Premiera już w lipcu!

środa, 27 kwietnia 2016

Rozdział 131

Następny dzień spędzam ogarniając sprawy domowe. Tata załatwił ekipę do zamontowania mebli w kuchni, więc mogę w końcu poczuć się panią własnego domu. Gotuję dla nas obiad, ale nie wspominam ojcu o sytuacji z Erickiem. Chwalę się za to nową pracą, a radość i duma mojego ojca sprawia, że wiem iż podjęłam dobrą decyzję. Jestem jednak zaskoczona, gdy nagle pyta mnie o Ericka.

-Dzwonił do mnie dziś rano i prosił bym zabrał Adama do ciebie wieczorem. Pokłóciliście się? - patrzę na niego i nie wiem co powiedzieć. 
-Nie...- bąkam - Postanowiliśmy zerwać kontakty - dodaję spuszczając wzrok.
-Zerwać? - ojciec wpatruje się we mnie - Ze względu na Adama nie możecie ich zerwać, Meg. Możecie je ograniczyć, ale nie zerwać.
-Tak, wiem...
-Meg - tata chwyta mnie za dłoń - O co znowu chodzi? - dopytuje. Doskonale wiem, że ma dobre intencje, ale ja nie chcę o tym rozmawiać.
-To za długo trwa tato. On ma Ane i dziecko w drodze, a ja...
-Partnerka Ericka jest w ciąży? - przerywa mi nagle, a ja jedynie kiwam głową. Momentalnie posmutniałam na myśl, że on znowu przeze mnie cierpi - Rozumiem...
-Więc możemy już nigdy o nim nie rozmawiać? - wymuszam uśmiech, ale tak naprawdę chce mi się krzyczeć ze złości. Na co jestem zła? Na siebie? Na niego? Tak naprawdę chyba na nas oboje, bo doprowadziliśmy do tego jak teraz wygląda nasze życie. Mamy syna i miliony nieuporządkowanych spraw, a tak naprawdę nawet nie powinniśmy się widywać. Zapewne nie będziemy, ale moich myśli o nim nigdy się nie pozbędę. Czy kiedykolwiek przestanę go kochać? Nie wiem, bo mam wrażenie, że ten ból jaki sobie zdaliśmy i zadajemy sprawia, że moja miłość do niego wnika we mnie coraz głębiej. Boleśnie trawi mnie od środka, wypala mnie. Bez niego jestem nikim.

 
Po obiedzie zostaję sama i ogarnia mnie poczucie, że o czymś zapomniałam. Przypomina mi o tym dźwięk mojej komórki, a ja widzę, że dzwoni mój nowy szef. Cholera! Bankiet!
-Dzień dobry szefie - odbieram, udając, że wcale nie jestem zaskoczona.
-Witaj Megan. Czy nasze dzisiejsze spotkanie jest aktualne? - pyta Binenti, a ja uśmiecham się.
-Oczywiście że tak proszę pana. Dlaczego miało by być nieaktualne? - unoszę brew, czują się niepewnie.
-Ponieważ nie wysłałaś mi jeszcze adresu na który mam podjechać.
-Och, przepraszam najmocniej. Zapomniałam! - walę się dłonią w czoło. 
-Nic nie szkodzi, po prostu wolałem się upewnić. Czyli na ósmą będziesz gotowa?
-Tak proszę pana - od razu wysyłam mu wiadomość, by za chwilę znowu nie zapomnieć - Dostał pan adres? - pytam.
-Tak mam - odpowiada po chwili - W takim razie do zobaczenia, Megan.
-Do zobaczenia panie Binenti - rozłączam się i pędzę do swojej sypialni, by znaleźć jakiś odpowiedni ciuch na ten wieczór.

Dzwonię do taty żeby przyjechał razem z mamą, by mogli się zająć tej nocy Adamem. Oczywiście nie robią problemu, a ja obiecuję sobie, że w najbliższych dniach spędzę z synem więcej czasu, ale nie wiem czy będzie to możliwe. Jest chwila przed ósmą, gdy docierają na miejsce, ale jestem zaskoczona, że nie ma z nimi mojego synka. 
-A gdzie Adam? - pytam, malując usta pomadką.  Długo zastanawiałam się co mam na siebie założyć, ale w końcu zdecydowałam się na dopasowaną suknię w kolorze butelkowej zieleni. Jest na jedno ramie, ale nie za wulgarna i zakrywa co trzeba. Skromnie i z klasą. 
-Erick ma przywieźć go tutaj - odpowiada tata i posyła mamie ten konspiracyjny uśmiech, a ja wiem, że już coś wymyślili.
-Tato... - wywracam oczami.
-Po co miał wieźć go najpierw do nas? Chyba lepiej, że od razu przywiezie go tutaj?
-Oczywiście - zapraszam rodziców do domu, ale muszę jeszcze wyprostować włosy, więc idę na górę do łazienki. Jestem nieco zła na nich, że znowu coś kombinują, ale wolę to przemilczeć. Po chwili słyszę auto, które podjeżdża pod dom. Wyglądam przez okno i widzę, że to Erick. Świetnie! Wysiada i wyjmuje fotelik w który śpi nasz synek. Uśmiecham się i tylko ze względu na niego postanawiam zejść i się przywitać. Zachowujmy się jak dorośli, a nie jak dzieci. 
-Cześć Ericku - mówię, schodząc po schodach. Ten odwraca się i patrzy na mnie. Jest zaskoczony tym jak wyglądam i zamiast się przywitać, pyta.
-Wychodzisz gdzieś? - unoszę brew, bo nie powinno go to przecież interesować.
-Mam służbowy bankiet - odpowiadam i kucam, by przywitać się z moim synkiem, który niestety śpi.
-Jaki bankiet? - jego ton jest pretensjonalny. Dobrze, że moi rodzice nie słyszą naszej rozmowy.
-Ericku...
-Idziesz z nim na bankiet?! - warczy na mnie nagle, ale nie zdążam odpowiedzieć, bo przerywa nam dzwonek do drzwi. Jasna cholera! Ci to mają wyczucie czasu. Błagam Ericka spojrzeniem, by nie robił kolejnej afery i otwieram drzwi. Stoi w nich Ronald i ubrany jest bardzo elegancko, a ja upewniam się, że dobrze zrobiłam zakładając tę sukienkę. 



-Dobry wieczór, panie Binenti! - witam się i mierzę wzrokiem jego drogi smoking. Cholera! Wygląda naprawdę dobrze.
-Witaj Megan - Binenti uśmiecha się na mój widok i również mnie lustruje. Chyba dobrze dobrałam strój i oddycham z ulgą. 
-Pojedzie z wami mój ochroniarz - wtrąca nagle Erick i wychodzi mi zza pleców. 
-Co?! - piszczę.  Co on znowu wyprawia?!
-Mam własną ochronę, nie potrzeba wsparcia - odpowiada Binenti. Żaden z nich nie wyciąga ręki na powitanie. Co za sytuacja! Widzę jak złość w oczach Ericka wzbiera na sile i muszę interweniować.
-Dobrze, zgadzam się na ochronę! 
-Świetnie - Erick mierzy mnie wzrokiem. Widzę, że jest wściekły, a mi ochota na cały ten bankiet momentalnie przechodzi. Wolałabym zostać tutaj i z nim porozmawiać - Ochrona jedzie z wami - Erick dodaje do Binentiego.
-Skoro musi... - ten odpowiada i podaje mi łokieć - Idziemy? - uśmiecha się lekko.
-Za momencik, muszę pożegnać się z rodzicami i synkiem -  odwracam się i pędzę do kuchni, by powiedzieć rodzicom, że już wychodzę. Zostawiam mężczyzn samych z nadzieją, że się nie pozabijają. Wracam do holu i nachylam się, by ucałować Adama. Panuje tu wymowna cisza, a mi nagle chce się śmiać - Teraz możemy jechać - staję obok Binentiego, ale zerkam na Ericka, który ma bardzo niezadowoloną minę. 
-Baw się dobrze  - Erick nagle podchodzi i całuje mnie w policzek. Jestem zaskoczona, ale nie odpowiadam, bo jego komórka zaczyna dzwonić. 
-Jedźmy! - wtrąca Binenti i bierze mnie pod łokieć. Erick odchodzi kawałek, ale nie spuszcza mnie z oczu, gdy odbiera telefon.
-Już wracam, Ano! - mówi, a Binenti pociąga mnie za sobą. Czuję ścisk w żołądku. Jakbym robiła coś naprawdę złego, a przecież po prosu jadę na służbowy bankiet. Oddalamy się do auta, a ja staram się uspokoić. Emocje nie mogą mi towarzyszyć tego wieczoru, bo znowu zrobię jakąś głupotę.
-Ślicznie wyglądasz, Megan - Binenti spogląda na mnie i otwiera drzwi, a ja dopiero orientuje się, że przyjechał po mnie czarną limuzyną.
-Dziękuję, pan też się wystroił - odpowiadam niepewnie.
-Skończ z tym panowaniem, proszę mów mi po imieniu, bo czuje się taki stary! - śmieje się nagle.
-Jakoś nie mogę się przemóc panie Binenti, jest pan moim szefem.
-Dziś nie jestem. Idziemy razem na bankiet i mamy się dobrze bawić. Tańczysz? - wsiadamy do środka. Ja pierwsza, a on zaraz za mną.
-Jeśli mam dobrego partnera, to tańczę.
-Doskonale, moje lekcje nie pójdą na marne  - mruga do mnie wesoło, a limuzyna rusza powoli z podjazdu mojego domu. Oglądam się i widzę jak Erick stoi i patrzy jak odjeżdżamy. Cały czas jednak rozmawia przez telefon. Nie myśl o nim, Meg! Gani mnie moje wewnętrzne ja. 
-Gdzie jest ten bankiet? - pytam.
-W hotelu Sheraton. Szampana? - Binenti wyciąga z barku dwa kieliszki, a we wiaderku z lodem chłodzi się drogi szampan.
-Poproszę, może to pozwoli mi się trochę wyluzować.
-Nie stresuj się. Będąc tam ze mną nikt ci nie podskoczy. Przedstawie cię tylko tym co trzeba, a na resztę nie zwracaj uwagi.
-Nie jestem obyta w takim środowisku - wyznaję szczerze -  Nie chcę popełnić jakiejś gafy... - dodaję.
-Nie będzie mediów, ani dziennikarzy.
-To dobrze - spoglądam na niego i odbieram kieliszek z szampanem. 
-Za naszą współprace i dzisiejszą noc - Binenti wznosi toast i stuka swoim kieliszek o mój. Kilka łyków i nieco się odprężam. W drodze do hotelu rozmawiamy oczywiście o kuchni,  a on opowiada mi o swoim ostatnim pobycie w Hiszpanii. O cudownych produktach, których tam próbował.  Zauważam, że Binenti ma specyficzne poczucie humoru, ale mnie to pasuje. Jest trochę zadufany w sobie, ale kto by nie był mając tyle sukcesów na swoim koncie.

Na samym początku bankietu czuję się totalnie zestresowana i nieswoja, bo ci wszyscy ludzie, którym przedstawia mnie Binenti,  to same szychy. Jego przyjaciele z branży, kilku szefów kuchni z Europy i Azji oraz mnóstwo krytyków kulinarnych. Teraz dopiero widzę jak ważną osobistością jest mój szef, a niektórzy praktycznie się przez nim płaszczą za zwykłe dobry wieczór. Przez pierwszą godzinę sączę kieliszek szampana, by nie przesadzić. Tego by jeszcze brakowało żebym się upiła. W pewnym momencie słyszę jak w mojej kopertówce wibruje komórka i zerkam. Brayan? A ten czego znowu chce?
-Przepraszam na chwilę - nachylam się do Binentiego i pokazuję, że muszę odebrać. Siedzimy właśnie przy naszym stoliku, a on pochłonięty jest rozmową z jakimś Francuzem.
-Wszystko w porządku? - zanim odchodzę on chwyta mnie za nadgarstek. To aż takie widoczne, że nic nie jest w porządku?
-Tak, muszę do łazienki - odpowiadam i uciekam od stolika. Chowam się w jednej z kabin i odbieram. 
-Cześć Brayan - głos mam niepewny - Halo?! - powtarzam, bo po drugiej stronie panuje cisza. Potrząsam telefonem, myśląc, że tracę zasięg. Nagle  słyszę kobiecy śmiech.
-Z kim rozmawiam? - pytam.
-Nic nie słyszę! Halo!? - kobieta krzyczy mi do słuchawki. Chyba w ogóle mnie nie rozumie.
-Cholera! Mogę prosić Brayana do telefonu?! - warczę wkurzona, bo nie mam dziś ochoty na jakieś wygłupy. Co to za laska? Znowu zapada cisza, a ja w złości rozłączam się i wybieram numer raz jeszcze z nadzieją, że tym razem uda mi się porozmawiać z Brayanem. Co on znowu odwala?
-Brayan?
-Meg? Prawie cię nie słyszę! - odbiera w końcu - Kate przycisz tę muzykę! - krzyczy do kogoś-  Meg jesteś tam?
-Tak jestem, a ty? Gdzie ty jesteś? - pytam.
-Jestem w Dubaju - odpowiada, wprawiając mnie w osłupienie.
-A co tam robisz? - krzywię się, bo nic nie rozumiem. W Dubaju? Erick miał tam być.
-A no... się porobiło - zaczyna się śmiać, a ja od razu wiem, że jest pod wpływem alkoholu - Erick mnie poprosił bym go zastąpił w pewnych negocjacjach - dodaje zadowolony z siebie.
-Po co dzwonisz?
-Sam nie wiem...- milknie na chwilę - Znowu myślę o tobie...
-Bo jesteś pijany! - warczę na niego.
-Martwiłem się, że nie dzwonisz. 
-A po co miałabym dzwonić, Brayan? - złość we mnie wzbiera. 
-Brayan chodź do nas! - znowu słyszę głos tej kobiety - Zaraz do was przyjdę! Zacznijcie beze mnie! - odpowiada Brayan - Jak się bawisz na bankiecie? - pyta nagle. Och, czemu mnie nie dziwi, że o tym wie? Erick już się poskarżył.
-Czy to ważne? Ty bawisz się chyba zdecydowanie lepiej ode mnie! - czuję dziwną zazdrość na myśl o nim. To całkiem zrozumiałe, bo przecież nadal jest mi bardzo bliski.
-Daj spokój mała, to tylko impreza integracyjna... - tłumaczy się nagle. Tylko po co? I dlaczego mówi do mnie mała?
-Więc baw się dobrze. Pa! - rozłączam się i wściekła wrzucam telefon do torebki. Cholera! Teraz resztę wieczoru będę myślała co się tam dzieje. A tak naprawdę nie powinno mnie to w ogóle interesować.
-Wszystko w porządku? - Binenti czeka na mnie, gdy wychodzę z toalety.
-Tak, proszę pana - uśmiecham się blado.
-Myślałem, że uciekłaś - podchodzi i spogląda na mnie -  Płakałaś? - śmiało odgarnia mi włosy za ramię i przygląda mi się. Mam łzy w oczach, ale staram się je pohamować.
-Nic się nie stało, naprawdę. Wracajmy - próbuję zmienić temat, ale on doskonale wie, że coś jest nie tak. 
-Może chcesz wyjść na powietrze? - proponuje nagle.
-Pójdzie pan ze mną?
-Oczywiście. Chodź - podaje mi ramie i razem idziemy na taras widokowy obok sali w której odbywa się bankiet. Po drodze zgarniamy z tacy dwa kolorowe drinki. 
-Dziękuję, że mnie pan zaprosił. Czuję się zaszczycona tym, że będę mogła reprezentować pana restaurację - mówię szczerze i stukam swoją szklaną o jego. 
-To ja jestem zaszczycony, że zgodziłaś się mi towarzyszyć Megan i błagam, przestań z tym panem. Ronald, a najlepiej Ron - Binenti wsuwa mi łokieć pod moją rękę, bym napiła się z nim w imię toastu. 
-Megan, a najlepiej Meg - uśmiecham się, upijam łyk szampana, a on nagle całuje mnie w policzek. Jestem zaskoczona i odsuwam się. 
-Przepraszam, to taki zwyczaj z Europy - mówi łagodnie, widząc, że się zmieszałam.
-Nic się nie stało panie... Ronaldzie - poprawiam się i pocieram dłońmi ramiona, bo zrobiło się chłodno. Zostawiłam bolerko na oparciu krzesła, a na balkonie jest niewiele ponad 10 stopni.
-Okryj się, bo jeszcze mi się rozchorujesz - Ronald zdejmuje swoją marynarkę i okrywa ją moje ramiona. Spoglądam na niego w podzięce.
-Dziękuję. Póki jestem jeszcze trzeźwa... Czy możemy podpisać moją umowę? - pytam niepewnie.
-Umowę mam w pokoju Meg, chcesz ją teraz przejrzeć? - Ronald podaje mi kolejnego drinka.
-Jeśli mogę, ale nie chcę cię zabierać z bankietu od gości. To twoje przyjęcie.
-Poradzą sobie. Część oficjalna już dawno się skończyła, ale zanim pójdziemy... zatańcz ze mną... - proponuje nagle, a ja nie widzę w tym nic złego. Uśmiecham się i ujmuję jego dłoń, a Ronald prowadzi nas z powrotem na salę. Faktycznie, goście się rozkręcili, zespół gra na żywo i atmosfera stała się mniej sztywna.  Binenti chwyta mnie pewnie w pasie i zgrabnie prowadzi nas wśród wirujących obok par. Nie ma wyczucia, bo trzyma mnie trochę za mocno, ale dobrze tańczy. Czuję się w jego ramionach jak mała dziewczynka. Przedłużamy nasz taniec do trzech piosenek i udajemy do jego pokoju hotelowego, po drodze zgarniając kolejne drinki.
-Mogę zdjąć buty? - pytam, gdy docieramy na miejsce. Zastanawiam się czemu wynajął sobie pokój? Nie może po prostu wrócić do domu limuzyną, którą tu przyjechaliśmy?
-Jasne, podziwiam kobiety, które potrafią chodzić w szpilkach - Ron śmieje się z mojej miny, gdy zrzucam buty i robię minę oznaczającą ulgę.
-Nienawidzę obcasów! Ale są takie chwile w których trzeba je założyć.
-Nie każda kobieta potrafi w nich chodzić. To ból dla oczu, gdy widzę kobietę, która nie potrafi!
-Mówisz o mnie? - rzucam żartobliwie.
-Nie - patrzy na mnie - Akurat ty mogłabyś służyć za przykład - znowu posyła mi to dziwne spojrzenie -  Proszę, tu masz umowę w trzech identycznych egzemplarzach. Przeczytaj i jeśli masz jakieś pytanie, to porozmawiamy - przechodzi do rzeczy.
-Okej. 

Biorę dokument i siadam na antycznej kanapie w głównym salonie apartamentu. Po chwili słyszę cichą muzykę. 
-Thomas Tallis? - pytam, wsłuchując się w melodię. Binenti spogląda na mnie zaskoczony.
-Tak, lubisz muzykę klasyczną?
-Nie znam się na muzyce Ronaldzie, ale słucham wszystkiego co mi się podoba. Od Coldplay po Franka Sinatrę - odpowiadam, czytając swoje dane w umowie. Ronald milknie, a ja dalej wczytuję się w umowę.
-Przepraszam za moją ciekawość, ale czy Evans jest ojcem twojego syna?- to pytanie całkowicie wyrywa mnie ze skupienia. Podnoszę wzrok i widzę, że Ron przygląda mi się uważnie.
-Dlaczego pytasz?
-Bo jest strasznie do niego podobny. Ma jego oczy i robi te same miny... - śmieję się, bo uważam dokładnie tak samo.
-To chyba już znasz odpowiedź.
-Nieźle skomplikował ci życie wrabiając cię w dziecko...- sugeruje nagle.
-Nie...to nie tak jak myślisz, Ron. Wiem, że się nie lubicie, ale on naprawdę nie jest taki, za jakiego uważają go ludzie, którzy go nie znają...
-Ja znam go doskonale, Meg. Przyjaźniliśmy się....kiedyś... - jestem zaskoczona. Podejrzewałam się znają, ale przyjaźń? O to bym ich nie posądziła.
-Naprawdę?!
-Tak, Meg. Robiliśmy razem interesy...
-Robiłeś to co on?! - piszczę i odkładam dokumenty na stół.
-To co on? Co masz na myśli? - pyta badawczo.
-Nie mogę powiedzieć jeśli nie wiesz o czym mówię... - jestem ostrożna.
-Czyli ty wiesz?
-Zależy o czym myślisz... - Binenti śmieje się głośno.
-Myślę, że oboje wiemy o co chodzi, ale chyba nie będziemy poruszać tego tematu. To etap mojego życia o którym chciałbym zapomnieć.
-Też bym chciała zapomnieć o niektórych sprawach.
-Jak każdy, ale my mamy coś wspólnego - jestem zaciekawiona co ma na myśli - Evans nam obojgu spieprzył życie - wyjaśnia. 
-Nie mów tak! Ja wiele mu zawdzięczam...
-Też tak uważałem do momentu, aż  dowiedziałem się jaki jest naprawdę.
-Wiem, że bywa trudny, ale to dobry człowiek. Ma ogromne serce i pomaga wielu ludziom - po co ja go bronię?
-Chyba chciałaś powiedzieć, że ma wielkiego kutasa, którego nie potrafi utrzymać w spodniach! - robię wielkie oczy, gdy to mówi.
-Co się między wami wydarzyło, że tak go nienawidzisz? - pytam, jestem zmieszana tym co powiedział.
-Nie ważne... Czytaj  umowę i wracajmy na bankiet - Ronald zdenerwował się nagle.
-Dobrze. Przepraszam, że zapytałam - odpowiadam cicho. Czy wszyscy bogaci faceci czasami zachowują się jak dupki? 
- Umowa jest w porządku, proszę pana - mówię, gdy kończę ją przeglądać. 
-Znowu wróciliśmy do pana? - Binenti kręci głową -  Warunki ci odpowiadają?
-Większość tak.
-Za mała stawka? - unosi brew.
-Nie proszę pana, warunki finansowe są wręcz zawyżone, ale chodzi mi o godziny pracy.
-Co ci tam nie pasuje? - wstaje z fotela i podchodzi do mnie. Nachyla się, by zajrzeć do umowy.
-Wie pan, że mam małe dziecko. Nie mogę pracować pięć dni w tygodniu po tyle godzin...
-No faktycznie, zapomniałem - ton mu łagodnieje -  Grafik będziemy ustalać na bieżąco, dobrze?
-Dobrze, dziękuję panie Binenti.
-Ale będziesz mogła pomagać na specjalnych imprezach organizowanych przez restaurację?
-Oczywiście, jeśli będę wiedziała o nich wcześniej.
-A podróże służbowe? - patrzę na niego.
-Jakoś nie bardzo to widzę...
-Dlatego? - pyta poważnie.
-Nie wiem... - spuszczam wzrok i znowu myślę o Brayanie i Ericku.
-Co się dzieje? 
-Nic... Naprawdę nie ważne - kręcę głową, bo nie chcę rozmawiać z nim o swoich prywatnych sprawach. 
-Dlaczego nie jesteś z Evansem? To był tylko romans? Media  nieźle  rozpisywały o was swego czas - pyta tak po prostu. Po ludzku. Nie widzę w nim wścibskości, a po prostu chęć pomocy. To dziwne, ale naprawdę tak czuję. 
-Dla mnie to nie był tylko romans. Erick wywrócił moje życie do góry nagami, ale nie było nam dane być razem. Nawarstwiło się zbyt wiele spraw, kila osób przyczyniło się też do tego, że się rozstaliśmy, a tak naprawdę to ja go zostawiłam. Uciekłam bez słowa... - głos mi cichnie.
-Do Londynu? - pyta. 
-Tak. Kompletnie nikogo tam nie znałam. Poleciałam bezmyślnie, z tysiącem dolarów w portfelu, bo bałam się odpowiedzialności za to co zrobiłam.
-Odważna jesteś.
-Raczej tchórzliwa i głupia...- spoglądam na niego smutno.
-Wcale nie, Meg. Trzeba mieć jaja, by zostawić wszystko i wyjechać do jednego z większych miast w Europie, kompletnie nikogo tam nie znając.
-Z perspektywy czasu wiem, że to było kompletne szaleństwo, ale dzięki temu poznałam wielu cudownych ludzi w tym Brayana - mówię nagle.
-To zadzwoń do niego i powiedz, że go kochasz... - słowa Binentiego zaskakują mnie.
-Nie... to coś innego.
-Tylko seks? - jego bezpośredniość jest naprawdę onieśmielająca.
-Nie... - bąkam, a on przysiada się obok. 
-A Evansa? Kochasz go? - pyta wprost, ale ja kręcę głową. Nie powinnam w ogóle o tym z nim rozmawiać.
-Evans zawsze taki był, że musi sprawować nad wszystkim kontrole. Nasza przyjaźń to dawne dzieje, ale wtedy był z Moniką, na pewno o niej słyszałaś - mówi nagle. Nie wiem po co ciągnie ten temat?
-Tak słyszałam... - odpowiadam cicho i od razu robi mi się przykro.
-Ich związek był bardzo toksyczny. Kłócili się, rozstawali, pieprzyli i wracali do siebie... I tak codziennie. Monika go zdradzała, on zdradzał Monikę, oboje wiedzieli o tym i na to pozwalali.
-Monika to manipulantka i oszustka. Bardzo źle traktowała dziewczyny ze swojej agencji...
-Traktowała? - Ronald unosi brew. Nie wiem co powinnam mu powiedzieć, ale skoro on wie o tym wszystkim, to nikomu nie powie. Na pewno podpisał papiery o poufności.
-Monika siedzi w areszcie w Londynie, razem z Filipem Sanchezem...
-No co ty mówisz? - teraz to on jest zaskoczony.
-Ale akurat ta sprawa nie ma związku z ich działalnością...
-Cholera kto by pomyślał? Ale ten cały Filip zawsze działał mi na nerwy. Szanowany ginekolog, a po godzinach wyszukiwał dziwki... - wzdrygam się, gdy to mówi.
-Wszyscy macie swoje za uszami... - stwierdzam odważnie, a Ron się śmiej - Choć dla mnie Filip to największe dno... - dodaję cicho.
-Tobie też zaszedł za skórę? - pyta ciekawy.
-To mało powiedziane, ale nie chcę o tym rozmawiać - wzdycham głęboko, by pohamować łzy, a do Ten temat zawsze przywołuje we mnie najgorsze wspomnienia.
-Rozumiem, nie chciałem cię urazić... - nagle dotyka mojej dłoni.
-Nic się nie stało... Zrób mi proszę jeszcze jednego drinka - zmieniam temat. 
-Jesteś pewna?
-Tak, poproszę wódkę z sokiem żurawinowym - uśmiecham się blado.  Binenti wstaje i zrobi mi drinka, gustownie ozdabiając go plastrem pomarańczy. Upijam łyk. O cholera, ale mocny! Krzywię się lekko.
-Niedobry? - pyta, widząc moją minę.
-Dobry, ale mocny. Będę miała powrót do domu z przeszkodami - śmieję się, chociaż nawet nie wiem dlaczego? Zmieniamy temat na mniej osobisty, jednak oboje nie mamy ochoty wracać na bankiet. Dowiaduję się, że Ronald ma trzydzieści trzy lata, a z pochodzenia jest Włochem. Opowiada mi, jak otworzył swoją pierwszą restaurację. Wspomina czasy stażu u najlepszych szefów kuchni na świecie. Ma ogromną wiedzę i naprawdę się cieszę, że będę mogła z nim współpracować i gotować w jego lokalu.
-Muszę do łazienki! - zaciskam nogi, bo te kilka drinków właśnie dało o sobie znać. Wstaję i czuję nagle moc alkoholu. O nie! Nie wypuszczając szklanki z dłoni robię krok i potykam się o nóżkę fotela, wpadając na siedzącego obok mnie Binentiego. Drink wypada mi z dłoni prosto na jego białą koszulę. O Boże, przepraszam! - piszczę, zażenowana tym co narobiłam. Binenti zrywa się z krzesła i zaczyna się śmiać - Najmocniej pana przepraszam! - powtarzam, chwiejąc się na nogach.
-Dopóki nie wstałaś nie sądziłem, że naprawdę się upiłaś - mówi i podchodzi do mnie.
-Proszę to zdjąć zaraz to zapiorę, nie będzie nawet plamki! - chwytam za guziki jego koszuli, by ją z niego zdjąć. Binenti zaskoczony moim zachowaniem chwyta  mnie za dłonie i uspokaja.
-Nic się nie stało, Meg. Mam mnóstwo koszul i garniturów.
-Ale jak pan wróci na bankiet z  taką plamą? - spoglądam na niego, starając się mówić wyraźnie.
-Nie mam ochoty tam wracać, ale masz rację, nie będę siedział w mokrej koszuli. Pójdę się przebrać, a ty w tym czasie skorzystaj z łazienki. Chodź - podaje mi dłoń i prowadzi do toalety. Zostawia mnie, a ja mam chwilę, by doprowadzić się do porządku. O rany! Ale się narąbałam! Jak Erick się dowie to mnie zabije i Binentiego pewnie też. Pomyśli nie wiadomo co. Znowu! Piję zimną wodę z kranu i wracam do salonu. Binenti   rozmawiał właśnie z kimś przez telefon po Włosku. Co prawda nie rozumiem ani słowa, ale zdążyłam się zorientować, że jest zdenerwowany. Przebrał się za to w szary garnitur i czarną koszulę. Odwraca się, wyczuwając moją obecność i od razu kończy rozmowę -  Lepiej już?- pyta łagodnie.
-Odrobinę. Rano przywita mnie zapewne kac morderca...- nagle chichoczę głupio.
-Chcesz wracać do domu? Czy może przeczekać i trochę wytrzeźwieć? - podchodzi i patrzy na mnie z politowaniem.
-Jezu tak mi głupio, panie Binenti. Co sobie pan o mnie pomyśli!? - siadam do stołu i staram się myśleć trzeźwo.
-Daj spokój, każdemu się zdarza. Teraz już wiem, że masz słabą głowę i nie wolno ci mieszać alkohol.
-Mogłam coś zjeść, zamiast tylko pić...
-Dobry pomysł. Ty gotowałaś dla mnie dwa razy, to teraz ja się zrewanżuje... - mówi nagle i po chwili siedzimy już w kuchni tego wielkiego apartamentu.
-To twój apartament? - pytam zaciekawiona i siadam przy okrągłym stole przy którym stoi sześć dębowych krzeseł. 
-Nie, ale często tutaj bywam, gdy nie chce mi się wracać na Brooklyn. Na co masz ochotę? - otwiera lodówkę i patrzy na mnie.
-Zjem wszystko co pan...co ugotujesz Ron - uśmiecham się i sięgam do kiści winogron leżących w paterze owoców na środku stołu.
-Spaghetti? - proponuje.
-Poproszę - odpowiadam - Ale smaczne te winogrona! - mówię, bo są wyjątkowo słodkie. 
-Są z Hiszpanii, specjalnie dla mnie sprowadzane. Cenie sobie najlepsze produkty, Meg. Odpowiada Binenti i uśmiecha się szeroko. Zaczyna gotować, a ja patrzę jak zaczarowana, bo tak zwinnie porusza się w kuchni, że to wręcz podniecające. Bierze do ręki nóż i kroi  cebulę, paprykę i pomidory.  Pierwszy raz mogę powiedzieć, że widok mężczyzny w kuchni jest seksowny. Po chwili podwija rękawy koszuli i zerka na mnie, bo doskonale wie jak ogromnie go podziwiam. Jestem jednak zbyt pijana, by docenić to, że gotuje dla mnie sam Ronald Binenti. Oboje kompletnie tracimy poczucie czasu, ale spaghetti jakie zrobił jest najlepsze jakie do tej pory kiedykolwiek jadłam.

3 komentarze:

  1. Nie no następny do kolekcji. Oj Meg !!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chcę takiego Rona w swojej kuchni !!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziwne wszystkim wolno tylko Meg ma cierpieć i patrzeć jak każdy sobie życie układa,a ona ma być sama.

    OdpowiedzUsuń