Premiera już w lipcu!

wtorek, 31 maja 2016

Rozdział 134



-Chyba nie myślisz, że to prawda? - naszą rozmowę zaczyna Ron.
-Nie wiem co myśleć i dobrze wiesz dlaczego - Erick odpowiada zimno i spogląda na mnie.
-Nie przyjechałbym tu tylko po to,  by kłamać Evans. Mam gdzieś co o mnie sądzisz, jestem tu tylko ze względu na nią. 
Czuję się trochę jak intruz, może faktycznie powinni to wyjaśnić między sobą.
-Mniejsza z tym co ja sądzę, nie wygląda to dobrze. Zdjęcia już poszły w obieg, nie dałem rady tego zatrzymać - kontynuuje Erick i przeczesuje nerwowo swoje włosy.
-Wiem, też próbowałem.
-To ja będę w kuchni - wtrącam cicho, chcąc wymknąć się stąd jak najszybciej.
-Poczekaj! - Erick gestem daje mi znać, że mam nie wychodzić - Nie masz nic w tej sprawie do powiedzenia? - dodał.
-Mam takie samo zdanie jak Ronald. Ten artykuł to bzdury wyssane z palca... - odpowiadam. 
-Okej... - westchnął - A teraz zostawisz nas na chwilę samych? - Erick zerka badawczo na Binentiego. Ten kiwa głową, że wszystko w porządku, więc wychodzę, zamykając za sobą drzwi. Cholera! Mam nadzieje, że nie będą się kłócić, albo co gorsza, się nie pobiją. W obu przecież buzuje testosteron. Chciałam przemknąć ukradkiem do sypialni, ale Flora uśmiechnęła się szeroko na mój widok, chyba nie wie co się stało. Zaoferowałam jej swoją pomoc, gdy zobaczyłam, że jest w trakcie robienia różnych potraw. Okazało się, że siostra Ericka ma dziś urodziny, a wieczorem ma być przyjęcie z tej okazji. Jest mi się głupio, że nic o tym nie wiedziałam. Po kilku minutach zobaczyłam jak Erick wychodzi z gabinetu odprowadzając Ronalda do windy.
-Zaraz wracam, Floro - odkładam nóż do mięsa i szybko ruszam w tamtą stronę.
-Tak wiem Ericku, nie musisz się o to obawiać - słyszę jedyne końcówkę ich rozmowy, a gdy mnie zobaczyli, zamilkli.
-Wszystko w porządku? - pytam, niepewnie spoglądając na Ronalda.
-Tak Megan. Pojadę już, do zobaczenia w poniedziałek - ten odpowiada szybko. 
-Ericku możesz nas na chwilę samych zostawić? - proszę, a on mierzy mnie wzrokiem i nic nie odpowiadając, idzie do kuchni - Na pewno wszystko w porządku? - dopytuję.
-Tak Megan. Wyjaśniłem mu wszystko i chyba uwierzył.
-Jestem ci ogromnie wdzięczna Ron. Nie wiem jak ci dziękować - spoglądam na niego z ulgą. Chociaż ta jedna sprawa się wyjaśniła. 
-Tu! - mówi nagle, dotykając palcem swojego policzka i uśmiecha się szeroko. Nie zastanawiam się, tylko cmokam go delikatnie w miejsce które wskazał - I tu! - pokazuje drugi policzek i zaczyna się głośno śmiać. Cmokam go raz jeszcze - I tu! - w końcu dotyka palcem swoim ust, a ja bez zastanowienia całuję go. Robię to automatycznie i dopiero, gdy moja usta stykają się z jego warkami oboje zamieramy -  Żartowałem! - Ron odsuwa się, ja również robię krok w tył. Moja twarz płonie. Dlaczego to zrobiłam?
-Wybacz... nie chciałam, nie... - dukam jak głupia.
-Niech to zostanie między nami, Meg - Ron uśmiecha się lekko i tym razem on całuje mnie... w policzek - Do zobaczenia, Megan - mówi i szybko wchodzi do windy. Serce mi wali, bo nie rozumiem tego co stało się przed chwilą. Nie chciałam tego, zrobiłam to automatycznie. Wiem, że on też tego nie chciał. Potrząsam głową, bo znowu zaczynam za dużo myśleć. To przecież nic nie znaczy... zupełnie nic.
-Zostaniesz na przyjecie Sandry? - słyszę głos Ericka. Odwracam się i widzę jak stoi w przejściu do kuchni.
-Nie... Nie wiedziałam, że ma urodziny. Nie jestem przygotowana... - chcę się wymigać.
-Będzie jej miło jeśli zostaniesz. Wiesz, że prezent nie ma znaczenia - Erickowi naprawdę zależy bym została. Nie wiem gdzie jest Ana, ale skoro jej tu nie ma, to postanawiam zostać. Dzwonię do rodziców, by przyjechali tutaj i przywieźli Adama. Udaje się to wszystko jakoś zgrabnie zorganizować. Proszę, by przywieźli mi zwykłą małą czarną, bo nie chcę się stroić, a w jeansach też nie wypada wystąpić. Czuję się całkiem swobodnie i cieszę się, że udało się wyjaśnić tą sytuację z artykułem.

Jest chwila przed siódmą, gdy kończę się malować.  Kresa lekko podkreśla oko, policzki muskam rozświetlaczem oraz różem,a na usta nakładam różową matową szminkę. Rozpuściłam włosy, które ładnie pofalowały się dzięki termolokom i spryskuję je delikatnie lakierem, by utrwalić fryzurę. Wkładam cieliste samonośne pończochy i przywiezioną przez rodziców czarną sukienkę bez rękawów z niedużym dekoltem. Ładnie podkreśla ona moje niewielkie krągłości na biodrach i uwydatnia biust. Ten stanik sprawił, że moje piersi wyglądają na jeszcze większe niż są. Chyba nie przesadziłam? Spoglądam na siebie w lustro. Poprawiam dekolt, wsuwam na stopy czarne czółenka i jestem gotowa.


Korzystając z okazji mówię też rodzicom o tym durnym artykule, ale wtrąca się Erick i udaje nam się ich przekonać, że to tylko plotki. Już widziałam jak tata się wkurzył, a mama prawie dostała zawału. , Wracam do łazienki, by poprawić włosy, gdy nagle ktoś puka do drzwi.  


-Proszę! - odpowiadam i spoglądam w stronę drzwi, a to Erick wszedł z Adamem, ubranym w mały słodki czarny dziecięcy garniturek - Moje słodkości! -  krzyknęłam, zachwycona widokiem - Wygląda jak mała kopia ciebie! - stwierdziłam, mierząc wzrokiem Ericka, bo ma dosłownie taki sam garnitur, tylko w dużej wersji.
-Fajny co? - Erick uśmiecha się szeroko.
-Twoja mama będzie zachwycona. Mogę tak być? - pytam, robiąc obrót, by zobaczył jak wyglądam.
-Jak zawsze wyglądasz ślicznie, ale mam coś jeszcze  dla ciebie - Erick posadził Adama na miękkim łazienkowym dywanie  i  wręczył mi niewielkie pudełeczko.
-Ericku... - westchnęłam głęboko, gdy je otworzyłam. To kolczyki. Są śliczne i wiem, że były cholernie drogie. 

-To z okazji, że dostałaś swoją wymarzoną pracę. Na szczęście... - wyjaśnia, jakby czytał w moich myślach - I chciałem przeprosić cię za moją reakcję na ten artykuł, nie zapanowałem nad sobą - patrzy na mnie niepewnie.
-Ja też powinnam cię przeprosić. Oboje nas poniosło, emocje wzięły górę, no i wyszło jak zawsze... - wzruszam przepraszająco ramionami.
-Twoja reakcja mnie zaskoczyła. Pocałowałaś mnie tak nagle i agresywnie, jak nie ty...
-Oj proszę, nie zawstydzaj mnie. Nie powinnam była tego robić, nie wiem co we mnie wstąpiło...
-Zapomnijmy o tym.
-Dziękuję za kolczyki, są śliczne - wyjmuje je z pudełeczka i od razu zakładam.
-Sandra wymyśliła byśmy po kolacji poszli do klubu, chce spotkać się ze znajomymi ze studiów. Jeśli masz ochotę, możesz iść z nami- nagle zmienia temat i bierze Adama na ręce, który sam przepełzał całą długość dywanu - Choć tu mały! - Chwyta go i unosi tak wysoko, że mały piszczy radośnie.
-Ty też idziesz z nimi?
-Niestety muszę. Sandra by mi nie wybaczyła, gdybym nie chciał z nimi iść... - Erick robi taką minę, że nie mogę  opanować śmiechu. Erick kocha swoją siostrę i nie potrafi jej odmówić.
-Chcesz bym poszła?
-Inaczej będę skazany na rozmowę z grupą szalonych, rozpieszczonych dwudziestolatków. Zapewne spiją się, ale moja ochrona o wszystko zadba, więc spokojnie.
-Będziemy tam jak stare wygi... Albo niańki, ale chętnie z wami pójdę - Erick uśmiecha się i razem wychodzimy z łazienki, gdzie po chwili zjawia się rodzina Ericka i Sandry. 

Sandra wystroiła się w obcisłe jeansy i czarny gorset, który uwydatnił jej niewielki biust. Burza kasztanowych loków, ciemne oczy... Wow! Założyła do tego niebotyczne szpilki w których jest wyższa o pewnie dwanaście centymetrów. I tak jest  wysoka, ale w tych butach prawie dorównuje  Erickowi. Wszyscy ucieszyli się na mój widok, choć nie wiem czy szczerze. Czuję się dość skrępowana, szczególnie, gdy dziadek Ericka i Sandry - Garald, patrzy na mnie co chwila. Dobrze, że są tu też moi rodzice. Odśpiewaliśmy wspólnie „sto lat”, wręczyliśmy Sandrze prezenty z których oczywiście bardzo się ucieszyła. Poprosiłam rodziców, by po drodze kupili jej od nas jakiś drobiazg. Ale nic nie przebije informacji, że Erick kupił jej apartament w Los Angeles. Łzy radości i uściski... Nie było końca. Jemu kolację, którą przygotowała głównie Flora, kroimy tort i zasiadamy w salonie na kanapach. Mama Ericka nie wypuszcza Adama z rąk, a oni i moi rodzice śpią dziś tu w apartamencie, więc zajmą się nim, gdy my wyjdziemy do klubu. 

Koło jedenastej wieczorem Sandra zarządza, że musimy jechać, bo jest umówiona ze znajomymi. Z ulgą żegnam się z matką i ojczymem Ericka, oraz dziadkiem. Zjechaliśmy na dół, gdzie czeka na nas Bentley z Jackiem na kółkiem. Erick wypił już kilka kieliszków szampana, więc nie może prowadzić.
-Erick mówił, że miał być twój chłopak - zapytałam Sandrę, gdy wsiadamy do auta. 
-Niestety go nie będzie... - ta  wydęła usta w grymasie niezadowolenia - Musiał zostać w L.A., bo ma egzamin radcowski - dodaje i wyjmuje butelkę szampana z lodówki - Może teraz się w końcu napijesz? - zaproponowała.
-Nie dziękuję, wczoraj trochę zaszalałam z alkoholem i dziś sobie daruję -  Odmówiłam pewnie, nie mam ochoty dziś pić. Erick usiadł z przodu i odwrócił się do nas zadowolony.
-Co tam dziewoje? - Uniosłam zaskoczona brwi, nigdy nie widziałam bezpośrednio ich relacji, a on patrzy na nią tak łagodnie. Widać, że ona za nim szaleje, a on ją bardzo kocha i troszczy się.
-Musicie odwiedzić mnie w L.A.! Mówię ci Meg, spodobało by ci się tam. Całym rokiem ciepło, palmy, imprezy...!
-Obawiam się, że nie mamy tyle wolnego czasu... - odpowiada Erick - Meg zaczyna nową pracę, a o sobie chyba nie muszę mówić...
-No wiem! Ale zapytać warto! - pokazała mu język, a ja się roześmiałam. Miło widzieć Ericka takiego rozluźnionego, rzadko kiedy widywałam go w towarzystwie jego rodziny. Jego mama chyba mnie lubi, pewnie ma żal za to co się stało, ale nie dała mi tego odczuć. Ojczym Ericka, Mark jest spokojnym człowiekiem i także nie wyczułam z jego strony wrogości. Dziadek jak to dziadek, dokładnie tak jak mówił Erick, coś tam mamrotał, ale nie zwracałam na to uwagi.

Klub przed którym właśnie wysiedliśmy oczywiście należy do Ericka. Wymowna nazwa „Top Top” wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Kolejka ciągnie się w nieskończoność ale nas, jednak  zawsze, wpuszczają bez.
-Dobry wieczór panie Evans - wita nas chyba menadżer klubu. Erick skinął głową i przechodzimy dalej. O cholera! Ale ogromny ten klub. Pomieści pewnie ze dwa tysiące osób, ma trzy bary w tym jeden główny na samym środku sali. Ściany wyłożone lustrami dają odlotowy efekt, który dodatkowo powiększa przestrzeń. Światła, lasery i podświetlone podesty dla tancerzy. Na drugiej kondygnacji loże ze stolikami, oraz większe loże VIP. Właśnie taka jedna jest dziś zarezerwowana dla nas. Nie mam pojęcia ile ma być osób, ale gdy podeszliśmy do stolika siedzi już przy nim chyba z piętnastu znajomych Sandry, głowie dziewczyn. Rozpoczęły się powitania, piski radości i uściski. Sandra to dusza towarzystwa, więc nie minęła chwila, a już mnie wszystkim przedstawiła jako przyjaciółkę Ericka. Dobre sobie! Jej koleżanki spoglądają na mnie dziwnie, bo na pewno mnie skojarzyły lub usłyszały co nieco. Nie mam zamiaru jednak się tym martwić i postaram się dobrze bawić. Erick zadbał o wszystko i alkohol zaczął lać się strumieniami od razu. Usiadł obok mnie, izolując od rozwrzeszczanych, już lekko podchmielonych koleżanek Sandry. Muzyka dudni, jednak loże na piętrze są lekko wyciszone i można spokojnie rozmawiać.
-Napijesz się czegoś, Meg? - pyta Erick, gdy kelner zbiera zamówienie.
-Może być bezalkoholowe mohito -  odpowiadam i spoglądam na Sandrę, która opowiada właśnie o tym, że dostała w prezencie apartament od brata. Czy ja też byłam taka jak jej koleżanki w wieku dwudziestu lat? Też tak piszczałam i ekscytowałam się wszystkim, jak głupia wariatka? Starzeję się... albo to pokolenie jest jakieś dziwne. Alex ma dwadzieścia jeden  lat, ale jest kompletnie inna. Może to kwestia wychowania, kultury?  Gdy pomyślałam o niej uświadomiłam sobie, jak bardzo za nimi wszystkimi tęsknię. Za Tomem, Alex, Hookami, Vinem, Polą i całą resztą. Kelner przyniósł nasze napoje i wszyscy ruszyli po chwili na parkiet, oprócz mnie i Ericka.
-Już mam ich dość! - mówi Erick, nachylając się w moją stronę.
-Są dość głośne, muszę przyznać - śmieję się, widząc jego wkurzoną minę.
-Sandra chodziła do prywatnej szkoły, to same rozpieszczone córeczki tatusiów, które o nic nie muszą się martwić - kręci lekko głową.
-Ty Sandrę też rozpieszczasz...
-Ale ona jest inna. Ona docenia to co ma i dobrze wykorzystuje swoje szanse. Jest najlepszą studentką na roku, mówiłem ci ze wygrała konkurs na staż w paryskim domu mody...
-Tak mówiłeś. Jesteś z niej dumny, prawda? - uśmiecham się lekko i upijam łyk mojego bezalkoholowego drinka.
-Oczywiście, że jestem, to moja młodsza siostra. Zrobił bym dla niej wszystko - odpowiada, a w jego oczach dostrzegam. błysk. Robi mi się cieplej na sercu. Po tych wszystkich rewelacjach co dziś usłyszałam do Ronalda obawiałam się, że moje postrzeganie Ericka  zmieni się, jednak na razie jest takie samo. Jego przeszłość mnie przeraża i sprawia, że mam wątpliwości, ale przecież widzę, że się zmienił. Cudownie zajmuje się Adamem, kocha swoją rodzinę i poświęca wiele by wszystkim było dobrze. Dobry z niego człowiek i żadne zdarzenie z jego przeszłości tego nie zmieni. Każdy popełnia błędy, a ja wiem o tym najlepiej. 

Po kilku minutach do stolika przybiegła Sandra i chce nas wyciągnąć na parkiet.
-No chodź z nami, sztywniaku! - namawia Ericka, ciągnąc mnie za dłoń bym wstała pierwsza.
-Popatrzę na was z góry - nie chcę iść sama. Nie mam ochoty na tańce, ale Sandra po prostu mnie zmusiła.  Spojrzałam błagalnie, by Erick mnie z nimi nie zostawiał, ale najwidoczniej go to bawi, bo tylko mrugnął do mnie zadziornie. Cholera Evans! Mam ochotę go udusić. Przedarłyśmy się przez tłum klubowiczów, do miejsca w którym tańczy reszta jej znajomych. Jest kilku kolegów, ale większość koleżanek. To typowe nowojorskie dzieciaki z prywatnej szkoły, a ja nigdy nie miałam takich znajomych. Jestem zbyt trzeźwa, by z nimi tańczyć. Muzyka głośno gra, a ja kompletnie nie mogę wpasować się w to towarzystwo. Ocierają się o siebie, wypinają na siebie pupy i macają po piersiach. Naprawdę się starzeje! Podeszłam więc do baru po kolejne bezalkoholowe mohito, bo naprawdę nie idzie mi taniec z nimi. Oparłam się o wysoki bar w oczekiwaniu na to, aż któryś z barmanów zechce mnie obsłużyć.
-Czego się napijesz? - zagaduje ł do mnie czarnoskóry mężczyzna, stojący obok. Wygląda na starszego ode mnie. Jest średniego wzrostu, ubrany w prążkowaną czarną marynarkę, białą koszulę oraz eleganckie ciemne jeansy. Ma ładne piwne oczy i idealnie przystrzyżoną bródkę naokoło ust.
-Sama sobie kupię. Dzięki! - odmawiam kulturalnie i przestąpiłam kolejny raz z nogi na nogę, bo stoję tu już z dziesięć minut, a jeszcze żaden barman mnie nie obsłużył.
-To tylko jeden niezobowiązujący drink! - facet uśmiecha się szeroko, pokazując symbolicznie palcem, że naprawdę chce postawić mi tego drinka.
-Jeśli się dopchasz, to poproszę bezalkoholowe mohito! - odpowiadam głupio, spodziewając się, że i tak nikt go nie obsłuży bez kolejki, a on nagle wstał z wysokiego krzesła, wskoczył za bar i przygotował dla nas napoje. Sprawnie mu to poszło. Zaskoczona patrzyłam na niego, podobnie jak inne osoby przy barze.
-Proszę bardzo! - po chwili stawia przede mną szklankę przyozdobioną cytryną i pomarańczą -  Jestem Lamar - dodaje i wyciągnął dłoń , by się przywitać.
-Megan, Dziękuję za drinka - uśmiecham się życzliwie - Jesteś barmanem?
-Tak, ale dziś mam wolne. Nie widziałem cię tu nigdy wcześniej - nachyla się nam barem, by mnie lepiej słyszeć.
-Jestem tu pierwszy raz, przypadkowo - spoglądam na niego, a on uśmiecha się.
-Mogę cię oprowadzić, to naprawdę spory klub. Znam wszystkie jego zakamarki... - Unosi znacząco brwi. Cholera! Zarywa mnie? Czy ja wyglądam na taką, która pójdzie z barmanem do łazienki na szybki numerek?
-Jestem zajęta... - kłamię.
-Mnie to nie przeszkadza, masz śliczne oczy - wypala, a mi chce się śmiać. Ale ma tupet!
-Źle trafiłeś, naprawdę nie jestem zainteresowana - odpowiadam, zostawiając drinka na barze i odchodzę szybko. Kręcę głową, próbując uświadomić sobie o co mu chodziło? Czy ja naprawdę na taką wyglądam? Spojrzałam w górę na balkon, jednak Ericka nie ma w naszej loży. Pewnie znowu załatwia przy okazji jakieś interesy. Ludzi jest mnóstwo i tracę z oczu Sandrę i jej rozbawioną ekipę. Przy schodach na górę wyrósł przede mną napalony barman Lamar. Zaskoczona robię krok w tył, stając schodek niżej od niego.
-Zatańczymy? - proponuje. Czy on jest jakiś pijany? Albo naćpany? Chyba wyraźnie dałam mu do z rozumienia, że nie jestem zainteresowana.
-Nie jestem tu sama, naprawdę daj sobie spokój - on jednak nie zwraca uwagi na moją kolejną odmowę, bo chwyta mnie za dłoń i mówi.
-Chodź! Później porozmawiamy o tym czego nie zrobisz... - unoszę brew i wybucham głośnym śmiechem.
-Posłuchaj kolego, jeśli chcesz tu jeszcze pracować, to naprawdę sobie odpuść... - wyrywam swoją dłoń z jego silnego uścisku i rzucam mu gniewne spojrzenie. Co to z tekst? „Później porozmawiamy o tym czego nie zrobisz”, no jasna cholera! Która laska na coś takiego poleci?
-Tak się składa, że właściciel to mój kumpel, więc o pracę nie muszę się obawiać. Ale lubię kobiety, które udają porządne i niedostępne, wyzwanie to moje drugie imię - na te słowa śmieję się jeszcze głośniej. Boże, co za palant!
-Tak się składa, że właściciel to mój były facet, więc obawiam się, że jednak powinieneś się martwić jeśli za chwilę nie dasz mi spokoju... - Lamar patrzy na mnie zaskoczony  i w tym momencie czuję na ramieniu dłoń, dłoń Ericka. Nawet nie muszę się odwracać, by to wiedzieć, bo czuję jego zapach. Zawsze, gdy jest blisko przeskakują między nami te iskry... To nigdy się nie zmieni.
-Jakiś problem, mała? - Erick obejmuje mnie w pasie i spogląda wymownie na barmana.
-Nie, wszystko w porządku Ericku. Kolega chciał  oprowadzić mnie po klubie... - spoglądam złośliwie na Lamara, a ten patrzy na nas zażenowany i zaskoczony.
-Panie Evans, miło pana widzieć - Prawie mu salutuje, a ja ledwo powstrzymuję kolejny wybuch śmiechu.
-Spory dziś ruch, pomóż kolegom za barem, zamiast uganiać się za gośćmi!  - mówi zimno Erick i rzuca mu gniewne spojrzenie. Ha! Widzisz palancie!
-Tak oczywiście! Przepraszam panią bardzo - dodaje i tyle go widziałam. Barman ucieka szybko, nawet się nie ogląda.
-Zostawić cię na chwile, a już cię ktoś podrywa! - Erick patrzy na mnie, ale widzę, że się śmieje.
-To przerażające, czy ja naprawdę wyglądam na taką? - unoszę brwi, naprawdę się nad tym zastanawiam.
-Jesteś piękną kobietą, to normalne, że mężczyźni zwracają na ciebie uwagę - wzruszam ramionami, a on dodaje  -Chodź, zatańczymy! Niech wszyscy wiedzą, że nie mogą do ciebie podchodzić! - Erick pociąga mnie lekko na parkiet i już po chwili tańczymy wśród tego napalonego, szalonego tłumu. Erick odwraca mnie tyłem do siebie i kładzie dłonie na moich biodrach. Kilka ruchów i nasze ciała dopasowują się w rytmie dudniącej muzyki. To takie seksowne, to takie nieprzyzwoite. Widząc Sandrę tańczącą z jakimś mężczyzną, od samego patrzenia dostałam wypieków. Cholera! Sex aż czuć w powietrzu. Ociera się o niego tyłkiem, a on dociska ją do siebie, jakby właśnie robili to na parkiecie. O Boże, napaliłam się! Kolejna piosenka, ciężki bit i zaczynam robić dokładnie to samo co ona. Ocieram się tyłkiem o Ericka, który nawet nie protestuje. Szczerze? Zdziwiłabym się gdyby protestował.  Zsunął jedną dłoń niżej, prawie na moje udo, a drugą położył na brzuchu tak, by przycisnąć mnie do siebie. Odgarnął mi włosy na bok i musnął ustami moje ucho. O rany! Moje ciało przechodzi dreszcz, sutki mi stwardniały, a na dole robię się momentalnie mokra. Wiem to! Chyba nigdy nie podnieciłam się w tańcu, od patrzenia na kogoś. Spojrzałam na Sandrę, gdy w pewnym momencie facet z którym tańczy, pocałował ją namiętnie. Cholera! A co z jej chłopakiem? Zatrzymałam się zniesmaczona, tym jak ostentacyjnie wkłada jej język do ust.
-Co się stało? - Erick szepcze mi do ucha.
-Widzisz to co ja? -pytam, pokazując dłonią na jego prawie kopulującą na środku parkietu siostrę. Erick śmieje się i odpowiada.
-To Deen, jej facet. Udało mi się  ściągnąć go na czas.
-Och! - Odetchnęłam z ulgą. Erick naprawdę zrobiłby dla niej wszystko. Sprowadził jej chłopaka z Los Angeles, by zrobić jej kolejną niespodziankę, choć dziwie się, że pozwala jej na takie zachowanie. Oni naprawdę powinni znaleźć sobie jakieś ustronne miejsce.
-Chcesz odpocząć? - nagle mruczy mi do ucha, znowu muskając je lekko wargami. O Boże!
-Ni - jęczę, mając nadzieję na kontynuacje tańca. Podoba mi się ten taniec. Wiem, że nie powinnam... On też, ale to silniejsze od nas.
-To dobrze... - Czuję, że się uśmiecha i znowu mnie do siebie przyciąga. Gdy DJ puszcza nagle świetny remix piosenki Radioactive (odsłuchajcie sobie piosenkę z linku) klub całkowicie oszalał. Erick rusza rytmicznie biodrami, wprawiając nasze ciała w idealne drgania. Ociera się, a ja czuję już jego męskość na tyłku. Zsunął dłoń niżej i podciąga moją sukienkę, delikatnie muskając skórę przez jedwabną pończochę. Doskonale wiem, że nie powinniśmy tego robić, ale tak trudno nam się powstrzymać. Co ja poradzę, że tak się napaliłam? To tylko taniec, nic się przecież nie wydarzy. Przy kolejnej piosence I need your love (także odsłuchajcie sobie link), Erick dotarł do miejsca gdzie moje pończochy łączą się ze skorą. Gdy tylko jego palce przesunęły się delikatnie po granicy skóry i materiału zadrżałam i jęknęłam, jednak usłyszał to tylko Erick. Przysuwa mnie jeszcze bardziej do siebie i zaczyna masować moje uda, ustami muska moje ucho, raz za razem. O Boże! Nagle czuję, jak moim ciałem wstrząsa niespodziewany dreszcz, który zrodził się w jednej chwili w moim podbrzuszu i rozlał się po całym ciele, tętniąc w moich żyłach.
-Och! - jęczę ponownie, gdy fala gorąca ogarnia całe moje ciało. Nie mogę nad tym zapanować. Gdyby nie to, że Erick mnie przytrzymuje, pewnie osunęłabym się na parkiet.
-Tak maleńka... - szepcze mi do ucha, jest zadowolony. Czuję jak się uśmiecha. Cholera! Zrobił to specjalnie! Doprowadził do mnie orgazmu... W tańcu!  Zrobił to jedynie  lekko dotykając mojej skóry! Jak to do cholery możliwe?! Gdy przestaję drżeć i jestem w stanie sama ustać na nogach ,Erick odwraca mnie do siebie przodem i patrzy mi prosto w oczy.
-Czego ty ode mnie oczekujesz? - pytam szczerze, czując falę wstydu, która właśnie mnie zalewa. Jak mógł to zrobić?  Cholera no!
-Niczego. Musiałem sprawdzić czy nadal na ciebie działam... - Jest na tyle bezczelny, że nawet nie kłamie. Mógłby coś wymyślić... Cokolwiek... Że to niechcący, nieświadomie, ale nie! On musiał sobie coś sprawdzić. Kurwa mać, ale się wściekłam.
-I co? Zadowolony jesteś?! - warczę i mrużę oczy. Erick jest zaskoczony moją reakcją, chyba nie spodziewał się, że mnie zdenerwuje. Wkurzona na siebie, że dałam się w to wciągnąć, odwracam się i odchodzę szybko, by na niego nie patrzeć. Jasny gwint! To dopiero numer! Dostałam orgazmu w tańcu! W życiu o czymś takim nie słyszałam! Erick rusza od razu za mną.
-Meg poczekaj! - Chwyta mnie za dłoń.
-Daj mi pobyć samej, bo naprawdę... - przełykam ślinę, by powstrzymać łzy. nie chcę rozpłakać się przy tych wszystkich ludziach.
-Odwiozę cię do domu - mówi i ciągnie mnie za sobą w stronę wyjścia, po drodze informując Sandrę, że wychodzimy, i że po nich przyjedzie samochód kiedy tylko będą chciała. Ona kiwa głową, mało zainteresowana tym co się wokół niej dzieje, ponieważ Deen po raz kolejny wkłada jej język do ust. 

Bentley już czeka, gdy wychodzimy przed klub. Myślałam, że Erick tylko wsadzi mnie do auta i zostanie tutaj, ale on wsiada za mną. Wciskam się w róg siedzenia i  zdejmuje buty.
-Przepraszam... - mamrocze w końcu, widząc, że nie jestem zadowolona z tego co zrobił.
-Czego ty ode mnie chcesz, Erick?! - warczę w emocjach i patrzę  na niego szklanymi oczami.
-Chcieć, chcę wiele, ale niczego nie mogę mieć... - odpowiada i wciska ten magiczny guzik, który odgradza kabinę szofera od reszty samochodu. Jack nas już nie słyszy, ale ja nie mam ochoty na żadną rozmowę.
-Stać cię na wszystko czego sobie zapragniesz, więc nie pieprz głupot Erick! - rzucam mu gniewne spojrzenie. On chyba za dużo wypił. Choć nie wygląda na pijanego, ale szampan i drinki  zrobiły swoje.
-Na ciebie mnie nie stać... - wypada nagle, a dla mnie te słowa są jak policzek. Jak może tak mówić? Co on sobie myśli? Że można kupić czyjąś miłość? Boże!
-Chciałeś sprawdzić czy nadal mnie podniecasz? - pytam zimno i zaciskam pięści ze złości.
-Tak - odpowiada szczerze, choć nie wyczuwam jakiejkolwiek skruchy w jego głosie.
-Chcesz się ze mną pieprzyć?! - Ton mam tak samo zimny, jak przed chwilą.
-Tak - Erick potwierdza.
-Teraz? Tutaj?! - piszczę, zaskoczona  jego odpowiedzią. Dopiero teraz dostrzegam, że on naprawdę jest pijany. Chwieje się lekko i odpowiada zdawkowo, by nie bełkotać.
-Tak.
-Ericku jesteś pijany! Nie wiesz co mówisz! - poprawiam się, siadając prosto. Kiedy on się tak schlał? Gdy tańczyliśmy jakoś tego nie czułam, ale w sumie było tak ciasno i gorąco, że mogłam nie zauważyć. Teraz gdy wyszedł na świeże powietrze dobiło go jeszcze bardziej.
-Tak dawno w tobie nie byłem... - bełkocze, cały czas na mnie patrząc. O rany! Co ja mam z nim teraz zrobić?
-Nie rozmawiam z tobą, jesteś zbyt pijany! - warczę, odwracając głowę w drugą stronę. Jutro będzie mu głupio za to co zrobił. Jestem pewna, że na trzeźwo na pewno nic takiego by się nie wydarzyło.
-Pragnę cię Meg. Pragnę każdego skrawka twojego ciała - Erick bełkocze dalej. 
-Nie odzywaj się lepiej! - wciskam się w róg siedzenia, by oddalić się od niego jak najbardziej.  Nie mam ochoty tego wysłuchiwać, niech on się  zamknie. Naprawdę!
-Mógłbym dać ci niezapomniane doznania...
-Już sprawiłeś nie zapomnę tego wieczoru, więcej nie trzeba... - syczę głośno, mając dość jego gadania.
-Mój kutas idealnie pasuje do twojej ślicznej cipki... - wypala, a mnie zachciało się śmiać. O cholera! Tego to się nie spodziewałam! Takie słowa w jego ustach, w dodatku po pijaku, są naprawdę zaskakujące.
-Jezu, zamknij się, błagam, bo gadasz trzy po trzy! - próbuję ukryć rozbawienie, ale mi się nie udaje.
-Czy pani się ze mnie śmieje, pani Donell?- Erick nachyla się do mnie. Kołysze się na boki.
-Panno Donell! - poprawiam go.
-Mniejsza z tym, stan cywilny można zawsze zmienić, faceta też...
-Naprawdę Erick skończ gadać, bo ci zaraz przywalę! - kręcę głową, nie dowierzając w tą absurdalną sytuację. W życiu bym się nie spodziewała, że ten wieczór tak się skończy. Na szczęście moja męczarnia dobiega końca, gdy Jack wjeżdża w podziemia Evans Tower. Wysiadam z samochodu, nie czekając, aż ten pijany idiota się wygramoli. Jadę sama windą na górę i od razu idę do sypialni dla gości. Gdy tylko zamykam za sobą drzwi zaczynam się śmiać. Co za palant! Co w niego wstąpiło, że się upił? Pokłócił się z Aną? Gdzie ona właściwie jest? Dopiero jutro będzie żałował i mam nadzieję, że zapamięta wszystko z tego wieczoru. Przebieram się w piżamę, zmywam makijaż i wskakuję do łóżka. Moje nogi są obolałe i opuchnięte, bo przed dwa wieczory męczyłam je butami na wysokim obcasie, to teraz się buntują. Co za dzień...

poniedziałek, 23 maja 2016

Rozdział 133

Chcę zmienić temat, by Ronald nieco się rozchmurzył. Rozmowa o Ericku wprawiła go w dziwny nastrój, a mnie ciekawość zżera coraz bardziej, jednak muszę poczekać na odpowiedni moment, by zapytać go o to raz jeszcze.
-A ty się nie martwisz tym artykułem? - pytam, a on spogląda na mnie w końcu.
-Według tych głupich pism miałem już tyle kochanek i romansów, że nawet mnie to nie rusza, Meg. Ja nie mam żony czy dziewczyny żeby się przed kimś z tego tłumaczyć. Mam za dużo rzeczy na głowie, żeby się zastanawiać, co jeszcze mogą napisać na mój temat. 
-To dlaczego zadzwoniłeś i mi o tym powiedziałeś, skoro się tym nie przejmujesz? - unoszę brew.
-Czuję się winny. Nie pomyślałem, że zabierając cię wczoraj na ten bankiet, będzie z tego taki pasztet. Naprawdę nie chciałem cię w coś takiego wciągać...
-Daj spokój, to nie twoja wina, Ronaldzie. Ja nie mam do ciebie pretensji.
-Jedyna pozytywna strona, to to, że taki artykuł przyciągnie do nas jeszcze więcej klientów. Wszyscy będą chcieli dowiedzieć się czy to prawda i przyjdą do restauracji, choćby nas zobaczyć.
-Dzięki za pocieszenie - patrzę na niego krzywo. Nie chcę być jak zwierzę w zoo, które ktoś sobie przyjdzie pooglądać.
-Reklama to podstawa! - Ronald w końcu się uśmiecha -  Będzie dobrze Megan. Zaraz wybuchnie jakaś inna afera i wszyscy zapomną o tym artykule - przysuwa dłoń i chwyta moją w geście pocieszenia. 
-Dzięki Ron - patrzę na niego życzliwie - Naprawdę dobry z ciebie facet - mówię szczerze - Przyznam, że faktycznie naczytałam się o tobie różnych okropności, ale...
-Wolę, by ludzie myśleli, że jestem zadufanym w sobie gnojem. Nieliczni mnie znają i przy nich mogę być sobą - przerwał mi.
-To dla mnie zaszczyt pracować dla pana, panie Binenti - uśmiecham się szeroko. 
-Masz świadomość jaka z ciebie flirciara? - pyta nagle, i to całkiem poważnie. Że co? Unoszę brwi, kompletnie zaskoczona tą dziwną uwagą. Ron śmieje się w głos i lekko kręci głową - Tak myślałem, nie masz świadomości, ile jest w tobie seksapilu. Takiego niewinnego i nieoczywistego seksapilu, jeśli wiesz co mam na myśli? Na pierwszy rzut oka jesteś nieśmiała i skromna, ale gdy się uśmiechasz i przygryzasz wargę, to wychodzi z ciebie diabeł. To bardzo intrygujące.
-Jeśli to komplement, to dziękuję - przełykam ślinę. Co mam mu niby odpowiedzieć na to co właśnie mi powiedział? Czuję się skrępowana tą dziwną uwagą ze strony szefa.
-Jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, Megan. Naprawdę nie zdajesz sobie z tego sprawy?
-Nigdy się nad tym nie zastanawiałam - zakłopotana wzruszam ramionami. 
-A powinnaś, pewnie zawsze miałaś wielu adoratorów, co?
-Wręcz przeciwnie. Miałam tego samego chłopaka w szkole średniej i na studiach.
-Taka porządna byłaś? - Ron jest ewidentnie rozbawiony.
-Do dwudziestego trzeciego  roku życia byłam dziewicą - zwierzam się nagle, a Binenti aż krztusi się herbatą, którą właśnie miał zamiar dokończyć. Śmieję się, widząc jego minę.
-Przepraszam - wytarł dłonią brodę i mokry stół - Kompletnie mnie zaskoczyłaś - dodaje szczerze.
-Nie szkodzi, Ronaldzie. Chyba większość ludzi właśnie tak na to reaguje.
-To był jakiś zakład? - pyta nagle.
-O rany! Nie! - wywracam oczami - Po prostu nie spotkałam wcześniej odpowiedniej osoby.
-Mówiłaś, że miałaś chłopaka, co z nim było nie tak?- Binenti posyła im krzywe spojrzenie.
-Z nim było wszystko w porządku, to chyba ze mną było coś nie tak - wzdycham wymownie - Zresztą... gdybym to z nim zrobiła na pewno bym żałowała. Mike mnie zdradzał, przyłapałam go z moją współlokatorką w  pokoju w akademiku.
-Nie masz szczęście do facetów.
-Czy ja wiem? Mike nie jest taki zły, nieco się zmienił...
-A Evans? Co was teraz łączy? - wtrąca nagle. Czułam, że ten temat szybko powróci.
-Adam nas łączy - próbują wymigać się od odpowiedzi. 
-Oj daj spokój! Pogadajmy szczerze.
-Jeśli mi powiesz dlaczego się już nie przyjaźnicie - stawiam warunek.
-Ty pierwsza - Binenti uśmiecha się, oczy błyszczą mu z rozbawienia. 
-Trudno określić naszą relację. Mamy, syna więc często się widujemy. Po powrocie z Londynu mieszkałam u niego i mimo że byłam wtedy z Brayanem, to było kilka... sytuacji.
-Kiedy ostatnio ze sobą spaliście? - dociekliwość Ronalda mnie zaskakuje.
-No wiesz! - piszczę lekko obudzona.
-Rozmawiamy szczerze? - Ron mierzy mnie spojrzeniem.
-Nie pamiętam,  około roku temu.
-I od tamtej pory nic? - wzdycham.
-Mówiłam, że było kilka sytuacji... - czuję, że policzki płoną mi ze wstydu. Chyba nie powinnam rozmawiać o takich sprawach z moim szefem.
-Całowaliście się?
-Tak.
-A coś więcej?
-Oj Ron, daj spokój! - chcę zakończyć temat, ale Binenti chyba mnie nie ocenia. Po prostu uważnie słucha -  Dwa razy prawie się ze sobą przespaliśmy... to był błąd, duży błąd.
-Rozumiem. Musi być ci bardzo ciężko tkwić w takim układzie - jego słowa brzmią szczerze i pocieszająco. Spoglądam na niego i uśmiecham się.
-Dobra, teraz twoja kolej! - poprawiam się na krześle, a Ronald od razu poważnieje.
-Wiesz czym obaj się zajmowaliśmy - zaczyna niepewnie. 
-No wiem.
-Ja w tym czasie miałem kogoś. Kochałem ją... bardzo kochałem, ale ona nie miała pojęcia czym się zajmowałem - przełykam ślinę, bo coś mi to przypomina, ale daję mu mówić dalej - Erick wygadał się któregoś razu, po pijaku, a ona w złości na mnie poszła z nim do łóżka - patrzę na niego i nie wierzę - Ich romans trwał prawie pół roku, Erick zwerbował ją do agencji, rozumiesz? Zemściła się na mnie, zostając dziwką... - zapada cisza. Wbijam wzrok w podłogę, bo odebrało mi mowę. Mija chwila zanim zbieram myśli.
-Nie wiem co ci powiedzieć... - kręcę głową. 
-A co tu mówić? Zostałem zdradzony przez ukochaną kobietę i najlepszego przyjaciela... - Ron zerka na mnie i uśmiecha się cierpko, a mnie nagle oświeciło. To dlatego Erick mi wybaczył! Dlaczego, bo sam zrobił dokładnie to samo. Boże, ale to popieprzone.
-Przykro mi, Ron - mówię to szczerze i przesiadam się krzesło obok, by go objąć. Ron ro duży facet więc wstaję, by starczyło mi ramienia.
-Stare dzieje. Staram się o tym nie myśleć.
-Mam nadzieję, że ona nie ma na imię Marina? - pytam, a Ron spogląda na mnie dziwnie. Nie wiem czemu o tym pomyślałam.
-Nie, Michelle.  Znasz Marinę?
-Tak, miałam okazję poznać.
-To bardzo nierozsądne ze strony Evansa, że cię w to wszystko wciągnął. Nie powinnaś znać nazwisk i widywać tych ludzi. To niebezpieczne środowisko i w ogóle nie powinnaś  czegokolwiek wiedzieć... - ton Ronalda staje się nerwowy..
-Sama to z niego wyciągnęłam. Gdy poznałam Monikę, nabrałam podejrzeń i drążyłam temat, aż mi powiedział. Zobaczyłam przypadkiem segregator ze zdjęciami, mam też pendrive z filmami...
-Boże! Od kogo?
-Od Mariny właśnie.
-Widziałaś te filmy?
-Nie, nie miałam odwagi ani potrzeby ich oglądać.
-To dobrze! Boże Meg, ty nie masz pojęcia co to za popieprzone środowisko! Zniszcz ten pendrive i skasuj te filmy. Jeśli wpadłyby w niepowołane ręce...
-Co na nich jest? - to pytanie pada szybciej, niż chciałam.
-Nie chcesz wiedzieć.
-Nie chcę ich oglądać.
-Ale chcesz wiedzieć? - Ron mierzy mnie podejrzliwie.
-Tak powiedz mi - w końcu wzdycha głęboko. 
-Monika wprowadziła zasadę filowania dziewczyn, by mieć na nie haczyk. By nie mogły odejść z agencji. Uzależniała je od alkoholu i narkotyków, by zgadzały się na mocniejsze usługi. Było kilka dziewczyn, które robiły naprawdę wszystko... Normalnemu człowiekowi takie rzeczy nawet się nie śnią. To obrzydliwy i brutalny sex. Poniżający kobietę i pokazujący jacy ludzie są popieprzeni i bezwzględni.
-Czy na tych filmach jest któryś z was? - mój głos jest cichy. Nie wiem czy dobrze się stało, że mi o tym powiedział. Domyślałam się co tam może być, ale domyślać się, a wiedzieć, to dwie zupełnie inne sprawy.
-Nie wiem. Ja osobiście nie widziałem filmu żadnym z nas.
-Ale też was nagrywali? - drążę dalej chociaż wiem, że nie powinnam. Znowu będę myśleć, a to i tak niczego nie zmieni.
-Mnie raz, ale więcej się na to nie zgodziłem i kazałem Monice zniszczyć nagranie.
-Ja pierdole! - wzdrygam się -  Chyba się zaraz porzygam! - dodaję i wstaję od stołu z miną pełną odrazy. Jestem wstrząśnięta.
-Ja chciałbym zapomnieć o tamtym etapie mojego życia...
-Nie jestem w stanie tego pojąć.
-Evans tobie nie proponował takich...zabaw?
-Tylko by spróbował! - piszczę oburzona. Boże, jak ja mu teraz spojrzę w oczy?
-Erick ma problemy. Jego ojciec popełnił samobójstwo, potem toksyczny związek z Moniką, ten cały popieprzony interes, no i bez urazy...znajomość z tobą.
-Wiem, że nie pasuję do jego świata. Czasami mam wrażenie, że to że się poznaliśmy, to jakaś kpina losu. Od tamtego czasu i jego i moje życie legło w gruzach...
-Ty wyszłaś na tym wiele gorzej... - Ron posyła mi smutne spojrzenie.
-Dlaczego tak uważasz?
-Czytałem gazety, wiem co się stało na wieczorze panieńskim twojej siostry - staram się udać niewzruszoną. 
-Chyba nie wierzysz we wszystko co piszą w gazetach? - próbuję się śmiać, ale to trudne.
-Sama mówiłaś o wypadku przed obroną dyplomu, to było w tym samym czasie - Ron jest bardzo spostrzegawczy - Ale skończmy tę rozmowę, bo i tak oboje powiedzieliśmy za dużo... Chodź, pojedziemy do Evansa i wyjaśnimy tą sprawę ze zdjęciami w gazecie  - nagle wstaje od stołu i wyciąga do mnie dłoń. O dziwo uważam, że ma rację.
-Czy w pracy będziesz zachowywał się wobec mnie, tak ostro, jak do innych pracowników? - również chcę zmienić temat.
-A chcesz tego?- Ron unosi brew.
-Nie chcę, by ktoś pomyślał, że mam u ciebie jakiekolwiek fory.
-Dobrze - uśmiecha się w końcu - Więc będę dla ciebie nieprzyjemny i niemiły, jeśli masz się wtedy czuć lepiej.
-Oj, nie o to mi chodziło! - wydymam usta w grymasie złości.
-Słodko wyglądasz, jak się denerwujesz. Chodź już proszę! - tym razem się roześmiał i ruszył do holu.Ruszam za nim, ale w głowie mam taki mętlik. Nawet sprawa zdjęć i artykułu w tej durnej gazecie schodzi na dalszy plan. Zjeżdżamy windą na parking, gdzie stoi Ronaldowy Aston Martin.
-Ładne auto - stwierdzam szczerze. 
-Dzięki. Lubisz samochody? - Ron posyła mi to spojrzenie chłopca, który cieszy się, jak ktoś chwali jego zabawki. To takie urocze.
-Nie znam się na nich, oceniam po wyglądzie - szczerzę zęby, a Binenti śmieje się jeszcze głośniej
-Erick ma mnóstwo aut i na pewno miałaś okazję widzieć lepsze - dodał i otworzył mi drzwi wozu. 
-Nie uważasz, że to chore? Mieć tyle samochodów?
-Czy ja wiem? - drapie się po głowie - Skoro kogoś na to stać, to czemu nie? Ja też mam kilka...
-Kilka? - unoszę brew.
-Mężczyźni chyba tak już mają, że lubią auta, ale ten jest mój ulubiony.
-Nie odpowiedziałeś na pytanie.
-Co?
-No ile masz samochodów? - zapinam pas i czekam aż Ron obejdzie auto i również w wsiądzie.
-Oprócz tego mam jeszcze trzy - odpowiada, włączając silnik. 
-Kompletnie tego nie rozumiem! - kręcę głową. 
-Erick i tak ma ich wiele więcej - Ron chyba próbuję się tłumaczyć. To zabawne. 
-No pięć, czy sześć...
-Oj chyba więcej. Najwidoczniej nie widziałaś wszystkich... - zerka na mnie, rozbawiony tą rozmową.

-Pewnie masz rację, ja tak naprawdę niewiele wiem o jego życiu - wzruszam ramionami i zsuwam się nisko na siedzenie.
-Mam nadzieję, że nasza dzisiejsza rozmowa zostanie między nami? - pyta, skupiając się na jeździe.
-Oczywiście szefie - spoglądam na niego, a on mimo że patrzy przed siebie, uśmiecha się.
-Grzeczna dziewczynka - teraz to ja się uśmiecham.



Mija dobre półtorej godziny, zanim przedarliśmy się przez Brooklyn na Manhattan. Jest kilka minut po czwartej po południu, gdy wjeżdżamy w podziemny garaż.
-Zaparkuj tam! - wskazuję miejsce obok Erickowego BMW.
-To są prywatne miejsca - Ron rozgląda się dalej.
-Prywatne miejsca Ericka. Parkuj proszę.
-No dobrze, jak chcesz - mój szef chyba właśnie wywrócił oczami, ale nie mam pewności. Gdy obok widzę zaparkowanego Bentleya ściska mnie w żołądku. Erick jest w domu. Zajrzałam niepewnie do auta przez szybę. Moja torebka i bluza zniknęły, więc pewnie zabrał je na górę.
-Dawno tu nie byłem - stwierdza Ronald, rozglądając się po garażu. 
-Tęskniłeś? - droczę się z nim, a on znowu się uśmiecha.
-Kiedyś  miałem tu nawet swoje prywatne miejsce do parkowania - dodaje i szybko ruszamy do windy, która po chwili już wiezie nas na górę - Może poczekam tutaj, tak na wszelki wypadek? - pyta niepewnie.
-Jak chcesz... - bąkam, ale spoglądam na niego błagalnie, by jednak wszedł ze mną.  Ronald nie zdążył odpowiedzieć, bo drzwi windy otwierają się, a w nich pojawia się Erick. Ubrany jest w czarny garnitur z rozpiętą pod szyją koszulą  bez krawata. Na jego widok zasycha mi w ustach, a gdy tylko nasze spojrzenia się spotykają, od razu wiem, że jest zły. Wściekły wręcz. Dzięki Bogu jest tu ze mną Ronald.
-Ericku, nie przyjechałam się kłócić - wyduszam z siebie, by jakoś od razu załagodzić sytuację. 
-A on? - wskazał dłonią na Ronalda. 
-Też nie mam zamiaru się kłócić, Evans. Chcę to wyjaśnić - Binenti robi krok w przód - Mogę wejść? - pyta.
-Tak, wejdźcie proszę - krótka odpowiedź Ericka wcale mnie nie uspokaja. On rusza do gabinetu, a my z Ronaldem zaraz za nim.  Ukradkiem dostrzegam, że w kuchni krząta się Flora. Czuję też zapach jedzenia. Uwielbiam jej dania i na myśl o nich, aż burczy mi w brzucho. Erick staje pod oknem, przybierając mało przyjazną pozę z założonymi na piersi dłońmi. Wskazał byśmy z Ronaldem usiedli, ale oboje odmawiamy. Ja przysiadam lekko na  biurku, a Binenti staje obok mnie.