Premiera już w lipcu!

czwartek, 21 lipca 2016

Rozdział 137



Mam dziś wolne, ale korzystając z okazji, że jestem niedaleko restauracji, postanowiłam zajrzeć i zobaczyć jak sobie radzą. Chcę dziś wieczorem zadzwonić do Brayana i poprosić go o spotkanie, ale muszę to wszystko dokładnie przemyśleć. Z jednej strony wiem, że powinnam definitywnie zamknąć ten rozdział mojego życia, a z drugiej strony boję się jego reakcji.

-Cześć Meg. Zamieniasz się w pracoholika? - w progu wita mnie jeden z kelnerów.
-Cześć! Sprawdzam was - odpowiadam z uśmiechem - Jest Binenti? - pytam.
-Tak jest u siebie, ale uważaj, bo znów go dziś coś ugryzło. 

Witam się ze wszystkimi i od razu udaję się na górę do gabinetu Ronalda. Pukam niepewnie.
-Proszę! - słyszę wyraźnie jego wkurzony ton, uchylam więc drzwi i zaglądam do środka.
-Cześć. Mogę? - pytam cicho, widząc, że Ronald jest wściekły. Podnosi wzrok i jest zaskoczony moim widokiem.
-Tak, wejdź! - zrywa się zza biurka i podchodzi,by mnie przywitać - Co tu robisz?
-Byłam w okolicy i wpadłam na chwilę... -  uśmiecham się lekko, próbując wyczuć jego nastrój. Od chwili w której mnie zobaczył nieco złagodniał.
-Dobrze, że jesteś, bo nie muszę przekazywać ci złych wiadomości telefonicznie - mówi, gdy siadamy razem na skórzanej kanapie. 
-Nie dostaliśmy tego bankietu? - zgaduję.
-Nie... - Ronald wzdycha i zerka na mnie - Nasza największa konkurencja nas uprzedziła - wyjaśnia.
-No trudno, będą kolejne bankiety - próbuję go pocieszyć, bo widzę, że nadal jest wkurzony.
-Wiesz co najbardziej mnie wkurwiło?
-Niby skąd mam to wiedzieć, Ron? - droczę się z nim.
-Dowiedziałem się, że Evans, znaczy Erick,  jest jednym z organizatorów.
-No i? - dopytuję, bo nadal nie rozumiem.
-To była z góry przegrana sprawa. To logiczne, że specjalnie to zrobił, by mi dowalić - wyjaśnia ze złością w głosie. 
-Nie przesadzaj, Ronaldzie. Te wasze sprawy, to przeszłość, więc nie sądzę, że Erick zrobił to specjalnie - jestem zaskoczona tokiem myślenia Rona. 
-Też tak myślałem, ale wiem, że to jego sprawka. Rozmawiałem z innym z organizatorów i powiedział mi, że dziś rano  Erick przyjechał do nich i zagroził, że jeśli wybiorą nas to on się wycofa, a że jest głównym sponsorem, to nie mieli wyjścia.
-Co?! - piszczę, kompletnie zaskoczona.
-No właśnie... Wredna z niego bestia. Jestem strasznie wkurwiony!
-Teraz to i ja jestem wściekła! Już ja mu powiem, co o nim...
-Daj spokój, teraz już nic nie wskórasz a on będzie miał satysfakcje, że udało mu się mnie zdołować - dłoń Ronalda nagle ląduje na mojej.

-Zdołowało cię to?
-Jak cholera... - westchnął wymownie - Erick zawsze był lepszy, bogatszy, bardziej przystojny. Już raz odebrał mi wszystko, a teraz, gdy znowu pojawił się w moim życiu, mam wrażenie, że ponownie robi to samo... - spojrzenie Ronalda przeszywa mnie na wskroś.
-On wcale nie jest od ciebie lepszy - odpowiadam cicho.
-Ale przystojniejszy i bogatszy, tak? - pyta z ironią.
-Oj weź przestań! Kasa to nie wszystko, a uroda przemija! Ważne jest to co masz tu... - bez zastanowienia kładę dłoń po stronie jego serca.
-Tu mam pustkę... odkąd kobieta, którą kochałem, zdradziła mnie z najlepszym kumplem i została dziwką... - Ron odpowiada poważnie, a ja czuję nagle ukłucie w sercu, bo widzę ten smutek w jego oczach.
-Ron musisz przestać o tym myśleć, odciąć się od tego i zacząć żyć na nowo - to żałosne, bo pocieszam go, a sama niezbyt dobrze radzę sobie ze swoimi problemami.
-A ty zapomniałaś o tym wszystkim co cię spotkało? - nasze smutne spojrzenia spotykają się.
-Nie, ale staram się żyć normalnie, bo mam dla kogo. Mam Adama...
-Ja nie mam praktycznie nikogo. Moja matka zmarła, gdy byłem dzieckiem. Wychowywał mnie ojciec, który był tyranem, ale gdyby nie on nie byłbym tym kim teraz jestem. Nie mam rodzeństwa, nie mam dzieci i nigdy nie będę ich miał...  - nie wiem co mam mu powiedzieć. Przysuwam się więc i obejmuję go mocno.
-Nie musisz nikomu udowadniać, że jesteś od kogoś lepszy, bogatszy czy przystojniejszy. Pójdziemy razem na ten bankiet i utrzemy Erickowi nosa, bawiąc się całą noc razem. Co ty na to? - proponuję.
-Chcesz zrobić mu na złość w ten sposób? Wywołać w nim zazdrość?
-Chcę mu pokazać, że nie jest panem tego świata.
-To dziecinne, nie chce się w to bawić, Meg - Ron zerka na mnie i nagle muska palcem mój policzek - A ty jesteś za słodka i za dobra, by się tak zachowywać.
-Ktoś musi mu pokazać, że nie może wykorzystywać swojej pozycji w taki sposób! To nie w porządku wobec innych. To nie jest czysta gra!
-On jest zły, że dla mnie pracujesz. Zarzucił mi, że zatrudniłem cię specjalnie... by się na nim odgryźć - mówi dalej.
-Odgryźć? Niby jak? Tym, że pracuję dla ciebie?
-Po tym artykule, gdy pojechałem cię odwieźć... rozmawialiśmy, gdy wyszłaś z gabinetu.
-Powiedziałeś wtedy, że wszystko w porządku, pytałam cię przecież... - wtrącam.
-Daj mi skończyć - Ron karci mnie wzrokiem - No więc, gdy rozmawialiśmy Erick powiedział, zarzucił mi, że zatrudniłem cię po to, by zaciągnąć cie do łóżka...
-Że co?! Czy on oszalał?!
-Mówił całkiem poważnie. Erick myśli, że zrobiłbym to, by się nam nim odgryźć za...wiadomo za co.
-On jest nienormalny! - wstaję wściekła i mam ochotę jechać do niego i zrobić mu awanturę. Co on sobie myśli? Dlaczego mierzy wszystkich swoją miarą. 
-Mam być z tobą szczery? - Ron również wstaje, a ja kiwam twierdząco głową - W takim razie przyznam się, że gdy dowiedziałem się od Marka kim jesteś, to miałem pewien plan...
-Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - patrzę na niego totalnie zaszokowana.
-Ale gdy cię poznałem od razu stwierdziłem, że nie mogę tego zrobić. Przepraszam, że w ogóle coś takiego przyszło mi do głowy - wyjaśnia, ale jestem tak rozjuszona i wkurwiona, że nie docierają do mnie jego słowa - Naprawdę cię przepraszam, Meg - podchodzi i chce dotknąć mojej dłoni. 
-Jezu, nie dotykaj mnie! - warczę na niego - Wszyscy jesteście tacy sami! - dodaję i czuję, że zaraz się rozpłaczę. Kompletnie się tego nie spodziewałam, myślałam że on jest inny. Ufałam mu. Cholera! Puszczam się biegiem do drzwi i wybiegam z restauracji, nie żegnając się z nikim. Dobiegam do ulicy i łapię taksówkę. Od razu słyszę dźwięk mojej komórki, ale widząc, że to Binenti odrzucam połączenie i kolejnych piętnaście, aż w końcu wyłączam telefon. Jestem wściekła również na Ericka i w emocjach postanawiam pojechać do niego i zrobić mu awanturę za to, że zachował się dziecinnie, zabierając nam możliwość obsługi tego  pieprzonego bankietu. Wpadam jak burza do jego biura, nie zważając na to, że recepcjonista prosi bym zaczekała. Erick akurat rozmawia z kimś przez telefon.
-Co ty sobie myślisz, ty zadufany w sobie megalomański samolubny dupku!? - krzyczę, nie zwracając uwagi na to, że jego pracownicy mnie słyszą. Och! Jaka ja jestem wkurwiona. Erick zamiera i patrzy na mnie jak na wariatkę.
-Oddzwonię mamo - kończy rozmowę i zwraca się do mnie - Ciebie też miło widzieć, Meg - dodaje, wstając zza biurka.
-Daruj sobie!
-Możesz mi wyjaśnić dlaczego wpadasz tu jak do siebie, wrzeszczysz na mnie i zachowujesz się jak niezrównoważona psychicznie? - jego spojrzenie przeszywa mnie na wskroś.
-Dobrze wiesz! Jak mogłeś zaszantażować organizatorów, że jeśli nas wybiorą, to się wycofasz?!
-A więc o to chodzi, Binenti już ci się naskarżył? - Erick śmieje się ironicznie, czym jeszcze bardziej mnie wkurza.
-Nie musiał! Po prostu powiedział, że nie dostaliśmy tego zlecenia! - syczę na niego. Jezu, chyba zaraz go rozniosę gołymi rękami. Erick podchodzi do drzwi, by je zamknąć.
-I co, sama się domyśliłaś, że to niby moja sprawka?
-Nieważne jak się dowiedziałam! Jesteś ostatnim dupkiem i niewdzięcznikiem! Chcesz mi dowalić, bo u niego pracuję?! Myślisz, że mnie zniechęcisz w tej sposób?
-Tu nie chodzi o ciebie... - Erick mówi ostro i przeczesuje palcami włosy.
-A o kogo, jak nie o mnie?! Weź nie ściemniaj! Ron ma rację mówiąc, że jesteś zdolny do wszystkiego! On nic ci nie zrobił, dlaczego taki dla niego jesteś?!
-Niewiele wiesz...
-A właśnie, że wiem! Wszystko wiem... - wykrzykuję mu- To ty wygadałeś się jego ukochanej, że pracował dla agencji Moniki. To ty się z nią pieprzyłeś przez pół roku i to ty zrobiłeś z niej dziwkę! - wywalam mu prosto w twarz, a Erick staje jak wryty, bo tego się na pewno nie spodziewał.
-Wyjdź stąd! - warczy na mnie nagle i wskazuje na drzwi. Że co? Wyprasza mnie? Ma czelność mnie wyprosić?
-Z przyjemnością. Moja noga więcej tu nie postanie! Tu ani nigdzie, gdzie ty będziesz w tym samym czasie! Nienawidzę cię, rozumiesz!? Nie-na-wi-dzę! -  krzyczę i odwracam się w kierunku drzwi. Erick podchodzi do mnie jednak i jedną ręką zatrzaskuje mi je przed nosem. W emocjach już prawie wymierzam mu policzek, ale łapie mnie mocno za nadgarstek i przypiera mnie do ściany, aż piszczę przestraszona.
-Posłuchaj mnie...skarbie. Nie chcesz mieć we mnie wroga, uwierz mi! Więc lepiej nie gadaj takich rzeczy, bo możesz któregoś razu mocno tego pożałować! - jego wzrok jest zimny i tak obcy i gniewny, że przechodzi mnie dreszcz. Czy on właśnie mi grozi? Tak się zachowuje facet, który niby mnie kocha?
-Puść mnie, proszę - kwilę, próbując pohamować łzy. 
-Za dużo sobie ostatnio pozwalasz. Jeśli chcesz... pracuj sobie dla niego, niech zostanie twoim kolejnym wielbicielem, ale nie przybiegaj do mnie z płaczem, gdy coś się stanie! Mam dość tego wszystkiego, rozumiesz?! Zostaw mnie w spokoju, bo inaczej się w końcu pozabijamy! - Erick wrzeszczy i uderza pięścią w ścianę tuż przy mojej głowie. Zamykam jedynie oczy i mam wrażenie, że kolejny cios  zostanie wymierzony we mnie.
-Co tu się do cholery dzieje?! - gabinetu nagle wpada Brayan. Nie mam pojęcia co tu robi? Patrzy na nas kompletnie zaskoczony. Widząc mnie przypartą do ściany i ze łzami w oczach, oraz Ericka, całego nabuzowanego z wściekłości i z pięścią przy mojej głowie, bardzo szybko ocenia sytuację -  Zostaw ją, Evans! - podbiega i chwyta go za ramię, odpychając ode mnie. Erick zachwiał się po gwałtownym ruchu Brayana. O Nie! Nie mogę na to patrzeć.
-Nie wtrącaj się Brayan, to sprawa między nami! - Erick wciąga głęboko powietrze, by się opanować.
-Nie macie wspólnych spraw! Nic was nie łączy, prócz Adama!
-Oczywiście.... Przepraszam Meg, nie chciałem cię przestraszyć - mówi Erick i patrzy na mnie. Jestem zaskoczona, że nie wszczął awantury. 
-Nie kłóćcie się do jasnej cholery, chyba wystarczająco mamy problemów i bez tego - Brayan obejmuje mnie nagle i przyciąga do siebie. To takie dziwne mieć w nim wsparcie w takich chwilach. Nie spodziewałam się tego. Wbijam wzrok w podłogę, bo cała drżę i nie mogę patrzeć na Ericka. Nie wiem czy przeprosił szczerze, czy to tylko pozory przy Brayanie? Mało mnie to jednak interesuje, bo naprawdę mam go dość i muszę to wszystko zakończyć. Nie będę tu przyjeżdżała, nie będę się z nim widywała częściej niż będzie to będzie konieczne. Opiekę nad Adamem jakoś podzielimy, a można zrobić tak, że w ogóle nie będziemy musieli się widzieć. Tak chyba byłoby najlepiej. Wychodzimy z Brayanem z biura i udajemy się od razu na parking. O  nic nie pytam, bo przecież czeka nas dziś długa rozmowa na którą niestety jeszcze nie jestem przygotowana, bo nie spodziewałam się, że Brayan jest akurat w Nowym Jorku.
-Co się stało? - zapytał, gdy wsiadamy do jego auta.
-Porozmawiamy w domu? Okej? - spoglądam na niego i chce mi się płakać. Od czego mam zacząć tę rozmowę? Od Ericka? Ronalda? A może od nas i od tego, że straciłam nasze dziecko? Że mam żal, że mnie uderzył, a jednocześnie obwiniam się o to, że tak postąpił? Jedziemy do mojego domu na Long Island. Adam został z Florą w Evans Tower i mam nadzieję zabrać go wieczorem do siebie, ale najpierw czeka mnie rozmowa z Brayanem. Jestem wściekła na Ronalda, zaszokowana zachowaniem Ericka i najpierw potrzebuję wziąć długi prysznic zanim zbiorę myśli na chwilę szczerości z Brayanem. 

Owijam się szlafrokiem i wychodzę z łazienki, by włączyć swój telefon. Mam dwie wiadomości na poczcie głosowej od Ronalda i kilka esemesów z przeprosinami oraz jeden z zapytaniem czy przyjdę jutro do pracy. Odpisuję, bo to, że chcę dla niego pracować jest już postanowione. 

„Oczywiście że przyjadę do pracy, na którą mam być?”

Po chwili przychodzi odpowiedź.

„Myślałem, że zrezygnowałaś. Bądź na 12 i... jeszcze raz przepraszam

Zastanawiam się chwile czy odpisać, bo naprawdę mnie wkurzył tym co mi powiedział, ale ja naprawdę go lubię. Jest dobrym facetem i miał odwagę się przyznać do czegoś takiego. Zmienił zdanie i jego niecny plan legł w gruzach, gdy mnie poznał. Odnoszę wrażenie, że naprawdę jest uczciwy i szczery.

„Załatw mi miejsce parkingowe niedaleko restauracji i będziemy kwita :)”

Uśmiecham się sama do siebie, pisząc tę wiadomość. Lubię go, naprawdę go lubię i ciesze się, że jest moim szefem. Doskonale zna się na swojej pracy, jest perfekcjonistą i wiele się od niego nauczę.

Nieco mi ulżyło i schodząc na dół mam troszkę lepszy nastrój. Brayan czeka w kuchni i widzę, że sam się rozgościł. Z tego wszystkiego zapomniałam zaproponować mu herbatę, ale sam się obsłużył.
-Naprawdę ładnie się tu urządziłaś - stwierdza z uśmiechem, gdy dostrzega mnie w progu.
-Dziękuję.
-Ciężki dzień? - zapytał i pokazał bym dołączyła do niego przy stole. Zgarniam z blatu swój kubek z herbatą, którą dla mnie zrobił i siadam obok Brayana.
-Ostatnio ogólnie jest ciężko... - wyznaję i spoglądam na niego - Musimy porozmawiać...
-Wiem...
-Tak na poważnie - dodaję, a Brayan uśmiecha się lekko. Przypominam sobie, że jeszcze jakiś czas temu kochałam ten uśmiech, a teraz czuję w sercu totalną pustkę. To słabe uczucie.
-Dużo tego i nie wiem od czego zacząć...
-Ja też...
-To może ja pierwszy? - proponuje, a ja zgadzam się, by mieć jeszcze chwilę, by zebrać myśli i dobrze rozegrać tę rozmowę. Nie chcę go ranić. Nie chcę awantury. Chce uwolnić się od przeszłości, by w końcu zacząć budować swoją przyszłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz