Premiera już w lipcu!

niedziela, 31 lipca 2016

Rozdział 139

Dojeżdżamy do mieszkania Ronalda późnym wieczorem. Jestem zmęczona, ale widzę, że on ma ochotę na rozmowę. Chyba jestem mu to winna i mimo że nie mam ochoty, to powinnam co nieco mu wyjaśnić. Przechodzimy do kuchni, a on od razu proponuje mi wino. Nie odmawiam, bo może tak będzie mi łatwiej opowiadać o tym wszystkim. Przez chwilę rozmawiamy o pracy, o balu dobroczynnym na który Ronald i tak chcę iść, co bardzo mnie to cieszy.  Nie może się poddawać przez przeciwności losu i kłody, jakie rzuca mu pod nogi Erick. Zamyślam się na chwilę, bo uświadamiam sobie, że tak naprawdę go nie znam. Erick Evans jest zupełnie inny niż wydawało mi się na początku. Wtedy był czarujący, uwodzicielski i czułam się przy nim wyjątkowa, a teraz... Przykro mi to przyznać, ale mam tyle złych myśli. To niesprawiedliwe, że winię go za część nieszczęść w moim życiu, ale nie umiem inaczej. Po prostu nie umiem.
-Więc jak już mówiłem, pójdę tam i bardzo chciałbym żebyś mi towarzyszyła, ale nie na złość Erickowi - mówi Ronald, dolewając mi wina do kieliszka. Nawet nie wiem kiedy przygotował dla nas kilka przystawek w postaci krakersów z różnymi pastami i owocami. Są pyszne, a ja uśmiecham się w podzięce za ten posiłek.
-Nie wiem czy potrafię oddzielić tak te wszystkie emocje...
-Nie masz innego wyjścia, Meg. Opowiesz mi w końcu o co chodzi w tym... wszystkim? - Ron podchodzi i przysiada się do mnie. Zauważam, że piję swoje wino zdecydowanie szybciej  niż on. Zwalniam tempo, bo nie chcę się upić.
-Nie wiem od czego miałabym zacząć... - wzdycham.
-Dobrze, rozumiem - Ron patrzy na mnie spokojnie - Powiedz mi tylko czy ten facet, który był w twoim domu... Czy on jest niebezpieczny?
-Brayan? - unoszę brew, bo słowa Ronalda sprowadzają mnie na ziemie - Nie wiem... Chyba nie, on po prostu... - urywam w pół zdania, bo uświadamiam sobie, że próbuję go bronić.
-Powinnaś trzymać się do niego z daleka, Meg.
-Postaram się - podsuwam Ronaldowi mój kieliszek, by dolał mi wina, bo właśnie wypiłam je duszkiem. On spogląda na mnie i kręci głową.
-Lepiej będzie jak już się położysz i odpoczniesz. Nie chcę, by rano bolała cię głowa - ujmuje nagle moją rękę i całuje ją delikatnie - Nie daj sobą pomiatać, Meg i pamiętaj, że powinnaś sama decydować o tym kogo chcesz mieć w swoim życiu, a kogo powinnaś wyeliminować.
-To sugestia, że mam kogoś zabić? - obracam w żart jego słowa, bo powiedział to tak poważnie, że czuję ścisk w żołądku.
-Nie - Ron uśmiecha się z troską - Nie mam prawa mówić ci co sądzę o tym wszystkim, bo tak naprawdę niewiele wiem, ale widzę pewne sprawy i widzę, jak zachowujesz się. Często jesteś smutna, myślami uciekasz gdzieś daleko, nie pozwalasz sobie na pełen oddech i szczęście, bo nosisz w sobie poczucie winy. Mam rację? - staram się udawać niewzruszoną, ale jego słowa trafiają w sedno. Odkładam kieliszek i wstaję od stołu.
-Chyba naprawdę powinnam się położyć - Ron również wstaje i nie kontynuuje rozmowy.
-Tak... - jest nieco zmieszany, ale chyba rozumie moje zachowanie - Sypialnia jest twoja, a w łazience na koszu są czyste ręczniki. Czuj się jak u siebie, Meg...
-Dziękuję.
-Dobranoc - nagle czuję, że mam ochotę go przytulić. Potrzebuję tego, ale boję się przekroczyć tę granicę. Nie chcę kolejnych problemów w moim życiu. Wolę być już na zawsze sama, niż spróbować z kimkolwiek innym stworzyć związek. Nie nadaję się do tego. Po prostu to wiem i nie chcę nikogo więcej skrzywdzić.


Dziś jest ten ważny dzień. Coroczna Gala Dobroczynna, na którą wybieram się razem z Ronaldem. Pochłonięta przygotowaniami do gali i pracą, nawet nie wiem gdzie uciekły mi te miesiące. Mamy grudzień, a za kilka dni jest Wigilia, którą spędzę w domu rodziców.  Z Erickiem nadal nie odzywamy się do siebie. Widujemy się rzadko, głównie ze względu na Adama, którego co kilka dni przewozimy z domu do domu. To nie jest dobre, ale tak to jest, gdy rodzice to nieodpowiedzialni kochankowie z mnóstwem niewyjaśnionych spraw na głowie. Na szczęście od tamtego dnia nie widziałam Brayana i tak naprawdę nie chcę go więcej widzieć. To jest właśnie jedna z tych osób, które powinnam na zawsze wyeliminować ze swojego życia. Czekam właśnie na Ronalda, który podjechać ma po mnie o ósmej. Denerwuję się, bo Ron prosił bym się wystroiła , jak na galę Oskarów. Nie chciałam przesadzać, ale i tak mam na sobie czerwoną sukienkę bez ramiączek i całkiem dobrze się w niej czuję. Włosy związałam w gładki kucyk. Spoglądam w lustro i upewniam się, że była to dobra decyzja.
 
Dobrze mi w czerwieni i cieszę się, że zdecydowałam się na ten kolor. Słyszę klakson samochodu Ronalda i pędzę otworzyć mu drzwi. Jeszcze ich nie otworzyłam, a wiem, że na pewno wygląda szykowanie i upewniam się w tym sekundę później.
Ron stoi obok swojego auta i uśmiecha się lekko. Jest tak sam ciekawy mnie, jak ja ciekawa jestem jego. Odwzajemniam uśmiech i pokazuję by wszedł do środka, bo jest chłodno, chociaż jak na grudzień nie ma dużych mrozów i w ogóle nie ma śniegu. Chwilę potem staje w progu mojego domu. Nie odrywa ode mnie wzroku, a ja robię obrót, by rozluźnić atmosferę. Cholernie się denerwuję tym wieczorem.
-Ładnie ci w czerwieni - mówi i wchodzi do środka.
-A tobie we wszystkim - odpowiadam, bo taki jest fakt. Mój szef to przystojny facet i tego nie można mu odmówić. Przechodzimy do kuchni, gdzie proponuję mu coś do picia i proszę o jeszcze chwilkę, bo muszę poprawić makijaż. Czemu ja się aż tak denerwuję? Powinnam wyluzować, bo z Ronaldem na pewno będę się dobrze bawić.

Prawie dojeżdżamy do hotelu Hilton, gdzie odbywa się bankiet, a Ron nagle oznajmia mi, że Erick też tam jest. Nie powinno być to dla mnie zaskoczeniem, skoro jest jednym z głównych sponsorów. To jednak sprawia, że zaczynam stresować się jeszcze bardziej.
-Nie przejmuj się... - dodaje, bo doskonale widzi moją reakcję.
-Będzie sam? - spoglądam na Ronalda.
-Chyba nie, ale ty tez nie jesteś sama. Jesteś ze mną - uśmiecha się i wysiada pierwszy, obchodzi auto i pomaga mi wysiąść. Widzę czerwony dywan, mnóstwo ludzi, paparazzich, ochronę, kelnerów i znowu ściska mnie w żołądku. Nie wiem co mnie nachodzi, ale gdy Ron stoi obok, muskam palcem jego dłoń, a on bez wahania to odwzajemnia, a po chwili splata nasze palce i rusza pierwszy, a ja za nim.
Wcale nie jestem pewniejsza, ale z nim u boku chociaż się nie wywalę. Jedyne o czym teraz myślę to chwila w której spotkam tu Ericka, bo to przecież jest nieuniknione.



czwartek, 21 lipca 2016

Rozdział 138

Milczę chwilę i czekam, by Brayan zebrał myśli. Doskonale wiem, że dla niego to też nie jest proste. Oboje jednak zdajemy sobie sprawę, że nasz związek był... fikcją? Nie wiem czy to dobre określenie. Pragnęliśmy miłości i szukaliśmy jej na siłę. Ja potrzebowałam czuć się bezpieczna i chciałam dać Adamowi normalny dom, a Brayan ze swoimi problemami oszukiwał sam siebie, że potrafi stworzyć zdrową relację. Może i potrafi, ale nie ze mną. Ja działam na niego jak narkotyk, to źle. Bardzo źle.

-Chyba zacznę od najważniejszego... - mówi nagle, a ja spoglądam na niego. Kiwam, by kontynuował - Wyjeżdżam do Iraku. Zaciągnąłem się do wojska i jadę na misję - moje oczy robią się wielkie - To misja pokojowa, ale ryzyko jest zawsze. Chcę byś o tym wiedziała, ale nie przejmowała się za bardzo... Chociaż i tak cię znam i wiem, że zaraz mi tego zabronisz - Brayan wymusza uśmiech, a ja nie wiem co powiedzieć. On ma rację z tym, że mam ochotę nakrzyczeć na niego i zakazać mu jechać, ale nie mam takiego prawa.
-Dlaczego zdecydowałeś się na ten wyjazd? - wyduszam z siebie.
-Nie wiem... - wzrusza ramionami - Może potrzebuję czuć się potrzebny? A może to egoizm i chcę podnieść wartość samego siebie i łudzić się, że stanę się tam lepszym człowiekiem? - kręcę głową, bo to irracjonalne.
-A Vincent? Pola? Sylvia? Mówiłeś im o tym?! - wstaję od stołu. Nie chcę... Boże, ja nie chcę by on tam jechał. Dzieje się teraz na świecie tyle złych rzeczy, a on pcha się w sam środek tego piekła. To nie jest rozwiązanie, nie teraz, gdy on ma tyle problemów ze sobą.
-Jesteś pierwszą osobą której o tym mówię - Brayan również wstaje i podchodzi do mnie. Widzi, że jestem zaszokowana jego decyzją, ale nie robi żadnych gwałtownych ruchów - Co o tym sądzisz? - pyta.
-Doskonale wiesz co sądzę i zapewne to samo powiedziałaby ci twoja mama i Pola - burczę, bo nie chcę się rozczulić i rozpłakać. Odwracam się też, by przez chwilę opanować emocje, ale czuje dłonie Brayana na moich ramionach.
-I tak zrobię co uważam za słuszne - odpowiada, przytykając usta do moich włosów. Wtedy nie wytrzymuję. Tama pęka, a ja zaczynam płakać, bo gdzieś w podświadomości wiem, że on jedzie tam przeze mnie. Chcę wyjść z kuchni, ale Brayan trzyma mnie mocno i mówi dalej - Pozwól mi odpokutować moje winy, Meg. Potrzebuję tego, tak samo, jak potrzebuję ciebie...
-Brayan... - jęczę cicho. Nie chcę tego słuchać, a jednocześnie chciałabym go namówić do zamiany decyzji.
-Jeśli chcesz coś powiedzieć, to zrób to teraz - odwraca mnie do siebie i chwyta moją brodę bym spojrzała na niego. Kręcę delikatnie głową, bo dochodzi do mnie czego on oczekuje. Chce żebym go zatrzymała i obiecała, że będziemy razem. Dopada mnie totalna beznadzieja, bo to przecież nie jest możliwe.
-Miałam ci wiele powiedzieć, ale teraz to już chyba nie ma znaczenia... - cofam się i rezygnuję z planu opowiedzenia mu o moim poronieniu. To mogłoby źle na niego wpłynąć. Może źle robię, ale w tym momencie uważam, że tak będzie lepiej.
-Mogę zostać dziś u ciebie na noc? - zaskakuje mnie pytaniem. Patrzę na niego i nie wiem co myśleć. Czego on oczekuje? W jego oczach pojawia się błysk, a ja przełykam ślinkę, bo nie mogę na to pozwolić.
-Przepraszam, ale nie możesz zostać - odpowiadam i odsuwam się, by zwiększyć dystans. To trudne dla mnie, ale nie mogę po raz kolejny popełnić tego samego błędu. Seks nie będzie już nigdy rządził moim życiem. Pożądanie nie może brać góry i kierować moimi emocjami, bo to najgorsze z możliwych rozwiązań.
-Dlaczego? - jego ton staje się ostrzejszy. Patrzę na Brayana i zaczyna ogarniać mnie to dziwne uczucie. Jego oczy ciemniejszą, a ja wstrzymuję oddech i zerkam w stronę drzwi.
-Bo to nie jest dobry pomysł... - staram się być twarda, ale głos mi drży. On doskonale wyczuwa mój strach i wiem, że zaraz będzie miał mnie w garści. Nienawidzę siebie za to, że chwilami jestem taka słaba i uległa. Nienawidzę też ludzi, którzy bez skrupułów wykorzystują mnie, bo wiedzą, że nie mam szans się obronić. To ironia, bo ci ludzie to także osoby, które kocham. Może dlatego to wszystkie jest takie trudne? Patrzę na Brayana i doskonale wiem co zamierza. Przyjechał tu w jednym celu i tak cholernie boli mnie to co robi. Manipuluje wszystkimi, a jednocześnie ma ogromny problem ze sobą.
-Ale ja tęsknię za tobą - podchodzi i chwyta moją twarz, by mnie pocałować. Zaciskam powieki, bo nie chcę tego. Jego język już wdziera się do moich ust, a dłonie mocniej przyciągają mnie do niego.
-Brayan nie... - protestuję niepewnie, bo nie chcę wywołać w nim gniewu. To był zły pomysł, by przyjechać tutaj i rozmawiać sam na sam. Nie pomyślałam o tym, że skończyć się to może w taki sposób. Jestem głupia, że znowu dałam się nabrać własnej naiwności.
-Przecież mnie kochasz, Meg. Wiem to - znowu przemawiają przez niego te demony, które w sobie skrywa. Jego przeszłość, problemy z narkotykami i alkoholem, uzależnienie od seksu i brak samokontroli. To mieszanka, która razem z moimi traumami daje tragiczne skutki. Chwytam jego rękę i jak najdelikatniej, a jednocześnie dosadnie chcę mu powiedzieć, że ma wyjść. Nie mam jednak takiej możliwości, bo on popycha mnie na kuchenny blat, odwraca tyłem do siebie  i dłonią zasłania mi usta. Wtedy już nie potrafię zapanować nad paniką i strachem, który ogarnia moje ciało.
Chwilę potem zaciąga mnie do sypialni. Mówi takie rzeczy, że brzydzi mnie każde słowo. On jest chorym człowiekiem. Ryzykuję i zaczynam z nim walczyć. Szarpię się i krzyczę, mimo że mam z nim niewielkie szanse. Nie poddam się jednak. Uderzam go raz drugi, ale on jest jak w amoku.


Nie słucha mnie. Nie słucha też siebie, tylko tych głosów w swojej głowie nad którymi nie potrafi zapanować. Najgorsze jest to, że po wszystkim znowu będę musiała starać się normalnie żyć. Jak mam to zrobić skoro krzywdzą mnie ludzie tak mi bliscy? Każdego dnia będąc z Brayanem ryzykowałam własne zdrowie, oszukiwałam się, że może jakoś się ułoży... To gówno prawda. Ta chwila to dowód, że odejście od niego było najlepszą decyzją. Czuję jego dłonie pod bluzką, a po chwili nie mam już na sobie spodni. Nie wiem czy krzyczę, czy usta mam otwarte tylko po to, by próbować oddychać. Nie mija minuta i nie mogę nawet tego, bo dłoń Brayana zaciska się na mojej szyi.
-Zamknij się! - warczy, bo jednak krzyczałam, ale tylko krótką chwilę. Opadam pod nim bez sił. Słabo mi i chyba zaraz stracę świadomość. Tak chyba będzie lepiej. O niczym nie myślę, tylko pragnę, by to skończyło się jak najszybciej. Słyszę jego słowa, tak brutalne i obrzydliwe. Nie chcę tego pamiętać. Nie chcę tego czuć. Nie chcę, by on mi to zrobił. Nagle jednak przez okna w sypialni dostrzegam światła auta, które właśnie zaparkowało na podjeździe. Nie wiem kto to? Erick? A może mój tata? Brayan nasłuchuje uważnie, a następnie jakby trzeźwieje. Patrzy na mnie, puszcza moją szyję i zrywa się z łóżka. Poprawia pomiętą koszulkę i nic nie mówi, tylko wybiega pośpiesznie. O Boże... Biorę głęboki oddech i chwytam pościel, by się zakryć. Słyszę trzask zatrzaskujących się drzwi, a następnie znowu się otwierają. Zamieram, ale słyszę znajomy głos.
-Meg! Wszystko w porządku?! - to Ronald - Meg?! Jesteś!? - wchodzi do domu, ale ja jestem w szoku i nie mogę mu nawet odpowiedzieć. Ron to jednak bystry facet i od razu rusza na górę. Chwilę potem staje w progu mojej sypialni i parzy na mnie. Nie ma pojęcia co działo się tu przed sekundą - Co to za facet wybiegł... - zaczyna mówić, ale dostrzega moją rozerwaną bluzkę obok łóżka oraz bieliznę i spodnie zmiędlone w pościeli. W jego oczach dostrzegam strach, a gdy podchodzi bliżej już wie co jest grane - Meg... - wydusza z siebie. Jest w szoku i nie wie co zrobić.
-Przyjechałeś w porę... - mówię cichutko, by wiedział, że mnie uratował. Nie wiem jakim cudem, ale taki jest fakt.
-Przyjechałem, by raz jeszcze cię przeprosić i...
-I przypadkiem stałeś się moim wybawcą. To ja dziękuję - biorę głęboki oddech i w końcu udaje mi się uspokoić. Podsuwam się też na skraj łóżka, by wstać, ale Ron podchodzi i klęka obok.
-Na pewno nic ci nie jest? Kto to był? - dopytuje i bez pytania przytula mnie. W pierwszej chwili boję się go objąć, ale to szybko mija. Nie wiem skąd wiem, że on mnie nie skrzywdzi i mogę mu zaufać. Chcę opowiedzieć mu o wszystkim, ale to chyba jeszcze nie czas. Spławiam go spojrzeniem, ale on rozumie i nie pyta o nic więcej. Jestem mu taka wdzięczna za... za wszystko. Za to co robi dla mnie świadomie i nieświadomie. Za to, że nie ocenia, że sam popełnia błędy i potrafi się do nich przyznać. Za to, że jest ze mną szczery i że patrzy na mnie teraz w taki sposób, że wiem iż dam sobie radę. Za to, że mnie wspiera, a wcale nie musi tego robić.
-Dziękuję, że jesteś - mówię cicho i w podzięce całuję go w policzek. Ron nadal jest przestraszony, ale uśmiecha się i obejmuje mnie mocniej. Znowu przyłapuję się na tym, że przy nim czuję się bezpiecznie. Nie wiem do czego to prowadzi, bo ja nie jestem gotowa na... Nie wiem na co? Jak to określić? Nową znajomość? Nowy związek? Nawet nie wiem co Ronald myśli o tym wszystkim.
-Nie będziesz tu dziś spała, spakuj się i jedziemy do mnie - odpowiada, a ja nawet nie myślę protestować.
-Okej...
-Pomóc ci jakoś?
-Nie, daj mi chwilę i zaraz zejdę na dół.
Ron wychodzi z sypialni, a ja nie patrząc na swoje zniszczone ubrania, idę do garderoby i ubieram się w dres. W malutką walizkę pakuję kilka najpotrzebniejszych rzeczy i schodzę na dół. Ron akurat rozmawia z kimś przez telefon, więc czekam chwilę aż skończy i razem wychodzimy z domu. Rozglądam się za autem Brayana, ale po nim ani śladu.
-Chodź Meg - Ron pośpiesza mnie, bo zatrzymałam się na podjeździe. Spoglądam na niego, a on widzi to wahanie w moim spojrzeniu - U mnie nic ci nie grozi przecież o tym wiesz, prawda? - podchodzi.
-Wiem... to po prostu nie jest takie łatwe...
-Porozmawiamy o tym innym razem, a mój plan na teraz jest taki: jedziemy do mnie, zrobię coś dobrego do jedzenia, napijemy się wina, a potem rozłożę kanapę w salonie, by na niej spać. Tobie oddam swoją sypialnię. Pasuje? - kiwam głową i uśmiecham się lekko. Pewnie, że mi to pasuje. Komu by nie pasowało?



Rozdział 137



Mam dziś wolne, ale korzystając z okazji, że jestem niedaleko restauracji, postanowiłam zajrzeć i zobaczyć jak sobie radzą. Chcę dziś wieczorem zadzwonić do Brayana i poprosić go o spotkanie, ale muszę to wszystko dokładnie przemyśleć. Z jednej strony wiem, że powinnam definitywnie zamknąć ten rozdział mojego życia, a z drugiej strony boję się jego reakcji.

-Cześć Meg. Zamieniasz się w pracoholika? - w progu wita mnie jeden z kelnerów.
-Cześć! Sprawdzam was - odpowiadam z uśmiechem - Jest Binenti? - pytam.
-Tak jest u siebie, ale uważaj, bo znów go dziś coś ugryzło. 

Witam się ze wszystkimi i od razu udaję się na górę do gabinetu Ronalda. Pukam niepewnie.
-Proszę! - słyszę wyraźnie jego wkurzony ton, uchylam więc drzwi i zaglądam do środka.
-Cześć. Mogę? - pytam cicho, widząc, że Ronald jest wściekły. Podnosi wzrok i jest zaskoczony moim widokiem.
-Tak, wejdź! - zrywa się zza biurka i podchodzi,by mnie przywitać - Co tu robisz?
-Byłam w okolicy i wpadłam na chwilę... -  uśmiecham się lekko, próbując wyczuć jego nastrój. Od chwili w której mnie zobaczył nieco złagodniał.
-Dobrze, że jesteś, bo nie muszę przekazywać ci złych wiadomości telefonicznie - mówi, gdy siadamy razem na skórzanej kanapie. 
-Nie dostaliśmy tego bankietu? - zgaduję.
-Nie... - Ronald wzdycha i zerka na mnie - Nasza największa konkurencja nas uprzedziła - wyjaśnia.
-No trudno, będą kolejne bankiety - próbuję go pocieszyć, bo widzę, że nadal jest wkurzony.
-Wiesz co najbardziej mnie wkurwiło?
-Niby skąd mam to wiedzieć, Ron? - droczę się z nim.
-Dowiedziałem się, że Evans, znaczy Erick,  jest jednym z organizatorów.
-No i? - dopytuję, bo nadal nie rozumiem.
-To była z góry przegrana sprawa. To logiczne, że specjalnie to zrobił, by mi dowalić - wyjaśnia ze złością w głosie. 
-Nie przesadzaj, Ronaldzie. Te wasze sprawy, to przeszłość, więc nie sądzę, że Erick zrobił to specjalnie - jestem zaskoczona tokiem myślenia Rona. 
-Też tak myślałem, ale wiem, że to jego sprawka. Rozmawiałem z innym z organizatorów i powiedział mi, że dziś rano  Erick przyjechał do nich i zagroził, że jeśli wybiorą nas to on się wycofa, a że jest głównym sponsorem, to nie mieli wyjścia.
-Co?! - piszczę, kompletnie zaskoczona.
-No właśnie... Wredna z niego bestia. Jestem strasznie wkurwiony!
-Teraz to i ja jestem wściekła! Już ja mu powiem, co o nim...
-Daj spokój, teraz już nic nie wskórasz a on będzie miał satysfakcje, że udało mu się mnie zdołować - dłoń Ronalda nagle ląduje na mojej.

-Zdołowało cię to?
-Jak cholera... - westchnął wymownie - Erick zawsze był lepszy, bogatszy, bardziej przystojny. Już raz odebrał mi wszystko, a teraz, gdy znowu pojawił się w moim życiu, mam wrażenie, że ponownie robi to samo... - spojrzenie Ronalda przeszywa mnie na wskroś.
-On wcale nie jest od ciebie lepszy - odpowiadam cicho.
-Ale przystojniejszy i bogatszy, tak? - pyta z ironią.
-Oj weź przestań! Kasa to nie wszystko, a uroda przemija! Ważne jest to co masz tu... - bez zastanowienia kładę dłoń po stronie jego serca.
-Tu mam pustkę... odkąd kobieta, którą kochałem, zdradziła mnie z najlepszym kumplem i została dziwką... - Ron odpowiada poważnie, a ja czuję nagle ukłucie w sercu, bo widzę ten smutek w jego oczach.
-Ron musisz przestać o tym myśleć, odciąć się od tego i zacząć żyć na nowo - to żałosne, bo pocieszam go, a sama niezbyt dobrze radzę sobie ze swoimi problemami.
-A ty zapomniałaś o tym wszystkim co cię spotkało? - nasze smutne spojrzenia spotykają się.
-Nie, ale staram się żyć normalnie, bo mam dla kogo. Mam Adama...
-Ja nie mam praktycznie nikogo. Moja matka zmarła, gdy byłem dzieckiem. Wychowywał mnie ojciec, który był tyranem, ale gdyby nie on nie byłbym tym kim teraz jestem. Nie mam rodzeństwa, nie mam dzieci i nigdy nie będę ich miał...  - nie wiem co mam mu powiedzieć. Przysuwam się więc i obejmuję go mocno.
-Nie musisz nikomu udowadniać, że jesteś od kogoś lepszy, bogatszy czy przystojniejszy. Pójdziemy razem na ten bankiet i utrzemy Erickowi nosa, bawiąc się całą noc razem. Co ty na to? - proponuję.
-Chcesz zrobić mu na złość w ten sposób? Wywołać w nim zazdrość?
-Chcę mu pokazać, że nie jest panem tego świata.
-To dziecinne, nie chce się w to bawić, Meg - Ron zerka na mnie i nagle muska palcem mój policzek - A ty jesteś za słodka i za dobra, by się tak zachowywać.
-Ktoś musi mu pokazać, że nie może wykorzystywać swojej pozycji w taki sposób! To nie w porządku wobec innych. To nie jest czysta gra!
-On jest zły, że dla mnie pracujesz. Zarzucił mi, że zatrudniłem cię specjalnie... by się na nim odgryźć - mówi dalej.
-Odgryźć? Niby jak? Tym, że pracuję dla ciebie?
-Po tym artykule, gdy pojechałem cię odwieźć... rozmawialiśmy, gdy wyszłaś z gabinetu.
-Powiedziałeś wtedy, że wszystko w porządku, pytałam cię przecież... - wtrącam.
-Daj mi skończyć - Ron karci mnie wzrokiem - No więc, gdy rozmawialiśmy Erick powiedział, zarzucił mi, że zatrudniłem cię po to, by zaciągnąć cie do łóżka...
-Że co?! Czy on oszalał?!
-Mówił całkiem poważnie. Erick myśli, że zrobiłbym to, by się nam nim odgryźć za...wiadomo za co.
-On jest nienormalny! - wstaję wściekła i mam ochotę jechać do niego i zrobić mu awanturę. Co on sobie myśli? Dlaczego mierzy wszystkich swoją miarą. 
-Mam być z tobą szczery? - Ron również wstaje, a ja kiwam twierdząco głową - W takim razie przyznam się, że gdy dowiedziałem się od Marka kim jesteś, to miałem pewien plan...
-Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - patrzę na niego totalnie zaszokowana.
-Ale gdy cię poznałem od razu stwierdziłem, że nie mogę tego zrobić. Przepraszam, że w ogóle coś takiego przyszło mi do głowy - wyjaśnia, ale jestem tak rozjuszona i wkurwiona, że nie docierają do mnie jego słowa - Naprawdę cię przepraszam, Meg - podchodzi i chce dotknąć mojej dłoni. 
-Jezu, nie dotykaj mnie! - warczę na niego - Wszyscy jesteście tacy sami! - dodaję i czuję, że zaraz się rozpłaczę. Kompletnie się tego nie spodziewałam, myślałam że on jest inny. Ufałam mu. Cholera! Puszczam się biegiem do drzwi i wybiegam z restauracji, nie żegnając się z nikim. Dobiegam do ulicy i łapię taksówkę. Od razu słyszę dźwięk mojej komórki, ale widząc, że to Binenti odrzucam połączenie i kolejnych piętnaście, aż w końcu wyłączam telefon. Jestem wściekła również na Ericka i w emocjach postanawiam pojechać do niego i zrobić mu awanturę za to, że zachował się dziecinnie, zabierając nam możliwość obsługi tego  pieprzonego bankietu. Wpadam jak burza do jego biura, nie zważając na to, że recepcjonista prosi bym zaczekała. Erick akurat rozmawia z kimś przez telefon.
-Co ty sobie myślisz, ty zadufany w sobie megalomański samolubny dupku!? - krzyczę, nie zwracając uwagi na to, że jego pracownicy mnie słyszą. Och! Jaka ja jestem wkurwiona. Erick zamiera i patrzy na mnie jak na wariatkę.
-Oddzwonię mamo - kończy rozmowę i zwraca się do mnie - Ciebie też miło widzieć, Meg - dodaje, wstając zza biurka.
-Daruj sobie!
-Możesz mi wyjaśnić dlaczego wpadasz tu jak do siebie, wrzeszczysz na mnie i zachowujesz się jak niezrównoważona psychicznie? - jego spojrzenie przeszywa mnie na wskroś.
-Dobrze wiesz! Jak mogłeś zaszantażować organizatorów, że jeśli nas wybiorą, to się wycofasz?!
-A więc o to chodzi, Binenti już ci się naskarżył? - Erick śmieje się ironicznie, czym jeszcze bardziej mnie wkurza.
-Nie musiał! Po prostu powiedział, że nie dostaliśmy tego zlecenia! - syczę na niego. Jezu, chyba zaraz go rozniosę gołymi rękami. Erick podchodzi do drzwi, by je zamknąć.
-I co, sama się domyśliłaś, że to niby moja sprawka?
-Nieważne jak się dowiedziałam! Jesteś ostatnim dupkiem i niewdzięcznikiem! Chcesz mi dowalić, bo u niego pracuję?! Myślisz, że mnie zniechęcisz w tej sposób?
-Tu nie chodzi o ciebie... - Erick mówi ostro i przeczesuje palcami włosy.
-A o kogo, jak nie o mnie?! Weź nie ściemniaj! Ron ma rację mówiąc, że jesteś zdolny do wszystkiego! On nic ci nie zrobił, dlaczego taki dla niego jesteś?!
-Niewiele wiesz...
-A właśnie, że wiem! Wszystko wiem... - wykrzykuję mu- To ty wygadałeś się jego ukochanej, że pracował dla agencji Moniki. To ty się z nią pieprzyłeś przez pół roku i to ty zrobiłeś z niej dziwkę! - wywalam mu prosto w twarz, a Erick staje jak wryty, bo tego się na pewno nie spodziewał.
-Wyjdź stąd! - warczy na mnie nagle i wskazuje na drzwi. Że co? Wyprasza mnie? Ma czelność mnie wyprosić?
-Z przyjemnością. Moja noga więcej tu nie postanie! Tu ani nigdzie, gdzie ty będziesz w tym samym czasie! Nienawidzę cię, rozumiesz!? Nie-na-wi-dzę! -  krzyczę i odwracam się w kierunku drzwi. Erick podchodzi do mnie jednak i jedną ręką zatrzaskuje mi je przed nosem. W emocjach już prawie wymierzam mu policzek, ale łapie mnie mocno za nadgarstek i przypiera mnie do ściany, aż piszczę przestraszona.
-Posłuchaj mnie...skarbie. Nie chcesz mieć we mnie wroga, uwierz mi! Więc lepiej nie gadaj takich rzeczy, bo możesz któregoś razu mocno tego pożałować! - jego wzrok jest zimny i tak obcy i gniewny, że przechodzi mnie dreszcz. Czy on właśnie mi grozi? Tak się zachowuje facet, który niby mnie kocha?
-Puść mnie, proszę - kwilę, próbując pohamować łzy. 
-Za dużo sobie ostatnio pozwalasz. Jeśli chcesz... pracuj sobie dla niego, niech zostanie twoim kolejnym wielbicielem, ale nie przybiegaj do mnie z płaczem, gdy coś się stanie! Mam dość tego wszystkiego, rozumiesz?! Zostaw mnie w spokoju, bo inaczej się w końcu pozabijamy! - Erick wrzeszczy i uderza pięścią w ścianę tuż przy mojej głowie. Zamykam jedynie oczy i mam wrażenie, że kolejny cios  zostanie wymierzony we mnie.
-Co tu się do cholery dzieje?! - gabinetu nagle wpada Brayan. Nie mam pojęcia co tu robi? Patrzy na nas kompletnie zaskoczony. Widząc mnie przypartą do ściany i ze łzami w oczach, oraz Ericka, całego nabuzowanego z wściekłości i z pięścią przy mojej głowie, bardzo szybko ocenia sytuację -  Zostaw ją, Evans! - podbiega i chwyta go za ramię, odpychając ode mnie. Erick zachwiał się po gwałtownym ruchu Brayana. O Nie! Nie mogę na to patrzeć.
-Nie wtrącaj się Brayan, to sprawa między nami! - Erick wciąga głęboko powietrze, by się opanować.
-Nie macie wspólnych spraw! Nic was nie łączy, prócz Adama!
-Oczywiście.... Przepraszam Meg, nie chciałem cię przestraszyć - mówi Erick i patrzy na mnie. Jestem zaskoczona, że nie wszczął awantury. 
-Nie kłóćcie się do jasnej cholery, chyba wystarczająco mamy problemów i bez tego - Brayan obejmuje mnie nagle i przyciąga do siebie. To takie dziwne mieć w nim wsparcie w takich chwilach. Nie spodziewałam się tego. Wbijam wzrok w podłogę, bo cała drżę i nie mogę patrzeć na Ericka. Nie wiem czy przeprosił szczerze, czy to tylko pozory przy Brayanie? Mało mnie to jednak interesuje, bo naprawdę mam go dość i muszę to wszystko zakończyć. Nie będę tu przyjeżdżała, nie będę się z nim widywała częściej niż będzie to będzie konieczne. Opiekę nad Adamem jakoś podzielimy, a można zrobić tak, że w ogóle nie będziemy musieli się widzieć. Tak chyba byłoby najlepiej. Wychodzimy z Brayanem z biura i udajemy się od razu na parking. O  nic nie pytam, bo przecież czeka nas dziś długa rozmowa na którą niestety jeszcze nie jestem przygotowana, bo nie spodziewałam się, że Brayan jest akurat w Nowym Jorku.
-Co się stało? - zapytał, gdy wsiadamy do jego auta.
-Porozmawiamy w domu? Okej? - spoglądam na niego i chce mi się płakać. Od czego mam zacząć tę rozmowę? Od Ericka? Ronalda? A może od nas i od tego, że straciłam nasze dziecko? Że mam żal, że mnie uderzył, a jednocześnie obwiniam się o to, że tak postąpił? Jedziemy do mojego domu na Long Island. Adam został z Florą w Evans Tower i mam nadzieję zabrać go wieczorem do siebie, ale najpierw czeka mnie rozmowa z Brayanem. Jestem wściekła na Ronalda, zaszokowana zachowaniem Ericka i najpierw potrzebuję wziąć długi prysznic zanim zbiorę myśli na chwilę szczerości z Brayanem. 

Owijam się szlafrokiem i wychodzę z łazienki, by włączyć swój telefon. Mam dwie wiadomości na poczcie głosowej od Ronalda i kilka esemesów z przeprosinami oraz jeden z zapytaniem czy przyjdę jutro do pracy. Odpisuję, bo to, że chcę dla niego pracować jest już postanowione. 

„Oczywiście że przyjadę do pracy, na którą mam być?”

Po chwili przychodzi odpowiedź.

„Myślałem, że zrezygnowałaś. Bądź na 12 i... jeszcze raz przepraszam

Zastanawiam się chwile czy odpisać, bo naprawdę mnie wkurzył tym co mi powiedział, ale ja naprawdę go lubię. Jest dobrym facetem i miał odwagę się przyznać do czegoś takiego. Zmienił zdanie i jego niecny plan legł w gruzach, gdy mnie poznał. Odnoszę wrażenie, że naprawdę jest uczciwy i szczery.

„Załatw mi miejsce parkingowe niedaleko restauracji i będziemy kwita :)”

Uśmiecham się sama do siebie, pisząc tę wiadomość. Lubię go, naprawdę go lubię i ciesze się, że jest moim szefem. Doskonale zna się na swojej pracy, jest perfekcjonistą i wiele się od niego nauczę.

Nieco mi ulżyło i schodząc na dół mam troszkę lepszy nastrój. Brayan czeka w kuchni i widzę, że sam się rozgościł. Z tego wszystkiego zapomniałam zaproponować mu herbatę, ale sam się obsłużył.
-Naprawdę ładnie się tu urządziłaś - stwierdza z uśmiechem, gdy dostrzega mnie w progu.
-Dziękuję.
-Ciężki dzień? - zapytał i pokazał bym dołączyła do niego przy stole. Zgarniam z blatu swój kubek z herbatą, którą dla mnie zrobił i siadam obok Brayana.
-Ostatnio ogólnie jest ciężko... - wyznaję i spoglądam na niego - Musimy porozmawiać...
-Wiem...
-Tak na poważnie - dodaję, a Brayan uśmiecha się lekko. Przypominam sobie, że jeszcze jakiś czas temu kochałam ten uśmiech, a teraz czuję w sercu totalną pustkę. To słabe uczucie.
-Dużo tego i nie wiem od czego zacząć...
-Ja też...
-To może ja pierwszy? - proponuje, a ja zgadzam się, by mieć jeszcze chwilę, by zebrać myśli i dobrze rozegrać tę rozmowę. Nie chcę go ranić. Nie chcę awantury. Chce uwolnić się od przeszłości, by w końcu zacząć budować swoją przyszłość.

czwartek, 7 lipca 2016

Rozdział 136



Właśnie podjeżdżam taksówką pod restaurację Binentiego. Jestem śpiąca i rozdrażniona, bo spałam tylko trzy godziny, ale postanowiłam, że będę dla niego pracować. Praca to coś normalnego i stabilnego w życiu, a ja właśnie tego potrzebuję. Robię to dla swojego syna i dla siebie. Wpadłam do środka, dyszę i klnę pod nosem na idiotę, który przed chwilą prawie ochlapał mnie, jadąc jak wariat, by zdążyć na pomarańczowym świetle. Rano strasznie lało i ulice są bardzo mokre. Idę  od razu na zaplecze, by się przebrać i po drodze spotykam Marka.
-Cześć śliczna!
-Cześć Mark - odpowiadam, będąc totalnie bez humoru. Za dużo myśli krąży po mojej głowie, a ja staram się to wszystko jakoś ułożyć. Mam jednak wrażenie, że marnie mi to wychodzi. 
-Ciężki poniedziałkowy poranek? - pyta z ciekawości i wchodzi za mną do pomieszczenia dla personelu.
-Ogólnie ciężki weekend - uśmiecham się lekko i zdejmuję buty.
-Spoko, dziś nie mamy żadnych ważnych gości, więc będziesz mogła na spokojnie poznać kuchnie i zrobić rozeznanie - słowa pocieszenia niewiele pomagają, ale muszę się skupić.  Mark nagle podaje mi fartuch szefa kuchni - Binenti prosił bym ci go dał - tłumaczy i uśmiecha się szeroko. 
-Nie ma go jeszcze?
-Nie, będzie dopiero wieczorem.
-Szkoda, chciałam z nim pogadać - spoglądam na mój nowy uniform, a czarny fartuch wiązany na szyi, z kieszenią na środku i wyszywanym napisem po stronie serca „Szef Kuchni” wygląda imponująco. Cholera! Chyba mogę być z siebie dumna.
-Chodź, pokażę ci wszystko i poznasz resztę ekipy - dodaje Mark i wychodzi bym mogła się przebrać. Związuję włosy, podpinam je spinkami, zakładam fartuch i idę  do kuchni. Nie wiedziałam że pracuje tu tyle osób. Na jednej zmianie jest ośmiu kelnerów, dwóch kucharzy i czterech pomocników. Jestem jedną z pięciu kobiet tu pracujących, dwie z nich oczywiście patrzą na mnie dziwnie. Pewnie czytały artykuł  w gazecie i zdanie o mnie mają już wyrobione. Nie będę wyciągać ich z błędu, mam gdzieś to co myślą i nie mam zamiaru włazić im w tyłki tylko po to, by mnie akceptowały i lubiły. Reszta zespołu wydaje się być w porządku. Mark jest kierownikiem kelnerów i dobrał sobie takich ludzi, by mu się fajnie i przyjemnie pracowało. Menadżerka Nicole, to typowa Włoszka. Opalona, ciemne włosy, ciemne oczy, kobieco zaokrąglona, ale bardzo zadbana i sympatyczna. Znają się z Ronem od lat jeszcze z czasów szkolnych, oboje pochodzą z Rzymu.  Nicole jest menadżerem jego wszystkich restauracji w Nowym Jorku, więc nie zawsze tu bywa. Wydaje mi się, że z nią będzie mi się dobrze współpracowało. Pokazują mi z Markiem każdy zakamarek, schowek i naprawdę czuję się jak u siebie. Będę pracować na zmianę z Lorenzo, którego miałam już okazje poznać na pierwszej rozmowie. Lorenzo jest gejem, typowym nowojorskim gejem. Ma cudowny, zabawny akcent i specyficzne poczucie humoru, i myślę, że też się dogadamy. Obawiałam się nieco, że będzie czuł się zagrożony skoro przychodzi nowy szef kuchni, ale najwidoczniej Ronald porozmawiał z ekipą przez moim  zatrudnieniem. Mam nadzieję, że nie zawiodę tu nikogo, zwłaszcza Binentiego.

Gdy przychodzą pierwsi goście, rzucam się w wir gotowani. Muszę przejrzeć menu i wprowadzić kilka zmian, tak jak prosił mnie Ron. Chwilę przed drugą przychodzi do mnie Mark i mówi, że Mike właśnie wszedł do restauracji. Akurat kończę wydawać dania, więc mogę do nich dołączyć.
-Michael! - witam go serdecznie, ściskając mocno. Relacja między nami jest dobra i mimo, że Erick nie znosi Mika, to ja naprawdę go lubię. Mimo tego co było kiedyś. 
-Cześć mała! Miło cię widzieć.
-Cześć! Miło, że wpadłeś.

Siadamy we trójkę z Markiem przy stoliku, a ja chociaż na chwilę zapominam o swoich problemach.
Obaj czytali artykuł w gazecie i pytają mnie o niego, ale wyjaśniam im, że to totalne bzdury. Nie muszę się tłumaczyć, ale lubię i Marka i Mika i nie chcę, by myśleli sobie nie wiadomo co. Moje życia jest wystarczająco skomplikowane i nie chcę mieszać bardziej. Jestem z nimi szczera, a oni chyba mi uwierzyli. Spędzamy miło naszą przerwę, ale ja muszę wrócić do pracy. Cieszę się jednak, że moja relacja z Mikem jest coraz lepsza. Może nawet uda nam się zaprzyjaźnić?

Reszta dnia zlatuje mi naprawdę szybko. Było sporo gości, szczególnie w porze lunchu, ale myślę, że nieźle sobie poradziłam. Koło dziewiątej wieczorem w restauracji w końcu pojawia się Binenti, ale jest w bardzo złym humorze. Wpadł jak tornado, ochrzanił wszystkich i nawet mi się oberwało, choć nie wiem za co. Dobrze jednak, że traktuje mnie jak innych pracowników, nie chce mieć u niego żadnych specjalnych względów.
-Megan mogę cię prosić do siebie? - wraca po chwili do kuchni i pyta już na spokojnie.
-Jasne, już idę - wymieniam spojrzenie z Lorenzo i ruszam za szefem do jego biura, które mieści się nad restauracją. Idziemy w milczeniu, bo nie wiem na co tak się wściekł. Co aż tak bardzo go wkurzyło?
-Usiądź proszę - Ronald wskazuje na sofę w rogu przestronnego gabinetu. Sam podchodzi do barku i napełnia kryształową szklankę whisky, a następnie wypija ją na raz i dolewa sobie jeszcze trochę - Co za dzień! Wybacz, że tak na was nawrzeszczałem - dodaje i siada w fotelu naprzeciwko mnie.
-Jesteś szefem, możesz na nas wrzeszczeć jeśli masz ochotę, Ron - odpowiadam, by trochę rozładować napięcie, a Ronald w końcu spogląda na mnie i w końcu się uśmiecha.
-Jak pierwszy dzień? Nicole i Mark pokazali ci wszystko jak należy?
-Ciekawy, dziękuję. Wszystko jest dla mnie nowe, ale szybko się uczę, więc o nic się nie martw.
-Wierzę w ciebie. Jesteś jedyną osobą do której się dziś uśmiechnąłem...
-Zły poniedziałek? - sugeruję, a Ron wzdycha wymownie.
-Przez ten artykuł paparazzi nie odstępowali mnie  na krok. Prawie spóźniłem się przez tych idiotów na ważne spotkanie w sprawie bankietu, który, jeśli dobrze pójdzie, będziemy mogli obsługiwać - Gdy zaczął mówić o pracy od razu się rozluźnił. 
- Co to za bankiet?
-Coroczna gala dobroczynna na rzecz fundacji walczącej z przemocą wobec kobiet i dzieci.
-Szczytny cel, pewnie będzie dużo ważnych gości - nie ukrywam swojego zaciekawienia.
-Wszyscy najważniejsi. Dlatego tak mi zależy żeby obsługiwać to wydarzenie , ale jeśli by się nie udało to poszłabyś tam ze mną? - proponuje nagle.
-Co ma się nie udać? Będę tam jako kucharz twojej restauracji, która będzie obsługiwać bankiet, a nie jako gość! - odpowiadam z nadzieją.
-Oby Meg! Oby! - Ron znowu na mnie spogląda - Macie dziś jeszcze jakiś gości?
-Nie wiem, musiałabym zobaczyć w rezerwacjach. A co?
-Jeśli nie, to pojechałabyś ze mną do mojego mieszkania? Muszę na jutro ustalić przykładowe menu na bankiet, a sam chyba nie dam rady - w głosie Ronalda słyszę wręcz błagalny ton. Patrzę na niego zaskoczona, ale chyba nie mogę odmówić.
-Dobrze pomogę ci - zgadzam się, bo okazja, by móc ustalać menu na jedną z najważniejszych gali dobroczynnych roku, to ogromne wyróżnienie. Rozmawiamy jeszcze chwilę, a potem schodzę do kuchni, by zapytać o to czy mamy jeszcze jakieś rezerwacje na dziś. Na szczęście nie, więc w spokoju możemy jechać z Ronaldem ustalić menu. Nicole jest zaskoczona równie mocno jak ja, ale mówi mi, że na pewno dam radę. Ja też w to wierzę, a praca pozwala zapomnieć mi o problemach.
Nie chcę jednak wracać po nowy taksówką, więc dzwonię do Ericka z pytaniem czy mogłabym przenocować u niego, a rano zabiorę Adama i wrócę z nim na Long Island.  Erick nie ma oczywiście nic przeciwko i zaoferował się, że po mnie przyjedzie i bym dała mu znać, jak będziemy kończyć. Nie jestem przyzwyczajona do tylu godzin pracy, więc już jestem zmęczona, ale dam radę. Przebieram się szybko i gdy wychodzę Binenti już czeka przy wyjściu.
-Chyba nie będziesz prowadził? - pytam zaskoczona, widząc  zaparkowanego pod restauracją Astona Martina.
-Dlaczego?
-Napiłeś się whisky w swoim biurze...
-Cholera zapomniałem! - stwierdza i nagle rzuca mi kluczyki do auta - Ty poprowadzisz - dodaje i wsiada  po stronie pasażera. 
-Ale ja nigdy nie jechałam takim autem! - piszczę przerażona, że mam poprowadzić jego ukochane cacko.
-Tu masz hamulec, tu gaz...wszystko jest tak samo jak wszędzie! Wsiadaj! - dodaje rozbawiony i gestem zaprasza mnie na miejsce kierowcy.
-Jeśli ci go zarysuję, to nie ja pokrywam koszty lakierowania! - ostrzegam go i wsiadam niepewnie za kółko. Muszę bardzo podsunąć fotel, by w ogóle dosięgnąć do pedałów. Dopasowuję siedzenie, poprawiam lusterka i zestresowana, jak jasna cholera, odpalam silnik. Binenti z nieukrywanym rozbawieniem przygląda mi się cały czas, lecz nic nie mówi. Gdy udaje mi się ruszyć za pierwszym razem uśmiecham się, bo jestem zaskoczona, że nie zadusiłam sprzęgła - No co? -  pytam, bo Ronald nadal się gapi.
-Nic.  
-No mów? Bawi cię mój widok, szefie? - włączam się do ruchu i lekko przyśpieszam. Ten samochód prowadzi się naprawdę dobrze i lekko, a ja od razu nabieram pewności w tym co robię.
-Nie, po prostu jesteś jedyną kobietą, której dałem poprowadzić moje auto.
-Ale mnie zaszczyt kopnął! - zaczynam się śmiać.
-Nastawię ci GPS byś trafiła bez problemu - Ron nachyla się i nastawia urządzenie, a potem zerka na mnie - Dobrze pani jeździ, panno Donell - stwierdza, ale ja tylko wywracam oczami, czym wywołuję uśmiech na jego twarzy. 

Gdy wjeżdżam do garażu podziemnego kamienicy, gdzie mieszka Ron, jest kilka minut przed północą. Jestem już strasznie zmęczona, ale muszę dać radę. Jutro odeśpię. Tryb pracy po dwanaście godzin jest do wytrzymania, jednak minie nieco czasu nim się przestawię. Poproszę też Nicole, by ustaliła mi grafik na cały miesiąc, gdyż muszę to wiedzieć, by ustalić opiekę nad Adamem. 
- Z góry przepraszam cię za bałagan, ale śpieszyłem się rano! - mówi Ron, otwierając drzwi mieszkania - Zapraszam!
-Dziękuję szefie - uśmiecham się szeroko i wchodzę do środka.  

No faktycznie niezły tu pierdolnik. Najgorzej jest w kuchni, mnóstwo naczyń jakby wczoraj odbyła się tu imprezka. Dostrzegam też zbity wazon w korytarzu, ale najbardziej zaskakuje mnie damski stanik na podłodze w salonie. Udaję, że go nie widzę, ale ledwo kryję rozbawienie.
-Gdy wychodziłem rano nie wyglądało to aż tak źle! - Ron patrzy na mnie przepraszająco.  i
-Spokojnie, mam małe dziecko i wiem co to bałagan.
-Już robię tu dla nas miejsce! - jednym ruchem zrzuca z ławy w salonie jakieś gazety i szmatką przeciera szkło. Poprawia poduszki na sofie i  myśląc, że nie widzę, dyskretnie zabiera stanik z podłogi, a następnie wrzuca go do kominka.
-Ej szkoda! Taki ładny koronkowy biustonosz! - stwierdzam i zaczynam się śmiać, a Binenti patrzy na mnie, jest chyba lekko zakłopotany.
-Wybacz, odwiedziła mnie wczoraj stara znajoma... Znaczy, że nie stara, młoda, ale znamy się od... No... Nieważne - nagle widzę, że się zarumienił. O cholera! Ronald Binenti się zawstydził? A to ci dopiero!
-Daj spokój! Przecież ja żartuję - podchodzę i klepię go w ramię. 
-Lepszy stanik niż zużyta prezerwatywa, nie? - Ron na szczęście ma dystans do siebie i  świata -  Na szczęście wyrzuciłem ją rano! -  dodaje, nie potrafiąc ukryć rozbawienia. Kto by pomyślał, że Ronald lubi tak poświntuszyć?
-Ważne, że się zabezpieczasz.
-Żartowałem z tymi prezerwatywami, nie używam... - wyjaśnia, i tym  razem ja oblewam się rumieńcem.
-No wiem, że wy mężczyźni ich nie lubicie - z całym sił staram się nie zawstydzić, ale słabo mi to wychodzi. Czuję jak moje policzki płoną.
-To też, ale ja po prostu nie muszę...- odpowiada tajemniczo, czym oczywiście mnie zaintrygował.
-Dlaczego? - wypalam niedyskretnie.
-Kilka lat temu poddałem się zabiegowi i nie mogę mieć dzieci - zaskakuje mnie tym wyznaniem.
-Och, wybacz moją wścibskość - ganię się w duchu, że w ogóle zadałam mu to pytanie.
-Gdybym nie chciał, to bym ci nie powiedział - Ron najwidoczniej nie ma z tym problemu - Napijesz się czegoś? - proponuje.
-Nie dziękuję, chyba zwaliłoby mnie to z nóg.
-Musisz przyzwyczaić się do pracy po kilkanaście godzin, Meg.
-Ogólnie to nigdy nie był dla mnie problem, ale miałam ciężki weekend...zresztą wiesz - spoglądam na niego. 
-Włącz jakąś muzykę, a ja przyniosę coś do pisania.
-Okej! - podchodzę do całej ściany płyt i sprzętu grającego. Decyduję się na Vana Morrisona. To powinno być dobre, nie uśniemy przy tym, ale też nie pobudzi nas aż za bardzo. Gdy wrócił Ronald z notesem w ręku, wsłuchał się chwile w melodię.
-Właśnie na coś takiego miałem ochotę! - stwierdził z uśmiechem  i usiadł na kanapie, pokazując bym usiadła obok. Popija swojego drinka, mi zrobił bezalkoholowe mohito i zaczęła się burza mózgów. Ron ma tyle pomysłów, że chwilowo nie ogarniam tego wszystkiego. Totalnie tracę poczucie czasu. Wymieniamy się propozycjami, pomysłami i rozwiązaniami co będzie najlepsze. Siedząc na środku jego salonu, na dywanie, bo niewygodnie było nam się schylać z kanapy nad ławę,  dumamy właśnie nad ostatnim deserem, gdy słyszymy nagle dźwięk interkomu. Zaskoczeni spoglądamy na siebie.
-O tej porze? - rzuca Ronald i wstaje, by otworzyć. Zaciekawiona zostaję na dywanie, wychylając tylko głowę, by coś widzieć. Cholera! Mam nadzieje, że to nie ta wczorajsza znajoma! Dziwnie by było gdyby mnie tu zastała o tej porze. Spoglądam na zegar w kuchni i okazuje się, że jest już po trzeciej w nocy. Po chwili jednak do salonu wchodzi Binenti, a za nim Erick. No tak! Mogłam się domyślić.
-Dzwoniłam do ciebie, że już skończyliśmy?- pytam złośliwie, wywracając oczami.
-Ciebie też miło widzieć, Megan - odpowiada Erick i również posyła mi wymowne spojrzenie - Późno już, nie wypada żebyś zawracała głowę własnemu szefowi - dodaje, zerkając na Ronalda.
-Został nam  do omówienia jeden deser... - wyjaśniam.
-Dobrze Meg, faktycznie jest późno. Przepraszam, że cię tak zatrzymałem. Dokończę to już sam, ale i tak bardzo mi pomogłaś. Dziękuję - wtrąca Binenti, widząc jakie napięcie jest między mną, a Erickiem.
-Nie ma za co Ron. To dla mnie zaszczyt móc ustalać menu na ten bankiet - uśmiecham się szeroko i wstaję szybko, aż zakręciło mi się w głowie. Zamroczyło mnie tak, że muszę przysiąść na kanapie.
-Uważaj! - Ron krzyknął i podbiegł do mnie, a zaraz za nim Ronald.
-O rany, ale jestem zmęczona - mówię spokojnie, widząc, że Erick już prawie wzywa pogotowie - Jedźmy już bo zaraz usnę na stojąco - obracam to w żart, ale Erickowi wcale nie jest do śmiechu. O rany! Cały Evans.
-Dam ci znać jutro, jak nam poszło z tym menu - dodaje Ron i odprowadza nas do drzwi. Zjeżdżamy windą i wychodzimy przed budynek, gdzie Erick zaparkował swojego Bentleya. Po chwili już siedzę w środku, a Erick zajmuje miejsce kierowcy.
-Nie możesz tyle pracować - mówi, gdy zapina pas. 
-Jutro mam wolne, odeśpię i odpocznę - odpowiadam zdawkowo, by nie wdawać się z nim w głupie dyskusje.
-Chyba dziś masz wolne, jest trzecia nad razem, Meg.
-Wiem, więc ruszaj, bo musisz wstać rano do pracy... - ponownie wywracam oczami i także zapinam pas. Erick nic nie odpowiada tylko rusza, włącza muzykę. Naszą podróż rozpoczynamy piosenką „Radioavtice” i od razu czuję to tam na samym dole. O rany! To właśnie podczas tej piosenki na urodzinach swojej siostry TO zrobił. Niemalże dostaję dreszczy, ale jakoś udaje mi się opanować. Zasypiam w samochodzie i nawet nie wiem jak znalazłam się w łóżku... Łóżku Ericka. Budzę się dopiero rano, jestem sama, a zegarek pokazuje dziewiątą. Mi jednak nadal chce się spać. Jestem wykończona. Obiecuję sobie, że dziś zadzwonię do Brayana i poproszę go o rozmowę.
o już czas, by wszystko wyjaśnić i zostawić za sobą przeszłość. Przyszłość maluje się w ciekawych barwach. Nowa praca, nowe doświadczenia, nowi ludzie i nowy szef, którego naprawdę lubię. Uśmiecham się na myśl o Ronaldzie Binentim i jego szczerym uśmiechu, a następnie ponownie zasypiam.
Śni mi się ten uśmiech, a ja przyłapuję się na tym, że chyba chciałabym się nie budzić. To uczucie przychodzi nagle i nie do końca je rozumiem. Lubie Rona, szanuję go i podziwiam. Jest niezwykły i genialny w tym co robi. Dobrze, że mam okazję uczyć się tego od niego.