Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Epilog

Pół roku później...

Nowy Jork

Sprawdzam po raz piąty czy na pewno dobrze nastawiłem piekarnik. Od śmierci Meg nie potrafię się skupić na najprostszych sprawach. Myślę o niej... Ciągle. Nie mogę przestać się obwiniać o jej śmierć. Dlaczego nie pojechałem do niej po tym, jak tamtego poranka wyszła ode mnie z mieszkania? Próbuję tłumaczyć się sam przed sobą, że nie mogłem zmusić jej do tego, by chciała ze mną być... Mogłem przecież poprosić, dać jej czas... Teraz już nic nie zrobię. Codziennie chodzę na jej grób. Codziennie staram się zrozumieć dlaczego spotkał ją taki los. W dodatku nie wiem kto skatował ją tak, że zapadła w śpiączkę. Nie wiem dlaczego po tym jak zostałem wyproszony z jej szpitalnej sali, nagle przestała oddychać. Nie wierzę, że się poddała. Nie znałem jej długo, ale na tyle dobrze, że widziałem w niej siłę walki. Ona chciała być szczęśliwa i walczyła o to. Dla swojego syna, swojej rodziny i Ericka, którego tak kochała. Próbuję poskładać w głowie elementy tej układanki, ale dziwne myśli napawają mnie coraz większym niepokojem. Znowu muszę jechać na cmentarz... Wyłączam piekarnik i tak właśnie robię.

"Megan Donell. Kochająca matka, córka i przyjaciółka. Zawsze będziemy za Tobą tęsknić."

Czytam po raz setny napis wyryty w nagrobku. Mimo że od jej śmierci minęło już pół roku, kwiatów nadal  jest mnóstwo. Ja codziennie przynoszę jeden bukiet, ale jak widać nie jestem w tym osamotniony. Największe to te od Evansa. Zawsze białe róże. Każda idealna, tak jak on i jego miłość do Meg. Nie rozmawiałem z nim od tamtego dnia. Nie potrafię. Nie chcę, by wiedział, że coś do niej czułem. Może to było tylko złudzenie, ale ona dawała mi szczęście. Sprawiała, że miałem ochotę być lepszy i uwierzyłem w to, że każde złamane serce da się wyleczyć. Tamtego ranka, zanim Meg mnie odtrąciła, łudziłem się, że wzajemnie możemy sobie pomóc. Może to naiwne, ale chciałem ją w sobie rozkochać. By zapomniała o Ericku i o tym co ją spotkało. Uwielbiałem ją. Jej uśmiech. Jej oczy. Usta, które czasami tak mocno zagryzała, aż do krwi. Robiła to z emocji z którymi nie potrafiła sobie poradzić. Była zagadką, a jednocześnie otwartą księgą. Wystarczyło poświęcić jej nieco uwagi, a wszystko można było z niej wyczytać. Los splótł nasze drogi na zbyt krótką chwilę. Nie miałem szansy, jej uratować mimo że nawet nie wiem czy mogłem.

Spoglądam na komórkę, która właśnie wibruje na moim biurku. Nie znam numeru, więc ignoruję połączenie. Ten ktoś jednak jest wytrwały, bo dzwoni znowu i kolejny raz. Denerwuje mnie dźwięk wibracji i w końcu odbieram.
-Ronald Binenti!
-Witaj Ronaldzie. Z tej strony Erick...
-Czego chcesz? - przerywam mu.
-Miło z twojej strony, że w ogóle odebrałeś - jego ton mnie wkurwia. Czego on ode mnie chce?
-Przejdź do rzeczy, Evans - nie silę się na uprzejmości.
-Wszystko u ciebie w porządku? Ostatnio mało udzielasz się towarzysko... - unoszę brew. Co go to, kurwa, obchodzi?
-W co ty grasz Evans?! - warczę. Znam jego zagrywki. Doskonale znam, bo sam w tym siedziałem. To czym zajmowała się Monika, to tylko czubek góry lodowej. Erick dąży do celu po trupach i nie liczy się z nikim. Zazdroszczę mu jednak, że Meg tak go kochała. Nagle nachodzi mnie jednak myśl, że może to wszystko było z jego strony udawane. Ale po co?
-W nic nie gram, o co ci chodzi? - pyta nerwowo, a ja unoszę brew.
-Za dobrze cię znam, Evans - podpuszczam go. Coś podpowiada mi, że tak właśnie powinienem zrobić - Zżerają cię wyrzuty sumienia? - pytam i chyba trafiam w sedno.
-Skąd wiesz? - jego głos jest zimny.
-Nie jesteś nieomylny - gram dalej, chociaż nie do końca wiem w co. Najgorsze jest to, że zaczynam się domyślać. Przypominam sobie, że w momencie, gdy odchodziłem z tej organizacji, planowali oni nowy rodzaj usług dla bogaczy. Dla ludzi takich jak Erick.
-Każdy czasami może się pogubić...
-Oczywiście, ale zależy ile osób skrzywdziłeś przez to "pogubienie".
-Spotkajmy się...
-Nie - mówię dosadnie - Najpierw mi powiedz czy wszedłeś w to, co wtedy planowali? Doskonale wiesz o czym mówię, prawda? - Erick milczy, a to dla mnie wystarczająca odpowiedź. Zamykam oczy na myśl, że to Meg mogła stać się jego ofiarą. Boże... To niemożliwe - Erick... - dukam.
-Nie potrafiłem przestać... To jest jak wir, który wciąga cię coraz bardziej...
-Zabiłeś ją... - wyduszam z siebie i wszystko staje się dla mnie jasne. Efekt Ericka, to projekt w którym najbogatsi tego świata mogą zabawiać się w bogów. Wybierają ofiarę, sterują jej życiem, manipulują i płacą za to wszystko ogromne pieniądze. Kupują prawo do decydowania o jednym ludzkim życiu. Dlaczego Efekt Ericka? Bo pomysłodawcą jest właśnie Erick. Tak właśnie zakończył się mój związek z kobietą, którą Erick uwiódł, a którą tak bardzo kochałem. To były pierwsze testy o tym, jak manipulować ludźmi. Nie mogę w to uwierzyć, ale to prawda.
-To zaszło za daleko... Musiałem... - głos mu drży. Doskonale wiem, że zżerają go wyrzuty sumienia, bo jest w nim jeszcze trochę dobra. Z tych dawnych czasów, za życia jego brata. Erick cały czas obwinia się o jego śmierć. Ma obsesje na temat kontroli i chciał stać się bogiem, by móc decydować o ludzkim życiu. Tak jak ktoś zadecydował o tym, że w tamtym wypadku zginął Vincent, a nie Erick.
-Co ona ci takiego zrobiła? Dlaczego ona? Przecież...
-Po prostu ją zobaczyłem. Spodobała mi się i padło na nią.
-Nie musiałeś jej zabijać... - nie wiem czemu dalej z nim rozmawiam. Powinienem rozłączyć się i czym prędzej zgłosić to na policję.
-Nie zabiłem, ona żyje... - zamieram. Nic z tego nie rozumiem - Musiałem upozorować jej śmierć, by dali jej spokój. To wszystko wymknęło się spod kontroli, Ron... Ja straciłem kontrolę nad tym wszystkim...
-Jesteś nienormalny! - krzyczę - Gdzie ona jest?! - pytam i słyszę nagle pukanie do drzwi. Spoglądam w tamtą stronę. To wszystko jakiś pierdolony koszmar. Erick rozłącza się, a ja pędzę otworzyć. Serce mi wali, bo jedyne o czym myślę to to, że ujrzę Meg całą i żywą. Rzucam telefon na podłogę i odblokowuję zamki. Drżącymi rękami chwytam klamkę i otwieram.
-Meg... - szepczę. Minę mam zapewne taką jakbym widział ducha, ale to nie duch. To Meg. Ona żyje. Podnosi  wzrok i poznaje mnie, a wtedy robię krok i chwytam ją w ramiona.
-Tak się bałam... - obejmuje mnie, drży, a ja nie mam pojęcia co ona tu w ogóle robi, ale to nie jest ważne. Teraz w końcu mogę zrobić to, czego pragnąłem i co tak bardzo  chciałem. Mogę ją chronić i sprawić, że może jeszcze kiedyś będzie szczęśliwa.



Kilka słów ode mnie:

Dziękuję Wam wszystkim za przeczytanie tej historii. Miała ona wyglądać inaczej, ale z pewnych względów pokierowałam tym wszystkim w jeszcze inną stronę. Od razu odpowiem na Wasze pytanie: nie wiem czy będzie kontynuacja. Możliwe, ale nie dziś, nie jutro, nie za tydzień... Muszę odpocząć od tej historii i dokończyć wiele innych. Przemyśleć co i jak, przeanalizować tekst, który mam, a którego nie umieściłam w rozdziałach. Pierwszy rozdział EE wrzuciłam na blog w marcu 2015 roku, to kawał czasu... Dużo się działo, zmieniało, wkurzało Was, zachwycało, odpychało, przyciągało... Takie emocje właśnie chcę wywoływać. Część z Was czuje się rozczarowana, wiem o tym, ale uwierzcie mi, że to lepsze niż obojętność. Czujecie złość, że to wszystko nie tak jak byście chciały, ale przecież żaden autor nie pisze pod dyktando swoich czytelników. Mam wiele pomysłów, oj bardzo wiele i mam nadzieję, że będziecie chciały poznawać je dalej. Czy to w postaci opowiadań na blogu, Wattpadzie, czy w formie drukowanej pachnącej książki. Kończę swój wywód, a teraz ochłońcie nieco i weźcie do ręki swoją ulubioną powieść, bo czytając książki odrywamy się od rzeczywistości... I o to w tym chodzi :)

Rozdział 143

Odzyskuję przytomność. Czuję smak krwi w ustach, ale nie mogę się ruszyć, ani otworzyć oczu. Rurka w gardle pomaga mi oddychać. Jestem świadoma, ale nic nie mogę zrobić. Słyszę, ale nie wiem gdzie jestem. Nic mnie nie boli, ale przypominam sobie o tym co się stało. Próbuję się uspokoić, ale słyszę jak aparatura do której jestem podłączona zaczyna głośno pikać. Ktoś przybiega do mnie, czuję jak mnie dotyka, a po chwili drętwieje mi cała ręka, a zimno rozchodzi się po całym ciele. Znowu zasypiam.

Proces powtarza się, ale ja walczę. Chcę się obudzić, otworzyć oczy i żyć. Nie wiem skąd, ale czuję, że może już nigdy nie dam rady tego zrobić. Wewnętrzny niepokój podpowiada mi najgorsze scenariusze. Pikanie maszyny znowu przywołuje do mnie pielęgniarkę. Tak myślę, bo najpewniej jestem w jakimś szpitalu. To chyba kobieta, bo tylko kobiety mają takie delikatne dłonie. Wstrzykuje coś do kroplówki do której jestem podłączona i znowu zasypiam.

Słyszę znajomy głos. Ktoś wchodzi do pomieszczenia, a ja od razu wiem, że to Erick. Znam ten zapach doskonale. Razem z nim jest jeszcze ktoś, ale w pierwszej chwili nie wiem kto.
-Chyba przesadziliśmy... - mówi.
-Mówiłem ci, że to wciągająca zabawa - głos faceta przyprawia mi ciarki na plecach. Znam ten głos. To Filip. Nie wiem co się dzieje. Nic nie rozumiem.
-Nie sądziłem... - Ericowi głos się łamie - Jestem aż takim skurwielem? - pyta Filipa, ale ten milczy - Zabawiłem się w Boga. Za kasę naprawdę można kupić wszystko, nawet kontrolę nad czyimś życiem... - dodaje i gdybym nie mogła się ruszać, i tak bym zamarła. O czym on mówi?
-Mówiłem ci, że to ryzykowne. Wciągnąłeś w to za dużo osób, Ericku.
-Efekt Ericka... - odpowiada Erick, a Filip śmieje się gorzko.
-Jeśli z tego wyjdzie, to daj jej spokój. Chyba, że chcesz ją wykończyć - dodaje, ale nie słyszę dalszej rozmowy, bo aparatura znowu zaczyna głośno pikać. Przybiega pielęgniarka, wyprasza ich, a ja chcę krzyczeć i wstać. Co on mi zrobił?! Boże! Co on mi zrobił?!

Świadomość, że ostatnie lata mojego życia były zabawą w Boga zorganizowaną przez kilka osób, sprawia, że już nie mam siły walczyć. Wszystko... wszystko było kłamstwem, manipulacją... Dlaczego ja? Dlaczego? Co ja im zrobiłam? Dlaczego?

Erick znowu do mnie przychodzi. Robi to codziennie, choć nie wiem po co? Stwarza pozory? Udaje, że się martwi?
-Uwierzyłabyś mi, gdybym wyjawił ci prawdę i powiedział, że żałuję tego co zrobiłem? - pyta, ale ja nie mogę opowiedzieć - Prawda nigdy nie wyjdzie na jaw, Meg... Nawet jeśli się obudzisz, to ta gra będzie toczyła się dalej. Wróć do nas, a dam ci spokój, przysięgam - czuję nagle jak łapie mnie za dłoń. Nie mogę tego znieść. Nie potrafię pojąć tego co mi zrobił. Nagle moje oczy, mimo że zamknięte, wypełniają się łzami, a te spływają po moich policzkach. Nie budzę się jednak. Tak naprawdę nie chcę się obudzić.

-Daj mi ją zobaczyć! Raz! Jeden jedyny raz! - głos Ronalda dobiega zza drzwi. To kolejny dzień kiedy jestem zawieszona między życiem, a śmiercią. Nie chcę, by tu wchodził. Nie chcę dowiedzieć się, że on też jest zamieszany w to wszystko. Nikt mnie jednak nie słucha, bo nie mam prawa głosu. Nie mogę wyrazić tego co czuję. Nic nie mogę.
-Masz pięć minut! - odpowiada mu Erick, a po sekundzie słyszę, jak Ron wchodzi do środka.
-Boże... aniołku - podchodzi i ujmuje moją dłoń - Nie wiedziałem, że tu jesteś... Myślałem, że się nie odzywasz przez tamtą noc, a ty... Boże... - głos mu drży, a ja czuję na dłoni jego usta. Są mokre od łez, a we mnie znowu wzbierają emocje. Ron milczy kolejne minuty, a ja uświadamiam sobie, że nie wie o tym co zrobił Erick - Obudź się, a przyrzekam, że już nikt cię nie skrzywdzi. Nie musisz mnie kochać, ale pozwól mi...
-Koniec czasu! - przerywa nam Erick. Wpada do środka i wyprasza Rona. Ten nie chce wyjść, ja też nie chcę, by wychodził. Krzyczę w myślach, by mi pomógł, ale nie mamy szans. Ja nigdy nie miałam szans na szczęście, bo byłam tylko pionkiem w rękach Ericka Evansa. Po chwili to wszystko się kończy.
-Pójdę za to do piekła. Żegnaj maleńka - to głos Ericka. Słyszę, że podchodzi i nagle wyłącza aparaturę. Wiem to, bo nie mogę oddychać. O Boże, to koniec... Duszę się, ale ostatkiem sił walczę. Nie chcę umierać, ale nie mam na to wpływu. Myślę o Adamie i modlę się o to, by ktoś zorientował się kim jest jego ojciec i wymierzył sprawiedliwość. Błagam, by mój synek nie wyrósł na takiego skurwiela jakim jest jego ojciec. Człowiek, którego kochałam. Manipulant. Oszust. Morderca.

Koniec.






Rozdział 142

Budzę się rano i nie jestem pewna co tak naprawdę wydarzyło się tej nocy. Niepewnie otwieram oczy i już wiem, że to nie był sen. Cholera! Nadal leżę w ramionach nagiego Ronalda, ja również nie mam nic na sobie. Nie mam też nic na swoje usprawiedliwienie, a dopadająca mnie rzeczywistość jest naprawdę bolesna. Wstaję i czmycham co łazienki. W lustrze widzę kobietę która znowu komplikuje sobie życie. Mam zaczerwienione i nabrzmiałe d jego pocałunków piersi i usta. Co ja mam teraz zrobić? Jest mi dziwnie wstyd, a jednocześnie przypominam sobie, jak dobrze było mi z Ronaldem. Kilka chwil zapomnienia i wyrzuty sumienia do końca życia. Jezu! Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nie chcę kolejnego skandalu... Nie chcę, by Erick... Na myśl o nim żołądek zaciska mi się jeszcze bardziej. Wchodzę pod prysznic i odkręcam gorącą wodę, by zmyć z siebie zapach Rona. To zapach seksu, zapach który uwielbiam, ale nie w tym momencie. Biorę szampon i myję włosy, a pachnąca piana spływa po całym moim ciele. Jestem na siebie bardzo zła, bo to przecież ja pierwsza go pocałowałam. Nie mogę mieć pretensji do Rona. On jest tylko facetem i to ja go sprowokowałam. Można gdybać, że mógł tego nie wykorzystywać, ale szczerze mówiąc, nie dam powiedzieć na Ronalda złego słowa, bo wiem, że nigdy by mnie nie skrzywdził. 
-Tu jesteś! Myślałem, że uciekłaś - słyszę nagle głos Ronalda. Odwracam się i widzę, jak stoi w drzwiach łazienki, nago. Patrzy na mnie, na każdą krągłość mojego ciała, a ja zawstydzam się. 
-Przestraszyłeś mnie - odpowiadam cicho. Jestem kompletnie zawstydzona tym, że widzi mnie nagą. To niedorzeczne, bo kilka godzin temu kochałam się z nim, więc czemu się teraz wstydzę? Rękoma zasłaniam piersi i próbuję schować się za i tak przeszkloną kabiną prysznica. 
-Wszystko w porządku? Dlaczego się tu schowałaś? - pyta i podchodzi do drzwi prysznica, a ja odsuwam się. Nie chcę by do mnie dołączył.
-Nie schowałam, chciałam się odświeżyć - kłamię, uciekam wzrokiem i jeśli on zaraz nie wyjdzie, to chyba się rozpłaczę. 
-Mogę do ciebie dołączyć? - pyta wprost.Cholera!  Wiedziałam, że taki ma zamiar. Nie! Nie mogę! 
-Nie wiem... - Ron nie musi długo mi się przyglądać, by wiedzieć, że coś jest nie tak. Nie chcę go zranić, bo na to nie zasłużył. 
-Żałujesz tego co się stało? - bez pytania wchodzi pod prysznic i zamyka za sobą szklane drzwiczki. Dopiero teraz dostrzegam jaki mały jest ten prysznic. Przynajmniej wydaje mi się tak w tej chwili, gdy Ron obok mnie, całkiem nagi.
-Nie wiem... - dukam, jak z zaciętej płyty. 
-Nie chcę, by to popsuło coś między nami, Meg... - jego słowa są szczere, wiem to, ale nie chcę tego słuchać. Nie teraz. W dodatku od podchodzi i kładzie dłonie na moich ramionach. 
-Ronaldzie ja...
-Nic nie mów i o nic się nie martw. Nikt się nie dowie, zostanie to tylko między nami - przerywa mi, jakby wiedział, że dokładnie to chcę usłyszeć. Mam ochotę skopać sobie tyłek, że znowu jestem taką samolubną idiotką. Myślałam, że nauczyłam się to kontrolować i, że pożądanie i namiętność nigdy już nie namieszają mi w życiu. Przeliczyłam się...
-To był jeden, jeden jedyny raz. To nie może się więcej powtórzyć, Ron... - w końcu spoglądam mu w oczy.
-Wiem o tym Meg, ale  bardzo żałuję, bo było mi z tobą naprawdę dobrze... 
-Żałujesz czego?
-Że to się nie powtórzy, bo ja bardzo bym chciał - wyjaśnia i podchodzi bliżej. Jego wzrok pożera moje ciało. 
-Ron ja...
-Nie mów tylko, że nie było ci przyjemnie, Megan. Czułem to, czułem, jak twoje ciało na mnie zareagowało... - stwierdza pewnie.
-Cholera Ron, ale ja nie mogę, nie możemy... - kręcę głową, próbując przekonać samą siebie, że nie mogę tego robić. 
-To tylko seks, nic więcej. Przyjemność za przyjemność... - mruczy, a ja czuję jego oddech na swoim uchu. Jest tak blisko. Taki gorący i piękny, ale ja nie mogę. Nie powinnam. 
-Nie... Przepraszam... - spuszczam wzrok i odsuwam się najdalej jak mogę. Chcę przejść, ale Ron zagradza mi drogę.  
-Nie wypuszczę cię stąd dopóki nie porozmawiamy - mówi stanowczo. 
-Nie jestem w stanie rozmawiać...tutaj - prawie piszczę, bo to naprawdę niekomfortowe - Jesteś nagi, oboje jesteśmy nadzy... - dodaję i znowu próbuję zakryć się rękoma. 
-Muszę przyznać, że to przyjemny widok i szkoda byłoby zmarnować taką okazję... - Ron uśmiecha się nagle. Uwodzi mnie i chwyta w dłoń swojego penisa, który i tak jest już lekko powiększony, ale w jego dłoni maksymalnie twardnieje. Co on wyprawia?
-Ronaldzie my nie możemy! Ja mam... - dukam - Mam synka i muszę być odpowiedzialna i... zamykam oczy, by na niego nie patrzeć. Choć naprawdę trudno się oprzeć.
-Wczoraj też go miałaś... - wypomina, ton ma dość zimny. 
-Wiem, dlatego uważam, że to nie może się powtórzyć...
-A co to ma do rzeczy, Meg? Pragniesz mnie, wiem to, widzę.
-To był błąd, chwila zapomnienia, za dużo wina, szampana... - potrząsam głową, jakbym chciała wymazać z pamięci te wspomnienia. 
-Wiem, że oczekujesz szczerości, więc będę z tobą szczery, Meg. Pragnę cię od dawna, jednak nic nie mogłem zrobić i starałem się nad tym panować, ale ty wczoraj sama pokazałaś, że także tego pragniesz. Mogę pokazać ci rzeczy, które na pewno ci się spodobają, bo twoje ciało jest bardzo wrażliwe, idealne...
-Boże przestań! Nie mogę tego słuchać! - przerywam mu i odpycham. Muszę stąd wyjść. 
-Podnieca mnie ta twoja niewinność... - nagle chwyta mnie w pasie i przyciąga do siebie. 
Moje pośladki odbijają się od jego ud. Jęczę, czując twardego penisa napierającego na moje plecy. Jego dłonie już są na moim ciele, pieszczą mnie czule. Usta całują mój kark i szepczą żebym mu nie odmawiała. 
-Ron...
-Ciii...Daj mi sprawić ci przyjemność... - dłoń Rona wsuwa się między moje uda. Chcę je zacisnąć, ale nie mogę. Po chwili palcami odnajduje łechtaczkę i zaczyna ją masować. Jęczę i odchylam głowę, uderzając w jego klatkę piersiową. 
-Tak aniołku, właśnie tak! - zadowolony z mojej reakcji posuwa się o krok dalej i wkłada we mnie palec - Jesteś niezwykle ciasna aniołku, chyba nigdy nie miałem takiej pięknej kobiety... - mruczy i z podniecenia całuje mnie w usta. Napiera na mnie, a jego dłoń przyśpiesza. Nie chcę tego, ale wiem, że zaraz osiągnę orgazm. 
-Błagam nie, nie rób ze mnie dziwki... - mówię, to co myślę. Niestety tak właśnie się czuję. Jak nic nieznacząca dziwka. Ron zastyga, patrzy na mnie, ale ja odwracam wzrok. Wtedy chwyta moją brodę, bym spojrzała mu w oczy.
-Dlaczego tak o sobie myślisz? - pyta. Widzę zaskoczenie w jego oczach, ale i złość.
-Nie zrozumiesz tego... - odpowiadam. Moje zażenowanie sięga zenitu i wiem, że zaraz się rozpłaczę. Poczucie winy zżera mnie od środka. Chcę uciec i nigdy więcej nie oglądać Ronalda na oczy. Nie chcę i nie mogę komplikować mu życia. 
-Daj mi to zrozumieć, proszę... - znowu zaczyna mnie pieścić, ale ze mną dzieje się coś dziwnego. Te emocje, które kumulowały się we mnie od dawna, wybuchają, a ja wpadam w otchłań wspomnień. Zamykam oczy i nagle mam przed sobą Filipa, Brayana, tych dwóch, którzy mnie zgwałcili. To silniejsze ode mnie. Paraliżuje mnie strach i chcę się wyrwać, ale nie mogę nic zrobić. Ich głosy mieszają się w mojej głowie, ich dłonie bezczeszczą moje ciało. 
-Nie... - szepczę, a świat zaczyna wirować. Strach i ból uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Zamknięta w pułapce wspomnień nie potrafię się z niej wyrwać, aż w końcu wszystko staje się czarne. Głos Ronalda wraca, a ja czuję, że jestem w jego ramionach. Po chwili koszmar znika. Otwieram oczy i widzę nad sobą przerażonego Binentiego.
-Meg... - mówi bez tchu. Znowu mi wstyd, bo teraz muszę się wytłumaczyć - Krzyczałaś, szarpałaś się... ja nie chciałem...
-Prosiłam byś tego nie robił, ja nie mogę... - owinięta w ręcznik chcę wstać, by zwiększyć dystans między nami. Ron w końcu mnie puszcza, a ja uciekam z łazienki. Mam wrażenie, że zaraz zwariuję. Patrzę na łóżko, a zmiędlona pościel znowu przypomina mi o wszystkim. Ubieram się w swoją pogniecioną suknię, nie mogę znaleźć bielizny, ale nie szukam jej. Muszę stąd wyjść i robię to po chwili. Zarzucam na siebie kurtkę Rona, bo jest środek zimy. Oddam mu ją... Kiedyś... Jak już będę miała odwagę spojrzeć mu w oczy za to co zrobiłam. 

Wysiadam z taksówki pod swoim domem na Long Island. Wbiegam do środka po pieniądze, bo nie mam przy sobie gotówki, a mróz aż piecze mnie w palce u stóp. Znowu idę pod prysznic, bo ciągle czuję zapach Rona. Obwiniam się o te kilka chwil przyjemności, które nie powinny się wydarzyć. Źle mi z tym, że było mi dobrze. Że pozwoliłam na to, a teraz zjedzą mnie wyrzuty sumienia. Schodzę na dół, ale czuję chłód, jakbym nie zamknęła drzwi. Idę sprawdzić i faktycznie są otwarte na oścież. Podchodzę, by je zamknąć i słyszę zza pleców męski głos.
-To niebezpiecznie nie zamykać drzwi od środka... - odwracam się i zamieram, widząc Brayana - Dziwko! - dodaje i rusza w moją stronę. Nie jestem w stanie zareagować, bo Brayan jest szybszy. Popycha mnie, a ja uderzam plecami o drzwi - Wiedziałem, że się z nim pierdolisz. Śledziłem cię od wczoraj. Całą noc czekałem pod jego domem, łudziłem się, że może jednak nie zostaniesz u niego, a ty co?! - nagle ściska moją brodę. Jestem tak przerażona, że nie mogę nic powiedzieć - Rżnęłaś się z nim! Od kiedy to trwa, co?! - wrzeszczy na mnie i potrząsa mocno moją głową - Mi odmawiasz, odtrącasz mnie, a dajesz takiemu frajerowi? Kim on jest?! To marna podróba Ericka, jego były przyjaciel... Myślisz, że zrobisz mu tym na złość?! 
-Nie... Boże Brayan, zostaw mnie... - kwilę, bo widzę w nim furię. 
-Nienawidzę cię, rozumiesz?! Zniszczyłaś mi życie, bo dałem się nabrać na twoje niewinne oczka i gierki. Jesteś zwykłą dziwką i zasługujesz, by tak cię traktować - nagle uderza otwartą dłonią w twarz. Mój krzyk wzmaga w nim złość. Zaczyna mnie bić na oślep. Okłada mnie z całej siły, wyzywa,  a gdy osuwam się na ziemię, to zaczyna mnie kopać. Nie ma litości. To chory człowiek.
-Erick cię zniszczy, a ja mu w tym pomogę. Doprowadzę do tego, że odbierze ci wszystko, łącznie z Adamem. Powiem mu, że rżniesz się z Binentim i wtedy w końcu przejrzy na oczy i nie będzie miał już żadnych sentymentów! - ostatkiem sił podpełzam do schodów, ale Brayan idzie za mną. Stawia gwałtownie swój but na moich plecach i dociska mnie do podłogi.
-Mam ochotę skoczyć ci na ten pierdolony łeb i patrzeć jak zdychasz. Zdychaj dziwko! Zdychaj! - kopie mnie znowu, ale ja już niczego nie czuję. Spadam w czarną otchłań, gdzie nie ma nic. Ani bólu. Ani strachu. Niczego. 


Rozdział 141

Tańczę z Erickiem całą piosenkę, ale zmiana rytmu szybko sprowadza mnie na ziemię. Ulubiona piosenka taty kończy się, a drugi kawałek, to już coś nieco szybszego. Dygam lekko i chcę odejść, ale Erick nagle zagaduje.
-Monika się obudziła...
-To dobrze - staram się przyswoić tę informację bez emocji, choć wybrał niezbyt odpowiedni moment, by mi o tym mówić.
-Została objęta specjalnym programem dla świadów - dodaje i już wiem, że robi to specjalnie, by wymusić na mnie rozmowę.  
-Świadków?! - piszczę zaskoczona - Jakich świadków, przecież ona jest oskarżona! - dodaję. 
-Została oczyszczona z zarzutów. Jej prawnik udowodnił, że nie miała pojęcia co knuł Filip, że oszukał ją i zastraszył. 
-Znowu jej się upiekło... - ściska mnie w gardle. Czy jest na tym świecie jakakolwiek sprawiedliwość? Chyba nie. 
-Chciałem byś wiedziała. Monika wraca do Nowego Jorku i chce się z tobą spotkać - jestem zaszokowana, że mi to proponuje. 
-Nie ma mowy! Nie chcę znać tej kobiety Ericku i proszę, byś nie kombinował!  - ostrzegam go -  Dziękuję za taniec - chcę czym prędzej zniknąć mu z oczu.
-Poświęć mi chwilę, mamy kilka spraw do obgadania - Erick wbija we mnie to swoje błagalne spojrzenie.
-Nie mamy żadnych spraw, Ericku.
-A Adam? - krzywię się, bo to najprostszy argument, by mnie szantażował. 
-Z naszym synem wszystko w porządku. Z tego co wiem widziałeś się z nim wczoraj, a teraz jest u moich rodziców.  Jeśli tak się za nim stęskniłeś, możesz zabrać go jutro do siebie na cały dzień - o dziwo niezwykle łatwo przychodzi mi grać zimną i niedostępną sukę. To znowu pozory, bo w środku cała drżę i wiem, że on tylko czeka aż się złamię. Tak jak prawie zrobiłam to przed chwilą. Muszę jednak przyznać, że pierwszy raz w życiu, po tak długiej przerwie, jego obecność bardziej mnie drażni niż działa pobudzająco. Może faktycznie przestaję go kochać? Widzę jego wady, jego zachowanie jest niedopuszczalne i wkurzające. Nie jestem w stanie normalnie z nim rozmawiać, po prostu chyba już nie potrafię. Miłość i nienawiść dzieli przecież taka cienka linia. 
-Za tobą się stęskniłem... - mówi nagle, nie zawracając uwagi na ludzi wkoło. Zespół zaczyna grać kolejną piosenkę i wszyscy już ruszyli na parkiet.
-Och, daj już spokój! - warczę. Nienawidzę tych jego gierek. Jest tu z ciężarną Aną, a właśnie powiedział mi, że tęskni - Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem, groziłeś mi i uderzyłeś pięścią zaraz przy mojej głowie! - wypominam mu. 
-Nie groziłem ci, Meg. Ostrzegałem i przeprosiłem za moje zachowanie, nie pamiętasz? - jego głos jest spokojny, a ze mnie emocje zaczynają się gotować. To do niczego dobrego nie prowadzi. 
-Naprawdę lepiej jest, gdy się ze sobą nie kontaktujemy, nie widujemy - przechodzę do sedna. 
-Pójdziemy w jakieś bardziej ustronne miejsce? - proponuje i podchodzi bliżej, obejmuje mnie - Chyba nie będziemy rozmawiać przy tych wszystkich ludziach? - szepcze mi do ucha. Jego oddech jak zawsze jest gorący i rozpala mi skórę. Jego zapach, obecność... Boże, on miesza mi w głowie i to coraz bardziej. 
-Pięć minut - pokazuję palce jednej ręki, by dać mu do zrozumienia, że to ma być faktycznie tylko pięć minut.
-Dziękuję- Erick prowadzi nas przez tłum ludzi. Po drodze dostrzegam Binentiego tańczącego z jakąś piękną blondynką. Chyba kojarzę jej twarz, ale nie wiem skąd? To chyba jakaś modelka albo aktorka. Macham mu, gdy mnie zauważa. Ron mierzy wzrokiem Ericka i uśmiecha się do mnie lekko, dając do zrozumienia, że będzie w pogotowiu. Przechodzimy przez hol, do chodów  na górę, gdzie jest salka dla palaczy i  pomieszczenie z przedmiotami na aukcję. Wchodzimy właśnie tu,  bo akurat nie ma nikogo. Erick podprowadza nas do gabloty z przepiękną biżuterią. Ludzie naprawdę oddali cudowne rzeczy na te aukcję.
-Dlaczego oddałaś pierścionek który ci dałem? - pyta nagle, wyjmując z gablotki  taki sam pierścień jakim oświadczył mi się na Bahamach. Patrzę na niego i robię wielkie oczy. 
-To nie mój, mój jest w domu w mojej szkatułce - wyjaśniam. 
-Spójrz na grawer w środku - biorę do ręki pierścionek i zamieram, bo to faktycznie moja pamiątka. Jakim cudem się tu znalazł?
-Nie mam pojęcia co on tu robi. Naprawdę! - tłumaczę się, bo widzę oczy Ericka, które wpatrzone są we mnie ze smutkiem. 
-Mogłaś oddać go mnie skoro ty go  nie chcesz, a nie oddawać go na aukcję, choć cel jest szczytny...
-Ericku, ja naprawdę...
-Już nie ważne. On jest twój, więc mogłaś zrobić z nim co chcesz - nagle wkłada sobie pierścionek do kieszeni spodni. 
-Co ty robisz? Musisz za niego zapłacić, skoro to przedmiot do licytacji -  piszczę, zaskoczona jego zachowaniem.
-Już go kupiłem, Meg. Nie pozwolę, by nosił go ktoś inny niż ty. Jeśli będziesz chciała, zawsze mogę ci go oddać... - wiem, że mówi prawdę. 
-Nie chcę go, Ericku. Przepraszam, ale... przywołuje we mnie złe wspomnienia... - tłumaczę się, ale taki jest fakt. Ten pierścionek tak na mnie działa, dlatego go nie noszę.
-Rozumiem.
-Powiesz mi o czym chciałeś chciałeś porozmawiać? - zmieniam temat, by nie zagłębiać się w smutne myśli.
-Chciałbym ustalić opiekę nad Adamem w święta. Moja rodzina leci do Cancun i chciałbym lecieć z nimi i zabrać Adama, jeśli nie masz nic przeciwko.
-Czemu dopiero teraz mi o tym mówisz? - drżę na myśl, że miałabym spędzić Boże Narodzenie bez mojego syna, w dodatku to nasze pierwsze wspólne święta.
-Przecież nie rozmawiasz ze mną od długiego czasu! - Erick warczy na mnie nagle, a z jego spojrzenia ciskają gromy. No faktycznie, akurat tu ma rację.
-Kiedy wylatujecie?
-W poniedziałek, dzień przed wigilią i wracamy po Nowym Roku.
-Po nowym roku? Mam nie widzieć Adama przez całe święta i jeszcze sylwestra?! - pytam. Czy on mówi poważnie?!
-Właśnie to chcę ustalić. 
-Nie dam ci go na sylwestra i nie zgadzam się, by spędził całe święta z tobą. Moi rodzice też chcą go widzieć...
-Ale ja chcę go zabrać do Cancun - powtarza. Och, wiedziałam, że tak będzie!
-Dobrze...Zabierz go na święta, ale na sylwestra ma wrócić. Ja też mam plany... - kłamię. Plany? Jakie plany? 
-Leć z nami, moja mama się ucieszy - proponuje nagle, a ja odsuwam się z niedowierzaniem. 
-No jasne. Szczęśliwa rodzinka na urlopie... Tatuś i jego dwie kochanki. Była i obecna... - wiem, że nie powinnam tak mówić, ale to silniejsze ode mnie. 
-Nie bądź złośliwa - odpowiada karcąco - Ana, to...
-Co? Co Ana, Ericku? Jest matką twojego nienarodzonego dziecka i tego się trzymajmy, okej?
-Ty jesteś matką Adama... - słyszę nerwowość w jego głosie. Chyba zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie ulegam mu tak jak kiedyś. Że traci nade mną kontrolę.
-Ale nie jestem twoją partnerką - patrzymy na siebie przez chwilę i wiem, że zaraz znowu dowiem się jakiejś rewelacji.
-To był twój wybór - wciągam głęboko powietrze.
-A jaki jest twój? - pytam i oczekuję stuprocentowej szczerości. 
-Chyba właśnie zdecydowałem -  odpowiada, ale ja nie wiem co to znaczy. Następnie odchodzi bez słowa więcej. Kręcę głową, bo nic z tego nie rozumiem. Nie mam zamiaru jednak się nad tym zastanawiać, bo potrzebuję szybko skorzystać z toalety. Pędzę do niej, a gdy wychodzę słyszę z głównej sali jakieś okrzyki radości i oklaski. Ciekawa tego co się dzieje wchodzę na salę i nie mogę uwierzyć w to co widzę i słyszę. Wszyscy goście skupieni są na parze, która stoi na scenie. To Erick i Ana... Właśnie się zaręczyli. Mam wrażenie, że ktoś wbił mi gorący pręt prosto w brzuch. Palący ból sprawia, że niechciane łzy pojawiają się w moich oczach. Skąd ta reakcja? Jak to skąd? Ja nadal go kocham... Tracę go po raz kolejny, a to jest nie do wytrzymania. Odwracam się i chcę wyjść, ale podnoszę wzrok i widzę przed sobą Rona. Wzrok ma smutny, bo doskonale wie, że jestem bliska płaczu. Bez wahania podchodzi i obejmuje mnie.
-Chodźmy stąd - mówi i razem idziemy do wyjścia. Nawet nie protestuję, bo chciałam zrobić dokładnie to samo. Przed hotelem stoi szereg limuzyn, więc Ronald szybko załatwia sprawę i po chwili jedziemy razem na tylnym siedzeniu jednej z nich. Milczymy, a ja czuję jak narasta we mnie gniew. Tęsknię za tobą - słowa Ericka dźwięczą mi w głowie. Pragnę go znienawidzić za to co robi i jak próbuje mną manipulować. Zwala na mnie poczucie winy. Teraz też mam czuć się winna? Oświadczył się jej w desperacji, bo ja go odtrąciłam? Tanie i dziecinne zagrywki, a ja po raz kolejny dałam się wciągnąć w tę bezsensowną gierkę. Ależ jestem na siebie zła. O Boże! 

Dojeżdżamy do mieszkania Ronalda koło północy. W limuzynie wypiłam jeszcze dwa kieliszki szampana i popłakałam sobie chwilę. Nic mi nie lepiej, ale chociaż jestem bardziej pijana i zaraz pójdę spać. Ron nie sili się na rozmowy, bo wie, że to nie jest odpowiedni moment. Jest przy mnie i za to jestem mu ogromnie wdzięczna. Zajmuję jego sypialnię, idę do łazienki i biorę prysznic, a potem okryta szlafrokiem kieruję się do łóżka. Podnoszę wzrok i widzę w progu Rona z butelką wina w ręku.
-Może jednak się jeszcze napijemy? - proponuje, a ja kiwam głową. Siadamy na skraju materaca i zaczynamy sączyć trunek prosto z butelki. 
-Nienawidzę go... - mówię nagle - Chcę krzyczeć i mam ochotę go zamordować. To normalne? - pytam, spoglądając na Rona.
-Normalne skoro go kochasz.
-Nienawidzę go... - upijam kolejny łyk.
-Oczywiście - Ron uśmiecha się pocieszająco. Gdyby nie on, to nie wiem co bym teraz robiła. Wyszłabym z balu i pewnie zapłakałabym się w samotności  na śmierć.
-Chcesz już iść spać? - pyta nagle.
-Chyba tak...
-To ja idę do salonu, tam czeka na mnie wygodna kanapa - Ron spogląda na mnie, a ja nagle łapię go za dłoń. 
-Nie chcę sama spać, zostań! - widzę, że waha się chwile, ale w końcu uśmiecha się lekko. 
-Zaraz przyjdę, tylko umyję zęby.
-Nie będziemy się całować, nie musisz myć zębów! - pociągam go za dłoń, a alkohol robi swoje i Ron traci równowagę, opadając na mnie. 
-Myjesz zęby tylko wtedy kiedy chcesz się całować? - śmieje się, podpierając na rękach dokładnie nade mną.
-Nie, moim byłym facetom nie przeszkadzał mój poranny oddech. 
-Też by mi nie przeszkadzał - odpowiada, a ja nagle podsuwam się i całuję go w usta. Kompletnie nie potrafię tego wytłumaczyć. To jakieś dziwne przyciąganie i totalny brak zdrowego rozsądku. 
-Co ty wyprawiasz?- Ron odsuwa się, zaszokowany moim zachowaniem.
-Jezu nie wiem, przepraszam!  - dotykam swoich warg, zażenowana tym co właśnie zrobiłam. Ron patrzy na mnie, na moje usta i szlafrok, który odsłonił nieco za dużo i staje się to, od czego tak długo się wzbraniałam. 
-Wybacz mi, Meg - mówi i tym razem on mnie całuje. Już się nie waha. Ja po chwili odwzajemniam pocałunek, a następnie obejmuję Rona i pociągam do  siebie. Przygniata mnie ciężar jego ciała, które jest podniecona i spragnione. Jego palce wsuwają się w moje włosy, by odchylić mi głowę i ułatwić  następne pocałunki. Moja pierwsza myśl? Ależ on dobrze całuje. Jego język zaczyna pieścić mój coraz namiętniej, głębiej i mocniej. Jęczę głośno, gdy nagle zsuwa ze mnie szlafrok i zaczyna całować mnie po szyi. Zaczynam go rozbierać, a po chwili oboje jesteśmy już nadzy. To nie może się dziać, a jednak. Czuję go, widzę i najgorsze jest to, że... pragnę. 
-Jesteś naprawdę piękna - komplementuje mnie, a następnie skupia się na moich piersiach. Jego pocałunki kumulują to narastające pożądanie tam na samym dole. W głowie mi szumi od wina, od szampana i od emocji. Ron wsuwa mi dłoń pod plecy i pociąga mnie na siebie tak, że siadam na nim. Sam siedzi na brzegu łóżka, a dłońmi obejmuje moją pupę i zaczyna mocno dociskać mnie do siebie.
-Och! - jęczę znowu, czując jak penis  Ronalda ociera się o moją cipkę. Odwzajemniam ruchy jego bioder i chłonę tę bliskość. Uświadamiam sobie, że ogromnie brakowało mi bliskości z facetem. Minęło przecież tyle czasu od tego, jak ostatnio uprawiałam seks. Ściska mocno moją pierś i przygryza sutek, dając do zrozumienia, że bardzo mnie pragnie.  Gdy wsuwa mi dłoń dłoń między uda, drżę i nie mogę zapanować nad pożądaniem - Zerżnij mnie, Ron! - wypalam nagle. Niech to zrobi. Niech mnie przeleci i w ten sposób zepsuje wszystko między nami. Niech ten pieprzony seks znowu skomplikuje mi życie.
-Na pewno tego chcesz? - pyta ochryple. Jest podniecony do granic, a ja chce ją przekroczyć i zatracić się w tym fałszywym poczuciu, że jestem dla kogoś ważna. 
-Tak, zrób to. Szybko! - odpowiadam bez wahania, Ron także się  nie waha. Znowu zmienia pozycję tak, że kładzie mnie na brzuchu. Czuję jego penisa na pośladkach i ponownie drżę z podniecenia, a może ze strachu? Sama nie wiem. Jego palce delikatnie muskają moją kobiecość, sprawdzając czy jestem wystarczająco mokra.
-Muszę wziąć olejek - oznajmia, dalej ocierając swojego twardego penisa o moją pupę.
-Dlaczego? - pytam i pierwszy raz zerkam na jego męskość w pełnej okrasie. Okej... Już wiem po co ten olejek. Ron widzi moją minę i uśmiecha się zadowolony z mojej reakcji. Jestem zaskoczona, bo nie wyobrażałam sobie takiego rozmiaru. W ogóle go sobie nie wyobrażałam. Bez słowa więcej sięga do szuflady szafki nocnej po lubrykant. Wyciska sporą ilość na swoją dłoń i wmasowuje w penisa. Ten widok dodatkowo mnie podnieca, a po chwili Ron znowu znajduje się tuż za mną. Wciera resztę olejku w  moje pośladki i ociera główką o moją kobiecość - Powiedź mi, jeśli będę za ostry - dodaje i nagle wchodzi we mnie mocno.
-O kurwa! - krzyczę, bo tego się nie spodziewałam. To ból i przyjemność jednocześnie. Dziwne i niepokojąco uzależniające uczucie. Niestety doskonale je znam. 
-Wszystko w porządku? - Ron zastyga, bo wie, że sprawił mi ból. 
-Nie wiem... - dyszę, a nogi zaczynają mi drżeć. Binenti pomaga mi podsunąć pupę,  żebym się bardziej rozluźniła. Gładzie mnie po plecach i całuje w łopatkę. Och, to przyjemne.
-Lepiej? - szepcze mi do ucha i gryzie je lekko. 
-Tak. 
-Chcesz delikatnie?
-Tak - poruszam lekko biodrami, by nabrał pewności, że już wszystko w porządku. Rob  jedną dłoń kładzie na moim brzuchu, by mnie przytrzymać, a drugą obejmuje mnie i przyciąga do siebie. Czeka chwile i nabiera pewności, że może się poruszać. Więc robi to. Jego ciało łączy się z moim. Nie potrafię pojąć tego, że tak szybko odczuwam ogromną przyjemność. Jęczę, a z każdym ruchem zatracam się coraz bardziej. Jestem przed nim, pod nim, a za chwilę na nim, bo Ron jak akrobata zmienia pozycje.
Dyszymy i jęczymy wspólnie. Jak na zawołanie i w tych samych sekundach. O Boże, jak mi dobrze.  
-O właśnie tak! Nie krępuj się, nikt cię nie słyszy! - Ron zachęca mnie, gdy robię to głośniej.
-Zaraz dojdę! -  czuję, że nie zapanuję nam tym uczuciem. 
-To cudownie, chce cię słyszeć, Meg! - mówi i przytrzymuje moje biodra, by sam kontrolować każdy ruch. Siedzę na nim i nic nie mogę zrobić, tylko poddać się temu czego pragnie moje ciało. Osiągam spełnienie i krzyczę z rozkoszy. On czuje jak zaciskam się na nim i wiem, że zaraz również dojdzie. Przyśpiesza, potęgując tym samym mój orgazm, który nadal trwa i trwa i trwa...
-O Boże, Ron... - piszczę, bo nie mogę znieść tych doznań. To cudowne. Bolesne. Piękne. Zakazane. W dodatku czuję w środku jego ciepło, bo właśnie zaczyna wylewać się we mnie. Dociska mnie do siebie i całuje w usta. Jęczy moje imię, bluźni i znowu jęczy. Mam wrażenie, że to co się stało zmieni wszystko. Jestem tego pewna, ale nie mam siły o tym myśleć. Moje ciało pulsuje, drży, jest wykończone, ale opada rozluźnione w ramiona Ronalda. Na koniec całuje mnie namiętnie w usta i wysuwa się ze mnie delikatnie. Nie odchodzi jednak. Kładzie się obok i przytula mnie do siebie.
-Mam nadzieje, że to nic między nami nie zmienia - mówię cicho, gdy dopada mnie rzeczywistość. 
-To wszystko zmienia Meg, ale nie myślmy teraz o tym - odpowiada i raz jeszcze całuje mnie w usta. Czule dziękuje mi w ten sposób za tych kilka chwil bliskości. Jego wzrok jest jednak niepewny, nieco spanikowany i jest w nim coś smutnego. 
-Dobranoc, Ron - szepczę i wtulam się w jego gorące ciało.
-Dobranoc, aniołku - Ron wzdycha ciężko i zasypiamy oboje, ale jego dłoń cały czas muska lekko moje plecy. 

niedziela, 7 sierpnia 2016

Rozdział 140

Takie imprezy to zdecydowanie nie moja bajka. Ze szkoły kucharskiej znam to wszystko od kuchni, ale jako gość czuję się mało komfortowo. Ronald za to bryluje w towarzystwie. Przedstawia mnie różnym ważnym gościom, nie szczędzi miłych słów, a ja nie byłam na to przygotowana. Nie sądziłam, że będzie mnie zachwalał przy śmietance towarzyskiej Nowego Jorku. To krępujące, ale trzymam fason i liczę, że zaraz chociaż na chwilę przestanę być głównym punktem jego rozmów.
-Dobrze się bawisz? - pyta nagle Ron, gdy sięgam po kolejny kieliszek szampana.
-Denerwuję się... - bąkam.
-Nie masz czym, to naprawdę fajna impreza. Będzie orkiestra na żywo, pyszne jedzenie...
-Nie przez nas przygotowane... - przerywam Ronaldowi. Cały czas mam żal go Ericka za to co zrobił i on o tym doskonale wie. Mój szef krzywi się, że znowu o tym wspominam, ale mówi dalej. 
-Będzie zbiórka pieniędzy, loteria i na pewno dużo innych atrakcji. Potańczymy, poznasz kolejnych wpływowych ludzi i będziesz mogła nawiązać nowe kontakty.
-Nie pozwól mi za dużo pić... - dodaję, upijając kolejny spory łyk szampana. 
-Spokojnie, będę cię pilnował i wyluzuj, Meg.
Jego słowa mnie nie pocieszają, bo ja kompletnie nie pasuję do tego towarzystwa. Nawet w tej sukni czuję się jak Kopciuszek. Tylko gdzie jest mój książę? Uśmiecham się serdecznie do wszystkich i staram udawać, jak to cudownie się bawię i jestem wyluzowana. Pozory. 
-Ile tu będzie osób? - dopytuję, bo ludzie dopiero się schodzą. 
-Około pół tysiąca - odpowiada Ron i jak gdyby nigdy nic, pozuje z uśmiechem do kolejnego zdjęcia. To zdjęcie na pewno będzie okropne, ponieważ jego odpowiedź wywołuje na mojej twarzy szok i przerażenie. Cholera, pięćset osób! 

Sala bankietowa jest ogromna. Jedna część wyznaczona jest do tańca, w drugiej zaś stoi pięćdziesiąt stolików, z których każdy pomieści dziesięć osób. 



Są też karteczki z nazwiskami, a Ron właśnie szepcze mi do ucha żebyśmy znaleźli swój stolik. Widzę, że część gości już siedzi, ale większość dopiero dojeżdża. Ericka chyba jeszcze nie ma. 
-O tutaj! - mówię, chyba zbyt głośno, bo zauważyłam swoje nazwisko na ozdobnej karteczce. Ronald obchodzi stół, sprawdzając z kim siedzimy. To dość zabawne.
-Jest dobrze, siadaj proszę - stwierdza i odsuwa mi krzesło. Doskonale wiem dlaczego sprawdzał nazwiska. Chodzi o to czy siedzimy z Erickiem, ale to raczej byłoby niemożliwe. Organizatorzy na pewno tak wszystko zorganizowali, by wrogowie siedzieli daleko od siebie. A skoro Erick jest jednym z głównych sponsorów zadbał o to, by Binenti siedział daleko od niego. Mnie to cieszy, bo chociaż nie będę musiała na niego patrzeć. Mam wrażenie, że mój żal do niego jest coraz większy. To dla mnie niezrozumiałe, bo myślałam, że taka "separacja" pozwoli mi uwolnić się od tych emocji i uczuć, a jest wręcz odwrotnie. 

Sala zapełnia się całkowicie w godzinę po naszym przyjściu. Gwary rozmów cichną,  gdy mistrz ceremonii prosi o uwagę i wygłasza długą przemowę na temat fundacji. Wyjaśnia szczytny cel dla którego ten bal organizowany  jest co roku i  wyjaśnia mnóstwo innych szczegółów, których już po prostu nie słucham. Nagle wypatruję Brayana, siedzącego przy głównym, pewnie najważniejszym stoliku. Obok niego siedzi wystrojona, wymuskana sekretarka Ericka Kate. Nie mogę w to uwierzyć. Mierzę wzrokiem jej czerwoną suknię z  dekoltem, przy której moja to jakaś pokutna szata. Jej jasne włosy nabłyszczone są tak mocno, że przypominają aureolę, choć zdecydowanie daleko jej do anioła. Wygląda rewelacyjnie i szlag mnie trafia, że siedzi obok Brayana szczerzy się do niego. W dodatku jest z nimi Anastasia, która także wygląda pięknie w szafirowej długiej sukni bez ramiączek. Nie widzę jednak nigdzie Ericka. To jednak nie ma znaczenia, bo całe to towarzystwo sprawia, że czuję się tu coraz gorzej. Nic z tego nie rozumiem i jest mi okropnie źle, bo wiem, że niedługo zostanę postawiona w bardzo niezręcznej sytuacji.  Gdy mistrz ceremonii zapowiada właśnie pierwszego gościa, który również będzie przemawiał,  ja wywracam oczami, bo już mam dość.  Spoglądam jednak na podest na którym ustawiony jest mikrofon i widzę Ericka, który to jest owym ważnym gościem. Oczywiście odstawił się najlepiej jak mógł. Z daleka nie widzę, ale mają z Brayanem chyba identyczne smokingi. To wcale nie jest zabawne. Erick rozgląda się po całej sali i zatrzymuje wzrok, gdy dostrzega mnie. Mam ochotę pokazać mu środkowy palec, ale w tym miejscu i czasie na pewno nie uszłoby to oczom fotografów. Nie mam pewności, ale chyba lekko uśmiecha się na mój widok, a może sobie drwi? Naprawdę nie wiem. Jedyne co postanawiam to to, że  nie odezwę się do niego cały wieczór! To mój cel.
-Witam państwa na corocznym dobroczynnym balu... - Erick zaczyna swoją przemowę tym poważnym tonem. Nie wiem czemu, ale na dźwięk jego głosu swędzi mnie skóra na głowie. Chyba mówi ciekawe rzeczy, bo nawet Ron go słucha, ale ja skupiam się na jego pięknych ustach i kościach policzkowych. Cholera, tak dawno go nie widziałam. Od tamtej kłótni w jego biurze minęło już tyle czasu, a my praktycznie się nie spotykamy.  Muszę też przyznać, że Erick jak zawsze dobrze wygląda. Garnitury i smokingi są jakby stworzone właśnie dla niego. Idealnie podkreślają sylwetkę, którą tak lubi eksponować. Ćwiczy i doskonale widać to pod skrojonym na miarę smokingu 
-Proszę do koperty na środku stolika wrzucić banknot o największym nominale, jaki państwo mają, ukradną, pożyczą... - sili się na żart, ale cała sala je mu z ręki - Należy podpisać go własnym imieniem i nazwiskiem, będzie to nam potrzebne do dalszej zabawy - wyjaśnia,a ja uświadamiam sobie, że nie mam przy sobie portfela. Kurwa, Meg! Bardzo mądrze! Przecież to charytatywna impreza, idiotko! Na szczęście mój szef, czyta w moich myślach. Dyskretnie podaje mi banknot o wartości stu dolarów i szepcze.
-Potrącę ci z pensji... - mruga do mnie i uśmiecha się serdecznie. Odpowiedziałam bezgłośne "dziękuję", i podpisuję banknot, wsadzając go do koperty, tak jak reszta gości.
-Zachęcam też do oglądania przedmiotów, które można zakupić w sali obok. Pieniądze, które uda nam się dziś zebrać, będą oczywiście przekazane na konto fundacji. A teraz nie pozostaje mi nic, jak życzyć   państwu dobrej zabawy i otwartych portfeli - kończy przemowę, za co dostaje owacje na stojąco. Chyba jako jedyna nie klaskam i nie wstałam. Może to dziecinne, ale mam to gdzieś. Ronald śmieje się, widząc mój brak entuzjazmu. Po chwili podane zostają pierwsze przystawki.  Nie mogę jednak skupić się na jedzeniu, wiedząc, że to moje dania powinny być tu dziś serwowane. Trudno mi to przeżyć, ale to przez świadomość, że Erick maczał w tym palce.  Po daniu głównym rozmowy znowu wrzą,  Binenti rusza ze mną wśród gości, by przedstawić mnie paru kolejnym osobom. Na szczęście trzeci kieliszek szampana robi swoje i w końcu trochę wyluzowałam. Dowiaduję się właśnie, że tego wieczoru odbędzie się też coś takiego, jak licytacja pierwszych tańców. Pytam Rona na czym to polega, i robię się blada... Chyba spłonę ze wstydu stojąc przed tymi wszystkimi ludźmi, by jacyś mężczyźni licytowali mój pierwszy taniec... Co za żenada. Teraz odliczam w głowie czas do tego okropnego momentu i przez chwilę próbuję wymyślić jakąś wymówię, ale zanim to robię, Ron zadowolony z siebie zgłasza mnie do tej pieprzonej licytacji. Kurwa! Po balu chyba mu za to przywalę.
-Jak mogłeś?! - warczę na niego, a on ma za to niezły ubaw.
-Daj spokój Meg, to tylko zabawa i to na szczytny cel.
-Zabawa moim kosztem... - bąkam i rozglądam się za Erickiem.
-Spokojnie, Erick i tak nie pozwoli byś zatańczyła z kimś innym.
-I właśnie o to chodzi, Ron. Doskonale wiesz, że nie odzywamy się do siebie!
-Oj daj już z tym spokój! Ile można? - posyła mi zirytowane spojrzenie. Jestem zaskoczona, że gniewam się na Ericka bardziej niż on. 
-Nie będę tańczyła z Erickiem. Nie ma mowy!
-Przeżyjesz...A może w końcu pogadacie normalnie? - mówi stanowczo i przysuwa się, ale ja jestem totalnie wkurzona i Ron to wie - Jeśli naprawdę nie chcesz, to ja również będę licytował. 
-Mam taką nadzieję! - odpowiadam.
Gdy wołają wszystkie "zgłoszone" panny pod scenę, dostrzegam również Anastasię. Erick zapewne będzie licytował jej taniec, więc trochę się uspokajam. Jestem piętnasta w kolejce. Nie sądziłam jednak, że w grę wchodzą tak duże kwoty. Mężczyźni naprawdę są hojni, albo szaleni, żeby zapłacić dziesięć tysięcy dolarów za jeden taniec.  To jednak szczytny cel, więc im więcej tym lepiej. Gdy przychodzi kolej na mnie, zostaję wypchnięta na środek przez Anę, która jest zaraz za mną. Nie zamieniła ze mną ani słowa, nawet się nie przywitała, a odstawia mi taki numer? Mam ochotę wydrapać jej oczy. 
-Panowie, a teraz piękna panna Donell.  Megan jest szefem kuchni w restauracji naszego szanownego gościa Ronalda Binentiego - zerkam na Rona, a on unosi w moim kierunku kieliszek szampana. Uśmiecham się pierwszy raz na tej pieprzonej scenie - Który z panów ma ochotę spojrzeć w piękne zielone oczy panny Donell w pierwszym tańcu? - dodaje mistrz ceremonii i puszcza do mnie oczko. O rany! Co za żenada.  Rozglądam się po sali i widzę stojących przed sceną mężczyzn. gapiących się na mnie jak na rzecz. Na szczęście nie ma wśród nich Ericka. Brayan za to stoi z boku i nie mam pojęcia czy zamierza licytować. Mam nadzieję, że się nie odważy. 
-Dziesięć tysięcy dolarów! - Ron dowala z grubej rury, a ja patrzę na niego wielkimi oczami. Czy on oszalał? 
-Dziesięć tysięcy po raz pierwszy! - mistrz ceremonii podnosi dłoń, by zatwierdzić kwotę. Ale to upokarzające! 
-Dwanaście!
-Piętnaście!
-Trzydzieści! 
Krzyczą co i rusz kompletnie nieznani mi mężczyźni, a ja znowu spoglądam spanikowana w stronę Rona i wbijam w niego wzrok, by jednak licytował dalej. Nie chcę tańczyć z jakimś obcym facetem. 
-Pięćdziesiąt! - odzywa się w końcu, a ja oddycham z ulgą.
-Pięćdziesiąt po raz pierwszy! Po raz drugi! - woła mistrz.
-Siedemdziesiąt! - spoglądam w stronę tego idioty, który krzyknął wyższą kwotę, a to nikt inny, jak Erick. O Boże! Obok niego stoi Gordon i uśmiecha się głupio. No naprawdę bardzo zabawne... Moje zażenowanie sięga zenitu.  Ron, zrób coś do cholery! Krzyczę w duchu, a on stoi i patrzy na nich. Jest zaskoczony i chyba sam nie wie co się dzieje. 
-Sto tysięcy! - krzyczy Ron, ale widzę, że nie jest zadowolony że konkuruje z Erickiem. Kto jest? Pewnie nikt, bo nikt nie ma z nim szans. Jestem wściekła, że dałam się wciągnąć w tę żenadę. Erick to podstępny dupek, który myśli, że za pieniądze kupi wszystko. Chce kupić pięć minut tańca ze mną, ale po co? Jaki ma w tym cel?
-Dwieście! - przebija go Erick i patrzy na mnie śmiertelnie poważnie.
-Dwieście po raz... - Mistrz nie zdąża dokończyć.
-Trzysta! - krzyczy Ronald. No dalej Ron! Oddam ci, przyrzekam. Nie wiem z czego, ale oddam... Pocieszam się w duchu słysząc, że dalej walczy. Erick spogląda nagle w jego stronę i przybiera ten swój arogancki uśmieszek.
-Trzysta po raz pierwszy, po raz drugi, sprzed... - już prawie piszczę ze szczęścia,  gdy mistrz wypowiada to ostatnie słowo, ale na nic moje złudne nadzieje.

-Milion dolarów! - słowa Ericka odbijają się echem po całej sali. Słychać wśród gości zaskoczenie, rozbawienie, a część z nich zaczęła klaskać. Ronald parzy na mnie kompletnie zszokowany, jakby pytał co ma dalej zrobić, ale ja zaciskam zęby i kręcę delikatnie głową, by dalej nie licytował. To bez sensu, by tracił swoje pieniądze w bezdusznej rozgrywce Ericka i mimo że to szczytny cel, to ja nie widzę w tym niczego dobrego. Erick jak zawsze wykorzystuje swoją pozycję do tego, by zdobyć to co chce. A chce mnie... ale nie wiem po co? 
-Milion po raz pierwszy, drugi, sprzedane! -  mistrz ceremonii kończy licytacje i dodaje - Panna  Megan Donell zatańczy swój pierwszy taniec z panem Erickiem Evansem i to za okrągły milion dolarów! To absolutny rekord, proszę państwa! Brawa! - dodaje i zaczyna klaskać, tak jak większość gości. Spojrzałam w stronę Brayana, który również klaszcze i uśmiecha się głupio. Mają zabawę moim kosztem. Mam ochotę stąd uciec i nigdy więcej nie oglądać ani jednego ani drugiego. Mistrz ceremonii pomaga mi zejść ze sceny i prosi bym nie oddalała się za daleko, bo zaraz po końcu licytacji rozpoczną się tańce. Podchodzę więc do Binentiego, który stoi niedaleko.
-To była przesadza... - wzdycham bezradnie. 
-Mogłem dalej licytować - Ron patrzy na mnie, a ja w jego głosie wyczuwam coś dziwnego. Jakby przeprosiny? Ale za co? Za co on mnie przeprasza? 
-Erick i tak by cię przelicytował. Nawet jakby to miał być miliard, a nie milion dolców - wywracam oczami na myśl jakie to z jego strony bezmyślne i bezczelne.
-Nie musisz z nim tańczyć, nikt cię nie zmusi - Ron podaje mi kolejny kieliszek szampana i nagle obejmuje w pasie.
-Wolałabym zatańczyć z tobą - uśmiecham się i oboje zaczynamy się lekko kołysać w rytm pierwszych taktów piosenki, którą właśnie zaczęła grać orkiestra. 
-Też bym wolał, ale...
-Wydaje mi się, że to ja wylicytowałem pierwszy taniec z piękną panną Donell - słyszę nagle głos Ericka i odwracam się. I oto i on w całej swojej krasie. W najlepszym wydaniu jakie znam. Dawno nie widziałam go z tak bliska. Zapiera mi dech w piersi. Jego oczy czarne błyszczą jak diamenty i czai się w nich coś mrocznego, seksownego... O rany! W dodatku wygina usta w lekkim półuśmiechu, próbując wyczuć moją reakcję, a następnie wyciąga do mnie dłoń, bym ją chwyciła.
-Mogę cię prosić, Meg? - pyta kulturalnie i kiwa do Ronalda, który ulatnia się w sekundę. I znowu jestem tylko ja i Erick. 
-Masz więcej pieniędzy niż rozumu, Evans! - mówię złośliwie, by nie zorientował się, że nadal mam do niego słabość. Jak mam nie mieć, skoro kocham tego człowieka? Zawsze będę go kochać i to jest moja zguba. 
-Uważam, że każdy cent jest wart tego tańca, bo wiem, że inaczej nawet nie zbliżyłabyś się do mnie tego wieczoru - podaję mu dłoń, a on całuje ją delikatnie. Zmuszam wszystkie komórki swojego ciała, by na to nie zareagowały.
-I masz całkowitą rację. To nic między nami nie zmienia, Ericku. To jeden taniec, w dodatku wymuszony podstępem. Kolejny raz udowodniłeś, że mając pieniądze myślisz, że możesz wszystko... - jestem brutalnie szczera, ale na Ericku to nie robi wrażenie. Obejmuje mnie, a ja już nie potrafię kłamać. Moje ciało nie potrafi ukryć tego, że chciałoby należeć do tego, który właśnie trzyma mnie w ramionach. 
Rozglądam się raz jeszcze, by zobaczyć co na to Anastasia, ale nie dostrzegam jej. Brayana też już nie widzę. Orkiestra zaczyna grać One of us , a ja uśmiecham się lekko, bo to jedna z ulubionych piosenek mojego taty. Erick przyciąga mnie do siebie, wie jak na mnie działa i ma mnie w garści. To nie fair, ale z nim nigdy nie mam szans. W tym momencie nie chcę się sprzeciwiać, bo te kilka minut tańca nagle stają się dla mnie bardzo ważne. To naiwne, ale znowu przez chwilę mam Ericka tylko dla siebie. A ja jestem tylko dla niego. Patrzymy na siebie, twarzą w twarz, dotykamy się. Cały świat przestaje dla mnie istnieć, ale świadomość, że ta chwila jest tak ulotna, sprawia, że łzy napływają mi do oczu. Erick to zauważa i wtedy obejmuje mnie mocniej. Czuję jak wali mu serce. Serce, które kiedyś biło tylko dla mnie, a teraz? Teraz nie wiem. Znowu jestem zagubiona.