Premiera już w lipcu!

piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział 128

Resztę dnia spędzam z Adamem i tatą, który przyjechał do nas, by złożyć część mebli do pokoiku małego. Przyjechał z nim Robert i takim sposobem udało się także poskładać do kupy moje łóżko, bym nie spała w salonie na materacu. Nie mówię im o jutrzejszej rozmowie o pracę, bo nie chcę zapeszać. Wieczorem zadzwonię do Ericka i poproszę, by zajął się Adamem przez chwilę, gdy ja będę w tym czasie walczyła o pracę swoich marzeń. Denerwuję się... Kompletnie nie wiem czego mam spodziewać się po Binentim? Nie powinnam się uprzedzać, ale mam wiele obaw. To jednak nie powstrzyma mnie przed tym, by spotkać się z nim i po prostu porozmawiać. Najwyżej stwierdzi, że się nie nadaję, albo ja tak stwierdzę.

Jest chwila po dziewiątej wieczorem, a ja właśnie położyłam Adama spać. Tata i Rob pojechali dosłownie kilka minut temu, więc ja biorę szybki prysznic i pierwszy raz kładę się do łóżka w swojej sypialni. Uśmiecham się i wybieram numer, by zadzwonić do Ericka. Dopiero przy drugim sygnale przypominam sobie nagle, że Erick przecież miał pilnie wyjechać do Dubaju. Chcę się rozłączyć, ale o dziwo odbiera.
-Witaj Meg! - jak zawsze kulturalnie się do mnie zwraca.
-Cześć Ericku. Pewnie przeszkadzam? - pytam niepewnie. Cholera! Co ja zrobię z Adamem? Nie wypada mi jechać na rozmowę o pracę z dzieckiem.
-Jestem gdzieś nad Oceanem Atlantydzkim, więc nie przeszkadzasz. Stało się coś?
-Nie... - dukam - W sumie to nawet nie wiem po co zadzwoniłam - dodaję, staram się być zabawna, ale nie wiem co on sobie pomyśli. Nie chcę mu mówić o rozmowie, bo zaraz wyprawi mi kazanie, że nie muszę pracować.
-Może po prostu chciałaś usłyszeć mój głos? - sugeruje, a ja wiem, że się uśmiecha. Sama mimowolnie szczerzę się i zamykam oczy. Zaraz jednak potrząsam głową, bo to nie ma sensu. Nie będę więcej żyć złudzeniami.
-Byliście z Aną na tych badaniach? - zmieniam temat, by nie nawiązać do tego co powiedział.
-Niestety nie, a ja musiałem śpieszyć się na samolot. Następnym razem pójdę z nią - słyszę dziwny ton w jego głosie, ale nie będę się w to zagłębiać.
-Rozumiem... W takim razie będę kończyć, Ericku. Spokojnego lotu.
-Dziękuję, dobranoc maleń... Meg - poprawia się, a ja wstrzymuję oddech. Dlaczego mam wrażenie, że on nadal mnie kocha? Sama się chyba jednak oszukuję. Erick nie jest typem mężczyzny, który długo wytrzymałby z taką kobietą jak ja. Może jestem zbyt prosta w obsłudze, a może zbyt skomplikowana? Sama nie wiem. Najpierw ja go skrzywdziłam, a potem krzywdziliśmy siebie wzajemnie. Wychodzi na to, że teraz może być już tylko lepiej. Oby... bardzo chcę, by było lepiej. Normalnie.

***



-Synu, a to? - pytam Adama, jakby kilkumiesięczne dziecko co najmniej potrafiło mi doradzić w co ubrać mam się na rozmowę.  On za każdym razem jednak piszczy z radości i wcale mi nie pomaga - W ogóle nie masz gustu, Adamie - dodaję po chwili, a on znowu się śmieje. W końcu wybieram szarą ołówkową spódnicę, białą koszulę bez rękawów oraz szarą marynarkę na dwa guziki. Do tego dobieram niewysokie czółenka, bo z Adamem nie mogę założyć szpilek. Zresztą chyba oduczyłam się na nich chodzić, a nie włożę trampek. Nie mogę też przecież wyglądać jak kura domowa. Wzywam taksówkę i ubieram małego.Włosy upinam delikatnie, by nie opadały mi na twarz. Policzki podkreśliłam rozświetlającym różem, oczy tuszem, a na usta  nakładam bezbarwny błyszczyk. No dobra, nie jest źle! Miły pan taksówkarz pomaga mi złożyć i załadować wózek do bagażnika. Adam na szczęście grzecznie daje mi się zapiąć w foteliku, a po chwili ruszamy na Manhattan.

Taksówkarz wysadza nas pod Ricettą chwilę przed drugą, a ja oddycham z ulgą, że jesteśmy już na miejscu. Niestety Adam w samochodzie zaczął marudzić i tak jest aż do tej pory, a to dodatkowo mnie stresuje.  Drzwi włoskiej restauracji otwiera  nam kelner. Wjeżdżam wózkiem na salę i od razu dostrzegam Marka, a on mnie.
-Cześć Meg. Miło cię widzieć! - wita się ze mną serdecznie.
-Cześć Mark. Poznaj proszę, to jest Adam, mój syn - kucam obok wózka, by rozpiąć Adama z kurteczki  i spoglądam na Marka.
-No, jaki duży chłopak! Witaj młody człowieku - ten wyciąga dłoń, by ująć malutką rączkę mojego syna, a Adam jak nigdy zaczyna wyć. O rany! To zdecydowanie nie jego dzień.
-Ma dziś zły dzień, zwykle reaguje śmiechem, a nie płaczem - tłumaczę i uśmiecham się. Biorę Adama na ręce i na szczęście od razu się uspokaja - Jestem ci ogromnie wdzięczna, że wspomniałeś Binentiemu o mnie. Mam u ciebie dług - dodaję.
-Nie ma za co, Meg. Fajnie byłoby razem pracować.
-Mark, wracaj do pracy! - naszą rozmowę przerywa nagle męski  stanowczy głos. Odwracam się i dostrzegam faceta. Idzie w naszą stronę, a ja mam okazję mu się przyjrzeć. Ma ciemne włosy, lekki zarost, a gdy jest już blisko dostrzegam jego niebieskie oczy. Trudno określić ile może mieć lat, ale na pewno jest po  trzydziestce. Ubrany  jest w czarny garnitur, ale bez krawata. 
Podchodzi do nas pewnym krokiem i wyciąga do mnie dłoń.
-Ronald Binenti - przedstawia się, a jego usta całują lekko mój nadgarstek.
-Megan Donell - odpowiadam niepewnie i dodaję - Miło pana poznać, panie Binenti! - spoglądam na Marka, który jest równie zaskoczony jak ja i tylko mruga do mnie, a następnie pośpiesznie wraca do pracy.
-Proszę, przejdźmy w jakieś spokojniejsze miejsce - Binenti pokazuje na kaskadę kwiatów, za którą, jak okazuje się chwilę później, jest prywatna sala. Spogląda na Adama, który także patrzy uważnie na Binentiego, a ten  woła do kelnera, by podał krzesełko dla dziecka. Jest mi głupio, że musiałam go tu ze sobą zabrać, ale mam nadzieję, że to nie jest problem.
-Dziękuję, że poświęca mi pan swój czas - mówię, gdy podsuwa mi krzesło - I od razu przepraszam, ale ten mały człowiek ma dziś zły dzień i strasznie marudzi... - dodaję i głaszczę Adama po główce, a on słysząc mój głos roześmiał się i krzyknął. Binenti spogląda na Adama, a potem na mnie i lekko się uśmiecha. Chyba nie jest zły, że przyjechałam z dzieckiem, chociaż przez telefon wyraźnie dał mi do zrozumienia, że mam znaleźć opiekę na ten czas.
-Małe dzieci chyba tak już mają, że marudzą, prawda? - odpowiada i podaje mi menu - Proszę wybrać coś dla siebie, dla mnie również -  jestem zaskoczona, ale staram się zachować spokój. Po chwili postanawiam wybrać paellę dla niego, oraz sałatkę z kurczakiem dla siebie. Jestem jednak tak zdenerwowana, że nie wiem czy w ogóle coś zjem? Zanim kelner przynosi nasze dania Binenti zaczyna wypytywać mnie o moje doświadczenie, o szkołę i moje ulubione potrawy. Jest uprzejmy  choć dziwnie wyniosły. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie.
-Dlaczego nie obroniła pani dyplomu? - pyta, gdy jakimś cudem udaje mi się kończyć jeść sałatkę. On znowu zwraca się do mnie na pani i trochę tego nie rozumiem. Nie chcę  też krytykować, bo to nie wypada, ale mój kurczak był zimny, a sos za słodki. Nie będę jednak podważać kompetencji kucharza, by nie narobić komuś kłopotów, a z siebie nie zrobić zadufanej w sobie baby.
-Miesiąc przez obroną miałam wypadek i niestety nie udało mi się podejść do egzaminu, choć bardzo chciałam - wymuszam uśmiech, bo to nie jest etap mojego życia o którym lubię mówić. 
-Rozumiem...  - Binenti pociera palcami o swoją brodę i  pyta dalej - Ale ma pani zamiar to zrobić?
-Oczywiście proszę pana. Chciałabym obronić dyplom w maju, bo to najbliższy możliwy termin.
-W maju? - nagle uniósł brwi - Chce pani zacząć pracować, opiekować się małym dzieckiem i uczyć do egzaminu jednocześnie? - dodaje z pełną powagą.
-Tak, proszę pana - odpowiadam stanowczo - Może nie wyglądam, ale jestem pracowita i potrafię organizować sobie czas. Na studiach pracowałam i uczyłam się jednocześnie, a opieka nad własnym dzieckiem, to czysta przyjemność.
-Nie wątpię pani Donell - spojrzał na mnie - Smakowała pani sałatka? - pyta nagle i wpatruje się w mój talerz, a ja w tym momencie orientuję się, że to był test. Ha! Rozgryzłam cię Ronaldzie Binenti!
-Szczerze? Robię lepszą proszę pana, ale nie będę podważała kompetencji pańskich kucharzy - odpowiadam w miarę bezpiecznie. 
-Co by pani w niej zmieniła? - widzę, że on też już zorientował się, że ja wiem, że to jest test i próbuje ukryć rozbawienie, zasłaniając usta palcami.
-Kurczak był za zimny, a sos mdły. Dodałabym nieco octu balsamicznego i prażone orzechy żeby dodać potrawie dodatkową warstwę smaku. Pomidor zastąpiłabym kaparami, który ma bardziej wyrazisty smak i fajnie kontrastuje z kozim serem - odpowiadam wprost i  i czekając na jego reakcję, podaję Adamowi chrupka, by się zajął. Binenti jest zaskoczony. Wygląda jakby przetrawiał to co powiedziałam.
-Mogłaby to pani dla mnie przygotować? - mówi nagle.
-Teraz?! - piszczę zaskoczona, a mój syn powtarza za mną. Myśli chyba, że to jakaś zabawa.
-Kuchnia jest do pani dyspozycji - Binenti odpowiada i wskazuje dłonią w stronę drzwi prowadzących na zaplecze. Cholera, czy on oszalał? - Ma pani pół godziny, a ja jeśli mogę, zajmę się w tym czasie tym małym dżentelmenem - rozglądam się po sali w panice czy nie jestem przypadkiem jakiejś ukrytej kamerze - Czas pani ucieka! - dodaje Binenti, a ja wstaję szybko.
-Adam bądź grzeczny, błagam cię! - całuję go i pędem idę do kuchni - Mark, chodź na chwilę! - wołam go.
-Co tam? - ten wchodzi za mną do ogromnej, nowoczesnej i profesjonalnej kuchni, w której jest wszystko co tylko  można  sobie zamarzyć.
-Muszę zrobić sałatkę dla Binentiego, pokaż mi co gdzie jest! - piszczę spanikowana.
-Kazał ci zrobić sałatkę? Teraz? - Mark unosi brew.
-Yhy... - bezwiednie zaczynam przygryzać paznokieć kciuka w prawej ręce  - Zapytał czy smakowało mi to co zjadłam, więc szczerze mu odpowiedziałam, że robię lepszą sałatkę -  Mark śmieje się nagle i kładzie dłoń na moim ramieniu.
-On nie lubi jak ktoś podważa kompetencje jego kucharzy.
-Dzięki za pocieszenie... - wywracam oczami i czuję jak mój żołądek zaciska się coraz mocniej.
-Przestań panikować - Mark chwyta mnie za dłoń i wyjmuje mi palec z buzi - Chodź, Lorenzo ci wszystko pokaże! - dodaje i przedstawia mnie kucharzowi. Od razu biorę się do roboty, bo zostały mi tylko dwadzieścia trzy minuty. Robię dresing, marynuję kurczaka, by zgrillować go w ostatniej chwili, myję szpinak i warzywa, prażę orzechy i podpiekam kozi ser. Och Boże, spraw by mu to posmakowało. Za każdym razem, gdy robiłam tę sałatkę w domu wszyscy się zachwycali, ale moja rodzina, to nie Ronald Binenti, który ma dziesięć gwiazdek Michelin na swoim koncie. 
Wybieram klasyczny biały kwadratowy talerz. Układam na nim starannie szpinak, kapary, suszone pomidory, oliwki, orzechy, na wierzchu kładę ciepły ser kozi i kawałki grilowanej piersi kurczaka. Całość polewam dresingiem, robiąc tym samym ozdobne linie na talerzu. Boże! Chyba nigdy się tak nie denerwowałam. Nawet przed najgorszym egzaminem na studiach. Do tego szybko robię bagietkę na ciepło z masłem czosnkowym. Spoglądam na talerz i zdejmuję fartuch, który dał mi Lorenzo, a następnie biorę głęboki oddech i wracam na salę, by zaserwować Binentiemu moje danie.
-Jak zawsze na czas, pani Donell - stwierdza, gdy stawiam przed nim pięknie wyglądający talerz.
-Smacznego, panie Binenti - dukam i mam ochotę uciec z powrotem do kuchni. Adam siedzi grzecznie w krześle dla dzieci i zajada się czymś co dał mu Binenti, to chyba kawałek banana, ale w rękach mojego dziecka ciężko to zidentyfikować. Dopiero, gdy oblizuję mu paluszki upewniam się, że to jednak banan - Ale dobre, co synku? -  całuję go i wycieram mu buźkę nawilżają chusteczką. 
-Jest pani pewna, że ta sałatka jest lepsza niż ta którą tu podajemy? - Binenti znowu na mnie patrzy i podpiera się o stół na łokciach.
-Jest lepsza niż ta, którą przed chwilą jadłam, panie Binenti - odpowiadam bez wahania. Cholera! Wiem że jest dobra, próbowałam w kuchni. Wyszła mi idealnie taka jaka powinna być
-Jest pani bezczelna, pani Donell... - odpowiada poważnie i to takim tonem, że przechodzi mnie dreszcz. Od razu  też robi mi się gorąco i czuję jak moja twarz płonie.
-Nie chciałam...
-Ale podoba mi się to - przerywa mi nagle i uśmiecha się szeroko. Zdezorientowana siedzę jednak jak wryta i nie wiem co powiedzieć  - Sałatka jest przepyszna - kontynuuje - O  niebo lepsza niż ta, którą pani jadła. To oczywiście był test, ale jest pani na tyle inteligentna i zapewne się domyśliła. Chciałbym zaprosić panią na dzień próbny. Najlepiej jutro, ale zrozumiem jeśli nie da pani rady załatwić nikogo do opieki nad małym - słucham go jak zahipnotyzowana, bo nadal nie wierzę, że mi się udało. Rozchylam usta z zaskoczenia i dopiero po chwili jestem w stanie odpowiedzieć.
-Znajdę kogoś panie Binenti. Obiecuję! - piszczę nagle - Dziękuję bardzo! Tak bardzo się cieszę, że panu smakowało! - z radości chwytam w ramiona mojego synka i tulę go mocno, a on zaczyna grymasić.
-Jest pani młoda i bardzo zdolna.Widać, że ma pani wiele pomysłów i fajnych nowoczesnych rozwiązań, które moglibyśmy tu wprowadzić. Lorenzo, którego na pewno  już pani poznała, jest otwarty na propozycje... - dziwnie to brzmi, a ja krzywię się lekko - Jest gejem...  - dodaje Binenti, a ja robię się nagle cała czerwona, bo wygląda to tak jakby dosłownie słyszał moje myśli. Rozmawiamy jeszcze kilka minut, a ja mam tę przyjemność w końcu oficjalnie przejść z nim na ty. Jestem z siebie tak cholernie dumna. Ustalamy szczegóły, a ja mam zjawić się tu jutro, punktualnie w południe.  Chyba poproszę Florę, by w tym czasie zajęła się Adamem, bo dopóki nie dostanę tej pracy, to nie chcę się nikomu chwalić. Nie chcę zapeszać, bo po tym teście, który zrobił mi Binenti, jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym, że bardzo chcę wrócić do pracy. Chcę pracować dla niego i rozwijać się. Mam w końcu szanse spełnić chociaż jedno swoje marzenie sama i bez pomocy innych. To fajne uczucie, a ja znowu mam to poczucie, że powoli odzyskuję kontrolę nad swoim życiem. 

PS. Tak wiem, Ronald wygląda jak Nathan ze Sponsora, ale uwielbiam Davida Gandiego i pasuje mi on na wielu moich bohaterów :D

2 komentarze:

  1. super czekam na następny rozdział

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe czy spiknie się z tym szefuniem ;D

    OdpowiedzUsuń