Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 23 maja 2016

Rozdział 133

Chcę zmienić temat, by Ronald nieco się rozchmurzył. Rozmowa o Ericku wprawiła go w dziwny nastrój, a mnie ciekawość zżera coraz bardziej, jednak muszę poczekać na odpowiedni moment, by zapytać go o to raz jeszcze.
-A ty się nie martwisz tym artykułem? - pytam, a on spogląda na mnie w końcu.
-Według tych głupich pism miałem już tyle kochanek i romansów, że nawet mnie to nie rusza, Meg. Ja nie mam żony czy dziewczyny żeby się przed kimś z tego tłumaczyć. Mam za dużo rzeczy na głowie, żeby się zastanawiać, co jeszcze mogą napisać na mój temat. 
-To dlaczego zadzwoniłeś i mi o tym powiedziałeś, skoro się tym nie przejmujesz? - unoszę brew.
-Czuję się winny. Nie pomyślałem, że zabierając cię wczoraj na ten bankiet, będzie z tego taki pasztet. Naprawdę nie chciałem cię w coś takiego wciągać...
-Daj spokój, to nie twoja wina, Ronaldzie. Ja nie mam do ciebie pretensji.
-Jedyna pozytywna strona, to to, że taki artykuł przyciągnie do nas jeszcze więcej klientów. Wszyscy będą chcieli dowiedzieć się czy to prawda i przyjdą do restauracji, choćby nas zobaczyć.
-Dzięki za pocieszenie - patrzę na niego krzywo. Nie chcę być jak zwierzę w zoo, które ktoś sobie przyjdzie pooglądać.
-Reklama to podstawa! - Ronald w końcu się uśmiecha -  Będzie dobrze Megan. Zaraz wybuchnie jakaś inna afera i wszyscy zapomną o tym artykule - przysuwa dłoń i chwyta moją w geście pocieszenia. 
-Dzięki Ron - patrzę na niego życzliwie - Naprawdę dobry z ciebie facet - mówię szczerze - Przyznam, że faktycznie naczytałam się o tobie różnych okropności, ale...
-Wolę, by ludzie myśleli, że jestem zadufanym w sobie gnojem. Nieliczni mnie znają i przy nich mogę być sobą - przerwał mi.
-To dla mnie zaszczyt pracować dla pana, panie Binenti - uśmiecham się szeroko. 
-Masz świadomość jaka z ciebie flirciara? - pyta nagle, i to całkiem poważnie. Że co? Unoszę brwi, kompletnie zaskoczona tą dziwną uwagą. Ron śmieje się w głos i lekko kręci głową - Tak myślałem, nie masz świadomości, ile jest w tobie seksapilu. Takiego niewinnego i nieoczywistego seksapilu, jeśli wiesz co mam na myśli? Na pierwszy rzut oka jesteś nieśmiała i skromna, ale gdy się uśmiechasz i przygryzasz wargę, to wychodzi z ciebie diabeł. To bardzo intrygujące.
-Jeśli to komplement, to dziękuję - przełykam ślinę. Co mam mu niby odpowiedzieć na to co właśnie mi powiedział? Czuję się skrępowana tą dziwną uwagą ze strony szefa.
-Jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, Megan. Naprawdę nie zdajesz sobie z tego sprawy?
-Nigdy się nad tym nie zastanawiałam - zakłopotana wzruszam ramionami. 
-A powinnaś, pewnie zawsze miałaś wielu adoratorów, co?
-Wręcz przeciwnie. Miałam tego samego chłopaka w szkole średniej i na studiach.
-Taka porządna byłaś? - Ron jest ewidentnie rozbawiony.
-Do dwudziestego trzeciego  roku życia byłam dziewicą - zwierzam się nagle, a Binenti aż krztusi się herbatą, którą właśnie miał zamiar dokończyć. Śmieję się, widząc jego minę.
-Przepraszam - wytarł dłonią brodę i mokry stół - Kompletnie mnie zaskoczyłaś - dodaje szczerze.
-Nie szkodzi, Ronaldzie. Chyba większość ludzi właśnie tak na to reaguje.
-To był jakiś zakład? - pyta nagle.
-O rany! Nie! - wywracam oczami - Po prostu nie spotkałam wcześniej odpowiedniej osoby.
-Mówiłaś, że miałaś chłopaka, co z nim było nie tak?- Binenti posyła im krzywe spojrzenie.
-Z nim było wszystko w porządku, to chyba ze mną było coś nie tak - wzdycham wymownie - Zresztą... gdybym to z nim zrobiła na pewno bym żałowała. Mike mnie zdradzał, przyłapałam go z moją współlokatorką w  pokoju w akademiku.
-Nie masz szczęście do facetów.
-Czy ja wiem? Mike nie jest taki zły, nieco się zmienił...
-A Evans? Co was teraz łączy? - wtrąca nagle. Czułam, że ten temat szybko powróci.
-Adam nas łączy - próbują wymigać się od odpowiedzi. 
-Oj daj spokój! Pogadajmy szczerze.
-Jeśli mi powiesz dlaczego się już nie przyjaźnicie - stawiam warunek.
-Ty pierwsza - Binenti uśmiecha się, oczy błyszczą mu z rozbawienia. 
-Trudno określić naszą relację. Mamy, syna więc często się widujemy. Po powrocie z Londynu mieszkałam u niego i mimo że byłam wtedy z Brayanem, to było kilka... sytuacji.
-Kiedy ostatnio ze sobą spaliście? - dociekliwość Ronalda mnie zaskakuje.
-No wiesz! - piszczę lekko obudzona.
-Rozmawiamy szczerze? - Ron mierzy mnie spojrzeniem.
-Nie pamiętam,  około roku temu.
-I od tamtej pory nic? - wzdycham.
-Mówiłam, że było kilka sytuacji... - czuję, że policzki płoną mi ze wstydu. Chyba nie powinnam rozmawiać o takich sprawach z moim szefem.
-Całowaliście się?
-Tak.
-A coś więcej?
-Oj Ron, daj spokój! - chcę zakończyć temat, ale Binenti chyba mnie nie ocenia. Po prostu uważnie słucha -  Dwa razy prawie się ze sobą przespaliśmy... to był błąd, duży błąd.
-Rozumiem. Musi być ci bardzo ciężko tkwić w takim układzie - jego słowa brzmią szczerze i pocieszająco. Spoglądam na niego i uśmiecham się.
-Dobra, teraz twoja kolej! - poprawiam się na krześle, a Ronald od razu poważnieje.
-Wiesz czym obaj się zajmowaliśmy - zaczyna niepewnie. 
-No wiem.
-Ja w tym czasie miałem kogoś. Kochałem ją... bardzo kochałem, ale ona nie miała pojęcia czym się zajmowałem - przełykam ślinę, bo coś mi to przypomina, ale daję mu mówić dalej - Erick wygadał się któregoś razu, po pijaku, a ona w złości na mnie poszła z nim do łóżka - patrzę na niego i nie wierzę - Ich romans trwał prawie pół roku, Erick zwerbował ją do agencji, rozumiesz? Zemściła się na mnie, zostając dziwką... - zapada cisza. Wbijam wzrok w podłogę, bo odebrało mi mowę. Mija chwila zanim zbieram myśli.
-Nie wiem co ci powiedzieć... - kręcę głową. 
-A co tu mówić? Zostałem zdradzony przez ukochaną kobietę i najlepszego przyjaciela... - Ron zerka na mnie i uśmiecha się cierpko, a mnie nagle oświeciło. To dlatego Erick mi wybaczył! Dlaczego, bo sam zrobił dokładnie to samo. Boże, ale to popieprzone.
-Przykro mi, Ron - mówię to szczerze i przesiadam się krzesło obok, by go objąć. Ron ro duży facet więc wstaję, by starczyło mi ramienia.
-Stare dzieje. Staram się o tym nie myśleć.
-Mam nadzieję, że ona nie ma na imię Marina? - pytam, a Ron spogląda na mnie dziwnie. Nie wiem czemu o tym pomyślałam.
-Nie, Michelle.  Znasz Marinę?
-Tak, miałam okazję poznać.
-To bardzo nierozsądne ze strony Evansa, że cię w to wszystko wciągnął. Nie powinnaś znać nazwisk i widywać tych ludzi. To niebezpieczne środowisko i w ogóle nie powinnaś  czegokolwiek wiedzieć... - ton Ronalda staje się nerwowy..
-Sama to z niego wyciągnęłam. Gdy poznałam Monikę, nabrałam podejrzeń i drążyłam temat, aż mi powiedział. Zobaczyłam przypadkiem segregator ze zdjęciami, mam też pendrive z filmami...
-Boże! Od kogo?
-Od Mariny właśnie.
-Widziałaś te filmy?
-Nie, nie miałam odwagi ani potrzeby ich oglądać.
-To dobrze! Boże Meg, ty nie masz pojęcia co to za popieprzone środowisko! Zniszcz ten pendrive i skasuj te filmy. Jeśli wpadłyby w niepowołane ręce...
-Co na nich jest? - to pytanie pada szybciej, niż chciałam.
-Nie chcesz wiedzieć.
-Nie chcę ich oglądać.
-Ale chcesz wiedzieć? - Ron mierzy mnie podejrzliwie.
-Tak powiedz mi - w końcu wzdycha głęboko. 
-Monika wprowadziła zasadę filowania dziewczyn, by mieć na nie haczyk. By nie mogły odejść z agencji. Uzależniała je od alkoholu i narkotyków, by zgadzały się na mocniejsze usługi. Było kilka dziewczyn, które robiły naprawdę wszystko... Normalnemu człowiekowi takie rzeczy nawet się nie śnią. To obrzydliwy i brutalny sex. Poniżający kobietę i pokazujący jacy ludzie są popieprzeni i bezwzględni.
-Czy na tych filmach jest któryś z was? - mój głos jest cichy. Nie wiem czy dobrze się stało, że mi o tym powiedział. Domyślałam się co tam może być, ale domyślać się, a wiedzieć, to dwie zupełnie inne sprawy.
-Nie wiem. Ja osobiście nie widziałem filmu żadnym z nas.
-Ale też was nagrywali? - drążę dalej chociaż wiem, że nie powinnam. Znowu będę myśleć, a to i tak niczego nie zmieni.
-Mnie raz, ale więcej się na to nie zgodziłem i kazałem Monice zniszczyć nagranie.
-Ja pierdole! - wzdrygam się -  Chyba się zaraz porzygam! - dodaję i wstaję od stołu z miną pełną odrazy. Jestem wstrząśnięta.
-Ja chciałbym zapomnieć o tamtym etapie mojego życia...
-Nie jestem w stanie tego pojąć.
-Evans tobie nie proponował takich...zabaw?
-Tylko by spróbował! - piszczę oburzona. Boże, jak ja mu teraz spojrzę w oczy?
-Erick ma problemy. Jego ojciec popełnił samobójstwo, potem toksyczny związek z Moniką, ten cały popieprzony interes, no i bez urazy...znajomość z tobą.
-Wiem, że nie pasuję do jego świata. Czasami mam wrażenie, że to że się poznaliśmy, to jakaś kpina losu. Od tamtego czasu i jego i moje życie legło w gruzach...
-Ty wyszłaś na tym wiele gorzej... - Ron posyła mi smutne spojrzenie.
-Dlaczego tak uważasz?
-Czytałem gazety, wiem co się stało na wieczorze panieńskim twojej siostry - staram się udać niewzruszoną. 
-Chyba nie wierzysz we wszystko co piszą w gazetach? - próbuję się śmiać, ale to trudne.
-Sama mówiłaś o wypadku przed obroną dyplomu, to było w tym samym czasie - Ron jest bardzo spostrzegawczy - Ale skończmy tę rozmowę, bo i tak oboje powiedzieliśmy za dużo... Chodź, pojedziemy do Evansa i wyjaśnimy tą sprawę ze zdjęciami w gazecie  - nagle wstaje od stołu i wyciąga do mnie dłoń. O dziwo uważam, że ma rację.
-Czy w pracy będziesz zachowywał się wobec mnie, tak ostro, jak do innych pracowników? - również chcę zmienić temat.
-A chcesz tego?- Ron unosi brew.
-Nie chcę, by ktoś pomyślał, że mam u ciebie jakiekolwiek fory.
-Dobrze - uśmiecha się w końcu - Więc będę dla ciebie nieprzyjemny i niemiły, jeśli masz się wtedy czuć lepiej.
-Oj, nie o to mi chodziło! - wydymam usta w grymasie złości.
-Słodko wyglądasz, jak się denerwujesz. Chodź już proszę! - tym razem się roześmiał i ruszył do holu.Ruszam za nim, ale w głowie mam taki mętlik. Nawet sprawa zdjęć i artykułu w tej durnej gazecie schodzi na dalszy plan. Zjeżdżamy windą na parking, gdzie stoi Ronaldowy Aston Martin.
-Ładne auto - stwierdzam szczerze. 
-Dzięki. Lubisz samochody? - Ron posyła mi to spojrzenie chłopca, który cieszy się, jak ktoś chwali jego zabawki. To takie urocze.
-Nie znam się na nich, oceniam po wyglądzie - szczerzę zęby, a Binenti śmieje się jeszcze głośniej
-Erick ma mnóstwo aut i na pewno miałaś okazję widzieć lepsze - dodał i otworzył mi drzwi wozu. 
-Nie uważasz, że to chore? Mieć tyle samochodów?
-Czy ja wiem? - drapie się po głowie - Skoro kogoś na to stać, to czemu nie? Ja też mam kilka...
-Kilka? - unoszę brew.
-Mężczyźni chyba tak już mają, że lubią auta, ale ten jest mój ulubiony.
-Nie odpowiedziałeś na pytanie.
-Co?
-No ile masz samochodów? - zapinam pas i czekam aż Ron obejdzie auto i również w wsiądzie.
-Oprócz tego mam jeszcze trzy - odpowiada, włączając silnik. 
-Kompletnie tego nie rozumiem! - kręcę głową. 
-Erick i tak ma ich wiele więcej - Ron chyba próbuję się tłumaczyć. To zabawne. 
-No pięć, czy sześć...
-Oj chyba więcej. Najwidoczniej nie widziałaś wszystkich... - zerka na mnie, rozbawiony tą rozmową.

-Pewnie masz rację, ja tak naprawdę niewiele wiem o jego życiu - wzruszam ramionami i zsuwam się nisko na siedzenie.
-Mam nadzieję, że nasza dzisiejsza rozmowa zostanie między nami? - pyta, skupiając się na jeździe.
-Oczywiście szefie - spoglądam na niego, a on mimo że patrzy przed siebie, uśmiecha się.
-Grzeczna dziewczynka - teraz to ja się uśmiecham.



Mija dobre półtorej godziny, zanim przedarliśmy się przez Brooklyn na Manhattan. Jest kilka minut po czwartej po południu, gdy wjeżdżamy w podziemny garaż.
-Zaparkuj tam! - wskazuję miejsce obok Erickowego BMW.
-To są prywatne miejsca - Ron rozgląda się dalej.
-Prywatne miejsca Ericka. Parkuj proszę.
-No dobrze, jak chcesz - mój szef chyba właśnie wywrócił oczami, ale nie mam pewności. Gdy obok widzę zaparkowanego Bentleya ściska mnie w żołądku. Erick jest w domu. Zajrzałam niepewnie do auta przez szybę. Moja torebka i bluza zniknęły, więc pewnie zabrał je na górę.
-Dawno tu nie byłem - stwierdza Ronald, rozglądając się po garażu. 
-Tęskniłeś? - droczę się z nim, a on znowu się uśmiecha.
-Kiedyś  miałem tu nawet swoje prywatne miejsce do parkowania - dodaje i szybko ruszamy do windy, która po chwili już wiezie nas na górę - Może poczekam tutaj, tak na wszelki wypadek? - pyta niepewnie.
-Jak chcesz... - bąkam, ale spoglądam na niego błagalnie, by jednak wszedł ze mną.  Ronald nie zdążył odpowiedzieć, bo drzwi windy otwierają się, a w nich pojawia się Erick. Ubrany jest w czarny garnitur z rozpiętą pod szyją koszulą  bez krawata. Na jego widok zasycha mi w ustach, a gdy tylko nasze spojrzenia się spotykają, od razu wiem, że jest zły. Wściekły wręcz. Dzięki Bogu jest tu ze mną Ronald.
-Ericku, nie przyjechałam się kłócić - wyduszam z siebie, by jakoś od razu załagodzić sytuację. 
-A on? - wskazał dłonią na Ronalda. 
-Też nie mam zamiaru się kłócić, Evans. Chcę to wyjaśnić - Binenti robi krok w przód - Mogę wejść? - pyta.
-Tak, wejdźcie proszę - krótka odpowiedź Ericka wcale mnie nie uspokaja. On rusza do gabinetu, a my z Ronaldem zaraz za nim.  Ukradkiem dostrzegam, że w kuchni krząta się Flora. Czuję też zapach jedzenia. Uwielbiam jej dania i na myśl o nich, aż burczy mi w brzucho. Erick staje pod oknem, przybierając mało przyjazną pozę z założonymi na piersi dłońmi. Wskazał byśmy z Ronaldem usiedli, ale oboje odmawiamy. Ja przysiadam lekko na  biurku, a Binenti staje obok mnie.
 

2 komentarze:

  1. superrrrrrrrrr.......

    OdpowiedzUsuń
  2. Mistrzyni kończenia rozdziału w nieodpowiednim dla nas momencie😁

    OdpowiedzUsuń