Premiera już w lipcu!

piątek, 10 czerwca 2016

Rozdział 135



Budzę się nam ranem. W apartamencie panuje cisza, bo wszyscy jeszcze śpią. Ciekawa jestem, jak Erick dotarł z samochodu do sypialni? Zapewne Jack musiał go prowadzić, bo przecież on ledwo siedział. Co w niego wczoraj wstąpiło? Powinnam porozmawiać z nim o tym,czy darować sobie kazania? Erick to przecież dorosły facet i raczej wie co robi... Znowu nie wiem co zrobić. Idę do kuchni napić się soku i wracam do sypialni spać dalej.

Koło dziewiątej budzi mnie dźwięk mojej komórki. Widzę jednak, że to Binenti i stwierdzam, że nie mam ochotę rozmawiać z moim szefem w niedzielny poranek. Jeśli to coś ważnego powie mi jutro, albo zadzwoni później. Słyszę jednak z salonu pisk mojego syna, więc owijam się szlafrokiem i idę do niego. Mama Ericka właśnie robi mu samolot, to dlatego mały tak radośnie piszczy.
-Dzień dobry! - witam się ze wszystkimi. Sandra i Deen siedzą razem przy stole. Chyba oboje mają kaca, bo nie wyglądają najlepiej.
-Dzień dobry, Meg - mama Ericka uśmiecha się do mnie, a następnie całuje Adama w policzek.
-Cześć Meg! Głowa mi pęka! - dodaje Sandra i upija łyk jakiegoś specyfiku, zapewne przygotowanego przez Florę.
-My się wczoraj chyba nie poznaliśmy, Deen Salt - jej facet wstaje od stołu i podchodzi do mnie, wyciągając rękę. Jest wysokim niebieskookim blondynem  i ma młodzieńczy uwodzicielski uśmiech.
-Megan Donell  - odwzajemniam uśmiech i ściskam lekko jego dłoń. 
-Erick jeszcze śpi. Dziwne jak na niego, co nie? - Sandra spogląda na mnie w oczekiwaniu, że może coś wiem, ale ja wzruszam jedynie ramionami. Nie mam zamiaru opowiadać o tym co stało się zanim dotarliśmy do Evans Tower. 
-Nawet panowie prezesi czasami lubią pospać w niedzielę do południa, córeczko. Daj spokój bratu, on naprawdę  ciężko pracuje! - wtrąca się Emma - mama Ericka i uśmiecha się do mnie serdecznie.  

Atmosfera jest naprawdę przyjemna. Flora przygotowała dla wszystkich pyszne śniadanie i zjadam je z przyjemnością. Ostatnio nie dbam o siebie i powinnam to zmienić. Po śniadaniu wszyscy oprócz mnie idą z Adamem na spacer do Central Parku. Wyspana, najedzona i zrelaksowana ciszą, leżę sobie na tarasie, a przyjemne jesienne słońce ogrzewa moją twarz, gdy moją sielankę przerywa nagle głos mojego szefa, wchodzącego na taras.
-Przywiozłem twoją zgubę! - kompletnie zaskoczona zrywam się z leżaka i zaciskam mocniej pasek szlafroka. Spoglądam na Ronalda, kompletnie nie rozumiejąc co się dzieje - Erick przyjechał do mnie wczoraj, kompletnie pijany... - wyjaśnił, widząc moją zdezorientowaną minę.
-O rany! Gdzie on jest? - piszczę przestraszona, że coś mu się stało.
-Zaprowadziłem go do sypialni, bo nadal nie wytrzeźwiał. Do wieczora się nie obudzi. 
-Boże, najmocniej cię przepraszam Ronaldzie! - zażenowana całą  sytuacją i tym, że stoję przed swoim szefem w piżamie i szlafroku, oblewam się rumieńcem i kompletnie nie wiem co mam zrobić.
-Lepiej mi powiedz co się wczoraj stało, że on doprowadził się do takiego stanu? Przyjechał do mnie i tak bełkotał, że nic nie mogłem zrozumieć - Ronald podchodzi i siada  przy żeliwnym białym stoliku obok leżaka.
-Nie mam pojęcia co się stało? Byliśmy w klubie na urodzinach jego siostry, a on zniknął mi z oczu na jakiś czas, i jak wrócił już był pijany. Choć  w pierwszej chwili tego nie zauważyłam...
-Pokłóciliście się? - pyta Ron.
-Nie, fajnie się bawiliśmy, ale on... - urywam w pół zdania, gryząc się w język. Przecież nie mogę mu powiedzieć co wczoraj się stało. To nie jego sprawa.
-Co on? Co zrobił? - Ron wbija jednak we mnie to swoje ciekawskie spojrzenie.
-No mniejsza z tym, ale to naprawdę nie mam nic wspólnego z tym, że się upił! - migam się od odpowiedzi, a Binenti na szczęścia odpuszcza.
-Gadał takie głupoty, kompletnie od czapy. O tobie, o Monice, o Filipie... - mówi nagle Ron. Otwieram  szeroko oczy. O nie! Czy on mu coś wygadał?
-Co mówił? - pytam cicho.
-Że to wszystko jego wina, że was nie uratował, że cię nie ochronił. To był jakiś kompletny chaos...
-Może miał gorszy dzień - próbuję udać, że nie jestem zdenerwowana.
-Ale najdziwniejsze było to, jak mówił o jakimś samobójstwie czy coś...  - dodaje, a ja spoglądam na niego zaskoczona. Przychodzi mi do głowę straszna myśl.
-Przepraszam cię na chwilę, Ronaldzie. Muszę zadzwonić, ale wejdź do środka, proszę. Zrób sobie kawy albo co tam chcesz... - wskazuję na kuchnię i biegnę do pokoju. Wybieram z listy numer Gordona. Czekam koszmarnie długą chwilę na połączenie.
-Cześć Meg - w końcu odbiera, a ja od razu wiem, że coś jest nie tak. 
-Cześć Gordon. Co się wczoraj stało? - pytam od razu.
-Więc już wiesz? - serce podchodzi m do gardła.
-Właśnie nie wiem! Erick upił się wczoraj, zachowywał dziwnie i pojechał do Ronalda Binentiego zamiast wrócić do domu - Gordon wzdycha głośno, a ja czekam, aż w końcu mi wyjaśni co się stało. 
-Wczoraj w areszcie...Monika próbowała popełnić samobójstwo - O mój Boże! zamieram.
-Próbowała? - wyduszam z siebie.
-Tak, podcięła sobie żyły i łyknęła jakąś truciznę. Nikt nie wie, jak mogło do tego dojść.
-Ale żyje? - piszczę przerażona.
-Jest w stanie krytycznym, najprawdopodobniej doszło do uszkodzenia mózgu.
-Boże... - ściska mnie w żołądku. Nienawidzę tej kobiety,  bo zniszczyła mi życie, ale nikomu nigdy nie życzyłam śmierci. Nawet jej, nawet Filipowi.
-Nie wiem co ci powiedzieć, Meg. Popieprzone to wszystko...
-Jak cholera. Erick dowiedział się wczoraj wieczorem, tak?
-Tak, zadzwoniłem do niego, jak byliście w klubie.
-Dlaczego pojechał do Binentiego, a nie do ciebie? - pomyślałam głośno.
-Nie ma nas w Nowym Jorku, jesteśmy z Jeni i Vivienne na wakacjach.
-To się porobiło...- siadam na łóżku i wzdycham głęboko.
-Skąd znasz Binentiego? - pyta nagle.
-To mój szef.
-Co?! Czy ty wiesz, że oni się z Erickiem nienawidzą? - Gordon od razu się zdenerwował.
-Chyba nie tak bardzo, skoro pojechał wczoraj do niego, zamiast wrócić do domu...ale tak, znam tę historię.
-Ja pierdole jakim cudem  u niego pracujesz? - wyczuwam gniew w jego głosie.
-Jestem kucharzem w jego restauracji, a raczej będę, od jutra - wyjaśniam.
-Nie no, to jakaś kpina! Meg cholera, nie możesz u niego pracować! - wrzeszczy na mnie nagle, a ja unoszę brew.
-Dlaczego?
-Bo nie! Zabraniam ci, rozumiesz?
-Gordon ja wiem o wszystkim. Wiem dlaczego się już nie przyjaźnią...
-Niby skąd?
-Ronald mi powiedział...
-Co za bagno!
-Daj spokój. Obaj są dorośli, wyjaśnili sobie ostatnio kilka spraw i jest lepiej.
-Co nie zmienia faktu, że nie powinni mieć ze sobą do czynienia. Skoro wiesz dlaczego zakończyła się ich przyjaźń nie powinnaś była przyjmować tej pracy.
-Nie będę rezygnowała ze swoich marzeń przez popieprzoną przeszłość Ericka, Gordonie! I proszę, daj już spokój!
-On dla ciebie zrezygnował z wielu rzeczy i wiele zaryzykował! - wypalił nagle.
-Ja go o to nie prosiłam!
-Jesteś niewdzięczna! Nie masz pojęcia co on przeżywa! Zostawiłaś go, uciekłaś jak tchórz, bo bałaś się przyznać, że przespałaś się z Filipem! Ukrywałaś ciążę i związałaś się z innym facetem. Pogratulować ci można hipokryzji! - wygarnął mi, aż mnie zatkało. Jego słowa to jak cegła w łeb. Nie spodziewałam się tego, a na pewno nie po nim. Zawsze  mnie wspierał i nigdy nie wypominał, a tu takie coś - Pomyśl czasami o kimś innym niż o sobie! Zniszczyłaś Ericka i Brayana, jesteś kompletną idiotką skoro tego nie widzisz! Jak mogłaś pozwalać tkwić wam w tym popierdolonym trójkącie? Który tak naprawdę nadal trwa! Kiedy w końcu ockniesz się i zobaczysz jakie to chore? Czekasz na moment, aż któryś z nich strzeli sobie w łeb, bo nie wytrzyma tego psychicznie?! - jestem totalnie zaszokowana, odebrało mi mowę i nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa - Myślałem że jesteś dorosłą, rozsądną kobietą, że zrozumiałaś swój błąd...ale widzę, że nie uczysz się na błędach! Powiem ci coś, tak kurewsko szczerze, Meg... Jesteś najgorszą rzeczą jaka mogła spotkać Ericka! Odkąd cię poznał, jego życie to jedno wielkie gówno! 
Nie mogę tego więcej słuchać, a w emocjach ciskam telefonem prosto o podłogę.
-Kurwa mać! -  krzyczę ile sił w płucach. Co za dupek! Jak on śmie mi coś takiego mówić?! Czy moje życie może być jeszcze gorsze niż teraz? Czemu wszyscy oceniają mnie, a nikt nie ocenia Ericka?! To ja staram się zdystansować, bo wiem, że on ma Anę i dziecko w drodze. Tego już nikt nie widzi? Ten trójkąt nadal trwa, owszem... ale nie ma z nim już Brayana. Jestem ja, Erick i Ana- Kurwa! Kurwa!Kurwa! - powtarzam i walę pięścią w łóżko.
-Wszystko w porządku Megan? - do sypialni wbiega Ronald, pewnie wystraszył się moich krzyków.
-Nic nie jest w porządku! Ja pierdole, nie mam już siły! - wrzeszczę i kompletnie się rozklejam. Nie chcę tego, ale to silniejsze ode mnie.
-Złość to dobry objaw - mówi spokojnie Ron i podchodzi, by usiąść obok mnie.
-Nie mogę u ciebie pracować Ronaldzie. Przepraszam... - wyznaję nagle i spoglądam na niego cała zapłakana.
-Co się stało? - jego dłoń ląduje na mojej dłoni.
-Monika próbowała popełnić samobójstwo w areszcie...
-Monika Quanchez?! - dopytuj, jest zaskoczony.
-Tak.
-A jaki to ma związek z tobą? - Ron siada przodem  i wbija we mnie pytające spojrzenie.
-Monika oskarżona jest o współudział w porwaniu mojego syna, oraz próbę zabójstwa mnie i mojego przyjaciela Toma- Ronald odchyla się jakby to co powiedziałam nie było dla niego zrozumiałe, patrzy na mnie przez chwilę, kompletnie zaszokowany.
-Monika próbowała cię zabić? - wydusza z siebie w końcu.
-Nie, to Filip porwał Adama i... - nie mogę dokończyć zdania, bo w gardle staje mi wielka gula.
-I? - ponownie chwyta mnie za dłoń - Powiedz mi, proszę... - jego głos jest spokojny. Waham się chwilę, ale coś w głębi podpowiada mi, że mogę mu ufać. W końcu wyduszam z siebie to czego tak się wstydzę i co jest moim piętnem już na zawsze.
-Zgwałcił mnie, okaleczył i chciał upozorować pożar, podpalając mój dom w Londynie... - mój głos to prawie szept. Jest mi tak okropnie wstyd, że mi to zrobił, że pozwoliłam na to, by porwał mojego syna. Że nie ochroniłam nas przed tą tragedią.
-Co? Boże... Meg - Rona oczy są wielkie z przerażenia. Nagle jednak przytula mnie mocno, przysuwając do siebie tak, że praktycznie siedzę na jego kolanach - Tak mi przykro - dodaje, obejmując moją głowę i wtulił ją w swoją klatkę piersiową. Czuję jak ciężko oddycha i rozklejam się po raz kolejny.

-Naprawdę mam tego wszystkiego dość, Ron. Nie masz pojęcia przez co przeszliśmy przez ostatnie półtora roku. Najpierw ten nieszczęsny wieczór panieński i to całe gówno z tym związane, a potem było już tylko gorzej! - spoglądam na niego udręczona - Co chwila coś się działo, a przez ten czas byłam chyba z dziesięć razy w szpitalu! No i ten wyjazd do pieprzonego Vegas! Moja ucieczka, nieplanowana ciąża i te wszystkie kłamstwa... Och Boże, ja nie mam już siły! - kłam głośno i nie jestem w stanie dalej mówić. Może to i lepiej, bo i tak powiedziałam za wiele. Ron obejmuje mnie jeszcze mocniej i oddycha tak samo ciężko i głęboko jak ja. Mija dłuższa chwila zanim się uspokajam. To wszystko nie tak powinno być. Nie tak.

Na szczęście mama Ericka i reszta nie wrócili jeszcze ze spaceru z Adamem. Ronald mówi mi, że Jack, szofer Ericka, przywiózł go koło pierwszej w nocy, kompletnie pijanego i z butelką whisky w dłoni, którą dodatkowo dopił w jego salonie.
-Aż trudno uwierzyć, że to wszystko was spotkało. To absolutny koszmar... - stwierdza Ron, siedząc w kuchni przy wyspie. Zrobiłam mu kawę, a sama popijam świeżo wyciskany sok z pomarańczy i marchwi.
-Staram się o tym nie myśleć. Na szczęście tamtego wieczoru w klubie praktycznie nie pamiętam... - spoglądam na niego beznamiętnie, tamto wydarzenie jest dla mnie jak sen.
-I leżałaś w śpiączce przez kilka tygodni? - w jego głosie słychać udrękę. Kiwam twierdząco i dopijam swój sok - Powiedzieć, że mi przykro, to za mało... - dodaje niepewnie.
-Musiałam być kimś bardzo złym w poprzednim życiu... - na mojej twarzy pojawia się żałosny uśmiech.
-Nie mów tak, nikt nie zasługuje na to co ciebie, co was spotkało... - odpowiada, ale naszą rozmowę przerywają wracający ze spaceru Sandra i Deen.
-Reszta jeszcze została w parku. Twoi rodzice i moja mama szaleją z Adamem nad jeziorem! - powiedziała Sandra i spojrzała na Ronalda totalnie zaskoczona.
-Witaj Sandro - ten wstał i przywitał się z nią, cmokając delikatnie w policzek. Ronald Binenti - przedstawił się Deenowi, ściskając jego dłoń.
-Cześć Ron, to mój chłopak Deen Salt - odpowiedziała i spojrzała na mnie pytając bezgłośnie „Co on tu robi?”. Najwidoczniej ona również wie, że Ronald  nie lubi się z jej bratem, ale mam nadzieje, że nie ma pojęcia dlaczego. Była jeszcze dzieckiem, gdy to wszystko się stało. Na szczęście nie daje mu odczuć jakiejś niechęci. Dosiadają się do nas z Deenem i rozmawiamy dłuższy czas o jakiś pierdołach. Sandra zauważa jednak, że jestem nieswoja i wiem, że chciałaby mnie wypytać,  na szczęście nie robi tego - Erick jeszcze śpi? - pyta nagle.
-Tak, wrócił dopiero niedawno. Chyba zabalował bez nas... - staram się, by ta odpowiedź była jak najbardziej naturalna i wiarygodna.
-Skarbie zbierajmy się. Obiecałem moim rodzicom, że wpadniemy do nich koło południa - wtrąca Deen i ucałował ją czule w czoło.
-Dobrze - uśmiechnęła się do niego - Dzięki Meg, że byłaś wczoraj z nami, to dużo dla mnie znaczy...zresztą...ty wiesz - Sandra podchodzi i ściska mnie mocno. 
-Też się cieszę, że mogłam być z wami. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego! - odwzajemniam uśmiech i idę odprowadzić ich do windy. Żegnamy się, a ja wracam do kuchni. 
-Ja też będę się zbierał. Zaraz pewnie wróci Emma i ojczym Ericka, a nie chcę ich spotkać - mówi Ronald i wstaje z krzesła. 
-No jak uważasz...Czy oni wiedzą o waszym...konflikcie? - pytam niepewnie.
-Wiedzą że się pokłóciliśmy, ale nie wiedzą o co, i niech tak zostanie - podchodzi bliżej i dodaje - A co do twojej rezygnacji z pracy dla mnie, proszę, przemyśl to jeszcze. Naprawdę chcę byś została szefem kuchni w mojej restauracji, Meg - nagle obejmuje mnie lekko.
-Dobrze, zastanowię się jeszcze, ale nie mogę ci niczego obiecać - wzdycham smutno, bo naprawdę chciałabym tam pracować, jednak w tej sytuacji kompletnie nie wiem co mam robić. Muszę porozmawiać z Erickiem co dalej będzie, i jaki to będzie miało wpływ na cały proces Filipa i Moniki.
-Zadzwoń gdybyś czegoś potrzebowała. Czegokolwiek...
-Dziękuję - uśmiecham się lekko, a on ujmuje moją głowę i całuje mnie w czoło.
-Będziemy w kontakcie. Trzymaj się, śliczna - przytula mnie raz jeszcze. To naprawdę miło z jego strony, a ja jestem zaskoczona, że aż tak się przejął. Odprowadzam go do windy i zostaję sama. Mam w głowie tyle myśli. Co teraz? To wszystko jest bardziej skomplikowane niż mi się wydaje. Czemu Monika próbowała się zabić? No i gdzie jest Ana? Nic nie wiem, a Erick będzie spał do wieczora, a może nawet do jutra. 

Wracają rodzice Ericka, moi oraz  Flora i Adam. Wszyscy jednak jakby się zgadali, bo nagle podobno muszą jechać.  Mam Ericka jest zadowolona, że zostałam wczoraj na urodziny Sandy, i że mogła opiekować się Adamem. Widać, że bardzo kocha swojego wnuka i chyba pogodziła się z faktem, że ja i Erick nie jesteśmy razem. Flora jedzie odwiedzić swoją córkę i wnuki. Moi rodzice także się zbierają. No naprawdę się zgadali. Wymęczony spacerem Adam zasypia słodko w moich ramionach, więc zanoszę go do sypialni Ericka. Kładę małego obok ojca, a na ten widok ogarnia mnie błogi spokój. Siadam obok na łóżku i przyglądam im się, gładząc gołą stópkę mojego syna. Spędzam tu dużo czasu, a w domu panuje taka przyjemna cisza. Słychać tylko naprzemienne oddechy Ericka i Adama, więc kładę się obok, tak, że mały leży między nami i nawet nie wiem kiedy zasypiam.

Budzę się czując, że ktoś strasznie wierci się na łóżku. Otwieram oczy i widzę, że Erick podpiera się na łokciu i patrzy na mnie i Adama.
-Cześć... - szepcze i uśmiecha się niepewnie.
-Cześć. Długo nie śpisz?
-Od kilkunastu minut. Wszystko w porządku? - jego wzrok przeskakuje ze mnie na Adama.
-U mnie nie, a u ciebie? - przecieram oczy i również podpieram się na łokciu.
-Wiesz już o Monice... - stwierdza smutno, a mi robi się go żal i od razu mam ochotę go przytulić.
-Wiem, bo zadzwoniłam do Gordona po tym, jak Ron cię tu przywiózł z dziś rano. 
-Przepraszam, ale nie pamiętam co działo się w klubie i tego, jak pojechałem do Binentiego. Jeśli zrobiłem coś głupiego... - unoszę brew. Jestem zaskoczona. Cholera! On nie pamięta tego jak się zachowywał i co zrobił, więc jak ja mam na niego za to się złościć? Postanawiam zachować to dla siebie i udawać, że nic się nie wydarzyło.
-Wszystko w porządku, upiłeś się i tyle...każdemu się zdarza, a ja wiem o tym najlepiej.
-Nic nie mówiłem? Nie sprawiłem ci przykrości? - pyta smutno, udręczony tą sytuacją.
-Przykrości?! - piszczę, przypominając sobie wczorajszy wieczór - Tańczyliśmy razem chwilę, to wszystko. Odwiozłeś mnie tutaj, a sam... no wiadomo gdzie pojechałeś - migam się od odpowiedzi. Przykrości? Człowieku doprowadziłeś mnie do orgazmu jedynie muskając moje udo tuż nad pończochą! Ale tego ci nie powiem.
-To dobrze, bo bałem się, że coś zrobiłem - Erick odetchnął z ulgą. 
-I co teraz będzie Ericku? Dlaczego Monika to zrobiła? - pytam po chwili.
-Nie wiem dlaczego? Podejrzewam, ale nie mam pewności, a jaki to będzie miało wpływ na cały proces, to nie mam pojęcia. Głównym oskarżonym i tak jest Filip... Muszę zadzwonić do prokuratory i dowiedzieć się czegoś więcej.
-Nie życzyłam jej tego... Zrobiła wiele złego, ale nie życzyłam jej tego... naprawdę - powiedziałam to, jakbym się tłumaczyła.
-Wiem Meg. Jesteś najlepszą osobą jaką znam, nawet Filipa pewnie byś rozgrzeszyła... - spoglądam smutno na Ericka.
-Uważam, że nikt nie może decydować za nas. Filipa spotka kara odpowiednia do tego co zrobił, nikt nie powinien jej wymierzać sam, tylko sąd.
-Wiem maleńka, wiem - nagle wyciąga do mnie dłoń. Ujmuję ją, a on składa na moich palcach delikatny pocałunek.
-Polecisz do Londynu? - pytam niepewnie po chwili, a Erick patrzy na mnie zaskoczony.
-Uważasz że powinienem?
-Nie wiem - wzruszam ramionami - Ty jedyny myślisz, że Monika została w to wszystko wplątana i że Filip ją manipulował. Skoro wczoraj tak zareagowałeś na tę wiadomość...Wiem...Myślę, że nadal ci na niej zależy... - wyduszam z siebie i wzdycham głęboko.
-Oszalałaś? Nie zależy mi na niej! - oburzony podnosi się i siada, przeczesując nerwowo włosy palcami. 
-Przecież widzę.
-Niby co widzisz? - patrzy na mnie gniewnie.
-Że jesteś udręczony, że martwisz się o nią. To normalne, w końcu długo byliście razem...
-Bzdury! Martwię się o nią jak o człowieka! - zaprzecza.
-Nadal ją kochasz Ericku... - mówię te słowa, bo jestem tego pewna, ale serce kłuje mnie w piersi. To kolejna kobieta w życiu Ericka z którą nigdy nawet nie mogłam konkurować. Monika była tą pierwszą miłością. Najważniejszą.
-Że co?! - warczy na mnie i zrywa się z łóżka.
-Kochasz ją - powtarzam i gładzę Adama po główce, by się nie obudził. On tylko westchnął cichutko i śpi dalej.
-Co ty wygadujesz?
-Mówię co myślę. Zależy ci na niej, bo nadal ją kochasz. Upiłeś się wczoraj  z rozpaczy, że to wszystko tak się dzieje, że wszystko jeszcze bardziej się komplikuje. Sam mówiłeś, że chcesz jej pomóc...
-Nie mówiłem tak! - przerywa mi.
-Mi nie mówiłeś, ale Gordonowi owszem! Słyszałam waszą rozmowę któregoś razu, gdy byliście w twoim gabinecie - Erick otwiera szeroko oczy, jakby ktoś właśnie wymierzył mu policzek.
-Podsłuchiwałaś nas? - pyta szeptem.
-Nie, usłyszałam przypadkiem.
-Co jeszcze słyszałaś? - Erick jest bardzo zdenerwowany.
-Różne rzeczy...  - wzruszam ramionami, bo  nie mam ochoty teraz tego wywlekać.
-Meg! - warczy zirytowany tym, że nie chcę powiedzieć.
-Oj usłyszałam tylko końcówkę tamtej rozmowy. Mówiłeś, że chcesz pomóc Monice, bo wierzysz, że została wrobiona i takie tam...
-Co takie tam? Meg cholera, nie powinnaś słuchać męskich rozmów! - patrzy na mnie wściekły.
-Wiem, ale usłyszałam i trudno. Swoją drogą dziwnie było słuchać, jak opowiadałeś Gordonowi o moich piersiach... - odwzajemniam jego surowy wzrok.
-O rany! - Erick wywraca oczami - Nie powinnaś była podsłuchiwać, więc nie miej pretensji!
-Ja nie rozpowiadam nikomu o tobie! A na pewno nie takie rzeczy!
-Oj nie przesadzaj! Wiem, że wy kobiety też rozmawiacie na takie tematy!
-Jakoś sobie nie przypominam bym opowiadała komuś jakiego cudownego masz... - urywam w pół zdania, oblewając się rumieńcem na samą myśl o jego penisie.
-Cudownego? - Erick próbuje opanować uśmiech.
-Nic, nie ważne - bąkam zawstydzona.
-Wracając do tematu, to bardzo się mylisz...nie kocham Moniki  - mówi i siada obok mnie na łóżku.
-To dlaczego tak zareagowałeś? Zależy ci na niej, to proste.
-Tak samo jak ty nie życzyłem jej źle, Meg. Wiem co robiła...ale znam ją też z tej innej strony, której prawie nikt nie zna. Ona dla mnie jest jedynie wspomnieniem. Rozumiesz?
-No właśnie, masz do niej sentyment. W końcu byliście zaręczeni, a ona nosiła pod sercem twoje dziecko...  - spoglądam na niego smutno i ściska mnie w gardle na myśl, że ja teraz powinnam być w ciąży z Brayanem. 
-Uwierz mi, że to nie tak jak myślisz. Nie kocham jej, nie zależy mi na niej, po prostu nie chcę by cierpiała bardziej niż na to zasługuje. Targnęła się na swoje życie i boje się, że to ma związek z Filipem i że coś jest na rzeczy.
-To znaczy?
-Nie chcę byś się zamartwiała Meg.
-Chcę wiedzieć. Proszę, nie róbcie ze mnie małego dziecka! Chcę byś świadoma tego co się dzieje! - oburzam się, że znowu niczego mi nie mówi.
-Na razie nie mam pewności więc i tak nic ci nie powiem... - wiem, że kłamie, by się wymigać.
-Ericku proszę... - podsuwam się do niego i chwytam go za dłoń - Proszę byś mówił mi jeśli coś się dzieje... - dodaję.
-Dobrze, jeśli czegoś się dowiem powiem ci.
-Dziękuję - wzdycham i całuję go w policzek - A teraz idź weź prysznic, umyj zęby i przyjdź do kuchni, to zrobię ci coś do jedzenia - spoglądam na niego z uśmiechem.
-Sugeruje pani, że śmierdzę? - Erick patrzy na mnie rozbawiony.
-Sugeruję, by zażył pan higieny dla własnego zdrowia i komfortu psychicznego osób przebywających w pana towarzystwie... - uśmiecham się ironicznie i wychodzę z jego sypialni.

Erick robi tak jak zaleciłam. Świeży, ogolony i przebrany w dres przychodzi do kuchni z Adamem na rękach, a ja właśnie odgrzewam mu obiad, który rano ugotowała Flora. Zupa warzywna jest idealna na kaca.
-Głowa cię nie boli? - pytam, gdy Erick wcina już drugi talerz zupy.
-Ja nie miewam kaca, Meg. Nie wiem ile musiałbym wypić, by go mieć.
-Pozazdrościć. Twoja siostra i Deen zdychali dziś z rana - uśmiecham się i wyłączam piekarnik w którym właśnie podgrzewa się pieczony kurczak.
-Dobrze, że nie popsułem im zabawy. Ostatnie co pamiętam, to telefon od Gordona i to, że poprosiłem w barze o butelkę whisky - Erick drapie się po głowie i spogląda na mnie spokojnie.
-Było całkiem fajnie, zatańczyliśmy kilka razy, ale bolały mnie nogi więc wróciliśmy do domu - kłamię, by nie przypominać tego co się wydarzyło.
-Ale dlaczego  pojechałem do Binentiego? Kompletnie tego nie rozumiem... - wzruszam  ramionami dając do zrozumienia, że też nie wiem dlaczego tak postąpił - Muszę do niego zadzwonić i go przeprosić... - dodał nagle.
-Dlaczego aż tak się nie lubicie? - jestem ciekawa czy w końcu mi powie.
-Stare dzieje Meg, to naprawdę nie ma znaczenia.
-Poszło o jakąś kobietę? - próbuję dalej go podpuścić, ale on mierzy mnie zimnym spojrzeniem i nic nie mówi. No dobra, nie chcesz nie mów! Poddaję się, unosząc obie ręce w górę. Cała afera ze zdjęciami w gazecie i tym artykułem zeszła na dalszy plan. Tak naprawdę, to nie ma już dla mnie znaczenia. Niech  gazety piszą sobie co chcą. Zastanawiam się tylko czy powinnam jednak pracować dla Ronalda. Bardzo, bardzo tego chcę, ale sama już nie wiem co będzie lepsze w tej sytuacji. Gordon powiedział mi dziś wiele przykrości, ale wiem też, że po części ma rację. Powinnam porozmawiać z Brayanem i definitywnie zakończyć naszą relację. Powiedzieć mu wszystko, o tym, że byłam z nim w ciąży również. To nie będzie łatwa ani przyjemna rozmowa, ale powinnam zrobić to już wcześniej. Zanim zacznę nowy etap muszę pozamykać wszystkie stare sprawy. Prawda bardzo często jest bolesna, ale każdy wie, że jest także lepsza od kłamstwa. Może wtedy będzie nam wszystkim łatwiej? Chciałabym. Naprawdę bym tego chciała.