Premiera już w lipcu!

wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział 129

Cały ranek poświęcam na przygotowania do próbnego dnia w mojej może przyszłej pracy. Jestem podekscytowana, ale i zdenerwowana. Właśnie podjeżdżam taksówkę pod Evans Tower, by zostawić Adama pod opieką gosposi Ericka, a stąd mam już niedaleko do restauracji Binentiego. Dzwoniłam do niej już wczoraj wieczorem, a ona przyjechała specjalnie z Jersey, by móc zając się małym. Wychodzę z windy z nadzieją, że nie ma tu Any. Nie chcę jej widzieć, ale to chyba zrozumiałe. Jestem jednak zaskoczona tym, że wychodząc z korytarza do kuchni zastaję Ericka.
-O... cześć - uśmiecham się, ale jestem nieco zdezorientowana. Co on tu robi? Miał być w Dubaju.
-Witaj Meg! - odzywa się Erick i podchodzi, by wziąć ode mnie fotelik z Adamem.
-Myślałam,że wyjechałeś...
-Wróciłem dziś w nocy, bo Ana źle się poczuła - odpowiada, a ja dopiero ją dostrzegam. Faktycznie wygląda nie najlepiej. Jest blada jakby wymiotowała cały poranek.
-Nudności? - pytam, uśmiechają się blado.
-Niestety, myślałam, że mnie to ominie - Ana również wymusza uśmiech i zerka na Adama, który śpi spokojnie. Rozmawiamy jeszcze chwilę, ale czas mnie goni, więc muszę się pożegnać. Erick odprowadza mnie do windy, przywołuje ją wciskając przycisk i patrzy na mnie.
-Wybierasz się gdzieś? - pyta, lustrując mój strój. Po wielkich porannych bojach zdecydowałam się na zwykłe jeansy, koszulę z białym kołnierzykiem i marynarkę. Wzdycham, bo przecież nie chciałam mu mówić o pracy.
-Tak, mam dość ważną sprawę do załatwienia - odpowiadam zdawkowo.
-Mogę cię podwieźć - proponuje, ale właśnie tego się spodziewałam.
-Nie trzeba. Poradzę sobie Ericku, ale dziękuję...
-Czemu wprost mi nie powiesz, że zaczynasz pracę? - mówi nagle, a ja patrzę na niego.
-Skąd wiesz? - pytam. Och, jak mnie to wkurza. Jakim cudem on o wszystkim wie?
-Dobrze wiesz, że mam swoje sposoby.
-Nie chciałam zapeszać, bo...
-Binenti nie jest człowiekiem dla którego powinnaś pracować - przerywa mi nagle, wprawiając mnie w osłupienie.
-Niby dlaczego?
-Bo nie, i proszę cię żebyś dobrze przemyślała tę propozycję - jego rozkazujący ton wyprowadza mnie z równowagi. Erick znowu się wtrąca i chce kierować moim życiem.
-Pozwól, że ja zadecyduję dla kogo i czy w ogóle będę pracowała! - burczę.
-Mogę załatwić ci każdą inną pracę, Meg. Zrezygnuj z pracy dla Binentiego i zapomnij, że w ogóle go poznałaś - coś w jego głosie zaciekawia mnie. To niepokój, który kryje się też w jego pięknych oczach. Nie chcę jednak kontynuować tej bezsensownej rozmowy i wsiadam do windy, która właśnie przyjechała.
-Do zobaczenia, Ericku - żegnam się, wciskając przycisk, który zawiezie mnie na sam dół.
-Meg, proszę... - Erick dłonią zatrzymuje zamykające się drzwi. Kręcę głową, bo tak cholernie wkurza mnie to, że znowu próbuje dyktować mi warunki.
-Jeśli powiesz mi dlaczego mam z nim nie pracować, to wtedy przemyślę twoją prośbę, a teraz naprawdę muszę iść, bo się spóźnię - całuję go w policzek i delikatnie odpycham, by przestał blokować windę. Erick robi krok w tył i rozdzielają nas drzwi. Wypuszczam gwałtownie powietrze, gdy zostaję sama. O co mu chodzi? Erick zna Binentiego? To moja pierwsza myśl, która od razu bardzo mnie niepokoi. 

Docieram na miejsce chwilę przed czasem. Och Boże, co za ulga! Marka dziś nie ma, więc będę zdana zupełnie na siebie. Wczoraj poznałam Lorenza, jednak dziś pewnie nie będzie już tak miło. Wchodzę do środka i zauważam jak Binenti opieprza jakiegoś barmana za ladą baru. Chyba ma dziś zły humor. Przełykam ślinę i podchodzę niepewnie, by się przywitać. 
-Masz do nich zadzwonić i to wyjaśnić. To niedopuszczalne, by nie mieli dla nas tego wina! - Binenti huknął, a ja wzdrygam się.
-Oczywiście szefie - chłopak ucieka na zaplecze, a ja nie wiem czy mam coś powiedzieć czy też uciec stąd jak najprędzej?Właśnie taki mam zamiar, gdy on nagle odwraca się i na mój widok od razu szeroko się uśmiecha.
-Witaj Megan. Jednak przyszłaś! - mówi spokojnie i rusza w moją stronę.
-Dzień dobry panie Binenti - dygam jak dziecko i czuję jak moje policzki zaczynają płonąć pod jego spojrzeniem.
-Panie Binenti? - śmieje się i podchodzi, by ucałować moją dłoń - Wydawało mi się, że wczoraj przeszliśmy na ty - dodaje. 
-Tak oczywiście, ale będę czuła się lepiej zwracając się do pana oficjalnie, gdy jestem w pracy - spoglądam mu prosto w oczy. Przecież nie mam się co bać. Najwyżej za coś na mnie nakrzyczy i tyle. Nie jestem dzieckiem. Nie jestem dzieckiem. Powtarzam w myślach, ale gdy znowu na niego patrzę, to żołądek zaciska mi się na supeł. O rany! 
-Rozumiem - odpowiada uprzejmie - Chodź już, mamy dziś wiele do zrobienia - nagle chwyta mnie za  dłoń i rusza w stronę wyjścia. Zaskoczona nie zdążam nawet nic powiedzieć. Przed restauracją zatrzymuje się czarny Astor Martin, z którego wysiada chłopak i podaje Binentiemu kluczyki. - Dziękuję Nick - rzuca Binenti i spogląda na mnie, otwierając drzwi pasażera - No już wskakuj, bo dnia nam nie starczy! - dodaje, wskazując na obite białą skórą siedzenie. Wsiadam szybko, kompletnie zaskoczona. Binenti obchodzi auto i zgrabnie wskakuje na siedzenie, odpala silnik i rusza prawie z piskiem opon. Odruchowo zapinam pas i ściskam mocniej torbę, którą trzymam na kolanach.
-Myślałam, że będę dziś gotowała dla gości w restauracji - stwierdzam nieśmiało i zerkam na niego.
-To, że potrafisz gotować, to już wiem, Megan - odpowiada, skupiając się na drodze i przyśpiesza. Boże, zaraz zginę! - Chcę dziś sprawdzić czy masz wrodzony talent, czy to tylko wyuczone regułki ze szkoły kulinarnej  - dodaje i spogląda  na mnie, uśmiechając się tajemniczo.
-Gdzie jedziemy?
-Zobaczysz i wyluzuj się trochę, bo zaraz wbijesz paznokcie w moją skórzaną tapicerkę -  śmieje się głośno, a mnie ścisnęło w żołądku - Skąd znasz Marka? - pyta nagle.
-Poznaliśmy się na studiach. Byliśmy w różnych grupach, ale parę razy obsługiwaliśmy razem bankiety - odpowiadam, choć zaskoczyło mnie to pytanie. 
-Dobry z niego kelner, ale marny kucharz - stwierdza wprost, a mi rzednie mina. Dlaczego tak mówi? Miał okazje chociaż spróbować tego co ugotował Mark?
-Nie mnie to oceniać - wzruszam ramionami. 
-Mark nie ma talentu. Umie gotować, ale to nie jest pasja, on nie wkłada w to duszy. Mam nadzieje, że z tobą będzie inaczej - spoglądam na niego. Nie bardzo rozumiem do czego zmierza ta rozmowa.
-Kocham gotować panie Binenti! - mówię piskliwym głosem. 
-Ile jesteś w stanie poświęcić dla tej pracy? - rozchylam usta, bo jestem coraz bardziej zaskoczona jego bezpośredniością.
-Nie chcę niczego poświęcać, chcę wszystko pogodzić tak, by  ze sobą nie kolidowało...
-Ta praca będzie wymagała poświęcenia - przerywa mi i w końcu zatrzymuje auto na czerwonym świetle.
-Raczej dobrej organizacji niż poświęcenia, proszę pana - Binenti uśmiecha się szelmowsko. 
-Jesteś dobrze zorganizowana? - pyta.
-To się okaże, jeśli dostanę tę prace - odpowiadam, przełykając ślinę. Dziwnie czuję się w jego towarzystwie.
-Już ją dostałaś - patrzę na niego z szeroko rozchylonymi ustami - Szczerze mówiąc  myślałem, że dziś nie przyjdziesz, że wystraszysz się  i zrezygnujesz. Na pewno naczytałaś się opinii na mój temat...
-Nie wierzę w to co piszą w sieci - wtrącam niepewnie.
-Więc czytałaś - Binenti znowu się uśmiecha i przyśpiesza. 
-Tylko z ciekawości. Szukałam opinii o restauracji, a informacje o panu po prostu też tam były... - kłamię, ale chyba uwierzył.
-Większość z tego co piszą to bzdury, ale jestem trudnym człowiekiem. Gdyby nie to, nie doszedłbym do tego co mam. Nie daję wleźć sobie na głowę i nie tracę swojego cennego czasu na nieprofesjonalistów.
-Rozumiem, ale to akurat chyba dobre podejście - wtrącam szczerze. 
-Cenię sobie osoby, które ułatwiają mi życie. Mam dużo na głowie i nie lubię gdy ktoś zawraca mi głowę o byle co.
-Postaram się, by nie miał pan problemów z restauracją. Ta praca to naprawdę moje marzenie i nigdy nawet nie śmiałam pomyśleć, że się spełni...
-Nie wierzysz w siebie? - nagle przerywa mi w pół zdania.
-Jestem realistką.
-Jesteś też młoda i zdolna, Megan. Trzeba w siebie wierzyć, dążyć do wyznaczonych celów.
-Nie obroniłam dyplomu, a to podstawa w tym zawodzie... - wzdycham.
-Daj spokój z tym dyplomem. Jeśli mnie nie zawiedziesz, żaden dyplom nie da ci tyle, ile moje rekomendacje - znowu posyła mi to dziwne spojrzenie. 
-Dyplom jest dla mnie ważny...
-To go obroń, nie sądzę byś miała z tym problemy - znowu mi przerywa. Zaczyna mnie to wkurzać.
-Taki mam zamiar, proszę pana. 
Nie mam pojęcia gdzie dokładnie jedziemy? Wyjeżdżamy z Manhattanu i kierujemy się do portu. Po drodze pada kilka kolejnych dziwnych pytać z jego strony i są ona zupełnie niezwiązane z gotowaniem. Pyta mnie o Adama i o to czy mam męża. W sumie staram się to zrozumieć, bo dla niego też ważne jest, by pracownik był w pełni dyspozycyjny. 

Dojeżdżamy na targ tuż przy porcie. Są tu najświeższe i najlepsze towary z całego świata. Doskonale znam to miejsce, bo często przyjeżdżaliśmy tu ze szkoły na zakupy. Uśmiecham się na widok znajomych straganów.
-Co ugotowałabyś dla swojego syna w taki deszczowy dzień jak dziś? - Binenti zadaje mi kolejne z serii swoich dziwacznych pytań.
-Adam jest dopiero na etapie poznawania różnych produktów, więc nie doceniłby niczego co bym dla niego ugotowała- śmieję się cicho - Ale dla Vincenta ugotowałabym zupę krem z kukurydzy z mleczkiem kokosowym i upiekłabym małe chlebki z ziołami - Binenti spogląda na mnie.
-Kto to jest Vincent?
-To syn mojego... - urywam w pół zdania, bo nie wiem co powiedzieć. Nagle pomyślałam o Brayanie i o małym i ogarnęło mnie dziwne uczucie tęsknoty - To chłopczyk, który jest dla mi bardzo bliski.  Ma prawie cztery latka i jest cudownym małym rozrabiaką - wyjaśniam. 
-Masz na głowie dwóch małych chłopców? - Binenti jest ewidentnie zaskoczony.
-Nie, Vincent, to nie jest mój syn. To syn... mojego byłego faceta.  Jego mama jest w Londynie i to z nią spędza większość czasu, bo Brayan... - urywam w pół zdania i gryzę się w język. Cholera, nie powinnam opowiadać swojemu  szefowi o takich prywatnych sprawach.
-Zadziwiasz mnie - stwierdza i spogląda na mnie z uznaniem. Ruszamy w głąb targu, a ja wśród mnóstwa świeżych produktów z całego świata czuję się jak ryba w wodzie. Tak naprawdę nawet nie wiem czego tu szukamy, ale Binenti mówi mi bym wybrała to co uważam. Rzuca tylko hasło, a ja wybieram najbardziej odpowiednie do tego produkty. Zakupy spożywcze, to mój żywioł, więc mogę szczerze przyznać, że doskonale się bawię.
-Chyba mamy już wszystko co nam potrzeba - stwierdza, po prawie dwóch godzinach. Dobrze, że mam na nogach baletki i nie czuje się zmęczona.
-Wszystko co potrzeba do...? - pytam, niosąc kilka lżejszych toreb.
-Do zrobienia kolacji.
-Kolacji? - spoglądam na niego zaskoczona -  Zamówił pan więcej towaru? - dodaję.
-Nie, to nam wystarczy.
-To jakaś prywatna kolacja? - nadal nie rozumiem o co mu chodzi. Przecież na zaopatrzenie restauracji trzeba o wiele więcej produktów niż to co właśnie kupiliśmy. Może wieczorem są jacyś specjalni goście, a ja jeszcze nic o tym nie wiem. 
-Prywatna? - Binenti zaśmiał się - Można tak powiedzieć, chodź. Wracamy! - dodał i odebrał ode mnie zakupy. Wolałabym wiedzieć o co chodzi, ale najwidoczniej on nie ma zamiaru mi niczego wyjaśnić. Wracamy do samochodu, a po godzinie dojeżdżamy na Brooklyn. Binenti parkuje w podziemiach ekskluzywnego wysokiego apartamentowca.
-Gdzie idziemy? - pytam, wysiadając z auta.
-Do mojego mieszkania - odpowiada, jak gdyby nigdy nic. 
-Słucham? - krzywię się i zatrzymuję na środku chodnika.
-Przygotujesz kolacje dla nas, Megan. Chcę się przyjrzeć, jak zachowujesz się w kuchni - wbijam w niego zaskoczone spojrzenie.
-W restauracji nie mógłby pan się przyjrzeć? - pytam , bo nie podoba mi się jego pomysł. Może jestem przewrażliwiona?
-U mnie będą przyjemniejsze warunki. Wyluzuj trochę i chodź - Binenti podchodzi i chwyta mnie za dłoń.
-O czym pan mówi?! - piszczę - Ja chcę gotować w pana restauracji, nie wypada bym... - dukam jak głupia, bo okropnie się zdenerwowałam.
-Będziesz tam gotowała, ale nie dziś. Jeśli masz jakieś opory, by iść do mnie, to potraktuj to jako polecenie służbowe... - Binenti mierzy mnie wzrokiem i puszcza moją dłoń, dając mi prawo wyboru. Cholera! -  Idziesz? - pyta, ale ja nie odpowiadam. Po prostu ruszam prosto do windy. Nie podoba mi się ten pomysł i coś mi tu śmierdzi, no ale cóż. Zależy mi na tej pracy. Ugotuje dla niego tę kolację i mam nadzieje, że będzie mu smakowało. 

W krępującej dla mnie ciszy  jedziemy na samą górę do jego apartamentu. O wow! Facet zdecydowanie lubi luksus. Wydawało mi się, że Erick ma na tym punkcie hopla, ale Binenti... Ściana wyłożona czarnymi kamieniami po których spływa woda robi na mnie największe wrażenie. Apartament jest oczywiście ogromny i przestronny. Utrzymany w ciepłych piaskowych kolorach, przełamanych elementami zimnej stali. Nowoczesność i styl.
-Bardzo tu ładnie - stwierdzam nieśmiało, wchodząc do kuchni. O cholera! - Ma pan własny piec do pizzy?! - piszczę zaskoczona, widząc jej wyposażenie.
-Chyba nigdy go nie używałem... - odpowiada rozbawiony i drapie się po brodzie. Nie mam pojęcia ile on może mieć lat? W sieci informacje są dość sprzeczne, ale na pewno jest po trzydziestce, choć nie wygląda. Jest wysoki, opalony i jak na Włocha przystało, dość przystojny Dla mnie troszkę za bardzo wymuskany, ale rozumiem, że kobietom może się to podobać. 

Zaczynam wypakowywać zakupy na marmurowy blat i spoglądam na niego. 
-Więc co mam dziś dla pana ugotować? - pytam.
-Będziesz gotowała dla nas, Megan. Nie lubię jeść sam -  odpowiada, choć dziwnie to brzmi. Cholera! Czyżby Erick znowu miał racje? Ostrzegał mnie dziś przed nim, a ja czytałam o jego licznych romansach i dziwnych życiowych zakrętach. Mimo to nie chce mi się wierzyć, że ma zamiar mnie uwieść czy coś w tym rodzaju. Bo niby po co? Muszę na niego po prostu uważać i przyjrzeć się bliżej jego zachowaniu.

Jest kilka minut po czwartej, gdy słyszę nagle dźwięk mojej komórki. Spoglądam pytająco na Binentiego, a on kiwa głową bym odebrała. Chwytam więc torbę i zaczynam szukać telefonu, ale zanim go znajduję, to on przestaje dzwonić.
- Kobiety! - skwitował Binenti i znika za tą ścianą z  kamienia po której spływa woda. Oddycham z ulgą, że na chwilę mogę zostać sama. Jestem zaskoczona, gdy widzę, że mam nieodebrane połączenie od Brayana. Waham się chwilę, ale oddzwaniam.
-Cześć Brayan! Przepraszam, ale nie zdążyłam odebrać - mówię i podchodzę do okna, które jest wysokie i szerokie na całą ścianę. 
-Część Meg! Chciałem ci tylko pogratulować nowej pracy - mówi nagle, a ja unoszę brew.
-Dziękuję... - bąkam.
-Erick mówił, że masz dziś pierwszy dzień w restauracji. Trzymam za ciebie kciuki, wiesz o tym, prawda? - rozglądam się, bo to naprawdę dziwne.
-Właściwie, to nie jestem w restauracji... - wypalam i od razu tego żałuję.
-A gdzie? - Brayan pyta zaskoczony.
-U mojego szefa w domu. Będę gotowała kolację dla...
-Dobrze, więc nie przeszkadzam ci już - przerywa mi nagle - To pewnie jakaś ważna kolacja i ważni goście. Zamij się czym tam musisz i pamiętaj, że jestem z ciebie naprawdę dumny - jego słowa sprawiają, że robi mi się ciepło na sercu. Właśnie tak powinien zareagować mój mężczyzna. Cóż za ironia, bo żaden z nich nim nie jest. Ani Brayan, ani Erick. Żegnam się szybko i obiecuję, że się odezwę. Myślałam, że między nami to już naprawdę koniec, ale to nie jest odpowiednia chwila, by teraz się nad tym zastanawiać. Binenti gdzieś zniknął, więc wracam do pracy. Myję warzywa i wkładam rybę do lodówki. Rozglądam się po kuchni, choć nawet nie wiem czy wolno mi się tutaj rządzić . Skoro mam jednak ugotować dla nas kolację, to muszę wiedzieć co gdzie jest.
-Widzę, że zapoznałaś się z terenem. To dobrze - słyszę jego głos i aż podskakuję - Tu masz talerze - podchodzi i wskazuje na wiszącą obok mnie szafkę.
-Wiem, zaglądałam już - uśmiecham się niepewnie.
-A co do menu na dzisiejszy wieczór, to masz wolną rękę. Moim warunkiem jest wykorzystanie  większości produktów, które dziś kupiliśmy - dodaje i otwiera jedno z kolekcji swoich win. Nie pyta mnie czy mam ochotę na alkohol tylko przygotowuje dwa kieliszki i po chwili wypełnia je trunkiem. Spogląda na mnie z uśmiechem.

-Prowadzę... - kłamię, bo nie chcę pić alkoholu z szefem i to pierwszego dnia mojej pracy.
-Ja też, ale jeden czy dwa kieliszki nie zaszkodzą. Do wieczora wszystko z ciebie wyparuje - odpowiada, a ja znowu wyczuwam dziwną aluzję w jego głosie.
-Naprawdę muszę odmówić. To nieprofesjonalne, a ja jestem tu służbowo, a nie prywatnie - bronię się słabo, ale on na szczęście odpuszcza. Uśmiecha się jedynie i wskazuje dłonią na kuchnie.
-Możesz zacząć gotować kiedy chcesz - dodaje.
-Dziękuję - odpowiadam i od razu biorę się do pracy, bo zaplanowałam sobie dość skomplikowane menu. Na przystawkę zrobię placuszki z cukinii z sosem jogurtowym. Daniem głównym będzie sum w marynacie z sosu sojowego, czosnku, kolendry i szalotki z ryżem jaśminowym i sałatką z białej kapusty i marchewki. A na deser zrobię własnej roboty ptysie z cytrynową bitą śmietaną. To sporo pracy, ale mam też dobrych kilka godzin. Nie mam pojęcia co w tym czasie będzie robił Binenti. Chyba nie będzie  mi cały czas patrzył na ręce?

***

- O której zazwyczaj jada pan kolację ? - pytam, gdy jest już po siódmej wieczorem. Binenti spogląda na mnie znad swojego laptopa na którym pracuje od dobrych dwóch godzin.
-Nie jadam o stałych porach, Megan. Za ile możesz podać przystawkę? - pyta i wstaje, odstawiając laptop na barowy blat. Między kuchnią, a salonem znajduje się barek, a przy nim trzy wysokie krzesła i miejsce na przeróżne alkohole.
-Za pół godziny, proszę pana - odpowiadam, ale spinam się, gdy nagle podchodzi do mnie. 
-Co to? - Binenti zatapia palec w miseczce z jogurtem, który właśnie wymieszałam z przyprawami.
-Jogurtowy sos do placuszków z cukinii, proszę pana - odsuwam się dyskretnie i patrzę jak oblizuje palec. O rany! Przecież to takie nieprofesjonalne. 
-Próbowałaś? - pyta poważnie.
-Tak, proszę pana.
-Smakuje ci? - Binenti opiera się biodrem o szafkę i krzyżuje dłonie na piersi.
-Ważne żeby panu smakowało, ale tak, mi smakuje  - odpowiadam z pewnością siebie. 
-A to? - wskazuje na miskę po marynacie do ryby.
-To marynata do suma.
-Co w niej jest? - zaczyna wypytywać o wszystkie składniki, które stoją na kuchennym blacie.To akurat mi się podoba, bo sprawdza moją wiedzę, a to jest bardzo profesjonalne. Co prawda podchodzi za blisko, ale staram się trzymać dystans. Zaskakuje mnie też tym, że właśnie zaczął nakrywać do stołu.
-Potrafię sama to zrobić, proszę pana - stwierdzam zakłopotana. Może uważa, że nie wiem jaki talerz podaje się do ryby?
-Nie jesteś kelnerką, Megan - Binenti uśmiecha się uprzejmie. Trudno mi rozgryźć tego człowieka. Przez te kilka godzin odebrał chyba z milion telefonów. Starał się przyglądać temu co robię, ale co chwila mu ktoś przerywał, a ja wtedy oddychałam z ulgą, że nie patrzy mi na ręce. Koło ósmej wieczorem zaczynam nakładać przystawki na talerze. Zawsze miałam wyczucie estetyki, więc wygląda to naprawdę ładnie.
-Mogę zaprosić pana do stołu? - pytam, trzymając w dłoniach dwa talerze.
-Oczywiście - Binenti znowu się uśmiecha i odkłada komórkę, która dzwoniła do niego chwilę wcześniej.
-Smacznego - stawiam przed nim jego talerz, a swój kilka krzeseł dalej. 
-Usiądź bliżej, proszę - mężczyzna wstaje i bez pytania przestawia mój talerz naprzeciwko swojego. 
-Mam nadzieje, że będzie panu smakowało - trochę speszona siadam na wyznaczonym przez niego miejscu i upijam łyk wody z kieliszka. 
-Sprawdźmy - Binenti stuka  swoim kieliszkiem z winem o mój i znowu się uśmiecha. Gdy tylko zaczynamy jeść znowu dzwoni  mój telefon. Klnę pod nosem pod nosem i spoglądam przepraszająco na mojego szefa -  Odbierz - mówi łagodnie, a ja wstaję szybko i idę odebrać. To Erick. O rany! A ten czego chce?
-Ericku, nie mogę teraz rozma...
-Jesteś u tego bufona w domu?! - warczy na mnie.
-Boże, co się ugryzło? - piszczę, zirytowana jego zachowaniem. 
-Kogo niby macie na tej prywatnej kolacji?! - unoszę brew. Ech, Brayan już wszystko mu wygadał, a raczej powiedział swoją wersję, bo nie dał mi przecież wyjaśnić, że to próbna kolacja.
-Ericku, nie mogę teraz rozmawiać! - warczę.
-O której kończysz? - pyta surowo.
-Nie wiem? Dopiero co podałam przystawkę.
-Miałaś byś kucharzem, a nie kelnerką! - znowu na mnie huknął.
-Ericku! Muszę kończyć!
-Przyjadę po ciebie. Zadzwoń, gdy będziesz kończyć!
-Wrócę taksówką.
-Nie będziesz wracała z Bronksu taksówką! Przyjadę po ciebie i proszę, nie dyskutuj!
-Dobrze! - zgadzam się, by dał mi spokój. Spoglądam nerwowo w stronę kuchni, a tam Binenti przygląda mi się uważnie. O rany! - Zadzwonię, gdy skończę Ericku. Pa! - Rozłączam się, nie czekając na odpowiedź - Przepraszam najmocniej... - mówię, wracając do stołu.
-Musisz przygotować swojego faceta na to, że będziesz wracała późno do domu - stwierdza Binenti, gdy ponownie zajmuję swoje miejsce.
-To nie był mój facet - wywracam oczami, a Binenti patrzy na mnie dziwnie. Nic jednak nie mówi, tylko wraca do jedzenia. Już po pierwszym kęsie widzę, że mu smakuje. Ale komu nie smakowałyby placuszki z cukinii mojej babci? Z każdym kęsem dostrzegam, jak Binenti niepewnie się uśmiecha. 


Przy drugim daniu jest podobnie. Bardzo dawno nie robiłam suma, jednak wyszedł mi naprawdę idealny.  Gdy Binenti nagle prosi o dokładkę, prawie skaczę z radości. Rozmawiamy o gotowaniu, bo on naprawdę zna się na rzeczy. Zwiedził cały świat, jadał w najlepszych restauracjach i to najbardziej egzotyczne dania. Jest skarbnicą wiedzy i wiele mogłabym się od niego nauczyć. Bardzo chciałabym, by chciał mnie szkolić. To naprawdę byłby przełom dla mojej kucharskiej kariery. Gdy przychodzi czas na deser, jest już dobrze po dziesiątej wieczorem. Erick zapewne wścieka się, że jeszcze nie dzwonię, no ale co mam zrobić? Też już z chęcią wróciłabym już do domu, bo jestem okropnie zmęczona tym dniem.
-Dodałaś imbir? - pyta Binenti, oblizując łyżeczkę z bitej śmietany.
-Odrobinę, dla podkreślenia cytrynowego smaku - uśmiecham się, bo widzę, że jest pozytywne zaskoczony, a on odwzajemnia uśmiech i jednym kęsem kończy jeść deser.
-Muszę przyznać, że mi smakowało - stwierdza w końcu to, co podejrzewałam już od pierwszego kęsa przystawki. Taki komplement z jego ust! Boże ,ale jestem z siebie dumna.
-Bardzo się cieszę, panie Binenti - wstaję i chcę  zabrać jego talerz, ale on nagle łapie mnie za dłoń.
-Skoro już skończyliśmy oficjalną kolację może w końcu zaczniesz mi mówić po imieniu, Megan - odruchowo zabieram dłoń. Nie wiem czemu, ale nagle spanikowałam. Patrzę na niego z przerażeniem. 
-Przepraszam, nie lubię takich gestów... - mówię cicho.
-Nie bój się, nic ci tu przecież nie grozi - odpowiada spokojnie i zbiera naczynia, by wstawić je do zmywarki. Jestem skrępowana jego słowami, bo nie wiem co dokładnie ma na myśli. Zaczynam mieć wrażenie, że on wie o mnie więcej niż daje to po sobie poznać.
-Jeśli już skończyliśmy, to powinnam wracać do domu panie Binenti... znaczy... Ronaldzie - dukam nieskładnie.
-Nie napijesz się chociaż wina? Należy ci się odrobina relaksu, napracowałaś się - unosi pusty kieliszek, by mnie zachęcić. 
-Naprawdę, powinnam już jechać... - mówię, ale przerywa mi dzwonek do drzwi. Spoglądam na zegarek. Kto może go odwiedzać po dziesiątej wieczorem w środku tygodnia?
-Co do cholery?! - Binenti klnie pod nosem, ale idzie otworzyć.   Ja w tym czasie szybko zbieram resztę naczyń do zmywarki. Po chwili słyszę  z korytarza odgłosy jakby kłótni. O nie! Może to jakaś zazdrosna kochanka? Jak mnie tu zobaczy to dopiero sobie pomyśli. Chcę się schować, ale nie zdążam, bo właśnie do kuchni wparował nikt inny jak Erick. Otwieram szeroko oczy, bo dosłownie nie wierzę, że przyjechał tutaj bez pytania.
-Co ty tu...
-Wychodzimy! - przerywa mi i podchodzi, a następnie chwyta mnie gwałtownie za łokieć.
-Ericku! - wyrywam mu się i rzucam mu gniewne spojrzenie. Jezu! Co on sobie wyobraża?!
-Megan jest tu służbowo, Evans! - wraca też Binenti i patrzy na mnie.
-Gdzie ci goście? Gdzie ta kolacja?! - Erick prostuje się i spogląda na stół z resztkami jedzenia i dwoma nakryciami.
-Jacy goście? Nikogo prócz nas nie miało być... - odpowiada Binenti, a Erick mierzy mnie spojrzeniem.
-Powiedziałaś Brayanowi, że to prywatna kolacja! - krzyczy na mnie.
-Nie dał mi wyjaśnić i sam dośpiewał sobie, że pewnie mam jakiś ważnych goście i że nie będzie mi przeszkadzał... - odpowiadam, zażenowana całą tą sytuacją. Ale zaraz, zaraz! Więc oni się jednak znają? Erick i Binenti się znają?
-W co ty grasz Binenti?! - Erick zwraca się w jego kierunku. Ewidentnie nie jest przyjaźnie nastawiony. Mężczyźni zdecydowanie za sobą nie przepadają.
-Weź się uspokój Evans. Jesteś w moim domu! Wystraszyłeś mojego gościa... - Binenti spogląda na mnie. 
-Jakiego gościa!? Zapraszasz gości i każesz im gotować i sobie usługiwać!? - warczy Erick.
-Ericku! - podchodzę i chwytam go za ramię, by się uspokoił.
-Dobrze Megan, dajmy spokój. Dziękuję za pyszną kolację. Jesteś na pewno zmęczona i faktycznie powinnaś wracać do domu. Zadzwonię do ciebie jutro - Binenti uśmiecha się do mnie ciepło.
-Wątpię... - wtrąca Erick -  Ona nie będzie dla ciebie pracowała! - dodaje z totalną wściekłością.
-A właśnie, że będę! - nie wytrzymuję i wybucham - Co ty sobie myślisz? Nie jestem twoją własnością żebyś za mnie decydował. Zachowujesz się jak jakiś prześladowca! Nie rób mi wstydu i zamknij się, Ericku! - piszczę wściekła, a Binenti uśmiechnął się tryumfalnie, widząc wściekła minę Ericka.
-Wychodzimy! - ten syknął jedynie i chwytając mnie pod łokieć, rusza do wyjścia.
-Przepraszam, panie Binenti! - krzyczę w stronę mojego szefa i chwytam z komody moją torebkę.   On nic nie odpowiada, ale kiwa jedynie lekko, że wszystko jest w porządku i pociera dłońmi brodę. Erick prawie wpycha mnie do windy, cały aż chodzi ze złości.
-Co ty, do cholery, wyprawiasz?! - krzyczy, gdy tylko winda rusza w dół.
-Gotowałam kolację dla mojego szefa. Chciał sprawdzić, jak zachowuje się w kuchni, idioto!
-Mało jest ma restauracji w Nowym Jorku, że musiał cię tu przywieść?! - Erick wbija we mnie to swoje wściekłe spojrzenie.
-Nie wiem?! Może chciał mnie poznać i rozmawialiśmy, tak po prostu! I... i smakowało mu to co ugotowałam! - ostatnie zdanie wypowiadam z takim podekscytowaniem, że wzrok Ericka od razu łagodnieje. 
-Och Boże, Meg! - wzdycha i podchodzi, by wziąć mnie w ramiona.  Zaskoczona opieram dłonie o jego pierś, by utrzymać  dystans- Niczego nie próbował? - pyta nagle, a ja unoszę brew. Że co?
-Czego niby miał próbować? - odchylam się jeszcze bardziej, by móc uważnie na niego spojrzeć.
-Nic, nieważne - puszcza mnie i robi krok w tył - Późno już, mam cię odwieść na Long Island? pyta po chwili. Jego wzrok jest pełen paniki i strachu, a jednoczenie ulgi po tym co powiedziałam. Nic z tego nie rozumiem. Kim jest Ronald Binenti? I co łączy go z Erickiem?
 

 



9 komentarzy:

  1. Dziwnie zaczyna się robić,Nie bardzo rozumię sposób zachowania Eryka tutaj przylatuje bo jego dziewczyna się źle czuje,ale jest też zazdrosny o Meg i wydaje mi się,że R i Eryka łaczy coś z przeszłości.Jsk dla mnie to Meg mogła by zwiazać się z R.Ma do tego prawo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu mogę zapytać ile jeszcze rozdziałów do końca?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama tego nie wiem, ale chcę, by było ich jak najmniej :) Muszę jednak wyjaśnić wszystkie ważne wątki, a jest tego sporo :) Postaram się byście nie były zawiedzione :)

      Usuń
    2. Nie mogła bym być zawiedziona twoja twurcziścia , bo jesteś super.Tylko za każdym razem czekam na coś co uczyni Meg szczęśliwoł,.

      Usuń
  3. To proste co ich łączy agencia modelek

    OdpowiedzUsuń
  4. o cie w morde - warto bylo czekać, jesteś niesamowitą pisarką, emocje że tralala

    OdpowiedzUsuń
  5. proszę częściej te rozdziały . Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam Ronalda:) jest najlepszy z całej trójki:) Erick już dawno działa mi na nerwy.. Świetny rozdział:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam Ronalda:) jest najlepszy z całej trójki:) Erick już dawno działa mi na nerwy.. Świetny rozdział:)

    OdpowiedzUsuń