Premiera już w lipcu!

niedziela, 7 sierpnia 2016

Rozdział 140

Takie imprezy to zdecydowanie nie moja bajka. Ze szkoły kucharskiej znam to wszystko od kuchni, ale jako gość czuję się mało komfortowo. Ronald za to bryluje w towarzystwie. Przedstawia mnie różnym ważnym gościom, nie szczędzi miłych słów, a ja nie byłam na to przygotowana. Nie sądziłam, że będzie mnie zachwalał przy śmietance towarzyskiej Nowego Jorku. To krępujące, ale trzymam fason i liczę, że zaraz chociaż na chwilę przestanę być głównym punktem jego rozmów.
-Dobrze się bawisz? - pyta nagle Ron, gdy sięgam po kolejny kieliszek szampana.
-Denerwuję się... - bąkam.
-Nie masz czym, to naprawdę fajna impreza. Będzie orkiestra na żywo, pyszne jedzenie...
-Nie przez nas przygotowane... - przerywam Ronaldowi. Cały czas mam żal go Ericka za to co zrobił i on o tym doskonale wie. Mój szef krzywi się, że znowu o tym wspominam, ale mówi dalej. 
-Będzie zbiórka pieniędzy, loteria i na pewno dużo innych atrakcji. Potańczymy, poznasz kolejnych wpływowych ludzi i będziesz mogła nawiązać nowe kontakty.
-Nie pozwól mi za dużo pić... - dodaję, upijając kolejny spory łyk szampana. 
-Spokojnie, będę cię pilnował i wyluzuj, Meg.
Jego słowa mnie nie pocieszają, bo ja kompletnie nie pasuję do tego towarzystwa. Nawet w tej sukni czuję się jak Kopciuszek. Tylko gdzie jest mój książę? Uśmiecham się serdecznie do wszystkich i staram udawać, jak to cudownie się bawię i jestem wyluzowana. Pozory. 
-Ile tu będzie osób? - dopytuję, bo ludzie dopiero się schodzą. 
-Około pół tysiąca - odpowiada Ron i jak gdyby nigdy nic, pozuje z uśmiechem do kolejnego zdjęcia. To zdjęcie na pewno będzie okropne, ponieważ jego odpowiedź wywołuje na mojej twarzy szok i przerażenie. Cholera, pięćset osób! 

Sala bankietowa jest ogromna. Jedna część wyznaczona jest do tańca, w drugiej zaś stoi pięćdziesiąt stolików, z których każdy pomieści dziesięć osób. 



Są też karteczki z nazwiskami, a Ron właśnie szepcze mi do ucha żebyśmy znaleźli swój stolik. Widzę, że część gości już siedzi, ale większość dopiero dojeżdża. Ericka chyba jeszcze nie ma. 
-O tutaj! - mówię, chyba zbyt głośno, bo zauważyłam swoje nazwisko na ozdobnej karteczce. Ronald obchodzi stół, sprawdzając z kim siedzimy. To dość zabawne.
-Jest dobrze, siadaj proszę - stwierdza i odsuwa mi krzesło. Doskonale wiem dlaczego sprawdzał nazwiska. Chodzi o to czy siedzimy z Erickiem, ale to raczej byłoby niemożliwe. Organizatorzy na pewno tak wszystko zorganizowali, by wrogowie siedzieli daleko od siebie. A skoro Erick jest jednym z głównych sponsorów zadbał o to, by Binenti siedział daleko od niego. Mnie to cieszy, bo chociaż nie będę musiała na niego patrzeć. Mam wrażenie, że mój żal do niego jest coraz większy. To dla mnie niezrozumiałe, bo myślałam, że taka "separacja" pozwoli mi uwolnić się od tych emocji i uczuć, a jest wręcz odwrotnie. 

Sala zapełnia się całkowicie w godzinę po naszym przyjściu. Gwary rozmów cichną,  gdy mistrz ceremonii prosi o uwagę i wygłasza długą przemowę na temat fundacji. Wyjaśnia szczytny cel dla którego ten bal organizowany  jest co roku i  wyjaśnia mnóstwo innych szczegółów, których już po prostu nie słucham. Nagle wypatruję Brayana, siedzącego przy głównym, pewnie najważniejszym stoliku. Obok niego siedzi wystrojona, wymuskana sekretarka Ericka Kate. Nie mogę w to uwierzyć. Mierzę wzrokiem jej czerwoną suknię z  dekoltem, przy której moja to jakaś pokutna szata. Jej jasne włosy nabłyszczone są tak mocno, że przypominają aureolę, choć zdecydowanie daleko jej do anioła. Wygląda rewelacyjnie i szlag mnie trafia, że siedzi obok Brayana szczerzy się do niego. W dodatku jest z nimi Anastasia, która także wygląda pięknie w szafirowej długiej sukni bez ramiączek. Nie widzę jednak nigdzie Ericka. To jednak nie ma znaczenia, bo całe to towarzystwo sprawia, że czuję się tu coraz gorzej. Nic z tego nie rozumiem i jest mi okropnie źle, bo wiem, że niedługo zostanę postawiona w bardzo niezręcznej sytuacji.  Gdy mistrz ceremonii zapowiada właśnie pierwszego gościa, który również będzie przemawiał,  ja wywracam oczami, bo już mam dość.  Spoglądam jednak na podest na którym ustawiony jest mikrofon i widzę Ericka, który to jest owym ważnym gościem. Oczywiście odstawił się najlepiej jak mógł. Z daleka nie widzę, ale mają z Brayanem chyba identyczne smokingi. To wcale nie jest zabawne. Erick rozgląda się po całej sali i zatrzymuje wzrok, gdy dostrzega mnie. Mam ochotę pokazać mu środkowy palec, ale w tym miejscu i czasie na pewno nie uszłoby to oczom fotografów. Nie mam pewności, ale chyba lekko uśmiecha się na mój widok, a może sobie drwi? Naprawdę nie wiem. Jedyne co postanawiam to to, że  nie odezwę się do niego cały wieczór! To mój cel.
-Witam państwa na corocznym dobroczynnym balu... - Erick zaczyna swoją przemowę tym poważnym tonem. Nie wiem czemu, ale na dźwięk jego głosu swędzi mnie skóra na głowie. Chyba mówi ciekawe rzeczy, bo nawet Ron go słucha, ale ja skupiam się na jego pięknych ustach i kościach policzkowych. Cholera, tak dawno go nie widziałam. Od tamtej kłótni w jego biurze minęło już tyle czasu, a my praktycznie się nie spotykamy.  Muszę też przyznać, że Erick jak zawsze dobrze wygląda. Garnitury i smokingi są jakby stworzone właśnie dla niego. Idealnie podkreślają sylwetkę, którą tak lubi eksponować. Ćwiczy i doskonale widać to pod skrojonym na miarę smokingu 
-Proszę do koperty na środku stolika wrzucić banknot o największym nominale, jaki państwo mają, ukradną, pożyczą... - sili się na żart, ale cała sala je mu z ręki - Należy podpisać go własnym imieniem i nazwiskiem, będzie to nam potrzebne do dalszej zabawy - wyjaśnia,a ja uświadamiam sobie, że nie mam przy sobie portfela. Kurwa, Meg! Bardzo mądrze! Przecież to charytatywna impreza, idiotko! Na szczęście mój szef, czyta w moich myślach. Dyskretnie podaje mi banknot o wartości stu dolarów i szepcze.
-Potrącę ci z pensji... - mruga do mnie i uśmiecha się serdecznie. Odpowiedziałam bezgłośne "dziękuję", i podpisuję banknot, wsadzając go do koperty, tak jak reszta gości.
-Zachęcam też do oglądania przedmiotów, które można zakupić w sali obok. Pieniądze, które uda nam się dziś zebrać, będą oczywiście przekazane na konto fundacji. A teraz nie pozostaje mi nic, jak życzyć   państwu dobrej zabawy i otwartych portfeli - kończy przemowę, za co dostaje owacje na stojąco. Chyba jako jedyna nie klaskam i nie wstałam. Może to dziecinne, ale mam to gdzieś. Ronald śmieje się, widząc mój brak entuzjazmu. Po chwili podane zostają pierwsze przystawki.  Nie mogę jednak skupić się na jedzeniu, wiedząc, że to moje dania powinny być tu dziś serwowane. Trudno mi to przeżyć, ale to przez świadomość, że Erick maczał w tym palce.  Po daniu głównym rozmowy znowu wrzą,  Binenti rusza ze mną wśród gości, by przedstawić mnie paru kolejnym osobom. Na szczęście trzeci kieliszek szampana robi swoje i w końcu trochę wyluzowałam. Dowiaduję się właśnie, że tego wieczoru odbędzie się też coś takiego, jak licytacja pierwszych tańców. Pytam Rona na czym to polega, i robię się blada... Chyba spłonę ze wstydu stojąc przed tymi wszystkimi ludźmi, by jacyś mężczyźni licytowali mój pierwszy taniec... Co za żenada. Teraz odliczam w głowie czas do tego okropnego momentu i przez chwilę próbuję wymyślić jakąś wymówię, ale zanim to robię, Ron zadowolony z siebie zgłasza mnie do tej pieprzonej licytacji. Kurwa! Po balu chyba mu za to przywalę.
-Jak mogłeś?! - warczę na niego, a on ma za to niezły ubaw.
-Daj spokój Meg, to tylko zabawa i to na szczytny cel.
-Zabawa moim kosztem... - bąkam i rozglądam się za Erickiem.
-Spokojnie, Erick i tak nie pozwoli byś zatańczyła z kimś innym.
-I właśnie o to chodzi, Ron. Doskonale wiesz, że nie odzywamy się do siebie!
-Oj daj już z tym spokój! Ile można? - posyła mi zirytowane spojrzenie. Jestem zaskoczona, że gniewam się na Ericka bardziej niż on. 
-Nie będę tańczyła z Erickiem. Nie ma mowy!
-Przeżyjesz...A może w końcu pogadacie normalnie? - mówi stanowczo i przysuwa się, ale ja jestem totalnie wkurzona i Ron to wie - Jeśli naprawdę nie chcesz, to ja również będę licytował. 
-Mam taką nadzieję! - odpowiadam.
Gdy wołają wszystkie "zgłoszone" panny pod scenę, dostrzegam również Anastasię. Erick zapewne będzie licytował jej taniec, więc trochę się uspokajam. Jestem piętnasta w kolejce. Nie sądziłam jednak, że w grę wchodzą tak duże kwoty. Mężczyźni naprawdę są hojni, albo szaleni, żeby zapłacić dziesięć tysięcy dolarów za jeden taniec.  To jednak szczytny cel, więc im więcej tym lepiej. Gdy przychodzi kolej na mnie, zostaję wypchnięta na środek przez Anę, która jest zaraz za mną. Nie zamieniła ze mną ani słowa, nawet się nie przywitała, a odstawia mi taki numer? Mam ochotę wydrapać jej oczy. 
-Panowie, a teraz piękna panna Donell.  Megan jest szefem kuchni w restauracji naszego szanownego gościa Ronalda Binentiego - zerkam na Rona, a on unosi w moim kierunku kieliszek szampana. Uśmiecham się pierwszy raz na tej pieprzonej scenie - Który z panów ma ochotę spojrzeć w piękne zielone oczy panny Donell w pierwszym tańcu? - dodaje mistrz ceremonii i puszcza do mnie oczko. O rany! Co za żenada.  Rozglądam się po sali i widzę stojących przed sceną mężczyzn. gapiących się na mnie jak na rzecz. Na szczęście nie ma wśród nich Ericka. Brayan za to stoi z boku i nie mam pojęcia czy zamierza licytować. Mam nadzieję, że się nie odważy. 
-Dziesięć tysięcy dolarów! - Ron dowala z grubej rury, a ja patrzę na niego wielkimi oczami. Czy on oszalał? 
-Dziesięć tysięcy po raz pierwszy! - mistrz ceremonii podnosi dłoń, by zatwierdzić kwotę. Ale to upokarzające! 
-Dwanaście!
-Piętnaście!
-Trzydzieści! 
Krzyczą co i rusz kompletnie nieznani mi mężczyźni, a ja znowu spoglądam spanikowana w stronę Rona i wbijam w niego wzrok, by jednak licytował dalej. Nie chcę tańczyć z jakimś obcym facetem. 
-Pięćdziesiąt! - odzywa się w końcu, a ja oddycham z ulgą.
-Pięćdziesiąt po raz pierwszy! Po raz drugi! - woła mistrz.
-Siedemdziesiąt! - spoglądam w stronę tego idioty, który krzyknął wyższą kwotę, a to nikt inny, jak Erick. O Boże! Obok niego stoi Gordon i uśmiecha się głupio. No naprawdę bardzo zabawne... Moje zażenowanie sięga zenitu.  Ron, zrób coś do cholery! Krzyczę w duchu, a on stoi i patrzy na nich. Jest zaskoczony i chyba sam nie wie co się dzieje. 
-Sto tysięcy! - krzyczy Ron, ale widzę, że nie jest zadowolony że konkuruje z Erickiem. Kto jest? Pewnie nikt, bo nikt nie ma z nim szans. Jestem wściekła, że dałam się wciągnąć w tę żenadę. Erick to podstępny dupek, który myśli, że za pieniądze kupi wszystko. Chce kupić pięć minut tańca ze mną, ale po co? Jaki ma w tym cel?
-Dwieście! - przebija go Erick i patrzy na mnie śmiertelnie poważnie.
-Dwieście po raz... - Mistrz nie zdąża dokończyć.
-Trzysta! - krzyczy Ronald. No dalej Ron! Oddam ci, przyrzekam. Nie wiem z czego, ale oddam... Pocieszam się w duchu słysząc, że dalej walczy. Erick spogląda nagle w jego stronę i przybiera ten swój arogancki uśmieszek.
-Trzysta po raz pierwszy, po raz drugi, sprzed... - już prawie piszczę ze szczęścia,  gdy mistrz wypowiada to ostatnie słowo, ale na nic moje złudne nadzieje.

-Milion dolarów! - słowa Ericka odbijają się echem po całej sali. Słychać wśród gości zaskoczenie, rozbawienie, a część z nich zaczęła klaskać. Ronald parzy na mnie kompletnie zszokowany, jakby pytał co ma dalej zrobić, ale ja zaciskam zęby i kręcę delikatnie głową, by dalej nie licytował. To bez sensu, by tracił swoje pieniądze w bezdusznej rozgrywce Ericka i mimo że to szczytny cel, to ja nie widzę w tym niczego dobrego. Erick jak zawsze wykorzystuje swoją pozycję do tego, by zdobyć to co chce. A chce mnie... ale nie wiem po co? 
-Milion po raz pierwszy, drugi, sprzedane! -  mistrz ceremonii kończy licytacje i dodaje - Panna  Megan Donell zatańczy swój pierwszy taniec z panem Erickiem Evansem i to za okrągły milion dolarów! To absolutny rekord, proszę państwa! Brawa! - dodaje i zaczyna klaskać, tak jak większość gości. Spojrzałam w stronę Brayana, który również klaszcze i uśmiecha się głupio. Mają zabawę moim kosztem. Mam ochotę stąd uciec i nigdy więcej nie oglądać ani jednego ani drugiego. Mistrz ceremonii pomaga mi zejść ze sceny i prosi bym nie oddalała się za daleko, bo zaraz po końcu licytacji rozpoczną się tańce. Podchodzę więc do Binentiego, który stoi niedaleko.
-To była przesadza... - wzdycham bezradnie. 
-Mogłem dalej licytować - Ron patrzy na mnie, a ja w jego głosie wyczuwam coś dziwnego. Jakby przeprosiny? Ale za co? Za co on mnie przeprasza? 
-Erick i tak by cię przelicytował. Nawet jakby to miał być miliard, a nie milion dolców - wywracam oczami na myśl jakie to z jego strony bezmyślne i bezczelne.
-Nie musisz z nim tańczyć, nikt cię nie zmusi - Ron podaje mi kolejny kieliszek szampana i nagle obejmuje w pasie.
-Wolałabym zatańczyć z tobą - uśmiecham się i oboje zaczynamy się lekko kołysać w rytm pierwszych taktów piosenki, którą właśnie zaczęła grać orkiestra. 
-Też bym wolał, ale...
-Wydaje mi się, że to ja wylicytowałem pierwszy taniec z piękną panną Donell - słyszę nagle głos Ericka i odwracam się. I oto i on w całej swojej krasie. W najlepszym wydaniu jakie znam. Dawno nie widziałam go z tak bliska. Zapiera mi dech w piersi. Jego oczy czarne błyszczą jak diamenty i czai się w nich coś mrocznego, seksownego... O rany! W dodatku wygina usta w lekkim półuśmiechu, próbując wyczuć moją reakcję, a następnie wyciąga do mnie dłoń, bym ją chwyciła.
-Mogę cię prosić, Meg? - pyta kulturalnie i kiwa do Ronalda, który ulatnia się w sekundę. I znowu jestem tylko ja i Erick. 
-Masz więcej pieniędzy niż rozumu, Evans! - mówię złośliwie, by nie zorientował się, że nadal mam do niego słabość. Jak mam nie mieć, skoro kocham tego człowieka? Zawsze będę go kochać i to jest moja zguba. 
-Uważam, że każdy cent jest wart tego tańca, bo wiem, że inaczej nawet nie zbliżyłabyś się do mnie tego wieczoru - podaję mu dłoń, a on całuje ją delikatnie. Zmuszam wszystkie komórki swojego ciała, by na to nie zareagowały.
-I masz całkowitą rację. To nic między nami nie zmienia, Ericku. To jeden taniec, w dodatku wymuszony podstępem. Kolejny raz udowodniłeś, że mając pieniądze myślisz, że możesz wszystko... - jestem brutalnie szczera, ale na Ericku to nie robi wrażenie. Obejmuje mnie, a ja już nie potrafię kłamać. Moje ciało nie potrafi ukryć tego, że chciałoby należeć do tego, który właśnie trzyma mnie w ramionach. 
Rozglądam się raz jeszcze, by zobaczyć co na to Anastasia, ale nie dostrzegam jej. Brayana też już nie widzę. Orkiestra zaczyna grać One of us , a ja uśmiecham się lekko, bo to jedna z ulubionych piosenek mojego taty. Erick przyciąga mnie do siebie, wie jak na mnie działa i ma mnie w garści. To nie fair, ale z nim nigdy nie mam szans. W tym momencie nie chcę się sprzeciwiać, bo te kilka minut tańca nagle stają się dla mnie bardzo ważne. To naiwne, ale znowu przez chwilę mam Ericka tylko dla siebie. A ja jestem tylko dla niego. Patrzymy na siebie, twarzą w twarz, dotykamy się. Cały świat przestaje dla mnie istnieć, ale świadomość, że ta chwila jest tak ulotna, sprawia, że łzy napływają mi do oczu. Erick to zauważa i wtedy obejmuje mnie mocniej. Czuję jak wali mu serce. Serce, które kiedyś biło tylko dla mnie, a teraz? Teraz nie wiem. Znowu jestem zagubiona. 

2 komentarze:

  1. Omg! Omg! Omg! Kocham tą książkę! Mimo, że Erick odwalał ostatnio na maxa to jednak po kryjomu dalej go uwielbiam! Wbrew uczuciu mojemu do Erick'a bardzo chciałabym, aby Meg wreszcie była z Ronaldem. Jak dla mnie Meg już skreśliła Ericka, a przynajmniej tak myślała.
    Czekam na next!
    I błagam! Wydaj ten blog jako książkę! Obiecuję, że kupię jako pierwsza! 🆒

    OdpowiedzUsuń
  2. Omg! Omg! Omg! Kocham tą książkę! Mimo, że Erick odwalał ostatnio na maxa to jednak po kryjomu dalej go uwielbiam! Wbrew uczuciu mojemu do Erick'a bardzo chciałabym, aby Meg wreszcie była z Ronaldem. Jak dla mnie Meg już skreśliła Ericka, a przynajmniej tak myślała.
    Czekam na next!
    I błagam! Wydaj ten blog jako książkę! Obiecuję, że kupię jako pierwsza! 🆒

    OdpowiedzUsuń