Premiera już w lipcu!

piątek, 13 maja 2016

Rozdział 132

-Orgazm dla podniebienia! - stwierdzam śmiało, kończąc jeść spaghetti.
-Miło to słyszeć. Lubię sprawiać kobietom przyjemność w każdy możliwy sposób - Ronald zerka na mnie i uśmiecha się szeroko. Oczy błyszczą mu psotnie, a ja naprawdę dobrze bawię się w jego towarzystwie.
-Dlaczego nie masz dziewczyny? - pytam nagle, ale nie wiem skąd ta myśl wzięła się w mojej głowie.
-Bo interesują mnie wyłącznie kobiety, a nie dziewczyny - jego spojrzenie przeszywa mnie na wskroś.
-Oj, wiesz o czym mówię! - śmieję się i trącam go lekko w ramię.
-Nie mam czasu na związki, za często wyjeżdżam. Zresztą jestem kawałem drania i porządne, jak to mówisz, dziewczyny, omijają mnie szerokim łukiem - głos Ronalda jest całkiem poważny.
-Trudno w to uwierzyć. Najwidoczniej szukasz w złych miejscach.
-No proszę! Taka z ciebie specjalistka? - Binenti mruży oczy, próbując ukryć rozbawienie.
-Wręcz przeciwnie, w ogóle się na tym nie znam.
-Teraz to ja nie wierzę. Jak udało ci się poderwać jednego z najbogatszych facetów na świecie? - przechyla lekko głowę i znowu uważnie mi się przygląda.
-Ja nie poderwałam Ericka Ron. To, że się poznaliśmy, to totalny przypadek...
-Evans i przypadek? Jasne... - unoszę brew, bo jego słowa sprawiają, że w mojej głowie zaświeca się nagle czerwona lampka.
-Co masz na myśli?
-Szkoda czasu na gadki o nim. Przyjaźnicie się, więc nie będę o nim z tobą rozmawiał.
-Daj spokój - próbuję ciągnąć temat -  To co powiesz zostanie tylko między nami, a znając życie, jutro i tak nie będę pamiętała tej części wieczoru skoro piję już kolejny kieliszek wina. Nie daj się prosić - uśmiecham się lekko, by go przekonać. Jestem ogromnie ciekawa co on ma do powiedzenia na temat Ericka.
-Jak chcesz, ale nie miej potem do mnie pretensji - ostrzega mnie, ale ciekawość wygrywa.
-Żadnych pretensji! - przysuwam się do niego.
-Nie wiem jak dokładnie się poznaliście, ale Erick nigdy nie poznawał kobiet przypadkiem. Wiesz czym się zajmował i  uważam, że byłaś po prostu jego celem do zwerbowania. Upatrzył cię sobie wcześniej i zaaranżował wasze spotkanie... - spodziewałam się, że coś takiego powie.
-Na pewno nie. Przyjechałam do jego salonu przypadkiem, bo moja siostra szukała limuzyny na ślub... - wyjaśniam.
-Ja tylko mówię co myślę, Meg. Nie musisz mi wierzyć... - Binenti wzrusza ramionami.
-Gdyby nie to, że jestem największą niezdarą na świecie nawet byśmy się nie poznali - dodaję.
-To znaczy?
-Poślizgnęłam się na środku jednego z jego salonów samochodowych i uderzyłam głową o posadzkę, a potem zemdlałam - Binenti nagle śmieje się w głos. 
-Przepraszam - zasłania usta, by się uspokoić. 
-Spoko, każdy się ze mnie śmieje, gdy o tym mówię - także zaczynam się śmiać. 
-Pokrzyżowałaś mu plany. Pewnie nieźle się musiał napracować, by cię do siebie zwabić - spoglądam na niego. A jeśli mówi prawdę?
-Taki mieliście system?  Upatrzyć cel, zwabić go, uwieść i zwerbować? - trudno mi ukryć nerwowość w głosie.
-To poufne informacje, Meg. Dobrze wiesz, że nie mogę o tym rozmawiać...
-Znowu zaczynasz? Przecież nikomu nie powiem. W sumie nigdy nie rozmawiałam z Erickiem o tym wszystkim, bo to dla mnie dość trudne...
-Domyślam się, ale muszę przyznać, że skoro powiedział ci o tym wszystkim, to naprawdę mu na tobie zależy. Ja nigdy nawet nie wspomniałem o tym żadnej z moich partnerek.
-Łączyło nas silne uczucie. Niewytłumaczalna, intensywna i nieokiełznana namiętność... - stwierdzam to jakby sama do siebie.
-Chyba nadal łączy - wtrąca Binenti. 
-Nie, teraz to co innego. Mamy syna... - zaprzeczam, kręcąc głową.
-Nie jestem romantykiem Meg, ale potrafię wyczuć napięcie seksualne między ludźmi... Zresztą znam Ericka i wiem, że mu na tobie zależy - jestem zaskoczona jego słowami.
-Skąd możesz to wiedzieć? Widziałeś  go teraz pierwszy raz od kiedy?
-Od dwóch lat? - Ronald drapie się po głowie -  Erick na wiele ci pozwala. Toleruje, że pracujesz i sama wychowujesz jego syna...
-O rany, nie zaczynaj i ty!
-Myślałem, że ja to ja mam popieprzone życie, ale twoje jest chyba jeszcze bardziej! - stwierdza i śmieje się głośno. W pierwszej chwili mierzę go wzrokiem, ale widząc rozbawienie w jego oczach, sama również się uśmiecham.  Spoglądam na zegar wiszący na ścianie i zrywam się z krzesła widząc, że jest po drugiej w nocy. Udało mi się nieco wytrzeźwieć, więc Binenti dzwoni po swojego szofera, by mnie odwiózł. Bankiet trwa w najlepsze, a Ronald żegna się szybko ze swoimi gośćmi i w pośpiechu wychodzimy z hotelu.
-Dziękuję za cudowny wieczór, Ronaldzie - opieram się o drzwi limuzyny i spoglądam na mojego szefa, który mimo tego co o nim piszą dla mnie jest naprawdę miły.
-Nie ma za co, Meg. To była dla mnie ogromna przyjemność - uprzejmie chwyta moją dłoń i całuje ją lekko. 


Uśmiecham się - Zadzwonię jutro, jeśli mogę - dodaje.
-Oczywiście, że możesz. Dobranoc panie Binenti - nagle nachyla się i patrzy wprost na mnie. 
-Dobranoc panno Donell - szepcze mi do ucha i całuje mój policzek. Nie mam możliwości  odsunąć się, więc patrzę mu prosto w oczy i czuję, że twarz mi płonie - Odwieź panią na Long Island - mówi stanowczo do szofera, otwierając mi drzwi. Szybko wsuwam się na tylne siedzenie i zapinam pas, nic nie odpowiadam. Kierowca rusza, a ja zdejmuję ze stóp buty i oglądam się. Binenti nadal stoi przy krawężniku i macha w moją stronę. Dotykam dłonią miejsca w które mnie pocałował i zsuwam się nisko na siedzenie. Co za wieczór! Tyle emocji, a mimo tego humor mam doskonały. To pewnie sprawka alkoholu, który jeszcze ze mnie nie wyparował. A może Binentiego? Uśmiecham się i wzdycham. Tak, to chyba jego sprawka. 

Wracam do domu, ale rodzice już od dawna śpią. Zaglądam do Adama, bo ogromnie się za nim stęskniłam. Czekam chwilę i po prostu patrzę jak spokojnie i słodko śpi. Następnie idę do łazienki i biorę szybki prysznic. Moja sypialnia jest zajęta, więc dmucham materac i kładę się na nim w salonie. Jest mi tak niezrozumiale lekko, bo czuję, że moje życie w końcu zmierza we właściwym kierunku. 

Poranek mija całkiem przyjemnie. Rodzice zauważają mój wesoły nastrój, ale tylko wymieniają się spojrzeniami i o nic nie pytają. Po śniadaniu bawię się z moim synem, aż pada ze zmęczenia, a ja mam chwilę dla siebie. Ogarniam się, sprzątam i zabieram się za gotowanie obiadu. Wymieniam kilka wiadomości z Alex i pytam o stan zdrowia Toma. Jest z nim już całkiem dobrze i może nawet niedługo będą mogli przylecieć do mnie w odwiedziny. Tęsknię za nimi, za Hookami także.
Mimowolnie myślę też o Brayanie i o tym, że dzwonił do mnie wczoraj na bankiecie. Jestem zła na niego i Ericka, że rozmawiają o mnie. Odnoszę wrażenie, że Erick skarży mu się na mnie, żali, a potem Brayan dzwoni, by wyciągnąć ze mnie jakieś informacje. To niedorzeczne... Cholera! Nie chcę teraz o tym myśleć. 


Jestem w pobliskim centrum handlowym, gdy zaczyna dzwonić moja komórka. Rodzice zostali z Adamem, bo mi zabrakło kilku składników do obiadu. Jestem przekonana, że to Tom, po tym jak napisałam Alex, że chcę z nim pogadać o Brayanie. Odbieram więc, nie patrząc na telefon.
-Cześć skarbie! - mówię radośnie.
-Czy ja czegoś nie pamiętam z wczorajszego wieczoru? - w odpowiedzi słyszę jednak głos mojego szefa. Cholera!
-Myślałam, że to mój przyjaciel...Witaj Ronaldzie! - odpowiadam, oblewając się purpurowym rumieńcem.
-Witaj Megan. Skoro odebrałaś, to znaczy, że wszystko u ciebie w porządku? - pyta, wiem, że z troski.
-Tak, dziękuję. Kac był dla mnie łaskawy, dwa paracetamole, poranek zabaw z moim synem i po bólu.
-To bardzo się cieszę, ale niestety nie mam dobrym wieści - mówi nagle, a zatrzymuję się przed wejściem do supermarketu.
-Jezu, stało się coś? - pytam wystraszona, bo kompletnie nie wiem o co może chodzić.
-Widziałaś jakaś dzisiejszą gazetę? - unoszę brew i spoglądam w stronę pobliskiego kiosku.
-Nie, a co? - podchodzę i wzrokiem przelatuję okładki plotkarskich pism.
-Jakiś paparazzi był wczoraj na bankiecie, robił nam zdjęcia.
-No trudno, jakoś to przeżyję - oddycham z ulgą, że chodzi tylko o to. Przecież nic złego nie robiliśmy.
-Nie w tym problem, Meg. Jest pod zdjęciami cały artykuł...
-Artykuł o czym? - mój wzrok zatrzymuje się na okładce magazynu Stars, plotkarskiej gazety. O Boże! Na okładce jest zdjęcie przedstawiające mnie i Binentiego przy limuzynie, jak żegnaliśmy się po bankiecie. Uchwycony jest moment, gdy Ronald całuje mnie w policzek i wymowny napis: „Nowa zabawka Ronalda Binentiego?”. Chwytam gazetę i otwieram na stronie, gdzie znajduje się więcej zdjęć z bankietu. Na jednych tańczymy, na innych śmiejemy się i wychodzimy razem na taras, a pod spodem jest cały  artykuł.
-Zrobili z ciebie moją kochankę - słyszę poważny głos Ronalda w słuchawce.
-Kurwa mać.. - klnę pod nosem, czytając kolejne zdania tego debilnego artykułu. Jest w nim napisane, że Binenti zatrudnił mnie tylko dlatego, że poszłam z nim do łóżka. Napisali również, że nie mam żadnego kucharskiego dyplomu, więc chcę zrobić w ten sposób karierę i że mam już doświadczenie w uwodzeniu bogaczy, bo w tamtym roku uwiodłam już jednego miliardera - Ericka Evansa. Zrobiło mi się słabo i siadam na ławce zaraz przy stoisku prasowym, ale czytam dalej. Ten paparazzi śledził nas aż do apartamentu, a że spędziliśmy tam przecież resztę wieczoru, ci durni plotkarze  wywnioskował, że spędziliśmy tam upojne godziny, czego dowodem ma być to, że Binenti wyszedł w innym garniturze niż tam wszedł. Pikanterii dodaje fakt, że Ronald Binenti to były przyjaciel Ericka Evansa, ale teraz nie pałają do siebie sympatią.
-Próbowałem to zatrzymać, ale Stars to najgorsze ścierwa. Nie boją się nikogo, nawet moich prawników - mówi Ron, gdy ja milczę jak zaklęta - Tak mi przykro, Megan. Nie chciałem cię w nic takiego wplątać..
-Przecież to wszystko kłamstwa! - piszczę, a do oczu napływają mi łzy.
-Ja to wiem, ty to wiesz, ale oni piszą co chcą. My nie musimy się nikomu tłumaczyć, ale...
-Erick mnie zabije... - myślę głośno.
-Chcesz bym przyjechał i wyjaśnimy to z nim razem? - proponuje nagle.
-Nie...Muszę kończyć, Ronaldzie. Zadzwonię! - rozłączam się, bo sama muszę przemyśleć co powinnam zrobić. Jeśli Erick to zobaczy, a na pewno tak się stanie, to wścieknie się na mnie. Znowu muszę tłumaczyć się z czegoś i przed nim i kompletnie mi to nie pasuje. Rezygnuję z zakupów i postanawiam do niego zadzwonić. Rozmowa nie trwa długo, a ja proszę go o spotkanie. Nie chcę wyjaśniać mu tego przez telefon. Erick na szczęście jest w mieście, więc prosi bym podjechała do Starbucksa w połowie drogi, a sam obiecuje podjechać najszybciej jak może. Denerwuję się jeszcze bardziej, gdy widzę jego auto parkujące po drugiej stronie ulicy. O tej porze nie ma tu wielu klientów, a ja wstaję, by się przywitać.
-Twoja mina nie wróży nic dobrego... - stwierdza.
-Ericku... musisz coś zobaczyć - siadamy do stolika, a ja kładę na nim gazetę, którą kupiłam w kiosku. Spoglądam na Ericka, a on bierze w dłoń to durne pismo. Od razu zauważa okładkę, a jego twarz tężeje. Przełykam ślinę, gdy otwiera pierwszą stronę i zaczyna czytać artykuł. Ogląda zdjęcia, mruży oczy i widzę jak tętnica na jego szyi zaczyna pulsować. Mam ochotę uciec i nie czekać aż zaraz wbije mnie swój wściekły wzrok. Nie czekam na to długo, bo on po chwili spogląda na mnie. Jest totalnie wściekły. O Boże! Oszczędzi mnie przy tych wszystkich ludziach czy od razu zacznie się na mnie wydzierać? Zamiast tego jednak chwyta mnie za dłoń i praktycznie zaciąga do samochodu, nie mówi przy tym ani słowa. Serce wali mi jak szalone, bo widzę jaki jest wkurwiony. Nawet nie mam odwagi się odezwać i powiedzieć, że to wszyscy kłamstwa i spekulacje. Wsiadam na siedzenie pasażera, a Erick obchodzi auto i zajmuje miejsce kierowcy. Wyjmuje swoją komórkę i dzwoni gdzieś.
-Evans! - rzuca zimno, aż zadrżałam- Cała rozkładówka i artykuł na drugiej i trzeciej w Stars... - mówi do kogoś po drugiej stronie - Nie wiem jak, ale macie to zatrzymać... Nie obchodzi mnie to! - wrzeszczy, a ja kulę się na siedzeniu - Zdjęcia i artykuł mają zniknąć! - rozłącza się i wciąga głęboko powietrze.
-Ericku... - chcę mu wyjaśnić, by poznał prawdę.
-Zamknij się proszę, bo nie ręczę za siebie!  - przeryw mi. Nagle moja komórka zaczyna dzwonić. Najpierw dzwoni Mark, zaraz potem Tom. Cholera! Nie odbieram, bo nie będę przy nim rozmawiała o tym co stało się wczoraj. Wiem jedno... świat po raz kolejny zrobił ze mnie jakąś puszczalską wywłokę i uwodzicielkę, ale tym razem nie jestem niczemu winna.  

Jedziemy w milczeniu dłuższą chwilę, a ja orientuje się, że Erick kieruje się do Evans Tower. Powinnam uprzedzić rodziców, że obiadu dziś nie będzie, ale zrobię to jak dojedziemy. Erick każe zostać mi w aucie, bo zapewne Ana jest na górze, więc czekam. Dzwonię do taty i na razie nic nie mówię, tylko tyle, że będę nieco później i niech zamówią coś do jedzenia. Tata jednak od razu wyczuwa, że coś jest nie tak, ale na szczęście o nic nie pyta. Ericka nie ma kilka minut i już się nieco  uspokoiłam, jednak gdy widzę, jak właśnie wychodzi z windy, to mało nie dostaję zawału. Jest po prostu totalnie wściekły. Przez jedną sekundę w głowie pojawia mi durna myśl wskoczenia na miejsce kierowcy i ruszenia przed siebie, gdzieś, gdzie nikt nie znajdzie mnie przez najbliższe sto lat. Erick wsiada do samochodu, zapina pas i rusza z piskiem opon.
-Wywieziesz mnie do lasu i zamordujesz?- pytam, by nieco rozładować atmosferę.
-Nie ciebie zamorduję, chociaż może też powinienem...  - spogląda na mnie gniewnie.
-To wszystko bzdury... - podejmuję próbę wytłumaczenia tego wszystkiego.
-Czyżby? - nagle wjeżdża w cichą uliczkę niedaleko Evans Tower, zatrzymuje samochód i wyłącza silnik.
-No chyba nie myślisz, że to co tam napisali to prawda? - piszczę i rozpinam pas, by usiąść bokiem do niego.
-Prawda czy nie, wygląda to autentycznie i bardzo prawdopodobnie. Co ty do cholery robiłaś z nim parę godzin w pokoju hotelowym? Możesz to jakoś sensownie wytłumaczyć?! - pyta wściekły. Oczy mu płoną.
-Poszliśmy podpisać umowę, to wszystko.
-Czytałaś umowę kilka godzin?! - wrzeszczy na mnie nagle.
-Cholera, nie krzycz na mnie, bo nic złego nie zrobiłam. Gówno mnie obchodzi, jak to wygląda! Binenti też nie ma sobie nic do zarzucenia! Poszliśmy do pokoju, bym w spokoju mogła przeczytać i podpisać umowę, ale wypiłam parę drinków i poczułam się źle, więc nie było mowy o powrocie na bankiet. Ron zrobił dla nas spaghetti i poczekał aż poczuję się lepiej, bym mogła wrócić do domu. - wykrzyczałam mu prosto w twarz.
-Upiłaś się z nim?!
-Nie miałam zamiaru, ale tak wyszło! Brayan mnie wkurzył, a Binenti robi mocne drinki... wzruszam przepraszająco ramionami, choć w sumie sama nie wiem za co mam przepraszać? Naprawdę tym razem nic złego nie zrobiłam.
-Co jeszcze robi Binenti?! - Erick rzuca mi pogardliwe spojrzenie, a mnie ściska w gardle.
-Wiesz co? Skoro wierzysz w co tam napisali, to nie mamy o czym rozmawiać! - warczę i chwytam za klakę, by otworzyć drzwi, jednak są zablokowane - Wypuść mnie!
-Proszę bardzo. Idź do niego! Niech media mają jeszcze większą pożywkę z tego cyrku! - Erick zdejmuje blokadę i pokazuje, że mogę wysiąść.
-Ten cyrk zaczął się w chwili, gdy ciebie poznałam! - rzucam jadowicie i wychodzę z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi. Wściekła i roztrzęsiona ruszam w stronę głównej ulicy. Nie zdążyłam zrobić kilku kroków, a już słyszę, że Erick również wysiadł i biegnie za mną.
-Wsiadaj do samochodu... -  mówi już łagodniej i zatrzymuje mnie, chwytając mój nadgarstek.
-Zostaw mnie. Nie mam o czym z tobą rozmawiać! - szarpnęłam się.
-Nie rób scen, Megan! - Erick syknął  przez zaciśnięte zęby.
-Pieprz się Evans! Powiedziałam, że nie będę z tobą rozmawiała! Wierz sobie w to co tam napisali!
-Uspokój się! - krzyknął i puścił w końcu moją dłoń, a ja odwracam się i ruszam dalej - Chryste, wracaj do samochodu! - zagrodził mi drogę.
-Daj mi spokój! Skoro wierzysz, że się z nim przespałam, to najwidoczniej mnie nie znasz!
-A co, nie przespałaś się z Binentim?! - jego sugestia boli bardziej niż policzek. Zastygam i wciągam głośno powietrze, zamykam też oczy. 
-No tak zapomniałam... - śmieję się żałośnie, a pod powiekami czuję piekące łzy -  Przecież ja lubię wskakiwać bogatym facetom do łóżka. Najpierw ty, teraz Binenti i po drodze był przecież jeszcze Filip...
-Zamknij się!
-Powiedzmy sobie szczerze, Ericku. W tej gazecie nie określili tego tak dosadnie jakby należało. Jakie słowo byłoby tu odpowiednie? Hmmm... dziwka? - mówię z pogardą dla samej siebie. Nagle przypomniała mi się to wszystko, tamta noc w Vegas... I Filip.  Erick zaszokowany moimi słowami stoi jak wryty.
-Nie mów tak o sobie... - szepcze.
-Nie muszę mówić.Wystarczy, że się tak zachowuję... - dręczę dalej i jego i siebie. Tak cholernie mnie boli, że znowu mnie osądził.
-Boże przestań! Nie jesteś dziwką! - ponownie podniósł głos.
-Nie? - spoglądam na niego, czując się  jak najgorsze ścierwo. Nienawidzę siebie za wszystko co zrobiłam. Te myśli znowu do mnie powróciły.
-Nie... - Erick odpowiada i prowadzi mnie za rękę do samochodu. Sadza mnie na tylne siedzenie, a ja w głowie słyszę tylko jedno słowo. Dziwka! Dziwka! Dziwka! Erick zapina mi pas i chce przesiąść się na przódm jednak chwytam go za dłoń i zatrzymuje. Ogląda się i patrzy mi prosto w oczy. Rozpinam pas i gwałtownie popycham Ericka na siedzenie, siadając na nim okrakiem. Zaskoczony nawet nie reaguje, gdy zaczynam go całować prosto w usta. Waha się chwilę, zanim chwyta mnie za pośladki i ściska je mocno, a ja jęczę. Nasze ciała dosłownie płoną. Erick wplata palce w moje włosy i pociąga je mocno, całując mnie po szyi i  niżej, aż do piersi. Zaczynam ocierać się o niego i od razu czuję, ze zrobił się twardy. Sekundę później zdejmuje swoją koszulkę i już chce zdjać moją, gdy nagle chwytam go za dłonie, by tego nie robił.
-Właśnie tak zachowuje się dziwka, Ericku... Ile razy jeszcze zdradzisz ze mną Anę, ile razu zdradziłam z tobą Briana? To ja cię prowokuję, a tak być nie może...  -oddycham głęboko, serce wali mi jak szalone. Erick zaszokowany moimi słowami puszcza moje dłonie i chyba nie jest w stanie nic powiedzieć. Zsuwam się z jego kolan i wysiadam z samochodu, a potem biegnę ile sił w nogach do najbliższego skrzyżowania. Nie mam przy sobie nawet torebki, ale zatrzymuję taksówkę i daję kierowcy wszystkie pieniądze jakie przy sobie mam i po kilkunastu minutach znajduję się pod budynkiem w której mieszka mój szef. Nie mam pojęcia czy jest w domu,  ale wchodzę do środka i od razu idę do windy. Po chwili pukam do drzwi i słyszę kroki, a otwiera mi oczywiście Ronald. 
-Megan? Co ty tu robisz? - Binenti robi wielkie oczy na mój widok. Na pewno się mnie nie spodziewał. Ja jednak nic nie mówię, tylko zaczynam płakać, gdy tylko spoglądam mu w oczy - Boże, chodź tutaj! - Ronald obejmuje mnie mocno i wprowadza do środka, zamykając za nami drzwi. Nie mogę się uspokoić, więc stoimy tak w holu jego apartamentu. On chyba nie za bardzo wie co ma ze mną zrobić. Zapewne nie zdarza mu się częstoże szef kuchni jego restauracji przychodzi do niego z płaczem w sobotnie popołudnie - Aż tak cię przejął ten artykuł ? - Ronald sadza mnie na wysokim stołku w kuchni i nastawia wodę w czajniku elektrycznym.
-Nie - odpowiadam, pociągając nosem. 
-Wiec co się stało? - spoglądam na niego i dopiero dostrzegam, że jest w samym szlafroku i ma mokre po prysznicu bądź kąpieli włosy. Cholera!
-Przepraszam, nie powinnam zawracać ci głowy... pewnie jesteś zajęty - skrępowana tym, że naszłam go tam bez zapowiedzi wstaję i ruszam w kierunku drzwi.
-Nie wypuszczę cię stąd dopóki mi nie powiesz co się stało. Jesteś przemarznięta i roztrzęsiona - Ronald zachodzi mi drogę i patrzy na mnie intensywnie. Ogarnia mnie to kiepskie uczucie, że chciałabym się mu wygadać, ale wiem, że nie powinnam.
-Nie mam prawa cię tym obarczać, Ronaldzie.  To nie twoja wina, że te zdjęcia trafiły do gazety... - odpowiadam, wbijając wzrok w podłogę.
-Aż tak się tym przejmujesz? - nagle dotyka pocieszająco mojego ramienia.
-Mam gdzieś co tam napisali..
-Więc o co chodzi?
-O Ericka! - wyduszam z siebie piskliwym tonem.
-No tak, mogłem się domyślić. Zdenerwował się?
-Zdenerwował? - wywracam oczami - On się wściekł, wrzeszczał na mnie, jak na małe dziecko i nic nie dał sobie przetłumaczyć...
-Palant... - Binenti stwierdził z chytrym uśmiechem.
-A żebyś wiedział! Czasami  taki  z niego osioł! Traktuje mnie jak swoją własność! On myśli, że my...
-Że poszliśmy ze sobą do łóżka - Ron kończy zdanie, które chyba nie przeszłoby mi przy nim przez usta.
-Tak! Idiota! Za kogo on nas uważa?
-Ma pewne podstawy do tego, by tak sądzić... - wróciliśmy do kuchni, a on zalał dwie filiżanki herbaty gorącą wodą -  Słodzisz? - zapytał.
-Nie dziękuję. Jakie niby podstawy? - spoglądam na niego, zastanawiają się co ma na myśli.
-Nasza przyjaźń zakończyła się dość gwałtownie i niespodziewanie - jego słowa jeszcze bardziej mnie zaciekawiają. 
-Jaki to ma związek z tym, że Erick podejrzewa nas o romans?
-Lepiej byś nie wiedziała, bo Erick to twój przyjaciel.
-Co ci zależy? Przecież i tak się nie lubicie... I to wcale nie mój przyjaciel! A na pewno nie jak zachowuje się tak jak ostatnio - próbuję go podpuścić.
-Nie wyciągam takich spraw. Dla mnie to przeszłość.... bolesna przeszłość, Megan - Binenti spogląda na mnie nagle tak smutno. Nich to szlag! Moja ciekawość jest teraz jeszcze większa, no ale nie mogę być aż taka dociekliwa.
-Nienawidzisz go? - pytam jedynie
-Nie wiem... - Ronald upija łyk herbaty i spogląda na mnie - Też nie jestem święty, ale to co mi zrobił... - nagle zamyka oczy i wciąga głęboko powietrze.
-Dobrze, nie mówmy już o tym - podchodzę, by go uspokoić. Kładę dłoń na jego ramieniu, bo widzę jak ciężko oddycha. Nie widziałam go jeszcze w takim stanie. Chwilę temu to ja byłam zdenerwowana, rozemocjonowana i roztrzęsiona, a teraz on wydaję się być tak kruchy i słaby na wspomnienia o tym co stało się pomiędzy nim, a Erickiem. Jego reakcja  jest dla mnie  naprawdę zaskakująca. Co ten Erick mu  do cholery zrobił?

3 komentarze:

  1. Ekstra, jak zawsze. I znów ciekawość zżera człowieka ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Łohoho, pierwszy raz spodobało mi się to, co zrobiła Megan. Podpuściła Ericka i zaraz po tym wyskoczyła z "tak zachowuje się właśnie dziwka". Jak go zatkało, hehe

    OdpowiedzUsuń