potwierdza jedynie, że ja i Erick, to już przeszłość. Bolesna przeszłość - Przyniosę rzeczy małego z samochodu i muszę jechać, bo mamy wizytę u gine... - Erick urywa w pół zdania.
-Tak, przynieś te rzeczy - odpowiadam i spoglądam na niego  - Badania w ciąży są bardzo ważne, Ericku. Dbaj o Anę - dodaję, by nie pomyślał, że mam do niej jakąkolwiek urazę. Może i mam, ale nie będę się z tym obnosić. Ona tak naprawdę nic złego mi nie zrobiła. Po prostu rozkochała w sobie faceta, którego ja kocham i którego już dawno straciłam.
-Dziękuję - Erick nachyla się, by ucałować mój policzek, ale ja cofam się o krok. Nie chcę tego. Takie gesty rozbudzają w nas resztki tych uczuć jakie nas łączyły. To nie jest potrzebne ani mi, a tym bardziej jemu. Nie mówię nic więcej tylko ruszam do salonu, by rozebrać Adama z kurteczki. Muszę szybko zadzwonić do taty i poprosić, by przyjechał i skręcił chociaż łóżeczko małego. Żegnam się z Erickiem dość zimno, ale to najlepsze wyjście, by moje serce w końcu zaczęło powoli sklejać się w jeden kawałek.

Reszta poranka mija całkiem miło. Adam jest bardzo żywotnym dzieckiem i nie daje mi ani chwili spokoju. Teraz właśnie tego mi jednak potrzeba. Jego śmiech wypełniający cały dom, to najlepsze co może być. To moja terapia na złe chwile. Jest kilka minut przed południem, gdy moja komórka zaczyna dzwonić. Tym razem poznaję numer i wiem, że to Binenti.  Więc jednak dzwoni. Uśmiecham się, bo to znaczy, że nie zaprzepaściłam do końca swojej szansy. Adam na szczęście usnął i mam troszkę czasu dla siebie. Wstaję i nie spuszczając go z zasięgu wzroku, przechodzę do pomieszczenia gdzie będzie kuchnia.
-Dzień dobry panie Binenti! - odbieram. Dłonie spociły mi się, bo wiem, że wczoraj totalnie dałam ciała.
-Witaj Megan! Słyszę, że dziś już lepiej się czujesz - odpowiada, a ja robię się czerwona. Boże, co za wstyd.
-Tak... dziękuję... - bąkam.
-W takim razie wykorzystajmy okazję, że akurat jestem w restauracji. Proszę przyjechać do mnie dziś w okolicy lunchu. Porozmawiamy w cztery oczy i...
-Dziś? - przerywam mu i spoglądam na Adama. Cholera! Jak to dziś?
-Masz już plany, Megan? - znowu zwraca się do mnie po imieniu, a ja nie wiem czemu uśmiecham się. Ronaldo Binenti jest postrachem wszystkich szefów kuchni w Nowym Jorku. Czy ja zwariowałam, że chcę u niego pracować? Niewiele słyszałam o nim wcześniej, ale to co powiedział mi Mark powinno wystarczyć bym nie brała pod uwagę tej opcji. Coś jednak mówi mi, że to może być moja szansa. Nie mam szczęścia w życiu do miłości, więc może pomysł, by rzucić się w wir kariery wcale nie jest taki zły? Zawsze marzyłam przecież, by zostać profesjonalnym kucharzem, a teraz nadarza mi się taka szansa. Nawet jakiś zadufany w sobie facet z przerośniętym ego mi jej nie odbierze.
-Nie wiem czy będę miała z kim zostawić syna, ale...
-Maluch zapewne ma ojca, więc z nim go możesz zostawić. Czyż nie? Ale dobrze, wybierzmy inny termin i do tego czasu proszę zorganizować opiekę nad synem - przerywa mi, a ja krzywię się lekko. Jeszcze dla niego nie pracuję, a już robi mi problemy, bo mam małe dziecko. Nie rezygnuję jednak, bo to nie w moim stylu.
-Oczywiście postaram się coś zorganizować. Kiedy mógłby pan się ze mną spotkać? - pytam, udając pewną siebie. Rozmowa o pracę nie jest zobowiązująca. Jeśli cokolwiek mi się nie spodoba, to po prostu odmówię i już.
-Jutro w porze lunchu również będę czekał na ciebie w mojej restauracji. Proszę zapisz sobie nazwę: Ricetta - zapamiętuję, bo jeszcze nie mam sklerozy.
-Dziękuję panu i do zobaczenia! - odpowiadam z entuzjazmem. Jestem cholernie podekscytowana tą propozycją i spotkaniem z nim. Ciekawe czy Binenti  faktycznie jest taki surowy i wymagający jak mówią? Nie będę się jednak uprzedzać, bo pozory mylą, a ja naprawdę potrzebuję tej pracy, by w końcu zacząć układać sobie życie.

9 komentarzy:

  1. Omgggg, mam nadzieję że ta ciąża to jakaś zmyła.. I może szykuje się jakiś romansik z szefuniem, hihihi ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejna ciąża?! No nie... To musi się skończyć tak, że Meg będzie z Erickie, a nie że jedyne co będzie ich łączyło to dziecko; ich musi w końcu połączyć wielka miłość, za dużo się wycierpieli.

    Kurwa... Mam nadzieję, że ciąża Any to jakaś pomyłka lub okaże się, że jest ona zdradliwą suką i to nie dziecko Ericka.

    Przepraszam, za moje słownictwo, ale lekko mówiąc wkurzyłam się, gdy przeczytałam, że Ana jest w ciąży, a Erick to taki dupek.

    Uwielbiam to jak Pani pisze i to opowiadanie, ale jeśli Meg nie będzie z Erickiem to z ręką na sercu mogę stwierdzić, że znienawidzę to opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale to przykre:(((( mam nadzieję że przy końcu tej opowieści E i M będą razem i nacieszymy się ich miłością :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurdę ciekawa jestem czy to dziecko Eryka,czy Ana specjalnie zaszła w ciąże bo jest zazdrosna o Meg,ale niech tam sobie będą razem,ten szef kuchni mógł by zakochać się w Meg i uczynić ją szczęśliw.Też trochę mi na to wygląda,że Eryk specjalnie dokucza Meg ,najpierw zrobił wszystko żeby rozwalić związek Meg z Brayanem ,a teraz to wygląda tak jak by się cieszył z cierpienia Meg.Jest dupkiem i już.

    OdpowiedzUsuń
  5. mam nadzieje ze tak siakza nie bedzie jak motto jej ze nie wszytsko musi konczyc sie happy endem

    OdpowiedzUsuń
  6. Cóż mogę powiedzieć. Życie Meg to na pewno nie sielanka. Erick mógłby przestać być dupkiem i dać jej święty spokój. Niby kocha Meg, niby układa sobie życie z Aną,teraz jeszcze ta ciąża. Ciągle się wpieprza w życie Meg,a ta naiwna daje się wrabiać w jego gry ciepło-zimno.
    Cholera aż mi się ciśnienie podniosło...Grr.. Chciałabym żeby Meg zaznała w końcu szczęścia i prawdziwej miłości, może właśnie z Binetim.
    Niech ten cały Erick robi tej swojej Anie małe puchate bobaski i niech w Meg weźmie się w końcu za swoje życie niezależne od niego.
    Bardzo proszę Pani Kasiu niech szczęście się do niej uśmiechnie:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Była między nimi wielka miłość pięknie się to czytało...wiec jeśli nie będą razem to nie będzie Efekt Ericka tylko perypetie łóżkowe Meg...😐

    OdpowiedzUsuń
  8. Szczerze mówiąc lepiej się czyta rozdział za rozdziałem bo dodawanie tak rzadko jest bez sensu...czytelnik zapomina emocje wcześniejszego rozdziału...

    OdpowiedzUsuń