Premiera już w lipcu!

czwartek, 7 lipca 2016

Rozdział 136



Właśnie podjeżdżam taksówką pod restaurację Binentiego. Jestem śpiąca i rozdrażniona, bo spałam tylko trzy godziny, ale postanowiłam, że będę dla niego pracować. Praca to coś normalnego i stabilnego w życiu, a ja właśnie tego potrzebuję. Robię to dla swojego syna i dla siebie. Wpadłam do środka, dyszę i klnę pod nosem na idiotę, który przed chwilą prawie ochlapał mnie, jadąc jak wariat, by zdążyć na pomarańczowym świetle. Rano strasznie lało i ulice są bardzo mokre. Idę  od razu na zaplecze, by się przebrać i po drodze spotykam Marka.
-Cześć śliczna!
-Cześć Mark - odpowiadam, będąc totalnie bez humoru. Za dużo myśli krąży po mojej głowie, a ja staram się to wszystko jakoś ułożyć. Mam jednak wrażenie, że marnie mi to wychodzi. 
-Ciężki poniedziałkowy poranek? - pyta z ciekawości i wchodzi za mną do pomieszczenia dla personelu.
-Ogólnie ciężki weekend - uśmiecham się lekko i zdejmuję buty.
-Spoko, dziś nie mamy żadnych ważnych gości, więc będziesz mogła na spokojnie poznać kuchnie i zrobić rozeznanie - słowa pocieszenia niewiele pomagają, ale muszę się skupić.  Mark nagle podaje mi fartuch szefa kuchni - Binenti prosił bym ci go dał - tłumaczy i uśmiecha się szeroko. 
-Nie ma go jeszcze?
-Nie, będzie dopiero wieczorem.
-Szkoda, chciałam z nim pogadać - spoglądam na mój nowy uniform, a czarny fartuch wiązany na szyi, z kieszenią na środku i wyszywanym napisem po stronie serca „Szef Kuchni” wygląda imponująco. Cholera! Chyba mogę być z siebie dumna.
-Chodź, pokażę ci wszystko i poznasz resztę ekipy - dodaje Mark i wychodzi bym mogła się przebrać. Związuję włosy, podpinam je spinkami, zakładam fartuch i idę  do kuchni. Nie wiedziałam że pracuje tu tyle osób. Na jednej zmianie jest ośmiu kelnerów, dwóch kucharzy i czterech pomocników. Jestem jedną z pięciu kobiet tu pracujących, dwie z nich oczywiście patrzą na mnie dziwnie. Pewnie czytały artykuł  w gazecie i zdanie o mnie mają już wyrobione. Nie będę wyciągać ich z błędu, mam gdzieś to co myślą i nie mam zamiaru włazić im w tyłki tylko po to, by mnie akceptowały i lubiły. Reszta zespołu wydaje się być w porządku. Mark jest kierownikiem kelnerów i dobrał sobie takich ludzi, by mu się fajnie i przyjemnie pracowało. Menadżerka Nicole, to typowa Włoszka. Opalona, ciemne włosy, ciemne oczy, kobieco zaokrąglona, ale bardzo zadbana i sympatyczna. Znają się z Ronem od lat jeszcze z czasów szkolnych, oboje pochodzą z Rzymu.  Nicole jest menadżerem jego wszystkich restauracji w Nowym Jorku, więc nie zawsze tu bywa. Wydaje mi się, że z nią będzie mi się dobrze współpracowało. Pokazują mi z Markiem każdy zakamarek, schowek i naprawdę czuję się jak u siebie. Będę pracować na zmianę z Lorenzo, którego miałam już okazje poznać na pierwszej rozmowie. Lorenzo jest gejem, typowym nowojorskim gejem. Ma cudowny, zabawny akcent i specyficzne poczucie humoru, i myślę, że też się dogadamy. Obawiałam się nieco, że będzie czuł się zagrożony skoro przychodzi nowy szef kuchni, ale najwidoczniej Ronald porozmawiał z ekipą przez moim  zatrudnieniem. Mam nadzieję, że nie zawiodę tu nikogo, zwłaszcza Binentiego.

Gdy przychodzą pierwsi goście, rzucam się w wir gotowani. Muszę przejrzeć menu i wprowadzić kilka zmian, tak jak prosił mnie Ron. Chwilę przed drugą przychodzi do mnie Mark i mówi, że Mike właśnie wszedł do restauracji. Akurat kończę wydawać dania, więc mogę do nich dołączyć.
-Michael! - witam go serdecznie, ściskając mocno. Relacja między nami jest dobra i mimo, że Erick nie znosi Mika, to ja naprawdę go lubię. Mimo tego co było kiedyś. 
-Cześć mała! Miło cię widzieć.
-Cześć! Miło, że wpadłeś.

Siadamy we trójkę z Markiem przy stoliku, a ja chociaż na chwilę zapominam o swoich problemach.
Obaj czytali artykuł w gazecie i pytają mnie o niego, ale wyjaśniam im, że to totalne bzdury. Nie muszę się tłumaczyć, ale lubię i Marka i Mika i nie chcę, by myśleli sobie nie wiadomo co. Moje życia jest wystarczająco skomplikowane i nie chcę mieszać bardziej. Jestem z nimi szczera, a oni chyba mi uwierzyli. Spędzamy miło naszą przerwę, ale ja muszę wrócić do pracy. Cieszę się jednak, że moja relacja z Mikem jest coraz lepsza. Może nawet uda nam się zaprzyjaźnić?

Reszta dnia zlatuje mi naprawdę szybko. Było sporo gości, szczególnie w porze lunchu, ale myślę, że nieźle sobie poradziłam. Koło dziewiątej wieczorem w restauracji w końcu pojawia się Binenti, ale jest w bardzo złym humorze. Wpadł jak tornado, ochrzanił wszystkich i nawet mi się oberwało, choć nie wiem za co. Dobrze jednak, że traktuje mnie jak innych pracowników, nie chce mieć u niego żadnych specjalnych względów.
-Megan mogę cię prosić do siebie? - wraca po chwili do kuchni i pyta już na spokojnie.
-Jasne, już idę - wymieniam spojrzenie z Lorenzo i ruszam za szefem do jego biura, które mieści się nad restauracją. Idziemy w milczeniu, bo nie wiem na co tak się wściekł. Co aż tak bardzo go wkurzyło?
-Usiądź proszę - Ronald wskazuje na sofę w rogu przestronnego gabinetu. Sam podchodzi do barku i napełnia kryształową szklankę whisky, a następnie wypija ją na raz i dolewa sobie jeszcze trochę - Co za dzień! Wybacz, że tak na was nawrzeszczałem - dodaje i siada w fotelu naprzeciwko mnie.
-Jesteś szefem, możesz na nas wrzeszczeć jeśli masz ochotę, Ron - odpowiadam, by trochę rozładować napięcie, a Ronald w końcu spogląda na mnie i w końcu się uśmiecha.
-Jak pierwszy dzień? Nicole i Mark pokazali ci wszystko jak należy?
-Ciekawy, dziękuję. Wszystko jest dla mnie nowe, ale szybko się uczę, więc o nic się nie martw.
-Wierzę w ciebie. Jesteś jedyną osobą do której się dziś uśmiechnąłem...
-Zły poniedziałek? - sugeruję, a Ron wzdycha wymownie.
-Przez ten artykuł paparazzi nie odstępowali mnie  na krok. Prawie spóźniłem się przez tych idiotów na ważne spotkanie w sprawie bankietu, który, jeśli dobrze pójdzie, będziemy mogli obsługiwać - Gdy zaczął mówić o pracy od razu się rozluźnił. 
- Co to za bankiet?
-Coroczna gala dobroczynna na rzecz fundacji walczącej z przemocą wobec kobiet i dzieci.
-Szczytny cel, pewnie będzie dużo ważnych gości - nie ukrywam swojego zaciekawienia.
-Wszyscy najważniejsi. Dlatego tak mi zależy żeby obsługiwać to wydarzenie , ale jeśli by się nie udało to poszłabyś tam ze mną? - proponuje nagle.
-Co ma się nie udać? Będę tam jako kucharz twojej restauracji, która będzie obsługiwać bankiet, a nie jako gość! - odpowiadam z nadzieją.
-Oby Meg! Oby! - Ron znowu na mnie spogląda - Macie dziś jeszcze jakiś gości?
-Nie wiem, musiałabym zobaczyć w rezerwacjach. A co?
-Jeśli nie, to pojechałabyś ze mną do mojego mieszkania? Muszę na jutro ustalić przykładowe menu na bankiet, a sam chyba nie dam rady - w głosie Ronalda słyszę wręcz błagalny ton. Patrzę na niego zaskoczona, ale chyba nie mogę odmówić.
-Dobrze pomogę ci - zgadzam się, bo okazja, by móc ustalać menu na jedną z najważniejszych gali dobroczynnych roku, to ogromne wyróżnienie. Rozmawiamy jeszcze chwilę, a potem schodzę do kuchni, by zapytać o to czy mamy jeszcze jakieś rezerwacje na dziś. Na szczęście nie, więc w spokoju możemy jechać z Ronaldem ustalić menu. Nicole jest zaskoczona równie mocno jak ja, ale mówi mi, że na pewno dam radę. Ja też w to wierzę, a praca pozwala zapomnieć mi o problemach.
Nie chcę jednak wracać po nowy taksówką, więc dzwonię do Ericka z pytaniem czy mogłabym przenocować u niego, a rano zabiorę Adama i wrócę z nim na Long Island.  Erick nie ma oczywiście nic przeciwko i zaoferował się, że po mnie przyjedzie i bym dała mu znać, jak będziemy kończyć. Nie jestem przyzwyczajona do tylu godzin pracy, więc już jestem zmęczona, ale dam radę. Przebieram się szybko i gdy wychodzę Binenti już czeka przy wyjściu.
-Chyba nie będziesz prowadził? - pytam zaskoczona, widząc  zaparkowanego pod restauracją Astona Martina.
-Dlaczego?
-Napiłeś się whisky w swoim biurze...
-Cholera zapomniałem! - stwierdza i nagle rzuca mi kluczyki do auta - Ty poprowadzisz - dodaje i wsiada  po stronie pasażera. 
-Ale ja nigdy nie jechałam takim autem! - piszczę przerażona, że mam poprowadzić jego ukochane cacko.
-Tu masz hamulec, tu gaz...wszystko jest tak samo jak wszędzie! Wsiadaj! - dodaje rozbawiony i gestem zaprasza mnie na miejsce kierowcy.
-Jeśli ci go zarysuję, to nie ja pokrywam koszty lakierowania! - ostrzegam go i wsiadam niepewnie za kółko. Muszę bardzo podsunąć fotel, by w ogóle dosięgnąć do pedałów. Dopasowuję siedzenie, poprawiam lusterka i zestresowana, jak jasna cholera, odpalam silnik. Binenti z nieukrywanym rozbawieniem przygląda mi się cały czas, lecz nic nie mówi. Gdy udaje mi się ruszyć za pierwszym razem uśmiecham się, bo jestem zaskoczona, że nie zadusiłam sprzęgła - No co? -  pytam, bo Ronald nadal się gapi.
-Nic.  
-No mów? Bawi cię mój widok, szefie? - włączam się do ruchu i lekko przyśpieszam. Ten samochód prowadzi się naprawdę dobrze i lekko, a ja od razu nabieram pewności w tym co robię.
-Nie, po prostu jesteś jedyną kobietą, której dałem poprowadzić moje auto.
-Ale mnie zaszczyt kopnął! - zaczynam się śmiać.
-Nastawię ci GPS byś trafiła bez problemu - Ron nachyla się i nastawia urządzenie, a potem zerka na mnie - Dobrze pani jeździ, panno Donell - stwierdza, ale ja tylko wywracam oczami, czym wywołuję uśmiech na jego twarzy. 

Gdy wjeżdżam do garażu podziemnego kamienicy, gdzie mieszka Ron, jest kilka minut przed północą. Jestem już strasznie zmęczona, ale muszę dać radę. Jutro odeśpię. Tryb pracy po dwanaście godzin jest do wytrzymania, jednak minie nieco czasu nim się przestawię. Poproszę też Nicole, by ustaliła mi grafik na cały miesiąc, gdyż muszę to wiedzieć, by ustalić opiekę nad Adamem. 
- Z góry przepraszam cię za bałagan, ale śpieszyłem się rano! - mówi Ron, otwierając drzwi mieszkania - Zapraszam!
-Dziękuję szefie - uśmiecham się szeroko i wchodzę do środka.  

No faktycznie niezły tu pierdolnik. Najgorzej jest w kuchni, mnóstwo naczyń jakby wczoraj odbyła się tu imprezka. Dostrzegam też zbity wazon w korytarzu, ale najbardziej zaskakuje mnie damski stanik na podłodze w salonie. Udaję, że go nie widzę, ale ledwo kryję rozbawienie.
-Gdy wychodziłem rano nie wyglądało to aż tak źle! - Ron patrzy na mnie przepraszająco.  i
-Spokojnie, mam małe dziecko i wiem co to bałagan.
-Już robię tu dla nas miejsce! - jednym ruchem zrzuca z ławy w salonie jakieś gazety i szmatką przeciera szkło. Poprawia poduszki na sofie i  myśląc, że nie widzę, dyskretnie zabiera stanik z podłogi, a następnie wrzuca go do kominka.
-Ej szkoda! Taki ładny koronkowy biustonosz! - stwierdzam i zaczynam się śmiać, a Binenti patrzy na mnie, jest chyba lekko zakłopotany.
-Wybacz, odwiedziła mnie wczoraj stara znajoma... Znaczy, że nie stara, młoda, ale znamy się od... No... Nieważne - nagle widzę, że się zarumienił. O cholera! Ronald Binenti się zawstydził? A to ci dopiero!
-Daj spokój! Przecież ja żartuję - podchodzę i klepię go w ramię. 
-Lepszy stanik niż zużyta prezerwatywa, nie? - Ron na szczęście ma dystans do siebie i  świata -  Na szczęście wyrzuciłem ją rano! -  dodaje, nie potrafiąc ukryć rozbawienia. Kto by pomyślał, że Ronald lubi tak poświntuszyć?
-Ważne, że się zabezpieczasz.
-Żartowałem z tymi prezerwatywami, nie używam... - wyjaśnia, i tym  razem ja oblewam się rumieńcem.
-No wiem, że wy mężczyźni ich nie lubicie - z całym sił staram się nie zawstydzić, ale słabo mi to wychodzi. Czuję jak moje policzki płoną.
-To też, ale ja po prostu nie muszę...- odpowiada tajemniczo, czym oczywiście mnie zaintrygował.
-Dlaczego? - wypalam niedyskretnie.
-Kilka lat temu poddałem się zabiegowi i nie mogę mieć dzieci - zaskakuje mnie tym wyznaniem.
-Och, wybacz moją wścibskość - ganię się w duchu, że w ogóle zadałam mu to pytanie.
-Gdybym nie chciał, to bym ci nie powiedział - Ron najwidoczniej nie ma z tym problemu - Napijesz się czegoś? - proponuje.
-Nie dziękuję, chyba zwaliłoby mnie to z nóg.
-Musisz przyzwyczaić się do pracy po kilkanaście godzin, Meg.
-Ogólnie to nigdy nie był dla mnie problem, ale miałam ciężki weekend...zresztą wiesz - spoglądam na niego. 
-Włącz jakąś muzykę, a ja przyniosę coś do pisania.
-Okej! - podchodzę do całej ściany płyt i sprzętu grającego. Decyduję się na Vana Morrisona. To powinno być dobre, nie uśniemy przy tym, ale też nie pobudzi nas aż za bardzo. Gdy wrócił Ronald z notesem w ręku, wsłuchał się chwile w melodię.
-Właśnie na coś takiego miałem ochotę! - stwierdził z uśmiechem  i usiadł na kanapie, pokazując bym usiadła obok. Popija swojego drinka, mi zrobił bezalkoholowe mohito i zaczęła się burza mózgów. Ron ma tyle pomysłów, że chwilowo nie ogarniam tego wszystkiego. Totalnie tracę poczucie czasu. Wymieniamy się propozycjami, pomysłami i rozwiązaniami co będzie najlepsze. Siedząc na środku jego salonu, na dywanie, bo niewygodnie było nam się schylać z kanapy nad ławę,  dumamy właśnie nad ostatnim deserem, gdy słyszymy nagle dźwięk interkomu. Zaskoczeni spoglądamy na siebie.
-O tej porze? - rzuca Ronald i wstaje, by otworzyć. Zaciekawiona zostaję na dywanie, wychylając tylko głowę, by coś widzieć. Cholera! Mam nadzieje, że to nie ta wczorajsza znajoma! Dziwnie by było gdyby mnie tu zastała o tej porze. Spoglądam na zegar w kuchni i okazuje się, że jest już po trzeciej w nocy. Po chwili jednak do salonu wchodzi Binenti, a za nim Erick. No tak! Mogłam się domyślić.
-Dzwoniłam do ciebie, że już skończyliśmy?- pytam złośliwie, wywracając oczami.
-Ciebie też miło widzieć, Megan - odpowiada Erick i również posyła mi wymowne spojrzenie - Późno już, nie wypada żebyś zawracała głowę własnemu szefowi - dodaje, zerkając na Ronalda.
-Został nam  do omówienia jeden deser... - wyjaśniam.
-Dobrze Meg, faktycznie jest późno. Przepraszam, że cię tak zatrzymałem. Dokończę to już sam, ale i tak bardzo mi pomogłaś. Dziękuję - wtrąca Binenti, widząc jakie napięcie jest między mną, a Erickiem.
-Nie ma za co Ron. To dla mnie zaszczyt móc ustalać menu na ten bankiet - uśmiecham się szeroko i wstaję szybko, aż zakręciło mi się w głowie. Zamroczyło mnie tak, że muszę przysiąść na kanapie.
-Uważaj! - Ron krzyknął i podbiegł do mnie, a zaraz za nim Ronald.
-O rany, ale jestem zmęczona - mówię spokojnie, widząc, że Erick już prawie wzywa pogotowie - Jedźmy już bo zaraz usnę na stojąco - obracam to w żart, ale Erickowi wcale nie jest do śmiechu. O rany! Cały Evans.
-Dam ci znać jutro, jak nam poszło z tym menu - dodaje Ron i odprowadza nas do drzwi. Zjeżdżamy windą i wychodzimy przed budynek, gdzie Erick zaparkował swojego Bentleya. Po chwili już siedzę w środku, a Erick zajmuje miejsce kierowcy.
-Nie możesz tyle pracować - mówi, gdy zapina pas. 
-Jutro mam wolne, odeśpię i odpocznę - odpowiadam zdawkowo, by nie wdawać się z nim w głupie dyskusje.
-Chyba dziś masz wolne, jest trzecia nad razem, Meg.
-Wiem, więc ruszaj, bo musisz wstać rano do pracy... - ponownie wywracam oczami i także zapinam pas. Erick nic nie odpowiada tylko rusza, włącza muzykę. Naszą podróż rozpoczynamy piosenką „Radioavtice” i od razu czuję to tam na samym dole. O rany! To właśnie podczas tej piosenki na urodzinach swojej siostry TO zrobił. Niemalże dostaję dreszczy, ale jakoś udaje mi się opanować. Zasypiam w samochodzie i nawet nie wiem jak znalazłam się w łóżku... Łóżku Ericka. Budzę się dopiero rano, jestem sama, a zegarek pokazuje dziewiątą. Mi jednak nadal chce się spać. Jestem wykończona. Obiecuję sobie, że dziś zadzwonię do Brayana i poproszę go o rozmowę.
o już czas, by wszystko wyjaśnić i zostawić za sobą przeszłość. Przyszłość maluje się w ciekawych barwach. Nowa praca, nowe doświadczenia, nowi ludzie i nowy szef, którego naprawdę lubię. Uśmiecham się na myśl o Ronaldzie Binentim i jego szczerym uśmiechu, a następnie ponownie zasypiam.
Śni mi się ten uśmiech, a ja przyłapuję się na tym, że chyba chciałabym się nie budzić. To uczucie przychodzi nagle i nie do końca je rozumiem. Lubie Rona, szanuję go i podziwiam. Jest niezwykły i genialny w tym co robi. Dobrze, że mam okazję uczyć się tego od niego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz