Premiera już w lipcu!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Rozdział 142

Budzę się rano i nie jestem pewna co tak naprawdę wydarzyło się tej nocy. Niepewnie otwieram oczy i już wiem, że to nie był sen. Cholera! Nadal leżę w ramionach nagiego Ronalda, ja również nie mam nic na sobie. Nie mam też nic na swoje usprawiedliwienie, a dopadająca mnie rzeczywistość jest naprawdę bolesna. Wstaję i czmycham co łazienki. W lustrze widzę kobietę która znowu komplikuje sobie życie. Mam zaczerwienione i nabrzmiałe d jego pocałunków piersi i usta. Co ja mam teraz zrobić? Jest mi dziwnie wstyd, a jednocześnie przypominam sobie, jak dobrze było mi z Ronaldem. Kilka chwil zapomnienia i wyrzuty sumienia do końca życia. Jezu! Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nie chcę kolejnego skandalu... Nie chcę, by Erick... Na myśl o nim żołądek zaciska mi się jeszcze bardziej. Wchodzę pod prysznic i odkręcam gorącą wodę, by zmyć z siebie zapach Rona. To zapach seksu, zapach który uwielbiam, ale nie w tym momencie. Biorę szampon i myję włosy, a pachnąca piana spływa po całym moim ciele. Jestem na siebie bardzo zła, bo to przecież ja pierwsza go pocałowałam. Nie mogę mieć pretensji do Rona. On jest tylko facetem i to ja go sprowokowałam. Można gdybać, że mógł tego nie wykorzystywać, ale szczerze mówiąc, nie dam powiedzieć na Ronalda złego słowa, bo wiem, że nigdy by mnie nie skrzywdził. 
-Tu jesteś! Myślałem, że uciekłaś - słyszę nagle głos Ronalda. Odwracam się i widzę, jak stoi w drzwiach łazienki, nago. Patrzy na mnie, na każdą krągłość mojego ciała, a ja zawstydzam się. 
-Przestraszyłeś mnie - odpowiadam cicho. Jestem kompletnie zawstydzona tym, że widzi mnie nagą. To niedorzeczne, bo kilka godzin temu kochałam się z nim, więc czemu się teraz wstydzę? Rękoma zasłaniam piersi i próbuję schować się za i tak przeszkloną kabiną prysznica. 
-Wszystko w porządku? Dlaczego się tu schowałaś? - pyta i podchodzi do drzwi prysznica, a ja odsuwam się. Nie chcę by do mnie dołączył.
-Nie schowałam, chciałam się odświeżyć - kłamię, uciekam wzrokiem i jeśli on zaraz nie wyjdzie, to chyba się rozpłaczę. 
-Mogę do ciebie dołączyć? - pyta wprost.Cholera!  Wiedziałam, że taki ma zamiar. Nie! Nie mogę! 
-Nie wiem... - Ron nie musi długo mi się przyglądać, by wiedzieć, że coś jest nie tak. Nie chcę go zranić, bo na to nie zasłużył. 
-Żałujesz tego co się stało? - bez pytania wchodzi pod prysznic i zamyka za sobą szklane drzwiczki. Dopiero teraz dostrzegam jaki mały jest ten prysznic. Przynajmniej wydaje mi się tak w tej chwili, gdy Ron obok mnie, całkiem nagi.
-Nie wiem... - dukam, jak z zaciętej płyty. 
-Nie chcę, by to popsuło coś między nami, Meg... - jego słowa są szczere, wiem to, ale nie chcę tego słuchać. Nie teraz. W dodatku od podchodzi i kładzie dłonie na moich ramionach. 
-Ronaldzie ja...
-Nic nie mów i o nic się nie martw. Nikt się nie dowie, zostanie to tylko między nami - przerywa mi, jakby wiedział, że dokładnie to chcę usłyszeć. Mam ochotę skopać sobie tyłek, że znowu jestem taką samolubną idiotką. Myślałam, że nauczyłam się to kontrolować i, że pożądanie i namiętność nigdy już nie namieszają mi w życiu. Przeliczyłam się...
-To był jeden, jeden jedyny raz. To nie może się więcej powtórzyć, Ron... - w końcu spoglądam mu w oczy.
-Wiem o tym Meg, ale  bardzo żałuję, bo było mi z tobą naprawdę dobrze... 
-Żałujesz czego?
-Że to się nie powtórzy, bo ja bardzo bym chciał - wyjaśnia i podchodzi bliżej. Jego wzrok pożera moje ciało. 
-Ron ja...
-Nie mów tylko, że nie było ci przyjemnie, Megan. Czułem to, czułem, jak twoje ciało na mnie zareagowało... - stwierdza pewnie.
-Cholera Ron, ale ja nie mogę, nie możemy... - kręcę głową, próbując przekonać samą siebie, że nie mogę tego robić. 
-To tylko seks, nic więcej. Przyjemność za przyjemność... - mruczy, a ja czuję jego oddech na swoim uchu. Jest tak blisko. Taki gorący i piękny, ale ja nie mogę. Nie powinnam. 
-Nie... Przepraszam... - spuszczam wzrok i odsuwam się najdalej jak mogę. Chcę przejść, ale Ron zagradza mi drogę.  
-Nie wypuszczę cię stąd dopóki nie porozmawiamy - mówi stanowczo. 
-Nie jestem w stanie rozmawiać...tutaj - prawie piszczę, bo to naprawdę niekomfortowe - Jesteś nagi, oboje jesteśmy nadzy... - dodaję i znowu próbuję zakryć się rękoma. 
-Muszę przyznać, że to przyjemny widok i szkoda byłoby zmarnować taką okazję... - Ron uśmiecha się nagle. Uwodzi mnie i chwyta w dłoń swojego penisa, który i tak jest już lekko powiększony, ale w jego dłoni maksymalnie twardnieje. Co on wyprawia?
-Ronaldzie my nie możemy! Ja mam... - dukam - Mam synka i muszę być odpowiedzialna i... zamykam oczy, by na niego nie patrzeć. Choć naprawdę trudno się oprzeć.
-Wczoraj też go miałaś... - wypomina, ton ma dość zimny. 
-Wiem, dlatego uważam, że to nie może się powtórzyć...
-A co to ma do rzeczy, Meg? Pragniesz mnie, wiem to, widzę.
-To był błąd, chwila zapomnienia, za dużo wina, szampana... - potrząsam głową, jakbym chciała wymazać z pamięci te wspomnienia. 
-Wiem, że oczekujesz szczerości, więc będę z tobą szczery, Meg. Pragnę cię od dawna, jednak nic nie mogłem zrobić i starałem się nad tym panować, ale ty wczoraj sama pokazałaś, że także tego pragniesz. Mogę pokazać ci rzeczy, które na pewno ci się spodobają, bo twoje ciało jest bardzo wrażliwe, idealne...
-Boże przestań! Nie mogę tego słuchać! - przerywam mu i odpycham. Muszę stąd wyjść. 
-Podnieca mnie ta twoja niewinność... - nagle chwyta mnie w pasie i przyciąga do siebie. 
Moje pośladki odbijają się od jego ud. Jęczę, czując twardego penisa napierającego na moje plecy. Jego dłonie już są na moim ciele, pieszczą mnie czule. Usta całują mój kark i szepczą żebym mu nie odmawiała. 
-Ron...
-Ciii...Daj mi sprawić ci przyjemność... - dłoń Rona wsuwa się między moje uda. Chcę je zacisnąć, ale nie mogę. Po chwili palcami odnajduje łechtaczkę i zaczyna ją masować. Jęczę i odchylam głowę, uderzając w jego klatkę piersiową. 
-Tak aniołku, właśnie tak! - zadowolony z mojej reakcji posuwa się o krok dalej i wkłada we mnie palec - Jesteś niezwykle ciasna aniołku, chyba nigdy nie miałem takiej pięknej kobiety... - mruczy i z podniecenia całuje mnie w usta. Napiera na mnie, a jego dłoń przyśpiesza. Nie chcę tego, ale wiem, że zaraz osiągnę orgazm. 
-Błagam nie, nie rób ze mnie dziwki... - mówię, to co myślę. Niestety tak właśnie się czuję. Jak nic nieznacząca dziwka. Ron zastyga, patrzy na mnie, ale ja odwracam wzrok. Wtedy chwyta moją brodę, bym spojrzała mu w oczy.
-Dlaczego tak o sobie myślisz? - pyta. Widzę zaskoczenie w jego oczach, ale i złość.
-Nie zrozumiesz tego... - odpowiadam. Moje zażenowanie sięga zenitu i wiem, że zaraz się rozpłaczę. Poczucie winy zżera mnie od środka. Chcę uciec i nigdy więcej nie oglądać Ronalda na oczy. Nie chcę i nie mogę komplikować mu życia. 
-Daj mi to zrozumieć, proszę... - znowu zaczyna mnie pieścić, ale ze mną dzieje się coś dziwnego. Te emocje, które kumulowały się we mnie od dawna, wybuchają, a ja wpadam w otchłań wspomnień. Zamykam oczy i nagle mam przed sobą Filipa, Brayana, tych dwóch, którzy mnie zgwałcili. To silniejsze ode mnie. Paraliżuje mnie strach i chcę się wyrwać, ale nie mogę nic zrobić. Ich głosy mieszają się w mojej głowie, ich dłonie bezczeszczą moje ciało. 
-Nie... - szepczę, a świat zaczyna wirować. Strach i ból uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Zamknięta w pułapce wspomnień nie potrafię się z niej wyrwać, aż w końcu wszystko staje się czarne. Głos Ronalda wraca, a ja czuję, że jestem w jego ramionach. Po chwili koszmar znika. Otwieram oczy i widzę nad sobą przerażonego Binentiego.
-Meg... - mówi bez tchu. Znowu mi wstyd, bo teraz muszę się wytłumaczyć - Krzyczałaś, szarpałaś się... ja nie chciałem...
-Prosiłam byś tego nie robił, ja nie mogę... - owinięta w ręcznik chcę wstać, by zwiększyć dystans między nami. Ron w końcu mnie puszcza, a ja uciekam z łazienki. Mam wrażenie, że zaraz zwariuję. Patrzę na łóżko, a zmiędlona pościel znowu przypomina mi o wszystkim. Ubieram się w swoją pogniecioną suknię, nie mogę znaleźć bielizny, ale nie szukam jej. Muszę stąd wyjść i robię to po chwili. Zarzucam na siebie kurtkę Rona, bo jest środek zimy. Oddam mu ją... Kiedyś... Jak już będę miała odwagę spojrzeć mu w oczy za to co zrobiłam. 

Wysiadam z taksówki pod swoim domem na Long Island. Wbiegam do środka po pieniądze, bo nie mam przy sobie gotówki, a mróz aż piecze mnie w palce u stóp. Znowu idę pod prysznic, bo ciągle czuję zapach Rona. Obwiniam się o te kilka chwil przyjemności, które nie powinny się wydarzyć. Źle mi z tym, że było mi dobrze. Że pozwoliłam na to, a teraz zjedzą mnie wyrzuty sumienia. Schodzę na dół, ale czuję chłód, jakbym nie zamknęła drzwi. Idę sprawdzić i faktycznie są otwarte na oścież. Podchodzę, by je zamknąć i słyszę zza pleców męski głos.
-To niebezpiecznie nie zamykać drzwi od środka... - odwracam się i zamieram, widząc Brayana - Dziwko! - dodaje i rusza w moją stronę. Nie jestem w stanie zareagować, bo Brayan jest szybszy. Popycha mnie, a ja uderzam plecami o drzwi - Wiedziałem, że się z nim pierdolisz. Śledziłem cię od wczoraj. Całą noc czekałem pod jego domem, łudziłem się, że może jednak nie zostaniesz u niego, a ty co?! - nagle ściska moją brodę. Jestem tak przerażona, że nie mogę nic powiedzieć - Rżnęłaś się z nim! Od kiedy to trwa, co?! - wrzeszczy na mnie i potrząsa mocno moją głową - Mi odmawiasz, odtrącasz mnie, a dajesz takiemu frajerowi? Kim on jest?! To marna podróba Ericka, jego były przyjaciel... Myślisz, że zrobisz mu tym na złość?! 
-Nie... Boże Brayan, zostaw mnie... - kwilę, bo widzę w nim furię. 
-Nienawidzę cię, rozumiesz?! Zniszczyłaś mi życie, bo dałem się nabrać na twoje niewinne oczka i gierki. Jesteś zwykłą dziwką i zasługujesz, by tak cię traktować - nagle uderza otwartą dłonią w twarz. Mój krzyk wzmaga w nim złość. Zaczyna mnie bić na oślep. Okłada mnie z całej siły, wyzywa,  a gdy osuwam się na ziemię, to zaczyna mnie kopać. Nie ma litości. To chory człowiek.
-Erick cię zniszczy, a ja mu w tym pomogę. Doprowadzę do tego, że odbierze ci wszystko, łącznie z Adamem. Powiem mu, że rżniesz się z Binentim i wtedy w końcu przejrzy na oczy i nie będzie miał już żadnych sentymentów! - ostatkiem sił podpełzam do schodów, ale Brayan idzie za mną. Stawia gwałtownie swój but na moich plecach i dociska mnie do podłogi.
-Mam ochotę skoczyć ci na ten pierdolony łeb i patrzeć jak zdychasz. Zdychaj dziwko! Zdychaj! - kopie mnie znowu, ale ja już niczego nie czuję. Spadam w czarną otchłań, gdzie nie ma nic. Ani bólu. Ani strachu. Niczego. 


2 komentarze:

  1. Matko mam nadzieję,że Brayan zapłaci za to co zrobił nie mogę przeżyć,że znowu cośtakiego ją spotyka.Moim zdaniem nie powinna czuć się winna nocy spędzonej z Ronem jest dorosła jest sama nikomu tym krzywdy nie zrobiła.Kasiu proszę dodaj jak najszybciej kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń